Hu, hu, ha! Szkoła dla 6-latków zła!

Czy rodzice 6-latków, które za tydzień idą do szkoły, powinni się bać?!

Nie bójcie się. Wiem, trudno się nie bać, skoro zewsząd bombardują Was informacje o nieprzygotowaniu szkół, chaosie w systemie, niebezpieczeństwie, na które narażone są sześciolatki skazane na towarzystwo dzieci starszych od siebie o rok, z którymi mają przez następne lata dzielić ławki. Nękają Was myśli: czy moje dziecko na pewno jest gotowe do podjęcia obowiązku szkolnego?

Spokojnie. Najpierw przeczytajcie sobie ten tekst Sześciolatki w szkole – błagam, bez paniki. Miejcie też świadomość, że w dużej mierze zamieszanie spowodowane 6-latkami jest wynikiem rozgrywek politycznych, szkoda, że maluchy stały się punktem przetargowym.

Szkoła jest demonizowana. I słusznie. Polska szkoła pozostawia wiele do życzenia. Wyraz swojemu niezadowoleniu dałam w tekście Jak szkoła niszczy talenty dziecka? Jest wiele pracy, jest potrzeba wielu zmian. Ja to wiem, Ty to wiesz, ale nie mów o tym dziecku, nie projektuj na nie swoich lęków, nie odbieraj mu radości z pójścia do szkoły. Bo oprócz tych wszystkich problemów jest też wiele pozytywnych aspektów szkoły! Są koledzy i koleżanki, jest zdobywanie wiedzy, uczenie się literek, cyferek, prace plastyczne, zdobywanie ciekawostek o świecie, zdarzają się też bardzo fajni nauczyciele, serio: szkoła nie jest aż tak sroga i okrutna, niczym zła zima z wiersza Konopnickiej 🙂

Dlaczego się boisz?

Jeżeli boisz się to powiedz mi, czego się boisz? Tego, że nie jest na to gotowy polski system szkolnictwa czy tego, że nie jest na to gotowy Twój 6-latek? Jeżeli to pierwsze, rozumiem Twoje lęki: nie chcesz wchodzić w system funkcjonujący w wersji „beta”. Nie chcesz testować rozwiązań na swoim dziecku, chcesz mieć pewność, że wszystko będzie funkcjonować bezbłędnie. Jeżeli jednak uważasz, że Twój 6-latek jest za mały na szkołę, niegotowy emocjonalnie i intelektualnie, to może przyjrzyj się, czy nie masz przypadkiem zapędów rodzica helikoptera? 🙂

Szkoła nie skraca dzieciom dzieciństwa

2,5 roku temu napisałam na blogu tekst, w którym wyraziłam poparcie dla inicjatywy „Ratuj maluchy”, której celem było ostateczne odwołanie przez rząd reformy obniżenia wieku szkolnego: Ratuj maluchy – daj im święty spokój. Dziś, bogatsza o doświadczenia, przemyślenia i refleksje stwierdzam, że moim zdaniem maluchów nie trzeba ratować, bo maluchy wcale nie są zagrożone.

Aż tak bardzo nie odbiegam od swoich przemyśleń, bo w tamtym tekście odwoływałam się przede wszystkim do tego, by dać dzieciom spokój, by nie wyścigować się i zwolnić. I to nadal podtrzymuję. Pisałam :

Nie pomagajmy na siłę niemowlęciu w stanięciu na własnych nogach lub postawieniu pierwszego kroku. Nie stymulujmy go, żeby „nie zapóźniło się w rozwoju”. Nie każmy mu „trenować czystości”, by jak najszybciej pożegnało się z pieluszkami. Ono zrobi to wszystko w najlepszym dla siebie momencie. Zaufajmy indywidualnemu rytmowi dziecka. Nie fundujmy kilkulatkowi masy dodatkowych pozadomowych zajęć, nie wypełniajmy mu szczelnie tygodniowego grafiku: salsą, tenisem, taekwondo, czteroma językami obcymi, grą na flecie. Jedno wystarczy.

 Rozbraja mnie tak często podawany przez przeciwników wprowadzenia obowiązku szkolnego argument o utracie dzieciństwa przez dzieci. Oczywiście, że dzieciństwo powinno być okresem luzu. Jednak fakt, że dziecko pójdzie do szkoły w wieku 6 lat nie spowoduje, że przestanie być dzieckiem. Może warto skupić się na tym, co się dzieje PO szkole, czyli od godziny 15-17? Niepokojąca jest współczesna moda na szczelne zapełnianie dzieciom grafiku zajęć pozalekcyjnych. Rodzice stają się taksówkarzami dzieci wożącymi je z jednych zajęć na drugie. Czy to nie jest odbieranie dzieciom dzieciństwa?

Polecam artykuł w Polityce: Dziecko: poradnik dla programistów.

Wrzesień, początek wojny tej co zawsze. W ramach walk o przyszłość własnych dzieci tysiące rodzicielskich aut wyjadą na ulice. Ruszą na zajęcia dodatkowe dla dzieci. Floret, język chiński, tai-chi, joga z elementami medytacji. Byle nie zostać z własnymi dziećmi w tyle za innymi rodzicami. Żeby niczego nie zaniedbać. Nie stracić szans. Rodzice będą wozić z poświęceniem, bo te kilkulatki i gimnazjaliści są ich centrum świata.

Na świecie normą jest posyłanie 6-latków do szkoły

Na świecie, spośród 202 państw, 134 wysyłają 6-latki do szkół. Również w Europie posyłanie 6-latków do szkół jest standardem, w 22 krajach występuje obowiązek wysyłania 6-latków do szkół (Hiszpania, Portugalia, Liechtenstein, Francja, Włochy, Belgia, Luksemburg, Irlandia, Niemcy, Czechy, Węgry, Austria, Chorwacja, Słowenia, Rumunia, Grecja, Słowacja, Cypr, Malta, Norwegia, Dania i Słowenia). Czy sądzicie, że oni wszyscy się mylą i popełniają błąd posyłając swoje szkraby do szkoły? 🙂

Strach, że 6-latki spotkają się z 7-latkami

Innym częstym argumentem padającym w dyskusji o 6-latkach jest zaniepokojenie rodziców, że ich maluchy spotkają się w jednej klasie z 7-latkami. Aż tak bardzo wierzycie w „typowego 6-latka” i „typowego 7-latka”? A potem 10- i 11-latka? Sądzicie, że w klasach, w których uczą się wyłącznie rówieśnicy, dzieci są na równie jednolitym co wiek poziomie intelektualnym, emocjonalnym, fizycznym? Nie. Różne dzieci rozwijają się w różny sposób, jest to uzależnione od genów, sposobu wychowania, poziomu przedszkola do którego wcześniej uczęszczały, ba tego, czy dzieci w ogóle chodziły do tego przedszkola. Znam 5-latki, które wymieniają się błyskotliwymi spostrzeżeniami na temat życia, znam też takie, które czują się beztroskimi szkrabami, które mogą godzinami taplać się w swojej dziecinności. Podobnie jest na każdym następnym etapie. Znam 15-latki, z którymi można porozmawiać o polityce i miłości i takie, którym „fiubździu w głowie”. Pisał też o tym Blog Ojciec w tekście Dlaczego zamierzam posłać 5-latka do szkoły.

Wiek nie jest główną zmienną określającą możliwości dziecka. W cytowanym przeze mnie jakiś czas temu wywiadzie, którego profesor Gruszczyk-Kolczyńska, pedagog, udzieliła dla Gazety Prawnej Szkoła to rzeźnia talentów:

Różnice w rozwoju umysłowym dzieci wynoszą nawet cztery lata. To oznacza, że dziecko 7-letnie może być na poziomie 5-latka, ale są i takie, które dorównują 9-latkom.

