Gdy państwo zagląda obywatelom do łóżka

Nie wiem jak Wy, ale ja się na to nie godzę i nie potrafię przejść obok tego obojętnie.

Obserwując, co się dzieje na arenie polityczno-obyczajowej, boję się, że wkrótce jedyną legalną metodą antykoncepcji będą metody naturalne, oparte na obserwacji cyklu kobiety.

Dlaczego podejmuję dziś ten temat?

Otóż Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł rozważa zmianę regulacji prawnych dotyczących dostępności antykoncepcji awaryjnej. Może to doprowadzić do zdjęcia jej z listy leków dostępnych bez recepty, a następnie, kto wie: może delegalizację?

Istnieje silna grupa osób bardzo zaangażowanych w działania mające na celu wycofanie antykoncepcji awaryjnej z polskiego rynku. Petycja, pod którą zbierane są podpisy, nafaszerowana jest niezgodnymi z prawdą informacjami o działaniu tzw. pigułki „dzień po”: jej rzekomym działaniu aborcyjnym, zabijaniu nienarodzonych dzieci, promowaniu rozwiązłości, deprywacji i demoralizacji młodzieży. Ludzie niezorientowani w tym temacie, widząc takie oskarżenia, chętnie podpisują się pod petycją.

Dlatego chciałabym zachęcić Was, żebyście podpisali się pod PETYCJĄ drugiej strony, która walczy o swobodny dostęp do antykoncepcji i sprzeciwia się związywaniu nam rąk w sprawach, w których mamy prawo do wolności i nieskrępowania. Pokażmy, że grupa aktywistów konserwatywnych nie reprezentuje całego społeczeństwa.

Antykoncepcja awaryjna wzbudza emocje od roku. W styczniu, decyzją Komisji Europejskiej, tzw. pigułka „dzień po” została zdjęta z listy leków dostępnych na receptę. W polskich mediach i internecie zawrzało. O mitach, jakie wyrosły wokół antykoncepcji awaryjnej pisałam w tekście Pigułka po, czyli jak manipuluje się faktami. Następnie, w obliczu różnych wątpliwości, które powstały, napisałam tekst 8 ważnych, a mało znanych faktów o antykoncepcji awaryjnej.

Jednym ze sztandarowych argumentów przeciwników było to, że pigułka po jest pigułką wczesnoporonną. Tymczasem JEDYNYM mechanizmem działania tego leku jest przesunięcie jajeczkowania o 5 dni, w rezultacie czego nie dochodzi do zapłodnienia. Pigułka po nie przerywa ciąży ani nie oddziałuje na zarodek.

Nie zawsze zajście w ciążę jest mile widziane

Gdy para z różnych względów unika zajścia w ciążę, stosuje antykoncepcję. Zdarzają się jednak sytuacje, w których antykoncepcja zawodzi: pęka prezerwatywa, kobieta uświadamia sobie, że zapomniała przyjąć pigułkę antykoncepcyjną, odkleił się plaster hormonalny lub pomyliła się w obliczaniu dni płodnych. Słowem: zadziewa się AWARIA. Istnieje prawdopodobieństwo, że może dojść do ciąży.

I co wtedy? Różnie. Czasem można zdać się na los. Będzie jak ma być: zajdę w ciążę lub nie. Czasem jednak myśl o zajściu w ciążę wprost paraliżuje i budzi totalny sprzeciw. Kobieta/para zdecydowanie nie chce lub nie może sobie na to pozwolić. I właśnie w takich sytuacjach sprawdza się antykoncepcja awaryjna, czyli lek, który przesuwa jajeczkowanie, dzięki czemu nie dochodzi do zapłodnienia.

Dlaczego będzie fatalnie, jeżeli pigułka „dzień po” wróci na receptę?

Bo w praktyce zamknie to do niej dostęp.

