To Ty jesteś kowalką własnego losu. Historia o tym, jak się nie poddałam

tyt

fot. Agnieszka Dzieniszewska

Słyszałam kiedyś o koncepcji, według której na ludzi można czasem spojrzeć jak na drzewa.

Ludzie Mimozy wiotczeją przy najmniejszym podmuchu wiatru. Ludzie Topole trzymają się dumnie, prosto i wysoko. Jednak kiedy wiatr, czyli jakaś niesprzyjająca okoliczność, mocniej powieje: pękają i łamią się. Natomiast Ludzie Leszczyny: owszem, przy podmuchu wiatru chwieją się, ale są na tyle elastyczni, że nie padają. Co więcej, po rozgrywce z wiatrem, wstają zwykle silniejsi i zahartowani.

1n


Czasem w życiu, zamiast odświeżającej bryzy, dopada nas huragan. Bywa, że trudna sytuacja po prostu nas zastaje: rodzimy się w określonej miejscowości, z określonym dostępem do edukacji i pracy, w określonej rodzinie, która wyposażyła nas w takie, a nie inne geny i dała określony ładunek wiary w siebie i swoje możliwości.

Jednak oprócz tej faktyczności, która nas zastaje, gdy przychodzimy na świat, inną istotną nicią, która szyje nasze życie jest tzw. los, podsuwający nam ludzi, których spotykamy na swojej drodze: inspirujących nas, zachęcających do działania, dodających wiary i otuchy.

Sztuką jest zrozumienie, że jesteśmy wolni i to my decydujemy, co zrobimy ze swoim życiem: dokonamy określonych wyborów, podejmiemy decyzję. Tchnięci przez los, który podsunie nam na drodze kogoś lub coś, będziemy chcieli zadziałać i wydobyć się z nici faktyczności. Uwierzyć w swoją siłę, moc i to, że jesteśmy w stanie dać radę przeciwnościom.

(Oczywiście, żeby nie było wątpliwości: nie mam teraz na myśli osób pogrążonych w depresji. Tu na nic nie zdadzą się hasła: „weź się w garść” i „uwierz w siebie”, w takiej sytuacji trzeba iść do lekarza lub terapeuty).

Zanim powiem więcej, bardzo zachęcam Was, żebyście obejrzeli ten krótki, ale treściwy i ciekawy film:

 

Występuje w nim sześć niezwykłych kobiet pochodzących z różnych części naszego globu: kobiet, które wywarły ogromny wpływ na środowisko, w którym żyją i stanowią duże źródło inspiracji dowodząc, iż pojedyncza zmiana może mieć ogromne znaczenie dla całego świata.clinique

Te kobiety biorą udział w ogólnoświatowej kampanii Clinique „Difference Maker”, której celem jest wzmacnianie pewności siebie i dumy u kobiet oraz zachęcanie ich do zmieniania otaczającego je świata, zarówno w ramach lokalnej społeczności jak i w życiu osobistym. Każda z nich jest ambasadorką kampanii #DifferenceMaker i wspiera organizację charytatywną stanowiącą część Inicjatywy Clinique Difference – platformy wspierającej edukację i ochronę zdrowia kobiet. Celem tej inicjatywy jest nauczenie kobiet pełnego wykorzystywania swojego potencjału oraz przekuwania trudnych, przełomowych momentów w życiu na sukcesy i zwycięstwa.

*

Z ciekawostek, które wynalazłam w sieci. Twórcy marki Clinique trafili w 1968 roku na artykuł w „Vogue”, w którym profesor dermatologii, dr Norman Orentreich, przeczył idei, która wówczas panowała, mianowicie powszechnemu mniemaniu, że „masz taką cerę, z jaką się urodziłaś”. Wprost przeciwnie: „Great skin can be created!” – przekonywał i zwrócił uwagę na trzy ważne elementy dbania o skórę: oczyszczania, złuszczania i nawilżania.

Ten artykuł zainspirował założycieli marki Clinique do stworzenia pierwszej na rynku marki alergologicznie przetestowanych produktów do pielęgnacji skóry w 100% pozbawionych zapachu i kultowego już systemu tzw. Trzech Kroków Clinique. Tutaj również można odnaleźć przekaz: że wystarczy dokonać jednej zmiany w codziennym rytuale pielęgnacji skóry, by jej wygląd radykalnie zmienił się na lepsze.