Zamiast szukać powodów, szukajmy sposobów

Moja siostra cioteczna mieszka w Bolzano i ma dwóch synów przedszkolaków. We włoskich przedszkolach nie ma grup jednolitych wiekowo, czyli rozwiązania stosowanego w Polsce: grup 3-latków, 5-latków itd, bowiem dzieci są wiekowo „wymieszane”. Każdy maluch dostaje się pod skrzydła starszaka, który staje się jego opiekunem, pomaga mu, tłumaczy, doradza itd. Potem, gdy ten maluch dorośnie, stanie się opiekunem kolejnego, przedszkolnego nowicjusza. Wszystko po to, by uczyć dzieci współdziałania, opieki nad młodszymi, chęci niesienia pomocy itp.

Zamiast  straszyć swojego 6-latka wizją szkoły może warto uświadomić go, że jeżeli będzie miał z czymś problem, niech nie boi się prosić o pomoc nauczycielkę lub kolegów. Naucz go też, żeby chętnie niósł pomoc innym dzieciom. Zawsze mówiłam swoim dzieciom:

– Jeżeli masz z czymś problem, nie bój się prosić o wsparcie. Jeżeli ktoś ma z czymś problem, nie wahaj się mu pomóc.

Moje córki osiągają bardzo dobre wyniki w nauce, co nie znaczy, że nie miały żadnych problemów. Miały, ale nie bały się sygnalizować, że je mają i próbować pokonywać trudności.

„Chcę decydować o swoim dziecku!”

Formułowanie pytania, które ma paść w referendum, o brzmieniu „czy dzieci powinny iść do szkoły w wieku 6 lat, czy powinna to być decyzja rodziców”, jest moim zdaniem bardzo źle zadanym pytaniem. Wiadomo przecież, że każdy rodzic chce sam decydować o swoim dziecku, w końcu to jego dziecko! 

Ale jakie mają być kryteria tych oceny? 

Jak pisze Ewa Wilk w artykule dla Polityki:

A czyż nie zdarza się, i to niezwykle często, że rodzice przeszacowują lub nie doszacowują dzieci? Tysiące z nas są tym, kim są, wbrew rodzicielskim planom – wygórowanym, zaniżonym, nietrafionym.

Równie trafny komentarz, który czytelnik zostawił na moim fejsbuku:

„Uważam, że rodzice nie powinni mieć wyboru czy puszczają swoje dzieci czy nie do szkoły bo są nie obiektywni. To tak jak z rodzicami grubych dzieci: myślą, że sprawiają radość swoim dzieciom kolejną paczką cukierków czy chipsów, a tak na prawdę robią wielką krzywdę.”

Dlatego moim zdaniem jedyną możliwością, w której można podjąć decyzję o niepuszczeniu 6-latka do szkoły jest decyzja psychologa o odroczeniu dziecka od obowiązku szkolnego, słowem skierowanie go do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. I jeżeli specjalista stwierdzi, że warto jeszcze poczekać, czekaj.

*

Rodzicu 6-latka, wiem, że chcesz dla swojego dziecka jak najlepiej. Rozumiem, że się boisz. Może więc podniesie Cię na na duchu fakt, że jak wynika z badań, 87 proc. ankietowanych rodziców, którzy posłali swoje dzieci w wieku 6 lat do szkoły, zauważyło u nich pozytywne zmiany. 79 proc. rodziców ponownie podjęłoby decyzję o wcześniejszym rozpoczęciu nauki przez ich dzieci.

Zobaczysz, za rok też tak powiesz, głowa do góry 🙂

Komentarze:

  • www.kilkuetatowamama.com

    Mój syn poszedł do szkoły jako 6-latek, mimo że strasznie się bałam tego. Mimo ZA. Trafił na bardzo fajną szkolę, fajną klasę i co najważniejsze ma fajną nauczycielkę. Poza wszystkim jest super oferta na świetlicy-opcjonalnie, ale nie jest to tylko przechowalnia. Sukces szkoły jest wypadkową kilku czynników. Rzeczywiście jako rodzice chcemy chronić swoje Dzieci. I dobrze, to nasze ‚zadanie’. Co do PPP – poszłam tam pro forma. Pani psycholog na wstępie powiedziała ‚Pani jest przeciwko posyłaniu Dziecka do szkoły, tak?’. I Dziecku, który chodziło na matematykę już jako 5-latek (sam chciał, nie był zmuszany) na testach wyszło, ze ma problemy z matematyką.
    Szkoła nie jest zła ale trzeba też dobrze trafić. Dużo trzeba zmienić, wiele poprawić. No i trzeba sobie uzmysłowić, że to jest już obowiązek a nie mieć nadal przedszkolnego podejścia.

    • Co do umiejętności matematycznych to pisałam, powołując się na obserwacje i refleksje profesor prof. Edytą Gruszczyk-Kolczyńską, która opowiadała o tym, jak szkoła niszczy matematyczne uzdolnienia dzieci.w tym tekście http://www.nishka.pl/jak-szkola-niszczy-talenty-dzieci-czyli-dlaczego-grozi-nam-matematyczny-analfabetyzm/
      Smutne :/

      • www.kilkuetatowamama.com

        Tak, czytałam co mówi prof. Gruszczyk-Kulczyńska i też szczena mi opada.. Mam porównanie jak wygląda edukacja zagranicą i ubolewam, że u nas jest raczej podejście odtwórcze a rzadko autorskie. Chyba, ze trafi się na wspaniałego nauczyciela. Ale nawet jeśli tak, to jest to jeden na całą edukację. Ja trafiłam na genialnego historyka, który był raczej naszym przyjacielem. Nadal utrzymujemy kontakt, choć jestem już trochę po maturze. Ale z przedmiotów ścisłych było dno.. I fizyczka i matematyczka same nie rozumiały przedmiotów, które uczyły a nauka była na pamięć bez zrozumienia. Fizyczka wprowadziła taki terror, ze chłopiec w I klasie liceum przeszedł zawał serca!!! Szkoda, że tłamsi sie talenty i że szkoła nie skupia sie na rozwoju i promocji uczniów!!!

  • Bożena Jędral

    Miałam wybór, do pierwszej klasy puściłam 7letnia Gabę. Ona jest z końca roku, uważam, że trafiając do klasy z rocznikowo rok starszym 7latkiem, 6letnia Gaba byłaby 1,5 roku młodsza, u takich dzieci to duża różnica. Koleżanka uznała inaczej, mieszka w mieście, syn poszedł do szkoły mając 6lat, to była klasa sześciolatków, pozostałe klasy pierwsze były klasami dzieci 7letnich. Stwierdziła, że wśród rówieśników będzie mu dobrze. Jej syn ma 10lat (będzie miał za miesiąc) od września będzie w 5klasie. Koleżanka siedzi i uczy się razem z nim, odrabia z nim lekcje, przygotowuje go do zajęć. Po 4latach w szkole z nim doszła do wniosku, że popełniła błąd, nie był gotowy. Klasa jest na podobnym poziomie, ale program jest ten sam dla dzieci 6 i 7 letnich, jak wspomniałam na początku wypowiedzi, jedne dzieci są z początku drugie z końca roku, między nimi jest 1,5 czasem nawet dwa lata różnicy. Zanim ktoś zacznie głośno krzyczeć i oceniać niech najpierw wczuje się w dziecko, które idzie do szkoły, a nie każde z nich jest gotowe na to.

    • Bożena Jędral

      Mam nadzieję, że nie obrazisz się za link, ale Marysia świetnie ujęła temat.
      http://mamygadzety.pl/dlaczego-nie-puszcze-prawie-szesciolatka-do-szkoly/

    • Daria Bielenin-Palęcka

      Owszem, taka sama dla dzieci 6 i 7 letnich, tyle że pisana pod te młodsze. Córka właśnie kończy podstawówkę, była pierwszym rocznikiem idącym nową podstawą, a ostatnim który szedł jako siedmiolatki. Nie ma w tym programie niczego, co wymagałoby aż takich zabiegów. Podejrzewam, że opisywany chłopiec miałby identyczne kłopoty idąc rok później. Być może ma problem z koncentracją lub jak mój osobisty ośmiolatek, wędrujący właśnie do trzeciej klasy, kompletnie inne priorytety niż edukacja 😉
      Nishce serdecznie dziękuję za podlinkowanie mojego tekstu 🙂

  • Jak już pisałam na Twoim fb – sam pomysł nie jest zły. Przeraża mnie jednak to jak ci rządzący „znają” polski system szkolnictwa. Sama będąc dzieckiem trafiłam na trzy innowacyjne rozwiązania (przez samą podstawówkę) i niestety większość z nich okazała się być nietrafiona, z jednej na pewno się wycofano. Sześciolatki dadzą sobie radę, ale szkoda, że właśnie w takich kryteriach to rozstrzygamy. Że nie możemy powiedzieć, że system szkolnictwa jest na to w pełni przygotowany.

