Chemia i konserwanty w kosmetykach: czy jest się czego bać?!

 fot. Pikolina

Szaleni naukowcy z koncernów kosmetycznych chcą zaszkodzić naszym dzieciom? 


Boję się, tego co się mówi o składach kosmetyków. Jednak bardziej od konserwantów i chemii, boję się teorii spiskowych o tym, co te zawierają. Chemofobia i konserwantofobia kojarzą mi się z ruchami atyszczepionkowymi, czyli teoriami laików tworzących spiskowe teorie o tym, jakoby ktoś (koncerny farmaceutyczne, producenci kosmetyków itd.), chcieli zarobić na naszych dzieciach (czyli istotach, o które najbardziej się troszczymy i martwimy), szkodząc im swoją działalnością. Boję się tych tendencji.

Boję się, przepraszam, ale nazwę to wprost, nawiązując do tytułu filmu: idiokracji. Idiokracji, czyli głupienia społeczeństwa, które zamiast ufać autorytetom naukowym, jest skłonne bardziej polegać na opinii samozwańczych specjalistów, nie mających wykształcenia w kierunku, o którym chcą mówić, a jednak mimo to uzurpujących sobie prawo do wypowiadania się na temat składu kosmetyków, zasadności szczepień i ukrytych terapii witaminą C…

Emocjonalnie podane wpisy z półprawdami i fake newsami na blogach, forach, portalach społecznościowych, książki pseudonaukowców udające poważne poradniki, traktowane są często z większą estymą niż nudne i nie szukające sensacji wypowiedzi ekspertów poparte badaniami naukowymi. To, że odbiorcy tak łatwo zawierzają opiniom zamieszczanym w internecie i że nie mają potrzeby weryfikowania zawartych tam informacji, jest naprawdę niepokojące.

Ha, pomyślicie: a ty, Nishko, niby kim jesteś? Czy przypadkiem nie blogerką, która tworzy kolejny tego typu wpis, w którym stawia się na pozycji eksperta? Tak, jestem tylko blogerką. Tak, z wykształcenia jestem tylko socjologiem. O biologii, chemii, wiem więc niewiele więcej niż to, czego dawno temu nauczyłam się w szkole. I dlatego, przygotowując się do napisania tego tekstu, wybrałam się najpierw na spotkanie w ramach akcji edukacyjno-społecznej „Sprawdzone – udowodnione! czyli cała prawda o kosmetykach dla dzieci” prowadzone przez ekspertów, którzy znają się na rzeczy. Najbardziej zaciekawiło mnie wystąpienie dr. inż. biotechnologii Magdaleny Sikory: pracownika naukowego Politechniki Łódzkiej w zakresie surowców i półproduktów kosmetycznych, która opowiadała nam jak to z tymi konserwantami i „chemią” w kosmetykach jest. Dzisiejszy tekst oparłam na wiedzy, jaką wyniosłam z  wystąpienia oraz rozmowy, którą udało mi się z doktor przeprowadzić.

Spotkanie zostało zorganizowane przez markę Johnson’s, która od lat stawia na badania naukowe: ponad 90% światowych danych naukowych dotyczących skóry dziecka z ostatnich 5 lat zostało zainicjowanych właśnie przez Johnson’s.

Badania są odpowiedzią na informacyjny chaos, w którym żyjemy: codziennie dociera do nas 100 tys. słów, czyli dwa razy tyle, ile w latach 80. Ów chaos nazywa się również smogiem informacyjnym – analogicznie do smogu, który jest produktem prymitywnego procesu spalania byle czego, byle gdzie i byle jak. Informacje w internecie są często traktowane na równi z informacjami specjalistów. Konsumenci są zdezorientowani, mówi się nawet o zjawisku nerwicy konsumenckiej, zwłaszcza, gdy mowa o produktach dla dzieci. Nie wiedzą, co wybrać, co szkodzi, co pomaga, czemu można ufać. A wiadomo, każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Coraz większą ilość osób ogarnia chemofobia i konserwantofobia.

Przykładowo, osoby nią dotknięte roznoszą plotki, że kosmetyki zawierające w składzie SLS czy SLES są szkodliwe. Tymczasem SLS czy SLES to anionowe środki powierzchniowo czynne o właściwościach myjących i pianotwórczych stosowane zwykle w żelach pod prysznic, szamponach, płynach do kąpieli, pastach do zębów i są całkowicie bezpieczne. Mogą mieć działanie drażniące, ale tylko wtedy, gdy są stosowane jako pojedyncza substancja w wysokich stężeniach i przy długotrwałym kontakcie ze skórą. W kosmetykach NIGDY nie stosuje się tak wysokich stężeń.

Przestańmy bać się konserwantów i chemii w kosmetykach.

Po pierwsze, każdy kosmetyk, który został dopuszczony do sprzedaży, musiał przejść szereg badań i spełnić dziesiątki restrykcji.

To nie jest tak, że można sobie ot wyprodukować jaki się chce kosmetyk i zacząć go sprzedawać.  W świecie kosmetyków nie istnieje samowolka.

Istnieją normy, opracowywane przez naukowców, a kosmetyki dla dzieci mają znacznie bardziej restrykcyjne normy niż te dla dorosłych. Przykładowo, produkty Johnson’s muszą przejść 5-stopniowy proces oceny bezpieczeństwa i spełnić minimum 15 kryteriów jakości i bezpieczeństwa obowiązujących na świecie: m.in. w Unii Europejskiej i USA. Są opracowane na podstawie badań naukowych i zalecane przez pracowników służby zdrowia na całym świecie.

Doktor Sikora przestrzega przed używaniem „domowych” kremów dla dzieci z co najmniej trzech powodów: nie przechodzą kontroli jakości, nie gwarantują czystości mikrobiologicznej i oceny toksykologicznej. To właśnie badania są zwykle najdroższym elementem produkcji kosmetyku.

Po za tym pomyślmy zdroworozsądkowo: przecież absurdem byłoby, żeby producent kosmetyków chciał świadomie szkodzić swoim odbiorcom i dodawać do składu coś, co zagraża dzieciom. To niedorzeczne. Dlatego też regularnie przeprowadzane są badania naukowe.

Po drugie, odpowiednia ilość konserwantów jest dla zdrowia bezpieczniejsza niż brak konserwantów. 

Zbyt duża ilość konserwantów może podrażniać skórę. Natomiast zbyt mała ilość: szkodzi, bo nie chroni produktu przed rozwojem szkodliwych grzybów i bakterii.

Konserwanty są substancjami przeznaczonymi głównie do hamowania rozwoju drobnoustrojów w produkcie kosmetycznym, zapobiegają psuciu produktu przez mikroorganizmy i zapewniają trwalszą jakość produktu! Dzięki konserwantom produkty są bezpieczne. Konserwanty są dla naszego organizmu bezpieczniejsze niż bakterie, które rozwiną się w produkcie pozbawionych ochrony. W takich okoliczność konserwantofobia wydaje się naprawdę niedorzeczna…

Nie oznacza to, że we wszystkich kosmetykach muszą być konserwanty. Wystarczy tylko w tych, gdzie jest woda: główne środowisko rozwoju drobnoustrojów. Przykładowo, w oliwce nie ma potrzeby stosowania tegoż.

Po trzecie, pogląd, że naturalne zawsze oznacza dobre i bezpieczne i pozbawione „chemii”, natomiast wyprodukowane w laboratorium zawsze oznacza złe, szkodliwe i „sztuczne” nie ma żadnych podstaw.

Czy naturalne zawsze oznacza bezpieczne? A co powiecie o bieluniu, wilczej jagodzie, konwalii majowej czy barszczu sosnkowskiego? 🙂

Przykładowo: czy można zamiast kremu stosować oliwę z oliwek lub olej kokosowy?

Oto co odparła pani biotechnolog:

„Ani oliwa z oliwek ani olej kokosowy nie są kosmetykami, co oznacza, że nie przeszły szczegółowych i restrykcyjnych badań i oceny bezpieczeństwa dla skóry. Oleje, zwłaszcza kokosowy, mają działanie komedogenne, czyli zatykają pory i zapychające skórę. Ponadto olej kokosowy oraz oliwa z oliwek, ze względu na dużą zawartość kwasu oleinowego, źle wpływają na kondycję skóry: przy długotrwałym stosowaniu rozszczelniają naskórek, powodując nadmierne wysuszenie skóry.”

A natura niby taka dobra! 🙂

Przy okazji, wiecie, że zjadając gruszkę, pochłaniamy więcej parabenów, niż wcierając w twarz krem je zawierający? Owoce w sposób naturalny zawierają konserwanty.

A już nagonka na CHEMIĘ to inny, bardzo ciekawy wątek – przecież na Ziemi tak mnóstwo substancji jest związkami chemicznymi :).  Przy okazji, chciałabym bardzo ostrzec Was przed pewnym groźnym związkiem chemicznym, do którego używania w różnych sferach życia zachęcają nas sztaby PR-owców. Ostrzegam: strzeżcie się H2O!!!! 😀

A jeżeli idziemy w swoich paranojach w drugą stronę, zawierzając teoriom, jakoby małe dziecko można było myć wyłącznie wodą, to jak mi wytłumaczyła doktor Sikora, woda nie wystarczy. W pierwszych latach, a zwłaszcza do 2 r.ż. skóra dziecka nie wydziela wystarczająco dużo łoju, który chroni skórę przed nadmierną utratą wody. Towarzyszyć temu może suchość skóry, tzw. kseroza. Skóra małego dziecka powinna być delikatnie myta i nawilżana, co wzmacnia jego barierę naskórkową, ograniczając nadmierną utratę wody i rozwój mikroorganizmów i łagodzi podrażnienia oraz zmniejsza tarcie skóry o ubranie czy pieluszkę. Ponadto mycie tylko wodą nie wystarczy również dlatego, że sama woda nie usunie wszystkich niepożądanych substancji ze skóry, tłuszcz i brud nie rozpuszczają się w wodzie.

A teorie o tym, że dziecka najlepiej w ogóle nie myć, albo myć jak najrzadziej, przypominają mi średniowieczne teorie o tym, że brud chroni przed zarazkami…. 

 Nie pozwólmy naszemu mózgowi chodzić na skróty. Ufajmy temu, co sprawdzone i udowodnione. 🙂

Komentarze:

  • Madzina

    Świetny tekst😊napisz jeszcze o nie(wielkiej) mocy witaminy C a będę je drukować i rozdawać swoim Pacjentom gdyż nawet strony z podręczników szkolnych nie są w stanie przekonać ludzi😋

    • Dziękuję! Czy dobrze rozumiem, że jesteś lekarzem i stykasz się fanami twórczości „doktora” Zięby? :>

      • Madzina

        Dobrze rozumiesz:) fani owego pana są zwykle u mnie raz…jakoś trudno nam znaleźć wspólny język:P myślę że problemy z akceptacją rzeczy nieprzewidywalnych(chorób, wypadków itp) jest na tyle trudna że łatwiej nam znaleźć winowajcę mi.n w firmach farmaceutycznych, żywności, szczepieniach niż przyznać że coś się dzieje bez udziału innych i bez naszej zgody

  • Natalia R

    Nishko, bardzo ciekawy tekst! Widać że dobrze się do niego przygotowałaś. Czytałam go z przyjemnością 🙂

  • maria

    Droga Nishko, temat składnikow kosmetyków jest dla mnie tematem bardzo bliskim, bo właśnie niedługo opublikuję moją aplikację mobilną, przy pomocy której będzie można zeskanować składniki danego kosmetyku (np. podczas zakupów w sklepie), by dowiedzieć się co dany skladnik oznacza, jaką odgrywa rolę i czy jest bezpieczny.

    Bo niestety, choć bardzo chciałabym dzielić Twój optymizm, wiarę w badania naukowe i dobre intencje korporacji, to jednak rzeczywistość jest trochę mniej kolorowa.

    Po pierwsze, badania naukowe. Rzadko kiedy wyniki badań są jednoznaczne. Co uznawane było za dozwolone jeszcze dekadę temu, teraz skorelowane jest z np. rozwojem nowotworów. Nauka cały czas się rozwija, i opinie się zmieniają. Sama jestem naukowcem (nie mówię tego po to, by użyć authority argument, ale by zapewnić, że daleko mi od wszelakiej idiokracji), i wiem jak to wygląda z praktycznej strony. Np. testowanie kosmetyków odbywa się na małej (nie zawsze zdywersyfikowanej) próbie badawczej. Wyniki, nawet gdy są pozytywne dla 95% badanych, nadal mogą wywołać reakcje alergiczne u reszty. Gdy przeskalujemy to na całą populację, nagle okazać się może, że relatywnie dużo osób może ucierpieć. Co sprowadza nas do punktu drugiego — wszelakich norm unijnych. Żyjąc w UE, żyjemy tak naprawdę w bardzo komfortowych warunkach, jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo (sytuacja jest o wiele gorsza np. w USA). Nadal jednak problem z normami składników kosmetyków jest taki, że normy te wyznaczane są dla pojedyńczego składnika. Więc np. zakladając, że dozwolona dawka dla skladnika X jest 0.005%, dla składnika Y jest 0.003%, i zakladając, że producent kosmetyków używa zarówno skladnika X i Y, żadne normy te nie regulują dozwolonego stężenia tych składników razem. To oznacza, że nawet jeśli dany składnik X sam nie powinien wywolać żadnej reakcji, to jeśli jest on zmieszany z Y, taka reakcja może (choć nie musi — zazwyczaj nie jest to wiadome) nastąpić. Oczywiście nie oznacza to, że wynikiem będzie nowotwór, czy coś poważnego, bardziej reakcja alergiczna, na przykład. Punkt trzeci, ufanie wielkim koncernom kosmetycznym. Nie jestem zwolenniczką żadnych teorii spiskowych ,jednak na liście ich priorytetów najpierw znajduje się optymalizacja zysków. Przez np. próbę przedłużenia terminu ważności kosmetyków, co wymaga dodania większej ilości konserwanów, albo próbę zamaskowania niektórych składników. Próby te widoczne są np. przeglądając dokumenty publikowane przez komisję europejską (https://ec.europa.eu/health/scientific_committees/latest_opinions_en). Niektóre z tych dokumentów są ewaluacją nadsyłanych żądań/zapytań na temat różnych składników (np. Prośba o usunięcie jakiegoś składnika z listy alergenów). Mimo że te prośby są zazwyczaj publikowane anonimowo, raczej nie sądzę by były one nadsyłane przez postronne jednostki. Dla zainteresowanych, tu jest link do oficjalnej europejskiej bazy danych różnych związków chemicznych: http://echa.europa.eu , a tu jest link do bazy danych typowo składników kosmetyków (ta baza jest projektem z USA): https://www.ewg.org/skindeep/