2Na zdjęciu jestem z wersją podróżną tej serii, której ostatnio używam, bo dopóki mogę, podróżuję. 🙂
3

*

Historiom Ambasadorek kampanii #DifferenceMaker – a są, wierzcie mi, bardzo ciekawe (i historie, i kobiety!), przyjrzę się w następnym tekście za kilkanaście dni. Dziś chcę podzielić się z Wami moją historią.  🙂

6

To jest dla mnie bardzo szczególny moment. Nie tylko dlatego, że jestem w ósmym miesiącu ciąży i lada tydzień na świat przyjdzie mój syn.

4

Szesnaście lat temu, dokładnie w tym samym momencie mojego macierzyństwa: będąc w ósmym miesiącu ciąży, przekroczyłam próg uniwersytetu, na którym zdecydowałam się studiować, mimo brzemiennego stanu, w którym wówczas znajdowałam się.

To był przełomowy moment w moim życiu. Miałam bowiem dwa wyjścia. Poddać się wiatrowi, który próbował mnie zdmuchnąć albo nie dać mu się i zachować niczym Kobieta Leszczyna.

 Kilka słów wyjaśnienia, zwłaszcza dla osób, które nie czytają mojego bloga od początku, czyli od ponad trzech lat. Moja pierwsza ciąża nie była planowana. Miałam wówczas 19 lat i wiadomość o niej przyjęłam z przerażeniem. Do egzaminów maturalnych podchodziłam w pierwszym trymestrze ciąży. Ciąża była więc niewidoczna, ale zdecydowanie odczuwalna: zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.

Pamiętam, że miałam chwile, w których chciałam to wszystko rzucić. Wszystko, w znaczeniu planów kontynuowania edukacji. W maju zdałam maturę. W czerwcu lub lipcu czekały mnie ustne egzaminy na studia. Kusiło mnie, żeby do nich nie podejść, na szczęście zbyt słabo.

Wyniki z matury i egzaminów dały mi bilet na wyższą uczelnię: odnalazłam swoje nazwisko na liście osób przyjętych na socjologię. Radość, szczęście, ulga.

Jednak co jakiś czas, latem i we wrześniu dopadały mnie myśli, czy aby nie wziąć urlopu dziekańskiego? Dziecko urodzę w listopadzie, po co od października zaczynać studia? Zostanę przez rok w domu z córką, a potem, gdy będzie miała rok wrócę na uczelnię – kombinowałam. 


58

Wtedy zadziały się dwa ważne wydarzenia. Pierwszym z nich były słowa mojej mamy, która, mimo że nie miała w zwyczaju wtrącać się w moje życie, tym razem zareagowała i rzekła:

 – Lepiej, żebyś nie brała urlopu dziekańskiego. Po roku przerwy będzie ci trudno wrócić na uczelnię, poza tym wbrew pozorom opieka nad dzieckiem rocznym, półtorarocznym jest bardziej absorbująca, niż nad niemowlęciem. 

Drugim ważnym wydarzeniem było to, że wzięłam sobie jej słowa do serca.

Dziecko urodziłam pod koniec listopada, na uczelnię wróciłam po 6 tygodniach. Tak sobie ułożyłam plan zajęć: chodząc na różne zajęcia z różnymi grupami, żeby nigdy nie być poza domem dłużej niż 2,5 godziny. Czasami nie było mnie 4 godziny, ale rozbijałam to: na rano i późne popołudnie. W opiece nad niemowlęciem pomagali mi najbliżsi: mieliśmy grafik, którego ściśle trzymaliśmy się. Przykładowo: w poniedziałki dwie godziny moją córką zajmowała się moja siostra, we wtorki dwie godziny mama, w środy teściowa, w piątki i każde popołudnie mąż. Jestem im bardzo wdzięczna za pomoc, choć jednocześnie wiem, że gdyby ich nie było, znalazłabym jakieś rozwiązanie: np. oddając dziecko na dwie godzinny dziennie do żłobka lub wynajmując nianię.

Czy było ciężko?

Było, ale czy życie jest łatwe? 🙂

7

Pierwszy rok wiązał się z szalonym kursowaniem między uczelnią a domem. Zamieszkaliśmy blisko uczelni, co było świetnym rozwiązaniem, bo traciłam minimalną ilość czasu na dojście do szkoły. Czasami podczas spacerów z córką zahaczałam o uczelnię i załatwiałam z nią różne sprawy.

Czasami jest tak, że im więcej obowiązków się ma, tym sprawniej je się realizuje. Nie traci się czasu na wielokrotne analizowanie, gdybanie, kręcenie się w kółko, błądzenie po domu czy internecie, lecz po prostu: działa się.

Oczywiście nie da się ogarnąć wszystkiego i najbardziej ucierpiał na tym porządek a właściwie nieporządek. Nasze mieszkanie przypominało wtedy obraz po trzęsieniu ziemi: wszędzie książki, smoczki, notatniki, grzechotki, odbite na ksero kartki pozakreślane markerami, gumowe zabawki. Ale to nie porządek był dla mnie wtedy priorytetem. Priorytetem było to, żeby sprawnie połączyć studiowanie z wychowaniem córki.