  • Rok temu chodziła u nas na studiach (pedagogicznych) jakaś petycja o to, żeby to rodzice mogli decydować o wysłaniu dziecka do szkoły (6 czy 7 latka). Chyba jako jedyna (wśród mojej grupy) nie podpisałam się, bo właśnie nie jest dobrym pozostawienie decyzji rodzicom. Idąc na skróty: albo wszyscy idą do szkoły w wieku 6 lat, albo nikt. Najbardziej mnie tylko poraziła bezrefleksyjność przyszłych pedagogów, którzy powinni obiektywnie podejść do sprawy i przemyśleć co faktycznie jest dobre, a w rzeczywistości każdy z nich podchodzi emocjonalnie do sprawy (z własnego punktu widzenia, co jeśli za X lat będę mieć dziecko?!).
    I z jednej strony można mówić o niedostosowaniu szkoły, ale z drugiej można spojrzeć na to tak: nie każda szkoła jest super ekstra dostosowana do potrzeb dzieci. Nie każda jest na tak zaawansowanym poziomie opieki. Nie każda ma perfekcyjną kadrę. Więc jak to jest, że można chodzić do (obiektywnie patrząc) beznadziejnej szkoły, a „wyjść na ludzi”? Rodzice. Rodzice tutaj dużo dają. I jeżeli są jakiekolwiek braki, problemy czy cokolwiek – rodzice, którzy mądrze wspierają dziecko są w stanie pewne braki uzupełnić. Tylko że temat 6 latków jest brany tylko w jeden sposób: szkoła ma być perfekcyjnie dostosowana. Ale przecież nigdy nie będzie perfekcyjnie dostosowana do każdego dziecka!

    • Świetnie ujęte 🙂

    • Morrrigan

      Tylko że tu nie chodzi o szkołę, jako budynek czy nawet środowisko. Chodzi o system edukacji. Chyba wiesz jak wyglądają lekcje w pierwszej klasie i w następnych? Kiedy ja chodziłam do szkoły, raz w tygodniu po pięciu lekcjach kończąc o dwunastej, byłam wyczerpana, a wcale nie byłam marudnym dzieckiem. Teraz dzieci codziennie mają pięć lekcji. Jeżdżą również na basen więc w niektóre dni kończą jeszcze później. Potem oczywiście do odrobienia plik durnowatych zadań i prac. Program nauczania to śmiech na sali, po prostu nic nie warte bzdury. Kilkutomowe podręczniki, w których wartościowa jest mniej niż połowa. Owszem dzieciaki uczą się nazw drzew, zwierząt, cośtam z historii, dużo piszą, ale czytanki są czasem arcy głupie, lub traktują o mało ważnych szczegółach typu Halloween albo o postaciach, które umówmy się nie są specjalnie istotne dla dziecka a tym bardziej nieszczególnie znane w Polsce (może niesłusznie, ale chyba lepiej wspomnieć o naprawdę wielkich znanych Polakach, a o tych zapomnianych może w starszych klasach) na przykład o Henryku Arctowskim. Nie za bardzo jest krzewiony jakiś patriotyzm. Polecenia w podręcznikach i zeszytach ćwiczeń są często napisane zbyt trudnymi dla dziecka słowami („przeanalizuj”, „wyodrębnij”, ja rozumiem bogate słownictwo musi być, ale ktoś tych słów musi NAUCZYĆ), pomijając fakt że niektóre ćwiczenia w ogóle są głupie i nic szczególnego nie wnoszą. System oceniania i klasyfikowania dzieci jest niesprawiedliwy, ponieważ nie mają żadnego znaczenia predyspozycje osobnicze ani nawet zdiagnozowane zaburzenia, panie mówią wprost – wszystkie dzieci są oceniane tak samo. Są przyznawane noty w różnych dziedzinach, np. rysowanie, pisanie, liczenie, śpiew(!), zdolności manualne, jeśli któraś jest niska rodzic otrzymuje polecenie ćwiczenia z dzieckiem, żeby jak najbardziej wszystkie dzieci były wyrównane. Ja myślę, że to powinno leżeć w gestii szkoły jeśli już, ale co ja tam wiem. Są nawet noty z zachowania, które zwykle są średnie jeśli dziecko nie wykazuje szczególnej inicjatywy np. do występów scenicznych (to już jest absurd ogólnoszkolny, co ma zachowanie, kultura osobista, do zainteresowań? Nie wszystkie można realizować pod sztandarem szkoły, to krzywdzące dla uczniów wystawiać im przez to niskie noty mimo wysokiej kultury osobistej). To nie bujdy, syn brata ma ZA i poszedł jako siedmiolatek do szkoły, widziałam na własne oczy wszystkie jego zeszyty, książki oraz świadectwa. Na szczęście przekonali perfekcjonistę, że wszystko z nim w porządku, nie musi wszystkiego ćwiczyć, bo nie musi być we wszystkim dobry.

      Ponadto, z zasady polska szkoła polega i zawsze polegała na siedzeniu w ławce i spokojnym uczestnictwu w zajęciach, co jest zdecydowanie łatwiejsze dla siedmiolatka niż sześciolatka. Dzieci lubią wyzwania, ale jednocześnie są bardzo podatne na frustracje, a mniejsze sześciolatki są zwykle (nie zawsze) dużo żywsze i mniej stabilne emocjonalnie. Z tego powodu mówienie, że w większości państw chodzą do szkoły sześciolatki i wszystko jest cacy, jakoś mnie nie przekonuje… Bo tam szkoła zupełnie inaczej wygląda. Poza tym wcale to nie musi oznaczać, że tam jest dobrze. Najlepszą edukację prowadzi Finlandia, gdzie dzieci zaczynają od 7 roku życia i to od zabawy zaczynają, a nie od płaszczenia tyłka 5 godzin. Jeżeli Polska będzie miała super edukację jak Holandia czy cokolwiek, to niech sobie nawet czterolatki maszerują do szkoły. Posłałabym czterolatka do dobrej szkoły, czemu nie. W obecnych warunkach uważam to za dramat. Czy będę „ratować” kiedyś moje dziecko? Nie wiem, mam nadzieję, że cofną to, a jeśli nie, to i tak nie mam wyboru. Nawet jeśli odroczę na lewo, to i tak mogę zrobić gorzej, bo dzieciaki w klasie się pomieszają. Efekt uboczny działań rodziców to właśnie wzbudzenie tego strachu i doprowadzenie do sytuacji miszmaszu w klasach – nie jest to zbyt dobre. Trzeba postawić na rzetelne informacje – duża część sześciolatków nie nadaje się do szkoły, wyjdzie na tym gorzej niż gdyby poszła rok później. Nie wszystkie dzieci, ale sporo z nich będzie w ten sposób narażonych. Nie trzeba być Einsteinem żeby to wydedukować. Trzeba obserwować swoje 6-letnie dziecko, jeśli jest stabilne, lubi pracować w grupie, nie ma problemów z podporządkowaniem – puszczać śmiało, jeśli nie – odroczyć. Rodzic zna swoje dziecko najlepiej i minimalne pole ruchu w tej kwestii mu się zwyczajnie należy, bo od pójścia w wieku 7 lat do szkoły nic się dziecku nie stanie, a w przypadku 6-latka może być już różnie.