    Co sprowadza mnie do ostatniego punktu mojej już przydługiej wypowiedzi, mianowicie analizy składu jednego z kosmetyków Johnson’s. Wygooglałam skład zwyklej oliwki dla dzieci (https://www.doz.pl/apteka/p3383-Johnsons_baby_oil_oliwka_200_ml), I oto co zawiera: Paraffinum Liquidum, Isopropyl Palmitate, Parfum. Dwa na trzy składniki są doskonale znane jako alergenne. Tu jest np. Info o Paraffinum liquidum, bardziej znany jako mineral oil: https://www.ewg.org/skindeep/ingredient/703977/MINERAL_OIL/#.Wtek9S-B1N0. A tu jest informacja o tym składniku jako substancji chemicznej na stronie europejskiej: https://echa.europa.eu/substance-information/-/substanceinfo/100.029.500. Może powodować nawet śmierć przy wysokim stężeniu. Oczywiście stężenie w kosmetykach jest o wiele wiele niższe i na pewno nie doprowadzi do śmierci, ale sam fakt, że wysokie stężenie czegoś, co miałabym nakładać na dziecko czy siebie jest śmiertelne, na pewno nie przyczyni się do zachęcenia mnie, by kupić tę oliwkę. O Parfum już chyba nie muszę wspominać, bo bardzo głośno jest teraz o szkodliwości tego składnika. Coraz więcej, nawet wysoce komercyjnych kosmetyków, już reklamuje Parfum/fragrance- free wersje. Podejrzewam, że w przyszłości oba te składniki będą ostateniczie wykluczone z listy stosowanych składników.

    Z kosmetykami jest trochę jak z jedzeniem, one też dostają się do naszego ciała I krwioobiegu. Więc np. ja cenię sobie, że to co dostaje się do mojego organizmu jest jak najbardziej naturalne I najmniej przetworzone. Nie do końca merytorycznym słusznie wydaje się argument, że „natura tez bywa trująca”. Jasne. Podobnie z jedzeniem. Ale również nie jemy trującego jedzenia. Natura ma jednak wiele doskonałych zamienników popularnych składników. Trend, by jeść zdrowo i naturalnie, jakoś powoli przedostaje się wreszcie do szerszej populacji. Mam nadzieję, że podobnie stanie się z kosmetykami.

    • Magda H.