Czy da się studiować z małym dzieckiem? Jak się chce, to się da.

Dziecko uczy samodyscypliny, organizacji, zarządzania czasem. Miałam poczucie, że liczy się każda minuta, bywało, że do egzaminów uczyłam się z dzieckiem przy piersi, każdą chwilę, gdy spało starałam się wykorzystać na czytanie tekstów, notatek itd. Dzięki pomocy bliskich, mojej determinacji i dobrej organizacji udało się: nie przerwałam studiów, a nawet przez większość mojej studenckiej kariery, otrzymywałam stypendium naukowe. 🙂

Słowa z powyższego akapitu mogą wydawać się części z Was – zwłaszcza tych, którzy czytają mojego bloga od początku, znajome i słusznie: bo opublikowałam je trzy late temu w tekście Mam 19 lat i jestem w ciąży

Po tej publikacji otrzymałam setki komentarzy i listów od Czytelniczek będących w podobnej, jak ja sytuacji: nieplanowanej i wczesnej ciąży. Było mi niezmiernie miło czytać, że mój przykład stał się dla innych inspiracją, że pomógł im uwierzyć, że da się: skoro Nishce się udało, to dlaczego mnie ma się nie udać?

10

Wiem, że wtedy byłam w takim życiowym momencie, że mogłam się poddać i moje życie potoczyłoby się inaczej. Zostając z dzieckiem w domu: ja, osoba pełna temperamentu, bardzo wówczas łaknąca towarzystwa, wyzwań, stymulacji intelektualnej, spotkań z ludźmi: załamałabym się. Nie oznacza to, że zostanie z dzieckiem w domu uważam za porażkę, wprost przeciwnie: TERAZ, w 2016 roku, świadomie się na to decyduję! Myśl o tym, że będę mogła w spokoju i bez pośpiechu delektować się swoim macierzyństwem jest kojąca. 

Ale wtedy, w tamtym okresie potrzebowałam czegoś innego. Chciałam zdobyć wykształcenie. I móc pogodzić macierzyństwo z nauką. Udowodnić sobie, że nie wejdę w rolę stereotypowej „nastoletniej mamy” – której zajście w ciążę przekreśla plany. 

Chciałam udowodnić, że z dzieckiem „zmienia się wszystko i nic się nie zmienia”, że macierzyństwo nie musi być końcem, lecz może być początkiem, że to Ty, Matko, jesteś kowalem własnego losu. Albo kowalką. 🙂

Przyznam: nasza sytuacja finansowa była wówczas nieciekawa. Mieszkaliśmy w niewyremontowanym mieszkaniu, wózek i różne akcesoria i ubranka dla dziecka miałam z tzw. „odzysku”: otrzymałam je od znajomych lub kupowałam na tzw. „ciuchach”. Dlaczego? Dlatego, że przez 4 lata zamiast pracować studiowałam. 

Jednak fakt, że codziennie wychodziłam na uczelnię: spotykałam się z ludźmi, musiałam wyjść z domu, zdjąć domowe ubranie, nałożyć jakieś „wyjściowe”, zrobić sobie delikatny makijaż, uczesać się, nauczyć do kolokwium, posłuchać wykładu, wziąć udział w dyskusji podczas ćwiczeń, powodował, że czułam się ze sobą dobrze. A w domu czekała na mnie ukochana córka. 

Dziś wiem, że to wszystko zadziało się głównie dzięki dwóm aspektom. Moim rodzicom, którzy byli moimi „Difference Makers” – Tacie, który na swój, bezczelny sposób zakomunikował mi, że „zaakceptuje moją ciążą pod warunkiem, że nie przerwę edukacji” i który tym zdaniem ukierunkował mnie na właściwy dla mnie tor. Oraz Mamy, która na swój empatyczny sposób, doradziła mi, żebym nie brała urlopu dziekańskiego, co akurat dla mnie (nie twierdzę, że dla każdego) było najlepszą z możliwych rad.

Bardzo zachęcam Was do podzielenia się swoimi przemyśleniami lub doświadczeniami: Czy jesteście w stanie wskazać osobę lub zdarzenie, które zmieniło coś w Waszym życiu, o kim myślicie jako o „Difference Maker”? 

Zapraszam do dyskusji i proszę o trzymanie kciuków za moje szczęśliwe rozwiązanie! Bym jako 35-latka zniosła to równie dobrze jak 19-latka! 😉

20

Komentarze: