Dzieciocentryzm – czy rodzice powinni podporządkować życie dzieciom?

Fot. Luca Zordan

Tak jak jestem przeciwniczką założenia, że dziecko powinno odwdzięczyć się rodzicom „na starość”, o czym pisałam tutaj, tak samo uważam, że rodzice nie powinni poświęcać całego życia dzieciom i podporządkowywać większość swoich decyzji ich woli.

Do przemyśleń nad tym skłoniło mnie pytanie, które niedawno zadało mi kilka osób, dowiedziawszy się, że wyprowadziliśmy się około 20 km od miasta. Co na to twoje dzieci? Czy nie wolałyby mieszkać w mieście? Wolałyby. Ale cóż, podjęliśmy kilka lat temu taką decyzję i dzieci muszą się do niej dostosować. Nie możemy podporządkowywać całego życia ich „dobru”.

Nasze dzieci z jednej strony cieszą się, że mamy dom, który co nieco pokazywałam Wam w tym i tym wpisie oraz podwórko z pięknym widokiem, leśne otoczenie, hasające jelonki, sarenki i zebry. Z drugiej strony, czasem marudzą z tego powodu:

– Dlaczego nie możemy mieszkać w mieście? Wszędzie mamy daleko! Nie możemy z powrotem wyprowadzić się do miasta?

Otóż nie możemy.

Oczywiście chcę, żeby moje dzieci były szczęśliwe, ale nie mogę dążyć do tego kosztem swojego życia. Skoro ja i mąż chcemy mieszkać w otoczeniu natury to gdybym tylko dla ich dobra i wygody zdecydowała się na mieszkanie w centrum miasta, to czułabym się sfrustrowana. I dzieci na pewno by to odczuły.

Podobnie: jeżeli rodzice mieszkają w centrum miasta, ale otoczenie sugeruje im:

– Nie myśleliście o tym, żeby wyprowadzić się stąd gdzieś bliżej natury? Dzieci mogłyby zdrowo hasać po łąkach i lasach zamiast między tymi okropnymi blokami i wśród spalin!

Albo:

– Macie takie małe mieszkanie, czy nie powinniście przeprowadzić się do większego? Albo najlepiej do domu? Tak, by dzieci miały przestrzeń dla siebie?

Gdy nie odczuwają takiej potrzeby lub nie są w stanie tej sytuacji zmienić, to moim zdaniem nie powinni się tą myślą katować ani robić tego wbrew sobie. Skoro w centrum miasta czują się dobrze, niech tam mieszkają! Myślę, że dla „dobra” dziecka ważniejsze jest, żeby mieć szczęśliwych rodziców, a jak przekonywał mnie psychoterapeuta w Robert Rutkowski Tylko szczęśliwy rodzic może wychować szczęśliwe dziecko. Co do wielkości mieszkania, to jak pisałam tutaj kluczem nie jest jego wielkość, a relacje panujące między mieszkańcami. Można zgubić się i czuć obco i daleko od siebie w malutkim mieszkaniu i blisko ze sobą w wielkim domu i odwrotnie. Bo to nie o metraż chodzi. Ani o wielkość miejscowości.

Z pewnością bycie rodzicem wymaga zaangażowania i wiąże się z określonymi obowiązkami: musimy zadbać o rozwój dzieci i ich zdrowie psychiczne i fizyczne, zapewniając im zdrowie pożywienie, dach nad głową, wykształcenie, okazując troskę, miłość i czułość. Ale nie musimy – przynajmniej moim zdaniem – czynić z dzieci punktu odniesienia wszystkich naszych decyzji.

Moim zdaniem, rodzic powinien być w zgodzie przede wszystkim ze sobą samym. Jeżeli otrzyma bardzo dobrą ofertę pracy w innym mieście albo chce z innych powodów: np. ceny ziemi lub domu przenieść się do innej miejscowości i jest w tej decyzji zgodny z drugim rodzicem, to niech to robi. Nawet kosztem tego, że dziecko będzie musiało przenieść się do innej szkoły. Oczywiście warto zachować zdrowy umiar i rozsądek – częste przeprowadzki i zmiany otoczenia nie są dobre dla dziecka. Ale jedna? Czemu nie?