      Pani wypowiedź jest bardzo rozsądna i przekonująca dla mnie, ale do pewnego momentu – tzn. do „ostatniego punktu”, w którym skomentowała Pani skład oliwki dla dzieci. Po pierwsze – olej parafinowy, czyli zwykła parafina (znana chociażby ze starego typu świeczek) (Paraffinum Liquidum) została przez Panią opisana, jako nie wiadomo jaka trucizna, z naciskiem, że „w dużych stężeniach prowadzi do śmierci”, co ewidentnie oznacza, że nie potrafi Pani prawidłowo skorzystać z przytoczonych źródeł. Tak, tam jest napisane, że parafina może przynieść fatalne skutki. PRZY POŁKNIĘCIU LUB GDY DOSTANIE SIĘ DO DRÓG ODDECHOWYCH. To dokładnie jest napisane w linku, który Pani przytoczyła. Zakładam, że nikt oliwki do ciała nie połyka, a nie nie wlewa do dróg oddechowych, tak? No i jeszcze tajemniczy składnik „Parfum”, o którego szkodliwości jest tak głośno. Słowo „Parfum” oznacza substancję zapachową. Nie wiemy dokładnie jaką, bo producent nie ma obowiązku określania dokładnego składu swojej kompozycji zapachowej. To po prostu „zapach”, „perfumy” w produkcie. Owszem, niektóre substancje zapachowe mogą być uczulające lub drażniące dla niektórych osób, stąd wiele produktów „parfum-free”. Ale to nie jest jakaś konkretna substancja „o której szkodliwości jest głośno”, hello.
      Napisała Pani o sobie, że jest Pani naukowcem. Bardzo mnie ciekawi, z jakiej dziedziny, bo z chemii i kosmetologii to na pewno nie. Pozdrawiam

      • maria

        AD. Paraffinum Liquidum: jasne, skrót w pisowni, niedoprecyzowanie. Nadal jest to składnik, którego unikam. Nieważne jaką drogą dostaje się do organizmu.
        AD Parfum. Jasne. Znów wydaje mi się, że coś zostało niedoprecyzowane. Wiem, co to oznacza. Tutaj najnowszy raport EU na temat Parfum alergenów: https://ec.europa.eu/health/sites/health/files/scientific_committees/consumer_safety/docs/sccs_o_073.pdf (na str 9 są listy z dokładnymi nazwami). Dopóki producenci kosmetyków nie będą dokładnie określać co za Parfum jest użyty, jest to kolejny składnik, którego unikam.
        AD Moje wykształcenie: doktorat z zakresu badań nad obliczeniowym przetwarzaniem informacji w mózgu. Miałam na myśli, że wiem ze strony praktycznej jak wyglądają badania empiryczne, interpretacja wyników i generalizowanie na całą populacje. I jak szybko status quo w nauce się zmienia. Zainteresowanie kosmetologią jest hobbystyczne. Jeśli zaimplikowałam inaczej, było to niecelowe.

        • Mal Kra

          Pani Mario, swietny komentarz, prosze sie nie dac prowokowac takim protekcjonalnym komentarzom jak ten od Pani Magdy H. Przy okazji, oczywiscie, ze oliwka moze sie zostac polknieta przez male dziecko lub moze sie dostac do drog oddechowych, hello! oczywiscie przypadkowo. Poza tym ja tez sie nie czuje komfortowo smarujac sie czyms co jest pochodna ropy naftowej…..I w ogole bardzo fajnie Pani napisala i podala super linki (ja tez z nich korzystam), nie nazwalabym siebie naukowcem ale z wyksztalcenia jestem lekarzem i tez mi daleko do idiokracji, no i wiem np jak wyglada problem od strony klinicznej. Sama mam dzieci z tzw. Neurodermatitis i o dziwo, zmiany znacznie sie cofnely po odstawieniu SLS i SLES w kosmetykach. Sama tez mam podobne podejscie do tematu kosmetykow i wybieram te z najkrotszymi skladami, oraz te ktore sa najmniej przetworzone. Przy okazji SLESy i SLS oraz parabeny to nie sa jedyne substancje uzywane w kosmetykach masowej produkcji a tylko o tych traktuje ten tekst. Pani Nishko jestem Pani wierna fanka juz od lat ale ten artykul to strzal w stope, jezeli juz sie zajmujemy tematem na powaznie to licze na powazne i rzetelne podejscie do tematu tak jak w poprzednich artykulach, niestety wywiad z Pania z koncernu Johnson&Johnson nie nalezy do takich, ktore daja pelnie informacji….Pozdrawiam

        • CosPodobnego

          Naukowiec, który uważa EWG za wiarygodną bazę informacji… do czego to doszło.

  • Magdalena Popp

    Nishko, lubie Twoje poczucie humoru i sposob pisania. Mysle jednak, ze nawet duze pieniadze, ktore placi Jonson’s za promocje, nie skusilyby mnie osobiscie do napisania takiego tekstu… To, ze czlowiek potrafi pisac i poslugiwac sie slowem jako narzedziem, nie usprawiedliwia gloszenia nieprawdy. Na dyskusje merytoryczna szkoda czasu – dostep do wiedzy przeroznej jest dzisiaj duzy (nie trzeba, jak za moich mlodszych czasow, przesiadywac godzinami w bibliotekach 🙂 ), trzeba tylko umiec szukac i czytac ze zrozumieniem – pozniej kazdy wybiera co chce 😀

    • Wiktoria

      Chcąc – nie chcąc, dobrze wpisałaś się w tekst Nishki o niepokojących tendencjach, które ogarnęły współczene społeczeństwo.Takie czasy, że ludziom wydaje się, że mogą sobie znaleźć w internecie co chcą i wybrać, co im pasuje i udawać eksperta. A „na dyskusję merytoryczną szkoda czasu.” I po co przewidywać godzinami w bibliotekach i kształcić się i być ekspertem, wystarczy umieć szukać. Smutne.

      • Pat

        No racja, ludzie są ekspertami „z internetu”” i to złe zjawisko. Ale Nishka sama nie ma pojęcia o kosmetykach i chemii, a stała się adwokatem dużego koncernu i szerzy wiele informacji nieprawdziwych albo wyrwanych z kontekstu, które zebrane do kupy pokazują wyższość kosmetyków JJ nad naturalnymi kosmetykami (także tymi do kupienia normalnie w sklepach) i wzbudza strach przed świadomymi wyborami konsumenckimi. Ironia, prawda? Lubię Nishkę, ale w tym arcie pojechała za grubo, bo dodatkowo wykorzystuje strach rodziców o własne dzieci (chyba większość rodziców chce dać dzieciom to, co najlepsze i najbezpieczniejsze).

  • krykat

    Nishko, chciałabym podzielać Twój ufny entuzjazm, ale jakoś nie mogę, a i argumenty przytoczone nie do końca do mnie przemawiają.

    Przede wszystkim, nie zgadzam się że stawianiem w jednym rzędzie ruchu antyszczepionkowego i « chemofobii », jak to nazywasz (lub krytycznej lektury składów kosmetyków, jak ja to nazywam). To pierwsze jest po pierwsze z intelektualnego punktu widzenia bardzo głupie, a po drugie niebezpieczne, ponieważ prowadzi, poza obniżeniem odporności jednostki, do obniżenia odporności zbiorowej populacji, powrotu groźnych chorób zakaźnych oraz wystawienia na niebezpieczeństwo osób, które z różnych przyczyn nie mogą być zaszczepione.

    To drugie w najgorszym wypadku doprowadzi do tego, że ktoś przestanie kupować kosmetyki marki Johnson’s.

    Po drugie, nie zgadzam się z lansowaną przez Ciebie dychotomią « Albo kosmetyki konwencjonalne, albo kąpiel w strumieniu raz na tydzień ». Pomiędzy są liczne stadia pośrednie, na przykład:

    >krytyczna lektura składów « normalnych » kosmetyków i wybieranie tych, które nie zawierają składników, które z przyczyn zdrowotnych lub ekologicznych są niewskazane : alergenów (różne konserwanty i substancje zapachowe), pochodnych ropy naftowej (parafina), substancji wpływających na układ hormonalny (np. Chemiczne filtry przeciwsłoneczne), PEG i PPG (emulgatory tworzone w bardzo toksycznym procesie), drażniące substancje myjące (SLS). Te składniki mają mniej szkodliwe zamienniki lub też można się bez nich obyć. W kosmetyce konwencjonalnej takie produkty również istnieją.

    >Certyfikowane kosmetyki ekologiczne – i nie chodzi mi tu o tzw greenwashing, czyli że ktoś maluje flakon na zielono i pisze na nim Organic, ale o kosmetykach z certyfikatami, np ECOCERT, NaTrue, Nature et Progrès… mają one dużo bardziej restrykcyjne wymagania (można je sobie wyguglac) i większość substancji wymienionych powyżej nie ma prawa się w nich znaleźć. Z bardziej znanych marek jest np Weleda, która robi bardzo fajne kosmetyki dla niemowląt. Np ich oliwka jest z oleju sezamowego, czyli nie z parafiny, a jednak kosmetyk… jakże to tak ?

    >Kosmetyki naturalne : olejki, masła roślinne, hydrolaty, glinki : do pielęgnacji ciała istnieje multum olejów : kokosowy, ale też ze słodkich migdałów, sezamowy, masło shea, hydrolaty z powodzeniem zastępują tonik, olejki eteryczne o roznistych właściwościach, z glinki można robić maseczki i mogłabym tak jeszcze dlugo… a do mycia istnieje coś takiego jak mydło w kostce, najlepiej , uwaga, z oliwy z oliwek, tzw savon de Marseille : ma tylko kilka składników, żadnych dodatkowych zapachów ani konserwantów i można nim umyć wszystko i wszystkich : od dzieci, poprzez siebie, aż do prania i zmywania, chociaż tego ostatniego nie przetestowałam.
    Wszystkie produkty o których piszę w tym punkcie są sprzedawane jako kosmetyki w sklepach ekologicznych, może tylko firma Johnson’s nie ma ich w swojej ofercie.

    >Koniec końców, kąpiel w strumieniu, bo w sumie czemu nie, kto bogatemu zabroni 😊

    Czytam Cię Nisho od lat i bardzo lubię Twoje poczucie humoru i trzeźwy ogląd rzeczywistości, ale tutaj mam wrażenie że dałaś się wkręcić w czyjąś kampanię martetingowa, mającą poprzez liderki opinii takie jak Ty ukoić uzasadnione niepokoję konsumentów i zatrzymać odpływ tychże od marki.

    • Ewa Kajetanowicz

      Nie mam wrażenia, ze Nishka stawia na równi ruch antyszczepionkowy i chemofobiczny, to są po prostu najbardziej charakterystyczne przykłady ukazujące tzw.”mądrość ludu, wiedzącego lepiej niż ci eksperci”. Mam z kolei wrażenie, że Twoja argumentacja ukazująca i zderzającą skutki istnienia obu tych zjawisk jest niezbyt uczciwym chwytem w dyskusji.

      • krykat

        @gosc dzieki za bardzo ciekawy artykul, ciezko sie z nim nie zgodzic a na Aeon moze zaczne czesciej zagladac :). Problem w tym, co napisala Nishka, polega na tym, ze wydzwiek jej argumentacji to ” albo ufasz bez zastrzezen przemyslowi kosmetycznemu, albo masz chemofobie i wierzysz w teorie spiskowe”. Pomiedzy tymi dwoma postawami jest bardzo duzo mozliwych niuansow i o nich staralam sie napisac, bez czego argumentacja Nishki i pani dr z Johnsona wydaje mi sie tendencyjna. Poza tym, mysle ze jako konsumenci ktorzy placa pieniadze za to, co kupuja, mamy prawo i domagac sie rzetelnych informacji, i glosowac za pomoca portfela, czyli wybierac co chcemy kupowac, i rezygnowac z zakupu, ktory z roznych wzgledow nam nie odpowiada.

        @Ewa Kajetanowicz – mysle, ze stawianie w jednym rzedzie, po przecinku ruchu antyszczepionkowego, tzw „terapii witamina C” (o ktorej pierwsze slysze) i tego, co ona nazywa „chemofobia” (ale z lektury wynika ze kazda watpliwosc dot skladu kosmetykow moznaby tak zakwalifikowac) sluzy do zdyskredytowania tego ostatniego jako oszolomstwa i szamanskich teorii.

        • Ewa Kajetanowicz

          Nie mam wrażenia, że taki jest wydźwięk tekstu Nishki. Poza tym przeciez ona nikomu nie każe kupować produktów JJ, w żadnym momencie do tego nie zachęca – to tylko Twoja nadinterpretacja – byla po prostu na spotkaniu zorganizowanym przez tę markę.
          Terapia witamina C to aluzja do hitu ostatniego roku, książki „Ukryte terapie” „doktora” (bynajmniej nie medycyny) Zięby, która jest chyba bestsellerem już. Zresztą poniżej w komentarzach wypowiada się o tym również lekarz, której część expacjentów wpadła w sidła tej teorii.
          Ci pacjenci odmawiają zwykle leczen, bo przecież witamina C jest remedium na wszystko. I to wszystko jest właśnie pokłosiem zjawiska stawiania na równi ekspertów i laików.

          • Mal Kra

            A ja właśnie tez mam wrażenie tak samo jak @krykat ze w tym artykule chemofobia i ruch antyszczepionkowy zostały wrzucone do jednego worka i nawet poczułam sie deczko urażona bo sama siebie lubie zaliczać do świadomych konsumentów. Lubię wiedzieć co jest w kosmetykach które wcieram w swoją skore, lubię jak kosmetyki sa dobrej jakości, widzę różnice miedzy kremami które trzeba trzymać w lodowce i miedzy tymi które maja termin przydatności do użycia 2-3 lata, zauważam ogromna różnice w stanie swojej skory (dużo lepszy) odkąd zaczęłam czytać i bardziej rozumieć składy. Szkoda mi bardzo fanów pana Zięby, którzy dają sie ogłupiać wyssanymi z palca teoriami ale dodatki do kosmetyków nie sa jakaś czarna magia i ich działanie można łatwo sprawdzić. Poza tym to nie chodzi przecież o narażanie sie na niebezpieczeństwo myjąc włosy szamponem z slesem i parabenem tylko o to zeby być świadomym za co płacimy czasem duże pieniądze i jak to wpływa na nasza skore.

    • gosc

      Tak w temacie rzekomej nieszkodliwości chemofobii polecam lekturę: https://aeon.co/ideas/chemophobia-is-irrational-harmful-and-hard-to-break

    • Aha! Taki właśnie komentarz chciałam napisać, to tylko podpiszę się pod tym rękami i nogami 😉 Nishko, też uwielbiam Twojego bloga i Twoje zdroworozsądkowe podejście do życia, ale mi akurat w tej kwestii zdrowy rozsądek podpowiada mniej więcej to, co @krykat wyżej napisała

  • Ciesze się, że zamiast usuwać sprawdzone substancje kosmetyczne z kosmetyków powstają warsztaty na ich temat. Oczywiście nie każdemu musi służyć ta czy inna substancja w kosmetyku, warto zawsze wybierać kosmetyk pod konkretną skórę, ale nie popadajmy w paranoję i skrajności że sub. kosmetyczne nas zabijają i permanentnie trują. Ja wychodzę z prostego założenia nie chcesz nie używaj, ale nie strasz innych, że używając tego czy innego produktu trujesz siebie lub swoje dziecko. Pozdrawiam !

  • Pat

    Nishko, sądzę że chciałaś być fajna,ale nie do końca pociągnęłaś ten temat. Np. łagodzenie wizerunku SLS-ów, które są całkowicie zbędne w kosmetykach i można zastąpić je łagodniejszymi dla skóry środkami myjącymi, przyjaźniejszymi dla skóry i środowiska, jest bardzo słabe. Podobnie zaklasyfikowałaś oliwę z oliwek czy olej kokosowy jako szkodliwy dla skóry i chociaż teoretycznie nie napisałaś nieprawdy, to pominęłaś ważne informacje. Oleje nie mają właściwości nawilżających i stosowane solo po prostu wysuszają skórę, taką mają właściwość, a ty zachowałaś się prawie jak antyszczepionkowiec – zaczęłaś demonizować dobre dla skóry, naturalne środki, wyciągając ich jedną cechę i nie dodając do tego kontekstu (a tym są emolienty, oleje i humektanty) . Oczywistym jest, że koncernom farmaceutycznym zależy na tym, by człowiek bał się sam tworzyć kosmetyki, bał się myśleć krytycznie, sięgać do naturalnych składników, bo tak łatwo stracić klientów. I tym samym prezentują nam „wyniki badań” bez kontekstów, serwują półprawdy i wpajając, że tylko producenci są w stanie dać nam to, czego potrzebujemy. Szczerze, spodziewałam się po Tobie większej niezależności myślowej. Albo pokory – bo skoro się na czymś nie znasz (w tym przypadku chemia i kosmetologia), to może lepiej nie ciągnąć tego tematu lub przynajmniej nie opierać go na JEDNYM źródle? Jestem mocno zawiedziona, bo artykuł, chociaż zawiera wiele istotnych informacji, jest bardzo stronniczy i napisany dla jednej marki.

  • A… chciałam jeszcze dorzucić swoje trzy grosze w sprawie, która co prawda jest na marginesie dyskusji. Ale też ważna! Niektórzy komentujący wspominali o kierowaniu się względami ekologicznymi, biodegradowalności kosmetyków. Kolejną kwestią są opakowania. Producenci tych „niekonwencjonalnych” kosmetyków podłapali, że toniemy w powodzi plastiku, i że etyczny produkt powinien mieć w każdy sposób jak najmniejszy wpływ na środowisko. Stąd bogaty wybór np. szamponów czy dezodorantów w kostce, które pakowane są w niewielką ilość papieru i zajmują dużo mniej miejsca w transporcie, bo nie są rozwodnione (czyli mają mniejszy „ecological footprint”). Dla mnie dużo bardziej logiczne rozwiązanie, zresztą stare jak świat, i kolejny powód, żeby nie kupować od wielkich koncernów, które środowisko mają w nosie 😉

    • krykat

      zbedne opakowania ktore zostana z nami przez nastepne 500 lat (plastik) to tez jest temat-rzeka ale nie chcialam, zeby mi sie z komentarza zrobil osobny esej wiec juz sie na te tereny nie zapuszczalam 🙂

      • Haha!! No tak 🙂