Omawiając rzecz bardziej szczegółowo:

Po pierwsze, kluczowy jest czas przyjęcia tej tabletki

Im szybciej przyjęty lek, tym większe prawdopodobieństwo, że zadziała. Jeżeli w organizmie kobiety doszło już do owulacji: lek nie działa (bo nie ma co przesuwać). Nie bez powodu sytuację tę nazywa się awaryjną: zdarza się awaria, zawiodła inna metoda antykoncepcji i nie ma czasu na szukanie lekarza i wypisywanie recept! A co, jeżeli zdarza się to w weekend, czyli w okresie, kiedy statystycznie odbywa się najwięcej miłosnych tête-à-tête? Znaleźć lekarza w niedzielę? Nic prostszego.

Po drugie, wielu lekarzy odmawia wypisania recepty na antykoncepcję

Kilkanaście dni temu opowiadał mi o tym doktor Medard Lech: ceniony w Polsce i na świecie lekarz położnik i ginekolog. (Cały wywiad do przeczytania tutaj). Spytany przeze mnie o to, czy lekarze często odmawiają wypisania recept na antykoncepcję awaryjną, odparł, że niestety tak i wyróżnił trzy grupy takich lekarzy:

1. „Nie, bo jestem przeciwny stosowaniu JAKIEJKOLWIEK antykoncepcji, wobec tego jej nie przepiszę i mam takie prawo.” (klauzula sumienia)

2. „Nie, bo nie mam czasu. Ja tu się zajmuję poważniejszymi sprawami, a nie jakimiś głupotami. Idźcie do kogoś innego”. (odmowy w szpitalach)

3.„Nie, bo nie mam kontraktu na przepisywanie środków antykoncepcyjnych”. (lekarz zawiedziony nie otrzymaniem za taką wizytę wynagrodzenia z NFZ).

Trafić na lekarza, który wypisze receptę na antykoncepcję awaryjną wcale nie jest łatwo. Mieszkanka większego miasta może spróbować udać się do innego lekarza (z pewnością czuje się z tym bardzo komfortowo, umawiając się na kolejne wizyty i opowiadając po co i dlaczego potrzebuje recepty). Mieszkanka mniejszego miasta ma związane ręce.

Po trzecie, czarny rynek antykoncepcji

Osoba, która chce sięgnąć po antykoncepcję awaryjną jest zdeterminowana do tego, by nie zajść w ciążę. Jeżeli więc nie będzie mogła jej kupić legalnie – w aptece, zacznie szukać tego w tzw. podziemiach. A ten niestety jest obfity w masę różnorakich ogłoszeń oferujących niewiadomego pochodzenia pseudomedykamenty. Przykładem jest np. Kraków, który jest jedną z białych map dostępności pigułki „dzień po” bez recepty (trudno jest ją tam kupić) i w którym kwitnie handel środkami poronnymi sprzedawanymi w siłowniach.

Po czwarte, aborcja

Niechciana ciąża w wielu przypadkach kończy się niestety jej przerwaniem, czyli aborcją. I zakazy nic nie dają. Pigułkę RU 486, czyli pigułkę poronną, mimo że w Polsce jest zakazana – można kupić kilkoma kliknięciami w komputerze i otrzymać pocztą w ciągu kilku dni. Osoby zdeterminowane to zrobią.

Przykłady państw Europy Zachodniej pokazują, że szeroka dostępność antykoncepcji w połączeniu z rzetelną edukacją seksualną przyczyniają się do zmniejszenia liczby aborcji.

Po piąte, ograniczanie praw kobiet

Zgodnie z Powszechną Deklaracją Praw Seksualnych przyjętą i rekomendowaną przez Światową Organizację Zdrowia, każdy człowiek ma prawo do podejmowania wolnych i odpowiedzialnych decyzji dotyczących posiadania potomstwa. Prawo to obejmuje możliwość decydowania o posiadaniu lub nieposiadaniu potomstwa, jego liczbie, różnicy wieku między potomstwem, a także prawo do pełnego dostępu do środków regulacji płodności, czyli korzystania z antykoncepcji. Gdy ktoś chce mi to prawo zabrać lub ograniczyć, gdy ktoś mówi mi, jakie metody antykoncepcyjne mogą stosować a jakich nie: budzi się we mnie sprzeciw.

Po szóste, początek jeszcze bardziej rewolucyjnych zmian w zakresie kontrolowania płodności obywateli

Aktywność przeciwników antykoncepcji awaryjnej, może wymusić szerszy zakres zmian prawnych. Puszczam wodze wyobraźni, co może zdarzyć się:

1. przywrócenie pigułki „dzień po” na receptę
2. zdelegalizowanie antykoncepcji awaryjnej
3. zdelegalizowanie antykoncepcji hormonalnej
4. zdelegalizowanie prezerwatyw

Bo przecież wszystkie wyżej wymienione metody antykoncepcji nie dopuszczają do zapłodnienia, czyli ingerują w proces zapłodnienia! Czyżby wkrótce jedyną legalną metodą antykoncepcji miały być metody naturalne, oparte na obserwacji cyklu kobiety i wstrzymywaniu się od współżycia podczas dni płodnych?

– Nie przesadzaj – ktoś mógłby rzec. – Aż tak nie będą się wtrącać…

Czyżby? A czymże innym jest chęć zabronienia sprzedaży pigułki „dzień po”, skoro wszelkie dostępne badania mówią, że nie ma NIC wspólnego z działaniem aborcyjnym, a jedynie antykoncepcyjnym? Czemu ma służyć przywrócenie tego leku na receptę, mimo że w całej Europie jest dostępna bez recepty? Temu, żeby ograniczyć, a wreszcie zamknąć do niej dostęp. Zakazać. Zabronić. Nie pozostawić ani kawałka przestrzeni do samego decydowania o sobie, swoim ciele, odpowiednim momencie na zajście w ciążę. Zawiązać ludziom ręce.

Gdy państwo zagląda do łóżka obywatela

2 listopada weszła w życie ustawa o in vitro. Dzięki niej, pary cierpiące na niepłodność mogły liczyć na zrefundowanie leczenia niepłodności za pomocą tej metody. Dzięki tej metodzie na świecie urodziło się kilkanaście milionów dzieci. Dzieci, które NICZYM nie różnią się od tych urodzonych za pomocą metod naturalnych (więcej o faktach i mitach w ciekawy i przystępny sposób pisze Kasia Gandor w tym tekście). W Polsce około 1,5 miliona par nie może mieć dzieci. Zapłodnienie in vitro dawało im na to szansę. Jedyny problem z in vitro to, że jest to metoda droga, niedostępna dla kieszeni zwykłego śmiertelnika. Program dofinansowania był skierowany właśnie w stronę tych osób.

Dokładnie miesiąc później, 2 grudnia, Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł ogłasza, że rząd nie będzie dofinansowywał już programu in vitro. Ideologia wygrała z medycyną.

Żebyście nie mieli wątpliwości, jak sprawa wygląda pod kątem finansowym:
3-letni kosz programu o dofinansowaniu leczenia in vitro wyniósł 300 milionów złotych.
Program „500 zł na dziecko” ma wynieść 15 miliardów – w jednym roku.

Czy następnym krokiem będzie zakazanie leczenia in vitro? Boję się o tym myśleć, ale to jest możliwe. 🙁

Gdy władza wtrąca się w kwestie ludzkiej prokreacji i chce decydować o tym, czy i jak para ma zajść lub nie zajść w ciążę, otwiera mi się nóż w kieszeni. Wiadomo: im bardziej intymne sfery życia próbuje się kontrolować, tym bardziej ma się obywatela w garści.

Ja się na to nie godzę. Mam nadzieję, że Wy również nie, dlatego gorąco zachęcam Was do podpisania petycji a możecie to zrobić TUTAJ.
Warto to zrobić, chociażby dlatego, żeby pokazać, że grupa aktywistów konserwatywnych nie jest jedynym głosem i nie reprezentuje całego społeczeństwa.

Komentarze:

  • Niedawno wraz chłopakiem i ze znajomą ze Szwecji rozmawialiśmy o sytuacji politycznej w Polsce
    Żartowaliśmy sobie,że znajoma będzie Nam przesyłać środki antykoncepcyjne promem przez Bałtyk. Taki #czarnyhumor.
    Teraz zaczynam się martwić by Nam granic nie zamknęli… 😉

  • Magda

    Świetny tekst i inicjatywa – petycja podpisana!

  • Podpisuję! Zanim zaszłam w ciążę 2 razy wzięłam tabletkę. Wtedy pamiętam, że farmaceuta odmówił mi sprzedaży. No ale wzięłam świadomie jako dorosła kobieta, która nie była jeszcze gotowa na dziecko. Dobrze się stało.
    Niestety bardzo źle dzieje się w naszym kraju. Nie życzę sobie, żeby banda starszych panów (powstrzymuję się od wulgaryzmów) decydowała o mojej macicy i wraz z kościołem dyktowała mi kiedy i w jakim celu mogę iść do łóżka. Nie!

  • Trochę ok, trochę nie, bo:
    1. pozostała antykoncepcja hormonalna jest na receptę. czemu robić wyjątki?
    2. podaj przykład choćby jednego kraju, gdzie darmowa lub bezproblemowa (czyli bez recepty) antykoncepcja wpływa dobrze na rozwiązłość seksualną?

    • Co do pierwszego punktu – dlatego, że antykoncepcja awaryjna to antykoncepcja awaryjna. Czyli taka, której nie planujemy i używamy rzadko, tylko w szczególnych sytuacjach. Kluczowy jest czas jej przyjęcia i skazywanie kobiety na błąkanie się po ginekologach w święto, weekend, czy po prostu w małej miejscowości, gdzie dostęp do gabinetów jest ograniczony (a i w dużych miastach wiąże się ze znacznym kosztem), oznacza obniżenie skuteczności przyjęcia tabletki.

      • Z tego co mi wiadomo nawet weterynarz może receptę wypisać. Wiadomo – jakby każda apteka miała na stanie, będzie jeszcze szybciej, ale szczerze mówiąc w dobie internetu biorę namiary na wszystkich lekarzy prywatnych, obdzwaniam i wiem który da mi to o co poproszę, bez zbędnych ceregieli.

        • Jak mieszkasz w Warszawie lub innym dużym mieście + stać Cię na wizytę u prywatnego lekarza to tak, wtedy się uda.

          • Jak to mówią – tylko krowa nie zmienia poglądów. Przeczytałam sobie jeszcze kilka tekstów w temacie i doszłam do całkiem sensowej konkluzji – bieganie po ginach i lekarzach z powodu własnej czasem niefrasobliwości ma jeden minus: zabiera ludziom czas. Nie tym, którzy biegać muszą. Tym, którzy muszą tą receptę napisać. W tym czasie można by o wiele sensowniej wydać pieniądze podatnika np. na pomoc potrzebującemu, któremu życie przed oczyma czasem przelatuje. Ale to tyczy także leków na choroby przewlekłe (np. alergia) – wystarczyłaby chyba wizyta cykliczna u lekarza (np. ja mam zalecenie raz na pół roku), a nie gonienie po kolejne recepty, zajmując tym kolejkę pacjentów. Znajoma z Bahrajnu będąc w Polsce była niezmiernie zdziwiona że leki typu Zyrtec są tu na receptę, bo dla niej to normalny lek na alergię jej syna, a nie jakiś mega medykament.

          • Zgadzam się z Tobą i Twoimi argumentami 🙂

  • Zgadzam się z tobą w 100% i naprawdę nie rozumiem tego pędu do wpajania innym własnych poglądów na siłę. Czy dostępność antykoncepcji awaryjnej jest równoznaczna ze zmuszaniem kogokolwiek do jej zastosowania? Czy dofinansowywanie in vitro oznacza, że każda niepłodna para ma obowiązek z jego skorzystania? Jeśli kogoś ma gryźć po tym sumienie, niech trzyma się z daleka, ot i cała filozofia. Ludzie, błagam, nie wychowujcie mnie na siłę.

  • Podpisane! Nishko, cudownie, ze o tym piszesz, w naszym kraju zaczyna dochodzic do jakichs absurdow! A kwestia in vitro bardzo lezy mi na sercu, bo w UK korzystalam z refundowanego programu kilka razy i wyobrazam sobie, jak boli niemoznosc skorzystania z takiej metody leczenia ze wzgledu na ograniczone srodki finansowe.

  • To wszystko, o czym piszesz, jest takie proste, a zarazem tak trudne do zrozumienia dla niektórych osób 😉 pozdro!

  • Podpisane – trzeba działać. Przeraża mnie to jak Państwo próbuje ingerować w najbardziej intymne sfery swoich obywateli. Z resztą pisałam o moich odczuciach i bliskich spotkaniach trzeciego stopnia z polityką prorodzinną zaraz po październikowym przesileniu.

  • ar.i

    Zgadzam się, że wygodniej jest iść do apteki po tabletkę niż do lekarza po receptę. Sama dwa razy z tej metody skorzystałam, za każdym razem był jakiś problem z wypisaniem recepty u lekarzy z NFZ. Prywatnie zero problemu. Popieram to, że powinna byc dostępna bez recepty ale zastanawia mnie jedno- przez tyle lat wszyscy milczeli na ten temat a od czasu wprowadzenia nowej zasady wydawania pigułki prowadzi się wręcz debaty w Internecie i agitację. Czyżby wczesniej problem nie istniał czy może wtedy nikt nie sponsorował agitacji?

  • Pionierka

    Z tym finansowaniem in vitro to mam jednak mieszane uczucia. Wolałabym, żeby państwo zreformowało i dofinansowało program adopcji. Tak, żeby przede wszystkim uprościć procedury – mniej wymagań co do statusu materialnego, ale dobre rozmowy z psychologiem i indywidualny opiekun rodziny adopcyjnej przez cały czas dorastania dziecka.

    • Ja jeżeli chodzi o dofinansowanie programu in vitro nie mam wątpliwości, ale zdecydowanie przychylam się do wspomnianego przez Ciebie programu adopcji. Mam nadzieję, że to się w końcu zadzieje.

    • Morrrigan

      Ja też niestety nie jestem zwolenniczką refundowania in vitro. Uważam, że są zdecydowanie bardziej palące potrzeby, które do tej pory rząd ignorował, jak chociażby ludzie cierpiący na rzadkie choroby, których nie stać na leczenie (ratujące życie tak naprawdę), opieka onkologiczna, pomoc dla osób w podeszłym wieku, których też nie stać na niezbędne leki. A przede wszystkim pomoc dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, które dostają jakieś nędzne zasiłki, mniejsze niż kropla w morzu ich niekończących się potrzeb i niewspółmierne do ich poświęcenia i cierpienia. Z drugiej jednak strony także nie jestem za planem 500 zł na dziecko, uważam że to i tak za mało by zachęcić ludzi do posiadania dzieci, to jest tak jakbyśmy płacili tym ludziom żeby robili nowych obywateli.ludzie po prostu muszą więcej zarabiać i mieć ustabilizowane życie (kasa to nie wszystko), można te fundusze wydać lepiej w każdym razie, podobnie jak w przypadku in vitro. Wizje Nishki wydają mi się przesadzone, w Polsce mamy umiarkowane społeczeństwo, z jednej strony jest dość duża część ludzi która z rezerwą podchodzi do in vitro czy nawet antykoncepcji awaryjnej ale z drugiej strony osób żyjących w całkowitej zgodzie z moralnością chrześcijańską, nieużywających żadnych środków antykoncepcyjnych, jest bardzo mało. Prawdopodobieństwo takiego zniewolenia jest więc dość małe. Szczególnie że z wypowiedzi ministra na razie wynika, że nie traktuje on in vitro jako czegoś niemoralnego. Kwestia finansowa jest moim zdaniem zupełnie odrębna. Ale przyznaję rację, że w cudzą płodność wtrącać to karygodne, jeśli są metody które mają pomóc ludziom choć w pewnym stopniu zaplanować swoje życie nie wolno im tego zabierać. Mimo to uważam że przejście z tematyki antykoncepcji do tematyki aborcji jest dość płynne, bo w dyskusji na temat obu spraw wymieniane są podobne argumenty. Także myślę, że każdy ma prawo posiadać szeroką wiedzę i w świetle dotychczasowych badań śmiem twierdzić, że jeśli czyjeś zasady moralne możliwości uszkodzenia zarodka nawet niecelowego nie dopuszczają, to taka osoba zażywać pigułki „po” nie powinna. Bowiem pewności, że tabletka jest bez wpływu na powstały zarodek właśnie nie ma, mimo tego co jest jak mantra w mediach powtarzane. Osobiście będąc w podbramkowej sytuacji bym ją wzięła, tak sobie postawiłam granicę i taki jest mój wynik rachunku zysku i strat, moja moralność, ale nie wszyscy muszą tak myśleć. Z tego powodu, że powinniśmy nawzajem szanować swoje poglądy, powinniśmy też szanować to, że nie wszyscy ze swoich podatków chcą współfinansować dzieło in vitro tudzież właśnie 500zł na dziecko. Mi to od strony moralnej niespecjalnie przeszkadza (ale mojej religijnej mamie już tak). Mi to przeszkadza tylko wtedy, kiedy widzę w telewizji smutne twarze dzieci w domach dziecka, głodne i w łachach, albo kiedy widzę ludzi żebrzących o leki w gazetach. Na najbiedniejszych i najbardziej styranych kasy nie ma. I tak od wieków 🙂

    • Nie każdy chce adoptować dziecko…

      • Pionierka

        I nie każdy musi. Natomiast nie widzę żadnego powodu, żeby dopłacać komuś do jego potrzeby przekazania dalej genów. Noe jestem za zakazem in vitro. Po prostu nie widzę powodu, żeby państwo to finansowało. To nie jest zabieg ratujący życie czy zdrowie.

        • Agusiak747

          Mam dokładnie takie samo zdanie 😉

        • To jest czesto zabieg ratujacy ludzka psychike, a wiec i zdrowie. Ludzie chorujacy na nieplodnosc cierpia niewyobrazalnie.

          • Pionierka

            W takiej sytuacji to lepiej byłoby zaoferować dobrą i szybką terapię dla osób cierpiących na depresję bez względu na przyczyny tej depresji.

          • Oczywiscie, nalezy leczyc ludzi z depresja bez wzgledu na przyczyne, ale moze w pierwszej kolejnosci zapobiegajmy jej. Zreszta, nie chodzi mi o przerzucanie sie slowami. Chce tylko pokazac, ze in vitro to nie tylko przekazywanie dalej genow, a adopcja nie jest dla wszystkich.

    • Natalka

      I jeszcze jedna rzecz – in vitro nie jest metoda leczenia niepłodności. Bo gdyby tak było to po jej zastosowaniu kobiety mogłyby zachodzić w ciąże naturalnie. In Vitro to metoda na poczęcie dziecka. To tak w kwestii doprecyzowania:) Osobiście bym z tej metody nie skorzystała ale rozumiem kobiety, które ratują się w taki sposób bo nie ma nic cudowniejszego niż trzymać pod sercem nowe życie.

      • Otóż jest. In vitro jest leczeniem objawowym, nie leczy przyczyny, ale pozwala zniwelować objawy (czyli niemożność zajścia w ciążę w sposób naturalny). Jeżeli człowiek po dopalaczach trafia do szpitala i nikt nie wie, co tak naprawdę zażył, to można go leczyć tylko objawowo i w tym przypadku nikt już nie ma wątpliwości, że to jednak jest leczenie.

  • Ola

    Podpisuję się obiema rękami. Zaraz okaże się, że jedyną skuteczną formą antykoncepcji będzie sterylizacja (oczywiście zagranicą, bo w Polsce nikt nie zrobi). Smutne.

  • Tak łatwo manipulować ludźmi, mogę się założyć, że podpisów pod tą „pierwszą” petycją byłoby o wiele, wiele mniej gdyby w mediach tradycyjnych przeważały teksty podobne do Twojego o pigułce „po”. Przerażają mnie te kłamstwa. Jak tak można?

  • Osoby, które są za tym myślą chyba tylko o tych, którzy nie chcą dzieci i jak im się przytrafi to jakoś ogarną. Tylko jest masa kobiet, które stosują antykoncepcję, bo muszą. Bo są chore i mogą chorobę przekazać dziecku, bo ciąża zakończy się poronieniem. W momencie gdy wiem, że, póki co,moje zajście w ciążę może, a nawet na pewno, zakończy się poronieniem, to chcę się chronić przed tym cierpieniem, a nie czekać na nie. Przeraża mnie, że człowiek człowieka ogranicza…

  • Nie rozumiem tego co się dzieje w Polsce. To jest zwykłe oszukiwanie ludzi, jak można komuś wmawiać, że opóźnianie owulacji jest równe zabijaniu dzieci. Jeśli dla kogoś to nieetyczne niech po prostu nie korzysta, nie ma przymusu. Kobieta powinna mieć wybór co robi ze swoim ciałem.

  • Pingback: Sprzeciwiam się utrudnianiu dostępu do antykoncepcji awaryjnej! – Kotkowicz.pl()

  • Konserwa

    Wszystko fajnie, jest tylko jeden błąd: in vitro nie jest żadnym „leczeniem”. Para, która w ten sposób urodzi dziecko nie staje się w związku z tym płodna i nie może mieć kolejnych dzieci drogą naturalną.

  • Podpisane. Obowiązkowo.

  • Podpisana. Dzięki, że poruszasz ten ważny temat. Zdarzyło mi się kiedyś korzystać z pigułki po, pamiętam ile kosztowało mnie czasu, nerwów i proszenia, aby taką receptę uzyskać. I to nie łatwy dostęp powoduje, że nastolatki mogą jej potrzebować – ona jest raczej ratunkiem dla skutku, a nie przyczyną…

  • Świetny post, podpisane 🙂

  • Magda

    „Dzięki niej, pary cierpiące na niepłodność mogły liczyć na zrefundowanie leczenia niepłodności za pomocą tej metody.” – ALE TO NIE JEST LECZENIE NIEPŁODNOŚCI. MOŻNA ZAJŚĆ W CIĄŻE ALE NIE WYLECZY TO NIEPŁODNOŚCI. PARY TE NIE SĄ PŁODNE PO IN VITRO!

    • Dorota

      To jest przykre stwierdzenie, ponieważ noszenie okularów nie przywraca wzroku, aparaty słuchowe słuchu, a protezy kończyń nóg czy rąk… usunięcie organu objętego nowotworem – idąc tym tokiem myślenia – też nie leczy, ponieważ dany narząd nie odrasta. Z drugiej strony jest pewien % par, który po zaplodnieniu in vitro zachodzi w ciążę naturalnie, wszystko zależy od przyczyny niepłodności. Nie można generalizować, w żadnej kwestii.

      • Anula

        Muszę nosić okulary/aparat słuchowy, żeby normalnie funkcjonować z ludźmi.
        Muszę nosić protezy, żeby w miarę się poruszać.
        Muszą mi usunąć chory narząd, żebym mogła przeżyć.

        Nie urodzę dziecka – mogę się poruszać, mogę funkcjonować, żyję.

        Za dwa pierwsze muszę zapłacić sama, trzecie różnie, a ostatnie za free? Świat stoi na głowie.

  • dorota

    naturalne metody nie są formą antykoncepcji. To po pierwsze. To naturalne planowanie rodziny. Tak się to nazywa. Jeżeli ktoś się decyduje na współzycie tzn jest odpowiedzialny. I jeśli zajdzie w ciążę to wezmie odpowiedzialność za dziecko, które począł. Bo chyba zdaniem Autorki seks to nie zabawa?

    • Kasien

      A dlaczego seks to nie zabawa? Jeżeli dwoje ludzi pozostaje w związku, nawet w małżeństwie, ale nie chcę mieć dzieci, z różnych powodów, to dlaczego nie mogą współżyć dla zachowania bliskości, więzi i dla zabawy? Oczywiście przy stosowaniu skutecznej metody antykoncepcji (tak wiem, że nie ma w 100% skutecznych metod, ale to jeszcze nie znaczy, że jeżeli jest te 0,01% szans na dziecko, to należy nie współżyć wcale). Bo KK tak mówi? Pozwólmy każdemu decydować zgodnie z jego sumieniem, a nie z sumieniem obecnie rządzących.

      • Anula

        Można współżyć bez dzieci i bez tabletek 🙂 Seks to zabawa. 🙂 Ale seks to NIE TYLKO zabawa. Zabawne, że wielu ludzi tego nie chce pojąć. 🙂

  • Zuzanna Lewandowska

    Podpisane 🙂

  • Ja wiem co będzie następne. Nie prezerwatywy, bo to byłby za duży skok, na to pewnie jeszcze trochę poczekamy. Następny będzie całkowity zakaz aborcji. Żadnego przerywania ciąży gdy zagrożone jest życie kobiety, żadnego przerywania ciąży w wyniku gwałtu. A upośledzonego, niezdolnego do życia płodu z wodogłowiem teraz i tak nie można usunąć, czego już jakiś czas temu mieliśmy przykład.

  • To wszystko o czym napisałaś to średniowieczne poglądy (pamiętasz???) zacofanego ludu. Dlaczego człowiek żyjący w wolnym kraju ma tą wolność ograniczaną w tak bolesnych kwestiach?

    • Dot

      „W naszym kraju chroni się zarodki, dzieci już niekoniecznie.” No właśnie! A powinno być raczej odwrotnie – powinniśmy przede wszystkim dbać o zdrowie żyjących (dzieci, ludzi starszych, schorowanych, itd.), a dopiero potem myśleć o tych nienarodzonych

  • Anula

    Ciekawy tekst.
    Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę:

    1. „pomyliła się w obliczaniu dni płodnych” – aż się przestraszyłam! mam nadzieję że to zwykły błąd i chodziło o wyznaczanie płodności przez obserwacje ciała. Jeśli są kobiety które obliczają płodność na podstawie kalendarza to można rzecz, że grają w ruletkę. 🙂

    2. „władza wtrąca się w kwestie ludzkiej prokreacji” – mam mieszane uczucia. Nikt mi nie każe/nie zabrania stosunku płciowego. Każdy seks = szansa (czasem śladowa, ale jednak) na poczęcie dziecka. Więc ostatecznie to ja jestem odpowiedzialna za to czy dojdzie do zapłodnienia czy nie.

  • Pingback: Bardzo mocne i piękne projekty związane z macierzyństwem na świecie w 2015 roku | Nishka()

  • Pingback: Bardzo mocne i piękne projekty związane z macierzyństwem w 2015 roku | Nishka()

  • Pingback: Mocne i piękne projekty związane z macierzyństwem w 2015 roku na świecie | Nishka()

  • Dot

    Podpisałam petycję już jakiś czas temu z powodów, które wymieniasz – każda kobieta ma prawo do decydowania o swoim ciele i momencie zajścia w ciążę.
    Wspaniały tekst, posyłam dalej! 🙂

  • ola

    z doswiadczenia:
    – tabelka dzien po bez recepty nie byla nigdzie dostepna (koszt ok 150 zl)
    – wystarczylo isc prywatnie do ginekologa po recepte – troche wiecej zachodu (koszt 5 min wizyty – 100 zl, tabletka 50zl)
    nie wiem po co caly proces utrudniac..

  • Pingback: 8 marca - Międzynarodowy Strajk Kobiet - uczestniczę i zachęcam Ciebie - Nishka()