      • rene

        Bardzo mądra wypowiedź:) Szkoda że wszyscy zapominają o najważniejszym: przygotowaniu szkoły i dziecka (chociażby emocjonalnego) natomiast powtarzają wyświechtane slogany typu: bo w większości państw chodzą sześciolatki:(

        • rene

          Co prawda temat nieaktualny, ale nadal budzi we mnie maksymalną irytację

  • Dobra, wiadomo, że niektóre szkoły są nieprzygotowane, w innych nauczyciele nie radzą sobie z opieką nad gromadką dzieciaków. Ale nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka – w szkole, w której wolontariuszkuję, sześciolatki mają swoje piętro wraz z innymi dzieciakami z nauczania początkowego. W sumie, ich zajęcia wyglądają trochę jak w przedszkolu, tylko się siedzi w ławkach. Są zajęcia na dywanie, dużo się rozmawia, więc dzień w szkole to nie jest tylko przepisywanie z tablicy. Z resztą, jak nauczyciel widzi, że dzieciaki mu odpływają, to robi przerwę, robi krótkie ćwiczenia relaksacyjne. W razie problemów, jest w szkole pani psycholog, która ogarnia sytuacje kryzysowe. Albo „kryzysowe”.
    Da się? Da się.

    • Dzięki za ten pozytywny przykład dodający otuchy 🙂

    • poznanska13

      Rany, pewnie, że się da! Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaneguje tego twierdzenia. Ale tych placówek, w których się „da” jest może z 10-20% w skali kraju (chyba przeszacowałam). Więc w jaki sposób ma to pozostałym rodzicom, którzy nie mają szczęścia żyć blisko takich placówek, poprawić nastrój? I druga sprawa – jeśli myśleć tymi kategoriami, to można wyjść z założenia, że naziści nie byli tacy źli – w końcu zabili „tylko” 6 milionów ludzi a mogli przecież wszystkich wystrzelać…

      • A gdzie w rozmowach o szkołach nagle naziści?
        „Da się” ma oznaczać, że inne szkoły mogą wziąć z nich przykład i się przygotować.

  • Bardzo podoba mi się Twój tekst, bo nie straszy. Choć dotychczas podchodziłam do sprawy 6 latków w szkole na zasadzie „skoro muszą iść, to pójdą”, to ostatnio przeczytałam kilka tekstów, które mnie przeraziły, Twój tekst oddalił te obawy 🙂 Dziękuję.

    Młody Starszy został odroczony. Nie miałam na to parcia, uważałam, że pójdzie do szkoły normalnie, jednak przedszkole skierowało mnie do poradni po opinię, bo mieli obawy co do jego gotowości szkolnej. Z powodu dużych problemów z mową Panie w poradni obawiały się, że nie poradzi sobie z czytaniem i pisaniem i dostał karteczkę z odroczeniem, a jednak pójdzie do pierwszej klasy, gdyż w szkole, która wybrałam dla swojego dziecka nie ma zerówki. Najbliższa zerówka jest oddalona o 30 min piechotą od domu, po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw zdecydowałam, że idzie do 1 klasy. Dalsza pomoc logopedyczna i ćwiczenia w domu powinny pomóc.

    • Trzymam kciuki, żeby wszystko dobrze się ułożyło 🙂 Nie bój się sygnalizować nauczycielce, gdy poczujesz, że syn ma z czymś problem, nie nadąża itd. I przede wszystkim niech syn nie boi się tego sygnalizować 🙂

      • Ta szkoła budzi we mnie sympatię, pewnie dlatego, ze gdy byłam zanieść deklarację przyjęcia do szkoły, wraz z opinią o odroczeniu, to poinformowano mnie, że zerówki nie ma,a le od razu zaproponowano wsparcie np. logopedyczne. To był dla mnie taki znak,m ze szkoła nie ma w dupie tego odroczenia i chce współpracować 🙂

  • Mnie przeraża jedna rzecz, że 6-latki, które pójdą do pierwszej klasy, jako 18-latki pójdą na studia, a nie oszukujmy się nie jest to wiek na podejmowanie właściwych decyzji. I za jakiś czas może się okazać, że ten system wyhodował bandę niezdecydowanych i sfrustrowanych prawie dorosłych, którzy kierunki studiów zmieniają częściej niż skarpetki. I nie będzie to ich wina, w końcu dorastanie to proces.

    • Marta Szatańska

      Dokładnie to samo miałam pisać.

    • Magda Meteora

      To o czym piszesz nie dotyczy tylko 18-latków bo cała ta machina z planowaniem przyszłości rusa o wiele wczesniej. Gdzieś tak w 6 klasie podstawówki, gdy trzeba wystarczająco duzo się uczyc by napisać dobrze egzamin i dostać się do dobrego gimnazjum, a z kolei w 3 klasie gimnazjum wiedzieć już mniej więcej co się chce studiować, by dobrze wybrać profil w liceum lub technikum. Po maturze ranga decyzji jest jeszcze wyższa, bo w końcu już niemal ostatecznie chodzi o to, co kto będzie robił w przyszłości. Ale myślenie perspektywiczne zaczyna się w tym systemie niestety o wiele wcześniej. I to jest poniekąd straszne.

      • W tym systemie właściwie po komunii już powinniśmy wiedzieć kim będziemy w przyszłości, a i chyba mniej więcej w tym czasie pojawiają się pierwsze pytania o to. Smutne jest to, że coraz mniej dziewczynek chce zostać księżniczkami, a chłopców strażakami.

        • Puszka, owszem smutne, jestem po filmie „Mały Książę” i płakałam jak bóbr. Ale wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie jest „skorelowane” z utratą dziecięcych marzeń 🙂

          • Myślę, że szkoła nie ma z tym absolutnie nic wspólnego. Przecież dzieci w tej chwili masowo rodzą się z fabrycznie wyciętym przez rodziców i przez system ośrodkiem marzeń. Przecież marzenia uskrzydlają a skrzydła dają problem. I wracając do tematu i do tego, że w tej chwili 19-latki wybierają kierunek studiów, nie przeceniałabym zdolności intelektualnych a przede wszystkim emocjonalnych 19-latków, jednak mają zawsze większe szanse na jedną klepkę więcej w mózgu niż 18-latki.

    • vika

      pozwolę sobie tylko dodać że dzieci urodzone w drugiej połowie roku zaczną te studia nie mając nawet tych 18 lat 😉

      • No i to jest właśnie super! Gdybym miała taką możliwość sama chciałabym zacząć szkołę wcześniej i móc studiować wcześniej by skończyć edukację akademicką w wieku 22-23 lat i zacząć karierę zawodową. Teraz zamykając studia w wieku 25 lat ludzie nie chcą zakładać rodziny bo po coś studiowali i mają ochotę iść do pracy. Na ślub i dzieci decydują się dopiero koło lub po trzydziestce nie mając też do końca ustabilizowanej sytuacji zawodowej. Odbierając dyplom ze studiów wcześniej mogą zająć się „dorosłym” życiem oszczędzając sobie czas. Mając te 20 parę na liczniku usamodzielnić się i zając się sprawami, które pasjonują zamiast hodować 25letnich zdziecinniałych studentów na garnuszku rodziców.

    • Puszka, sądzisz, że 19-latki są już gotowe na podejmowanie właściwych decyzji? Nie widzę większej róznicy 🙂

  • Aleksandra

    Zgadzam się w 100%. Jestem mamą siedmiolatki, która od września idzie do II klasy. Za nami trudny, ale bardzo owocny rok. Zamiast strachu powodowanego niewiedzą i często zbyt słabą wiarą w możliwości dziecka, warto po prostu razem z nim popracować. O argumencie o zabieraniu dzieciństwa pisałam jakiś czas temu bardzo podobnie.

  • Anna

    A mnie przeraża to, że talenty mojego dziecka będą tłamszone już rok wcześniej. Zamiast swobodnej zabawy pozwalającej na zdobywanie nowych umiejętności, rozwój swoich zdolności i własnego ja, moje dziecko będzie musiało cały dzień spędzać w szkole, po szkole będzie musiało robić rzeczy dla szkoły bądź związane ze szkoła, bo tego szkoła wymaga i tak naprawdę to się zatraci w szkole, straci poczucie samego siebie, bo stopniowo będzie ono zastępowane „szkolnym ja”. Boję się tego, że radość, entuzjazm i ciekawość w oczach córki, jej pęd do poznawania świata zostaną zastąpione przez zniechęcenie i rozczarowanie tym, że nie można już podążać za swoimi pasjami i rozwijać je, tylko trzeba wykonywać czyjeś polecenia (często bezrozumnie).
    A najgorsze jest to, że to wszystko będzie się działo cały rok wcześniej, czyli 1/6 życia dziecka wcześniej. Ciekawe, który z 90-letnich dorosłych chciałby być indoktrynowany i standardyzowany 1/6 swojego życia (czyli tak tak 15 lat!) wcześniej…
    I nie, nie mam zapędów na rodzica-helikoptera. Bo gdybym znalazła odpowiednią szkołę, albo gdyby było mnie na nią stać, to nie miałabym żadnego, podkreślam ŻADNEGO problemu. I na moje szczęści potrafię oddzielić medialną „bańkę” od prawdziwego problemu.

    • vika

      niewielu rodziców o tym wie ale w Polsce też funkcjonuje nauczanie domowe, Wcale nie musi Pani posyłać dziecka do szkoły jako placówki. Jeśli jest pani w stanie zapewnić mu edukację domową. Takie rodziny w Polsce funkcjonują . 🙂 Dziecko ma obowiązek nauki nikt nie powiedział że w placówce…:)

      • To ciekawa idea,ale trzeba mieć na to możliwości (czas,a czas to pieniądz😉,by zapewnić dostęp do wiedzy,ale i różnorodność relacji społecznych.Znam takie rodziny i z pewnością dzieci są szczęśliwe😊

  • Uważam, że to szalenie ważny temat, a niewiele merytorycznych głosów, mądrych dyskusji w tym zakresie. Na przykład takich, jak Twój tekst. Poszłam do szkoły w wieku sześciu lat, głównie dlatego, że w domu zaczęłam się… nudzić. Znałam już trochę literek, trochę cyfr, byłam gotowa na więcej, byłam gotowa na nowe. Dla mnie, jako dla dziecka, była to wspaniała przygoda — odkrywać, że psy jeżdżą koleją, a piasek nie rozpuszcza się w wodzie.

    I jeszcze odnośnie „utraty dzieciństwa”. Jestem nauczycielem akademickim w Irlandii, systemie, który nie przeciąża studentów za bardzo – wykłady po 50 minut, 6 miesięcy roku akademickiego, a oceny z pierwszych trzech lat studiów w ogóle nie są brane pod uwagę do dyplomu ukończenia studiów (wbrew pozorom, pod wieloma względami jest to jednak bardzo dobry system, ale to temat na inną dyskusję). Ostatnio brałam udział w oficjalnej grupie fokusowej nt. wprowadzenia zmian w programie studiów. Postulowano, by zmniejszyć studentom liczbę godzin i tematów do przerobienia, bo każąc im przebywać na zajęciach i więcej się uczyć „hamujemy ich rozwój sobowości”.

    Zarówno ten przykład, jak i argument „kradzieży dzieciństwa”, pokazują, moim zdaniem, niezrozumienie idei szkoły i studiów; to przecież właśnie tam, wśród kolegów i koleżanek, (dobrych) nauczycieli i ciekawych tematów powstają najlepsze i najważniejsze wspomnienia, które zostają z nami na długo.

    • Dziękuję za ciekawy przykład!
      Tez mnie to zadziwia.. Zwłaszcza, że przecież współczesne dzieci i młodzież, gdy nie są wśród rówieśników, to gdzie są? Na smartfonach, tabletach i ajpadach.

  • Wojciech Sztukowski

    Piękny tekst, ale nadal nie zmienia tego, że przeciętny sześciolatek nie ma dojrzałości szkolnej, w przeciwieństwie do przeciętnego siedmiolatka. To się nie zmieniło w trakcie ostatnich 10 tysięcy lat, podobnie jak pozostałe aspekty natury ludzkiej – no, może z wyjątkiem wytworzenia wśród Słowian wyższej niż u Azjatów odporności na alkohol. Te i inne podobne teksty nie zmieniają rzeczywistości wynikającej z ludzkiej natury. 0-2 latki to mali idioci wymagający prowadzenia za rączkę (i dlatego nie nadają się do przedszkola), 3-6 latki to dzieci potrzebujące zabawy w grupie (i dlatego nie nadają się do szkoły), a 7-9 latki to dzieci, dla których wysiedzenie w ławce nie jest już takim problemem, jak dla poprzedniej grupy. „Zmieniła Pani zdanie”? Wspaniale. Proszę dać znać, kiedy zmieni Pani zdanie na inne tematy.

    • „mali idioci”-żenada.

  • Jestem przekonany, że to co powinniśmy robić, albo czego nie robić to nie generalizować. Nie wrzucać dzieci do worka tego czy tamtego. I w tym kontekście jakikolwiek przymus ‚ustawowy’ nie jest dobry.
    Tak jak napisałaś, to nie wiek decyduje. Wiek jest łatwym kwantyfikatorem, bo łatwo go zmierzyć, ale to nie on decyduje o gotowości dziecka do podjęcia obowiązku szkolnego.
    Natomiast nie uważam także, że konsultacje psychologiczne są wystarczającym argumentem za odroczeniem, nie odroczeniem etc. Świadomi rodzice wezmą to pod uwagę, ale sami są w stanie najlepiej ocenić stan, dojrzałość, gotowość … swojego dziecka.

    Dzieci straszyć nie warto, nie wolno wręcz, ale nie wolno także gloryfikować.

    • Czyli sądzisz, że jak najlepiej powinno to zostać rozwiązane? Rodzice powinni o tym decydować?

      • Na pytanie: czy rodzice powinni o tym decydować? Odpowiadam: tak, zdecydowanie bardziej rodzice niż urzędnicy, posłowie, dyrektorzy, kuratorzy, ministrowie itd
        Dlaczego? przede wszystkim dlatego, że to oni (rodzice) powinni odpowiadać za swoje dzieci i nikt i nic tej odpowiedzialności nie powinien próbować z nich zdejmować. Jeżeli nie są świadomi, odpowiedzialni to tego warto ich uczyć, a nie utrwalać, że „my za was zdecydujemy”.
        A psycholog, pedagog etc ma być doradcą rodzica.

        Jak to najlepiej rozwiązać? Nie wiem.

        (Powszechny) system szkolny (zgodnie z moją dzisiejsza wiedzą) jest koncepcyjnie kiepski. Odnoszę wrażenie, że często jest bardziej miejscem pracy całej armii ludzi związanych z edukacją niż miejscem edukowania dzieci. To taka walka o utrzymanie jak najlepszych warunków dla załogi.

        Przy tym wszystkim warto wiedzieć o alternatywnych pomysłach na edukację. A w Polsce w sensie prawnym mamy całkiem, całkiem liberalne podejście do obowiązku szkolnego.

        Ale jednocześnie zgadzam się z Tobą i zostaję przy zdaniu, że nie należy straszyć, demonizować etc

  • Art

    Dzieci posłać do szkoły wcześniej, a dziadków zostawić w pracy wiele lat dłużej. Dziwnie, że nie widzicie, że tu chodzi jedynie o dłuższą pracę człowieka w przeciągu jego życia. Optymalizacja niewolników, nic więcej. A niektórzy jakąś ideologię dorabiają :/

  • Zgadzam się ze stwierdzeniem, że to nie rodzice (ani tym bardziej politycy) powinni decydować o tym, czy dziecko jest gotowe pójść do szkoły w wieku 6 lat czy nie, ale właśnie odpowiednio wykwalifikowani pracownicy z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Inną kwestią jest natomiast, że często w tych poradniach nie podchodzi się właściwie do sprawy. Zwłaszcza w małych miastach w takich poradniach pracują całkowicie randomowi ludzie, którzy najchętniej każdemu dziecku wpisaliby w papiery, że ma ADHD.

    • Serio tak jest? 🙁 Jak myślisz, dlaczego to robią?