A już stresowanie się, że w mniejszej miejscowości są gorszej jakości szkoły jest moim zdaniem nieracjonalne. Gdyby tak było, duże miasta zamieszkiwałyby same wspaniale wykształcone dzieci geniusze, a małe miejscowości odwrotnie: dzieci nieoczytane, nieoświecone i niezdolne, a to nieprawda. Co więcej, wielu moich znajomych, których dzieci uczą się w szkołach w małych miejscowościach bardzo je sobie ze względu na kameralność ceni.

Nie mogę też nie wspomnieć o odwiecznym wątku, którzy poruszany jest, gdy mowa o wyprowadzce z miasta: czy nie tęsknicie za tym, co oferuje? Kinem? Restauracjami? Koncertami? Galeriami sztuki i galeriami handlowymi? Hellou! 🙂 A co za problem wsiąść w samochód, autobus czy pociąg i jechać tam i korzystać z tych dóbr? My na bieżąco korzystamy z tych „dobrodziejstw” mimo, że na co dzień mieszkamy na wsi.

Dzieciocentryzm i dzieciokracja

W świetnej książce „W Paryżu dzieci nie grymaszą” o której co nieco wspominałam w tym tekście, autorka: Amerykanka, która przeprowadziła się do Francji, zauważyła znaczną rozbieżność w stylu wychowania pociech: amerykańskim i francuskim. W Ameryce wszystko zwykle kręci się wokół dzieci, które narzucają rytm życia i dyktują warunki, to pod nie podporządkowany jest plan dnia, godziny posiłków, towarzyskich spotkań itd. Natomiast Francuzki starają się zachować równowagę, i przykładowo, gdy dzieci je o coś proszą, mówią:

– Poczekaj chwilę. Nie rzucę wszystkiego natychmiast i nie będę lecieć na łeb i szyję. Najpierw wypiję kawę/skończę rozmowę z moim gościem, potem ułożę z tobą klocki.

To komunikat sygnalizujący: jesteś dla mnie ważny, twoje potrzeby są dla mnie ważne, ale moje również są ważne.

Ukazując to na przykładzie czasu posiłku, można powiedzieć, że w USA to dzieci decydują, kiedy będzie obiad, krzycząc „Jestem głodny!”. Natomiast we Francji rodzice po prostu w pewnym momencie stawiają na stole posiłek i zapraszają dzieci do stołu. W moim domu jest bardziej jak w Paryżu niż na Florydzie. 🙂

dopisek: Czytelniczka Olga zwróciła mi uwagę, że w tej książce chwalona jest metoda „wypłakiwania się” niemowlęcia – ja tego w ogóle nie pamiętam (czytałam ją około 2 lata temu) – oczywiście absolutnie tej metody nie polecam i nie stosuję! Uważam, że do pierwszego roku życia, czyli w przypadku niemowląt „dzieciocentryzm” jest zdecydowanie wskazany. 

Niektórzy rodzice gotowi są rzucać wszystko: rezygnować ze spotkań towarzyskich, wyjazdów, rozrywki, „tylko” dlatego, że dzieci decydują inaczej. Świadomie wzięłam słowo „tylko” w cudzysłowie, bo oczywiście również uważam, że potrzeby dzieci są ważne, ale nasze, rodziców, przecież też! Spotykam czasem rodziców, którzy mówią, że kompletnie nie mają dla siebie czasu, że cały ich czas wypełniają dzieci. A czy zachęcacie czasem dzieci, by poszły do swojego pokoju i pobawiły się same? 🙂 Czy potraficie czasem oddać dzieci pod opiekę babci lub niani? Tak, by mieć trochę czasu tylko dla siebie? Czasem warto. 🙂

Gdyby dobro moich dzieci było dla mnie absolutnie priorytetowe, sprzedałabym teraz nasz dom i kupiła mieszkanie w centrum miasta – bo tego właśnie w chwili obecnej chciałyby moje córki. Nie zrobię tego, bo to też jest moje życie. One za kilka lat odejdą od nas, może wyjadą do innych miast studiować, założą rodziny, a ja co? Zostanę z myślą, że całe dotychczasowe życie poświęciłam im? I dopiero wtedy zacznę układać sobie życie tak jak chcę? Wydaje mi się, że to właśnie z takich postaw: poświęcającego się rodzicielstwa rodzi się potem nacisk na dziecko, by mu się odwdzięczyło. A z takich relacji raczej nic dobrego nie wynika.

Wracając do przykładu z mojego życia wziętego, czyli naszej wyprowadzki z miasta. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nasz wybór pociąga dla moich dzieci pewne niedogodności, więc staram się je zminimalizować. Nie robię problemów, gdy córki chcą zostać w mieście dłużej, a nawet spać u jakiejś koleżanki, chętnie zapraszam do nas na noc ich znajome. Na pewno sprawę ułatwia nam fakt, że w centrum miasta mieszkają dwie babcie, u których dziewczyny często bywają, zachodząc na przykład po szkole lub co jakiś czas nocując u nich.

Poza tym albo ja albo mąż prawie codziennie jeździmy do miasta, więc mają zwykle załatwiony transport. Do centrum mamy około pół godziny drogi, więc co najmniej godzinę spędzamy w samochodzie. Ten minus również można przekłuć w plus: przecież podróż to świetna okazja do rozmowy.

Czasem jednak, gdy córki chcą wyjść gdzieś w weekend lub popołudniu, nie wieziemy ich samochodem lecz podwozimy tylko na przystanek autobusowy, z którego same muszę dostać się do miasta. Czy to oznacza, że jesteśmy wyrodnymi rodzicami? Moim zdaniem, nie. Życie przecież nie jest usłane różami, wiąże się z pewnym wysiłkiem, więc moim zdaniem fakt, że córki doświadczają pewnych niedogodności, wyjdzie im na plus. Uczy je samodzielności, hartuje ducha i zdobywają dzięki temu nowe doświadczenia.

Czasem żal mi córek, ale cóż, life is brutal. 😉

Ja, jako dziecko mieszkałam 2 km do szkoły i prawie codziennie, od mniej więcej 9 roku życia, sama lub z koleżankami sąsiadkami chodziłyśmy piechotą do szkoły i uważam to za dobre doświadczenie.  I dziś wciąż mi bliżej do tego stylu wychowania z lat 80. i 90. niż współczesnego helikopterowego. (vide Rodzic helikopter, sprawdź, czy nim jesteś).

Podsumowując: nie podporządkowuję całego życia dzieciom. Oczywiście, że je kocham, dbam o nie i się troszczę, chcę poświęcać im czas i uwagę, ale nie SIEBIE, tak samo jak nie chcę, żeby potem moje córki poświęcały całe swoje życie swoim dzieciom. A od kogo, jak nie ode mnie mają się tego nauczyć? 🙂

Komentarze:

  • piękne i baaaardzo rozsądne!

  • Joanna

    U nas z racji tego, ze mieszkamy w USA, po amerykansku🙉 Moze nawet bym powiedziala, ze po polsku bardziej 😝

    • Może masz ochotę napisać więcej, jak to jest po amerykańsku? 🙂 Potwierdzasz, że panuje u Was DZIECIOCENTRYZM? 🙂

      • Joanna

        No wlasnie nie… Ja raczej dzieciocentryzm przypisalabym Polkom 😜 Amerykanie to zdecydowanie rodzice wygodni, czasem nawet(w mojej opini) leniwi😉 Bardziej poblazaja I ustepuja a Nie wychowuja..Oczywiscie Nie ma Ci generalizowac, bo znam bardzo duzo swietnych rodzin. Amerykanskie mamy musza wracac do pracy po 12 tygodniach od porodu, bo Nie ma urlopu macierzynskiego. Dzieciaki szybko staja sie bardzo samodzielne, maja obowiazki.

  • Olga Smogór

    Czytałam tę książkę i mam jeden wniosek: trzeba spróbować być gdzieś po środku. Autorka np. zostawiła swoją córkę do wypłakiwania (żeby sama spała), a to, jak potwierdzają badania, może przynieść więcej szkody, niż pożytku, bo np. może trwale wpłynąć na zaufanie do rodzica. Oczywiście wychowanie w pewnych ramach to co innego. Chyba najważniejsze, żeby zachować rozsądek, robić, co intuicja podpowiada. Korzystać z rad, które nie kłócą się z naszymi poglądami i uczuciami.

    Edit: co do artykułu to jestem 100% na tak 🙂 Dorośli jednak wiedzą trochę lepiej 🙂

    Mi to bardzo to wypłakiwanie w pamięć zapadło, ale dodam, że książkę czytałam w ciąży będąc 🙂 A artykuł cały przeczytałam i zgadzam się, że to my, rodzice, wiemy, co jest najlepsze dla nas i naszej rodziny. Nawet, jeśli czasem to nie po myśli naszych dzieci, dalszej rodziny i znajomych.

    • Olgo, bardzo dziękuję za tę uwagę! Aż zrobiłam specjalny dopisek w tekście:

      „Czytelniczka Olga zwróciła mi na FB uwagę, że w tej książce promowania jest metoda „wypłakiwania się” niemowlęcia – ja tego w ogóle nie pamiętam (czytałam ją około 2 lata temu) – oczywiście absolutnie jej nie polecam i nie stosuję! Generalnie uważam, że do pierwszego roku życia, czyli w przypadku niemowląt „dzieciocentryzm” jest zdecydowanie wskazany. „

    • Jestem świeżo po lekturze książki i muszę się nie zgodzić. Autorka próbowała metody wypłakiwania się dziecka, ale została skarcona przez francuskie matki w związku z tą strategią.
      To, co jest popularnym we Francji poglądem, to poczekanie. Nie biegnie się do dziecka zaraz jak tylko zakwili, ale odczekuje chwilę 3-5 min. Bywa że dzieci śniąc zaczynają płakać przez sen albo jest to jedynie chwilowa niepewność dziecka. Jeżeli płacz nie ustaje po tych paru minutach, jak najbardziej trzeba iść do dziecka.

      • Adorosa, no właśnie też tak coś kojarzę bardziej „pauzę” a nie polecanie wypłakiwania się.
        Olga, kiedy czytałaś tę książkę? 🙂 Może jednak źle coś zapamiętałaś? Mam taką nadzieję! 🙂 Bo bardzo miło wspominam tę książkę i jakoś trudno mi przyjąć, że autorka mogłaby polecać „wypłakiwanie się”..
        PS choć przyznam, że 5 minut to i tak brzmi nieciekawie.. Ja nie dam rady tyle wytrzymać, gdy syn płacze. Minuta, moooże 2 – okej. Ale więcej nie jestem w stanie – dosłownie BOLI mnie jego płacz, tak jak i wiem, że jego boli.

        • Magda

          Nie polecam metody wyplakania sie. Ani jako mama ani jako pedagog. A te 3-5 minut to moim zdaniem za dlugo. To juz jest wyplakanie wlasnie a nie pauza. Zdecydowanie za dlugo. Pauza to tak jak nishka pisze minuta. Minuta to przeciez dlugo. Podrzegwamy cos minute w mikrofali to krociutko, ale placz malego dziecka… Ja tez twierdze ze nie nalezy podporzadkowywac swojego zycia dzieciom. Tak w zupelnosci. Ale warto sie liczyc i tak z ich zdaniem. Ogolnie rozmawiac i sluchac sie nawzajem. To jest ok. Ale male dzieci to jednak cos innego…

  • Daria

    U mnie w domu był w sumie dzieciocentryzm, urodziłam się niepełnosprawna, więc w ogromnej mierze domownicy musieli dostosować się do mnie (co trwa po dziś dzień, bo jestem zależna od osób trzecich), nigdy też nie miałam jakichś zakazów czy wielkich ograniczeń. Ale wyrosłam na mądrą dziewczynę, która nie ma problemu z tym, że czegoś nie dostanie 🙂

    Sama natomiast dzieci nie mam, ale ze mną by raczej miały bardzo ciężko 😀

  • Pełna zgoda, że szczęśliwi rodzice, to szczęśliwe dziecko. Ja nawet częściej zawężam to do „szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko”:) Bo tylko szczęśliwy tata, to trochę mało. A bez zadowolonej mamy, to droga przez mękę dla całej rodziny;)
    Co do tych „amerykańskich norm”, to jest chyba zbyt stronnicze. Nie czytałam książki, to trudno mi się odnieść do całości. Ale znam sporo amerykańskich rodzin, gdzie panują bardzo zdrowe proporcje. A jeśli jest inaczej, to z reguły jest to bardzo na rękę właśnie mamom, dla których dziecko stanowi wymówkę na własny rozwój i samoorganizację. Jak zresztą, w wielu miejscach na świecie:)

    • Pionierka

      A zadowolona mama z nieszczęśliwym tatą to co? 🙂

  • Zgadzam się! Też często powtarzam, że dziecko jest ważne ale nie jest pępkiem świata i takie stawianie dzieci na podium nie jest dobre ani dla dzieci ani dla dorosłych. My szurgamy nasze dzieci po górach, i namiotach, mimo tego że czasem trochę niewygodnie i „dzieciowych atrakcji” brak, ale myślę, że całkiem wszyscy jesteśmy zadowoleni z takiego spędzania czasu:)

  • Patrycja Kaczmarzyk

    Nishko, jeśli córki kiedyś będą wypominały Ci to „pół godziny do miasta”, to wyjaśnij im, że w większych miastach dotarcie z jakiejś dzielnicy (wcale nie na obrzeżach) do centrum to często co najmniej pół godziny drogi, a w godzinach szczytu to już w ogóle inna bajka. Chcę tylko zwrócić uwagę, że ta odległość wcale nie jest tak krzywdząca, jeśli wziąć pod uwagę czas dojazdu do wybranych miejsc. I zdecydowanie przyjemniej jechać 30 minut, niż stać 2 godziny w korkach w centrum czy w pobliżu wylotówek 😛

    • To prawda, powiem im 🙂 Corki najbardziej chyba denerwuje to że nie ma do nas komunikacji miejskiej a tzw PKSy jeżdżą tylko co jakiś czas. Cóż, życie to nie bajka 😉

  • Z ciekawości – daleko macie na ten przystanek? Wiem z doświadczenia (rodzice rok przed maturą przeprowadzili się na wieś), że wracanie z imprezy po zmroku przed np. pola czy las może się źle skończyć. Ja wylądowałam na drzewie bo napotkałam dziki, więc… od tego czasu nie oszczędzałam i wracałam taksówkami, opłacanymi z kieszonkowego 😀

    • No właśnie niestety niezbyt blisko – bo 3 km. Dlatego zawsze podwozimy córki na przystanek i odwozimy, choć latem zdarzało się, że córko jeździła na przystanek na rolkach, żeby szybciej 🙂 Co do imprez to śpią wtedy u babci lub u koleżanki, bo ostatni autobus odjeżdża pewnie około 20..

      • Oł, to faktycznie daleko. Nie no, ja bym pewnie też nie tylko woziła, ale i odbierała zwłaszcza wieczorami zimą. Te dziki nadal mam w pamięci. A z rolkami fajny pomysł, ja marzę o wrotkach (bo miałam rolki za dzieciaka, więc teraz chcę przewrotnie wrotki) właśnie po to, żeby śmigać na przystanki, bo niby daleko nie mam, ale do pracy jadę 10 minut tramwajami, to w sumie czemu by nie jeździć latem na wrotkach 🙂 Szkoda, że nie wpadłam na to z tym przystankiem gdy mieszkałam u rodziców.

        • Pionierka

          Ja mieszkam w stolicy i też wielokrotnie spotkałam dziki koło domu 🙂

          • Na mnie w centrum Poznania czekała tylko odrąbana sarnia nóżka… Dzików nie wiedziałam. Ale chyba się z tego powodu cieszę 😀

  • e-milka

    Czyli jak zawsze – trawa jest bardziej zielona po tej drugiej stronie plotu. Wychowalam sie wprawdzie w miescie, ale tylko z wielkosci, kulturalnych rozrywek bylo niewiele. Oczywiscie i ja idealizuje to dziecinstwo teraz – podworka, nudna codziennosc – szkola w tygodniu, sprzatanie w soboty, kosciol i spacer do lasu w niedziele. Ksiazki i tekewizja byly namiastka wielkiego zycia. Jako dorosla rzucilam sie wrecz na mozliwosci, jakie daja duze miasta. I nadal z nich korzystam, szczesliwa, ze moge je zaoferowac dzieciom. I co? Mamo, jak sie ciesze, ze ostatnio mniej wychodzimy, mowi starsza. Nie chce do kina, chce sie w domu bawic kolejka – buntuje sie mlodszy. Ja to w ogole chce kupic kawalek lasu z moja przyjaciolka, zalozymy tam lecznice i bedziemy sadzic rozne rosliny, by nie musiec nic kupowac – to znowu starsza. A mnie male miejscowosci przerazaja, lubie anonimowosc i swobode metropolii. Moje dzieci za to pewnie pobuduja sie gdzies na koncu swiata. Co robic, zawsze chcialoby sie czegos innego.

  • Monika

    Ja też chciałabym spędzić trochę czasu z własnym mężęm. Tylko jakoś dziadkowie nie oferują się do opieki nad wnukami 🙁 Tzn. oferowali się bardzo rok temu, gdy starszy miał 14 msc. a młodszy miał się urodzić, że jak już się urodzi to żeby tego starszego do nich przywieźć(120km od domu) na 2 tyg. Wtedy absolutnie się nie zgodziłam. Teraz nikt nic nie proponuje…:( Nianie mieliśmy przez chwilę w zeszłym roku, ale co chwilę mnie wystawiała pisząć np. godzinę przed, że jednak jej nie będzie…Chciałabym wyjechać na weekend bez dzieci!!!!

    • To może jeszcze raz spróbuj uśmiechnąć się do dziadków? 🙂 I np. przywieźcie dzieci im w czwartek a odbierzcie w niedzielę? 🙂

  • Pingback: Styczniowe znaleziska z sieci | ekopozytywna()

  • Gosia Brzóska

    Moi rodzice podjęli decyzję z małego mieszkania w małym mieście do dużego domu w małej miejscowości, kiedy ja i mój brat byliśmy jeszcze w pieluchach. Tak im było wygodniej i do dzisiaj są zadowoleni. Od dziecka powtarzałam, że chcę mieszkać w dużym mieście, zarabiać więcej niż mniej i mieć 1-2 dzieci. Moi rodzice śmiali się z takiego dziecięcego wymądrzania, ale ja z tych planów nie wyrosłam. Wolałabym się cisnąć w małym mieszkanku i być mobilna, niż umierać z nudów, planować każde wyjście z domu i spędzać 2 godziny na dojazdach na zajęcia, które trwały 45min. W szkole zawsze byłam zmęczona, bo wstawałam godzinę wcześniej, niż koledzy i koleżanki z klasy. Pamiętam, jak podczas wyjazdu szkolnego do teatru zazdrościłam warszawskiej młodzieży, która wpadała do teatru na ostatnią chwilę i liczyła na tanie bilety. Zazdrościłam też moim koleżankom i kolegom, którzy w każdej chwili mogli wyjść z domu i się spotkać, a ja nie miałam możliwości dojechać na takie spontaniczne wyjścia, często też musiałam wychodzić w połowie koncertów i innych imprez kulturalnych, żeby zdążyć na ostatni autobus. Akurat nasza wieś nie oferuje takich możliwości, jak miejsca do spacerowania czy rekreacji. Musiałam chodzić do sąsiedniej wsi, żeby pobiegać, bo u nas tylko podwórka i trasa szybkiego ruchu.
    Po liceum podjęłam własną decyzję i wyprowadziłam się do dużego miasta. Duże miasto to mój żywioł. Daje mi możliwości i poczucie komfortu, z którego nie mam zamiaru rezygnować. Chcę dać to samo moim dzieciom. Jeśli będą mi marudzić, że wolałyby mieszkać na wsi – trudno. Ja na wsi nie będę szczęśliwa. Taki ze mnie „słoik” 😀 Z kolei mojemu bratu nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało mieszkanie w małej miejscowości.