      • Nie twierdzę, że wszędzie oczywiście. Ale jako córka dwojga nauczycieli cały czas słyszę dość niepochlebne opinie o pracownikach poradni. Mam wrażenie, że łatwiej jest po prostu wpisać dziecku jakąś dysfunkcję, niż po prostu zacząć nad nim pracować. Idealnym przykładem jest chłopczyk w wieku 11 lat, który przez długi czas był nazywany przeze mnie „terrorystą”. Bardzo źle się zachowywał, był często agresywny, itp. Rodzice postanowili zabrać go do poradni, gdzie prawie że od ręki wpisali mu ADHD. Całą rodzina jego zachowanie tłumaczyła tym schorzeniem i nadal tłumaczy, choć gołym okiem po tylu latach widać, że dziecko próbowało w ten sposób coś zaalarmować. Czuł się emocjonalnie zaniedbany, co głównie wynikało z częstych wyjazdów służbowych ojca i faktu, że matka prawie całą uwagę poświęca młodszej córce.

        Tu podam przykład troszkę inny, jednak oparty na moim własnym doświadczeniu. W wieku szkolnym stwierdzono u mnie dysleksję i zaczątki dyskalkulii. Do dziś mam problemy ze sprawnym liczeniem i zdarza mi się zatrzymać w trakcie pisania, ponieważ nagle nie wiem, jak coś napisać. Zalecono mi prywatne zajęcia z pracownikami poradni, później jednak tę rolę przejęli rodzice. Oczywiście chciano mi to wpisać w papiery i wysłać do szkoły, dzięki czemu na każdym teście i egzaminie miałabym przywileje z magicznej literki D obok nazwiska. Moi rodzice na to się nie zgodzili. Po prostu zaczęli nad tym pracować. Miałam trudniej, wiele rzeczy przychodziło mi ciężej, jednak wiem, że to była właściwa decyzja. 🙂 Po prostu teraz mam dużo mniejsze problemy, niż „dzieci które pogodziły” się z dysfunkcją. 🙂

        Się rozpisałam. 🙂 Pragnę jeszcze raz podkreślić, że moja opinia wynika z moich doświadczeń. Kto wie, może są poradnie, które rzeczywiście pomagają i spełniają swoje funkcję. Nie wykluczam tego. 🙂

  • Tianzi

    Ja się nie znam na dzieciach ani 6ścio- ani 7mioletnich, ale pamiętam, że jako osoba urodzona na przełomie roczników przebierałam nogami, żeby iść do szkoły z tym wcześniejszym. Nigdy nie żałowałam. W mojej klasie było kilka takich osób, też nie wiem nic, żeby żałowały. Gimnazjum też przeżyliśmy. A jak chcecie podarować swoim pociechom rok beztroski, to zachęćcie je do wzięcia gap year przed studiami 😉

    • Miałam nawet w tym tekście fragment o gimnazjum, że też byłam bardzo niezadowolona, że moja córka ma tam pójść i chciałam ją zamknąć na 3 lata w wieży (serio, serio:), ale tekst i tak wydał mi się długi więc usunęłam 😉

  • Katarzyna Małgorzata

    Wymogi nauczyciela sa bardzo wysokie karzą dzieciom płynnie czytać liczyć juz w pamieci !! Mój syn ma lekcje do 15.45 przychodzi do domu zje odrobi prace domową i co i musi isc juz spać że by z rana wstać. Do tego oceny kiedy my mieliśmy buźki słonka itp no i sprawdziany z matematyki zadania z treścią co oni chcą młodocianych geniuszy ?

  • Sama poszłam do szkoły jako pięciolatka. Było strasznie! Tak, straszne – strasznie fajnie. W końcu miałam tyle dzieci dookoła siebie, mogłam poznawać do woli nowe rzeczy, bo byłam ciekawym dzieckiem. Jedno mnie tylko denerwowało: że moja książka się nazywała „Mam 6 lat” a ja tyle nie miałam. Jak się odlepi dzieci od tv/tableta/komputera, to wyjdzie, że wszystkie są przygotowane do szkoły.

  • Marta Łuczak

    Jestem mamą, która oprócz tego, że ma dzieci, to zna szkolnictwo od wewnątrz. To jak powinien wyglądać system edukacji i to jak jest w realiach polskich to dwie tak różne jakościowo sprawy, że doprawdy nie wiem czemu broni się pomysły wpychania 6-latków do szkół. Większość polskich dzieci pójdzie do szkół państwowych, więc klasy będą liczne, miejsca i czasu na zabawy mało a trafienie na nauczyciela z powołaniem, który będzie chciał i potrafił zindywidualizować pracę z uczeniem i zminimalizować negatywny wpływ wcześniejszej scholaryzacji to jak trafienie głównej wygranej na loterii-ktoś trafi, ale większość nie. Polska szkoła jest instytucją skostniałą, mało podatną na pozytywne zmiany, więc nawet jeśli na studiach uczy się przyszłych nauczycieli wielu fantastycznych rzeczy, w praktyce trudno im się przebić by stosować to, co byłoby najlepsze dla rozwoju dzieci. Smutne to bardzo, ale takie są fakty. Polskie szkolnictwo nie nadaje się do masowego przyjęcia 6-latków. Dzieci, które poszły do szkoły jako 6-latki jakoś sobie radzą lepiej lub gorzej, bo tak funkcjonuje dziecko – w każdych warunkach jakoś się odnajduje. Na tej samej zasadzie co pozostawiane w łóżeczku niemowlę w końcu uczy się nie płakać do mamy. Ale nikt mi nie wmówi, że to jest dobre dla rozwoju dziecka.

  • Kropka

    Moim zdaniem wiek, w którym dziecko powinno iść do szkoły powinien być brany pod uwagę indywidualnie dla każdego dziecka. Rodzice (nie wszyscy , ale większość) doskonale znają swoje dzieci. Jeśli mają jakiekolwiek wątpliwości pedagog/psycholog powinien to rozstrzygnąć .
    Mój syn ma 5,8 roku. Powinien właśnie iść do pierwszej klasy w Polsce . Nie pójdzie gdyż będzie kontynuował naukę w systemie irlandzkim. Jest po pierwszym roku nauki tutaj, czyli ukończył przedszkole (3,8) junior infant (4,8) i rozpocznie senior infant (5,8).
    Ponieważ planuję powrót do korzeni , długo zastanawiałam się czy posłać syna do Polskiej szkoły weekendowej…według systemu polskiego powinien rozpocząć pierwszą klasę . Ostatecznie uznałam, że wstrzymam się od mieszania mu edukacji. Dlaczego ? W junior infant w drugim semestrze dzieci zaczynały liczyć i dodawać, wcześniej czytać ( jeśli to można nazwać czytaniem … tzn. uczyły się na pamięć poszczególnych liter i słów … angielski jest inny niż polski… nie jestem pedagogiem , najwyraźniej te metody są najskuteczniejsze …), było pisanie literek itd. Mój syn należy do dzieci bardzo, bardzo ruchliwych, bardzo szybko się nudzi i absolutnie nie dotyka się tego co go nie interesuje w danej chwili. Nie chce ze mną rozmawiać po angielsku , co bardzo mi utrudnia ocenę poziomu jego języka angielskiego… jedyna możliwość to gdy bawi się z dziećmi. W angielskim brakuje mu słów i miesza z polskim. Za to całkiem nieźle śpiewa piosenki po angielsku, poza tym jest bardzo sprawny ruchowo, szybki, zwinny , ale szybko się zniechęca. Jeśli chodzi o liczenie ,liczy do 20 ale nie za każdym razem, jak chce. Nauczycielka zwracała mi na to uwagę , że on nie umie liczyć i że to ją martwi. Wiem, że umie liczyć bo słyszałam , ćwiczę z nim albo próbuję i zachęcam i sprawdzam… jeśli mam tylko okazję, ale nie za każdym razem on współpracuje, przeskakuje , przestawia. Bawi się – jak dla mnie i to ciężko przeskoczyć. Trochę zna dodawanie, początki. Na dzień dzisiejszy uważam , że gdyby miał rozpocząć naukę w pierwszej klasie mógłby nie nadążyć przyswajać sobie nową wiedzę zniechęcając się do niej. Osobiście wolę by zrobił to wolniej ale dokładnie. Czyli podszkolił alfabet i dodawanie. Nie wiem jaki jest program zerówki i pierwszej klasy w Polsce obecnie, Na podstawie tego co pamiętam z początków swojej edukacji z pierwszej klasy uważam, że nie dałby sobie rady i obsadzanie go w tej ramie szkolnictwa mogłoby by mu zaszkodzić a nie pomóc. Ostatecznie w przyszłym roku pójdzie do drugiej klasy w Polsce jeśli wyjdzie na to że wracamy. Przypuszczam, że gdyby w pierwszej klasie były zajęcia, do tego praktyczne z budowy ciągników , koparek itd syn byłby najpilniejszym uczniem w klasie … a nie czytanie o małpkach czy klaunach 😉 . Dodam iż , zaopatrzyliśmy się w książki do nauki czytania po polsku i swoim tokiem będziemy się uczyć a dodatkowe soboty czy niedziele przeznaczymy na zajęcia ruchowe. Rok temu był próbnie na zajęciach tea kwondo , ale bardziej rozpraszał grupę aniżeli ćwiczył , więc zacznie teraz jeśli będzie współpracował.
    Nadmienię , że mam okazję porównać syna z chłopcem starszym od niego o pół roku , który poszedł wcześniej i jest po pierwszej irlandzkiej klasie , oraz jego siostrą , która jest młodsza od mojego syna o pół roku i też zaczęła wcześniej tu edukację bo w wieku 4,2 lat. Między nimi jest ogromna różnica, w etapach rozwojowych np jeśli chodzi o zainteresowania. To co kolegę interesowało rok temu interesuje syna teraz , gdzie wcześniej nawet na to nie zerknął, mimo że miał okazję. Mają więcej wspólnych zainteresowań teraz niż rok temu, lepiej się dogadują i rozumieją oboje się zmienili . Różnice są widoczne od 2 lat odkąd się znają. Myślę , że 7 lat jest ogólnie wiekiem w sam raz do rozpoczęcia pierwszej klasy, a jeśli ktoś czuje, że dziecko powinno wcześniej zacząć to ok. Zaś rówieśnicy w klasie syna byli na podobnym poziomie , jedni liczyli lepiej inni mówili lepiej lub gorzej się wysławiali. Indywidualne, albo koleżanka syna starsza od niego 4 miesiące , liczy do stu, bo lubi i chce.
    Przeczytałam kilka komentarzy, zdania na temat 6 latków i szkoły są podzielone. Mamy piszą jakie to mają zdolne dzieci od 4 lat 2 języki biegle, karate i nikt ich do niczego nie zmusza. Świetnie! Gratuluję ! ale pragnę zaznaczyć , że nie wszystkie dzieci są takie zdolne i mają takie zainteresowania. Gdybym miała takie dziecko posłałabym je od 3-go roku do szkoły…dlaczego nie ? . Jest to indywidualne. Bardzo. Szkoły tę indywidualność albo pogłębią albo zniszczą … można trafić tam gdzie ją pogłębią a można i tam gdzie ją zniszczą ….
    Jest jeszcze inna kwestia do zastanowienia, moment dojrzewania wśród młodzieży w klasach, w których rozpiętość wieku bywać będzie 1,5 roku…Nie jestem przekonana że jest to na plus. Poza tym posłanie dzieci wcześniej do szkoły jest przede wszystkim polityką , która ma stworzyć wcześniejszą siłę dla podatków i nie musi być to jednak korzyść dla wszystkich dzieci. Wydaje mi się , że dużo ważniejsze jest stworzenie im dobrych warunków i miejsc do pracy już po szkole, nie jest rozwiązaniem posyłać je wszystkie wcześniej do szkoły . To nie wiele zmieni.
    Takie jest moje zdanie.
    Pozdrawiam . Dziękuję .

  • Nihiru

    IMO, problemy z 6-latkami w szkole są tylko dwa:
    1. system, który zakłada, że WSZYSTKIE dzieci, a każdym momencie muszą umieć i robić to samo. Co w przypadku małych dzieci jest paranoją, a w przypadku rozrzutu wiekowego – podwójną..
    2. nauczyciele, którzy kompletnie nie są przygotowani do nauczania takich maluchów. Polska szkoła to ciągle siedzenie w ławkach i ćwiczenie szlaczków. Nauczyciele nie mają pomysłu na zorganizowanie dzieciom nauki przez zabawę. Nic dziwnego, że WSZYSCY nauczyciele z jakimi rozmawiałam, twierdzą jednogłośnie że 6-latki nie nadają się do szkoły. Nadają, tylko metody nauki trzeba zmienić.

    • Emily Pe

      Nihiru, metody nauki i warunki (1). są szkoły gdzie dyrektor nie chce dać pieniędzy na PŁYTY do podręcznika, nie mówiąc o jakichkolwiek materiałach dodatkowych, które są bardzo potrzebne w pracy z takimi dziećmi. są szkoły gdzie są 2 magnetofony na całą szkołę, bo nie ma pieniędzy na więcej. są szkoły gdzie dywanik do zabawy to przestrzeń 1m x 1m więc nie ma miejsca na zabawę. są szkoły gdzie mamy po 28 dzieci w klasie pierwszej. nie wiem czy w ogóle jesteś świadoma co to znaczy 28 sześcioletnich dzieci w jednej klasie, dzieci, które są kompletnie różne, chcą się bawić, mają króciutki czas koncentracji na jednym zajęciu?
      po 5 latach pracy w szkole stwierdziłam, że nasz system ma jedną podstawową wadę, która decyduje niemal o wszystkim: za duże klasy. nie da się spełnić wszystkich oczekiwań ministerstwa i rodziców i tak naprawdę realizować w tej pracy tego co jest naprawdę ważne pracując w przepełnionych klasach. nie mówiąc już o hałasie, które generuje taka ilość dzieci. sam ten hałas sprawia, że praca w tych warunkach pożera dwa razy więcej energii. pracuję w szkole, nauczyciele są różni, ale przewagę stanowią ci, którym się chce i zależy, którzy się starają na miarę swoich możliwości. a rozwiązania systemowe są takie by jak najbardziej utrudnić warunki pracy w szkole, które i tak są trudne. a nauczyciele są przeciwni reformie dlatego, że te warunki znają najlepiej.

  • Marcin

    Jednym z ważniejszych argumentów tego, żeby 6-latki szły do szkoły jest aktywizacja dzieci biedoty z wiosek, które stanowią większość. Szkoła jest publiczna i decyduje średnia krajowa, jak ktoś ma chęć, żeby jego dziecko było indywidualistą, niech zapłaci za prywatną szkołę – tak jest na całym świecie

  • burza w szklance wody. Mój syn idzie własnie do I klasy. nie mam żadnych oporów. nie będę naciskać, chcę żeby zdawał z klasy do klasy. nie musi misć świadectwa z czerwonym paskiem. sama chcę go i młodszą córcię jak przyjdzie czas też przygotować do życia. Chcę, żeby umiał rozmawiać, negocjować, prowadzić dialog, stawiać na swoim, rozwijać się, odnosić sukcesy w dziedzinach, które on wybierze, a nie które zostana mu narzucone. chcę dzieci nauczyc przedsiębiorczości. Oczywiscie wszystko w swoim czasie. Dlatego nie boję się szkoły. Mam dzieci bardzo energiczne. Ba! syn wykazuje w złości nawet agresję. Nie podoba mi się to, więc rozmawiam tłumaczę. do końca jednak nie ograniczam. Pozwalam ponosić konsekwencje czynów by nie tylko mu o tym mówić, ale by poczuł na własnej skórze. Chcę by nauczył się radzić sobie w szkole, bo gdy przez własne strachy ograniczamy dzieciaki to one w życiu będą miały cholernie ciężko.
    Sama nie raz słyszałm nie odzywaj się, ucz się, słuchaj, nie oponuj, nie podskakuj…co z teg, że mam skończone studia, szkoły, kursy…jak staję z kimś kto jest decydentem to zapominam jężyka w gębie…Na rozmowach kwalifikacyjnych brak mi pewności siebie, najnormalniej w świecie nie umiem sie sprzedać, więc te wszystkie dyplomy i tytuły mogę spuścić w toalecie. Szkoła nasza daje wiedzę, ale nie nauczy życia, więc dla mnie jest tylko dodatkiem. Ważnym, ale dodatkiem. Świat tak poszedł do przodu, że dzieciaki dużo wczesniej niz my bylismy sa narażone na stres i zamiast zamiatać ten fakt pod dywan pod pozorem zabierania dzieciństwa (nigdy do mnie ten argument nie przemawiał), bądźmy przy nich, wspierajmy, podpowiadajmy.

    • Morrrigan

      Czyli będziesz grać rolę, którą grać powinna szkoła, która z kolei będzie przeszkadzać, bo wszyscy w niej będą oczekiwać, że będzie na pierwszym miejscu 😉 czyż to nie absurd? Od najmłodszych lat mętlik w głowie.

  • Mim

    W Holandii do szkoły idą 4-latki. Pierwsze 2 lata przeważnie są w grupach mieszanych. 4- i 5-latki razem. Prawda jest, że obowiązek szkolny jest od 5 lat, ale można już 4-latki wysłać do szkoły, z czego korzysta ogromną większość rodziców. Mój synek idzie od przyszłego tygodnia do szkoły i jest bardzo podekscytowany i zadowolony. Wiem, że szkoła holenderska różni się od polskiej (co tu dużo pisać, placówki są doskonałe przygotowane do przyjęcia maluszków zarówno pod względem kadry nauczycielskiej jak i wyposażenia, budynku itp.), ale w kwestii gotowości dzieci do podjęcia tego wyzwania, to nie zgodzę się z rodzicami, którzy twierdzą, że 6-latek nie jest na to gotowy. Dzieci z natury są otwarte i gotowe do podejmowania wyzwań. To rodzice projektują na nie swoje lęki. Pozytywnym nastawieniem można znacznie więcej zdziałać niż narzekaniem i pietrzeniem trudności. Dziecku trzeba przekazac pozytywne nastawienie, radość z nowego wyzwania, a w razie problemów zaoferować nieograniczona pomoc. Dajmy się wypowiedzieć dzieciom, nie szukajmy problemów na siłę. Dziecko samo zasygnalizuje, gdy będzie miało z czymś problem. A jeżeli nie usłyszy od nas, jak to niedobrze, że musi w wieku 6 lat iść do szkoły, to przyjemnie to jako sytuację naturalna. Grupa mieszana złożona z 6- i 7-latkow może przynieść też korzyści. 6-latek może się wiele od 7-latkow nauczyć, a 7-latek może rozwinąć w sobie instynkt opiekuńczy, co też mu na dobre wyjdzie. Mój synek chodził do lipca do przedszkola, w którym grupa składała sie z dzieci w wieku od 3 miesięcy do 4 lat. Na początku szybko robił postępy poprzez obserwacje starszych dzieci, a gdy on był już jednym z najstarszych opowiadał mi jak trzeba się opiekować niemowlakiem i co taki maluszek może jeść, a czego nie, jak trzeba go przewinac np. Czy to nie wspaniałe. Mój synek nie ma rodzeństwa, a tak mógł poobserwowac różnice pomiędzy dziećmi w różnym wieku. Nauczył się wrażliwości i tego, że nie jest pepkiem świata. I słusznie. Wiem, że trudno się nie bać zmian, zwłaszcza jak te zmiany są wprowadzane akurat, gdy nasze dziecko idzie pierwszy raz do szkoły. Ale wierzcie mi, tylko rodzice są w stanie przygotować dziecko do tego wyzwania, nikt inny. I tylko pozytywnym podejściem. Trzymam więc kciuki za wasze i moje dziecko 😄

  • A ja z punktu widzenia nauczyciela: nie wszystkie sześciolatki są gotowe. Zdecydowana większość tak, ale są i takie, które mimo rzekomej „gotowości szkolnej” na dzień dobry skazane są na szkolną porażkę. One powinny sobie jeszcze poczekać w przedszkolu, teraz nie mają już wyboru.

  • Zapraszam więc do szkoły poza „warszawką”… tego czego ja się boję, to kompletny brak przygotowania szkół na takie dzieci. Dlaczego szkoły nie mogą uczyć 6-latków tak, jak to robią teraz przedszkola przez zabawę, i dokładnie tak, jak robi to cały zresztą świat, tylko sadza się ruchliwe maluchy w ławkach. To moje jedyne zastrzeżenie.

  • asia

    o ile w klasach 1-3 6-ciolatki jakoś sobie radzą problemy zaczynają sie w klasie 4 ! ktoś
    to wziął pod uwagę?

    • Chuda

      U nas 1 klasa (sześciolatek) była koszmarem, ale 4 – bułka z masłem.

  • Kalina Borowiec

    Ja mam mieszane uczucia, sama dzieci dałam jako 7-latki, miałam wybór, I już co będzie, choć uważam, ze to rodzić powinien decydować. Dziś na pewno jest ciekawa i na pewno przydatna audycja o gotowości 6-latków do szkoły, na Polskie Radio Dzieciom.

  • Hania Lewandowska

    Mnie mama posłała do szkoły w wieku 6 lat. To było jeszcze wtedy, kiedy trzeba było mieć decyzję psychologa i kuratora. Musiałam przejść masę testów i rozmów zanim mogłam zacząć się uczyć. Mama często żałowała, mówiąc, że skróciła mi dzieciństwo, ale ja tego tak nie czułam 🙂 A pod koniec liceum miałam wrażenie, że mimo iż wszyscy są starsi ode mnie o rok, to ja jestem dwa lata przed nimi 🙂

  • Mocno się nie zgadzam w kilku miejscach.Jako mama odroczonego (uff) prawie 6-latka,psycholog,pracownik poradni psychologiczno-pedagogicznnej.Inne kraje to inna bajka,inna szkoła,inny program.Większość 6 latków nie jest gotowa na to,co ich czeka w pierwszej klasie,w polskiej szkole.Ale mamy punkt wspólny: też nie przekonuje mnie argument o „utracie dzieciństwa”.Żeby było zabawniej,sama poszłam do szkoły rok wcześniej i ten tekst mnie strasznie irytował.Tak,poszłam wcześniej,ale i tak byłam prawie o rok starsza niż mój syn teraz i zdecydowanie bardziej na szkołę gotowa.Syn odroczony i po sprawie,ale jednak to dodatkowy kłopot.Pozostaje wierzyć,że szkoły i program „dorosną” do przyjęcia sześciolatków.

  • Od zawsze były dzieci, które w wieku 6 lat wykazywały predyspozycje do tego, żeby w tym wieku zacząć naukę. I zaczynały. Jasne, że rodzice mogą źle ocenić predyspozycje swojego dziecka i mogą stwierdzić, że się do rozpoczęcia nauki nie nadaje, chociaż się nadaje. Jasne, że nie można wrzucać do jednego worka wszystkich szkół, bo część z nich jest nieprzygotowana, a część jest. Całej reszty Twoich Nishko i komentujących argumentów nie będę już przytaczać. Co z tego wynika? Dla mnie jedno: rodzice powinni decydować o tym czy posłać 6-latka do szkoły czy nie. Dopóki nie ma jednego standardu dotyczącego tego, jak ma być przygotowana szkoła, dopóki nie ma tak naprawdę jasno określonego sposobu prowadzenia zajęć, a takie mam doświadczenia ze szkoły moich córek, to cała ta akcja, która ma teraz miejsce, nie ma sensu. Stres dzieci jest ogromny w szkołach, w których panuje po prostu chaos. One sobie dadzą radę, ale jakim kosztem? Nawet, gdyby była tylko jedna taka szkoła, to już jest źle.

  • Alenda

    Sama nie wiem, niby racja, ale ciągle twierdzę, że skraca dzieciństwo, ja w tym wieku skakałam w gumę, nie siedziałam w ławce.

  • Pingback: Gimnazjaliści to nasz skarb narodowy – nie likwidujcie ich! | Nishka()