W imię czego opuszczamy swoje niemowlęta?

fot. Mały Kadr

Dawno nie toczyłam tak intensywnej wewnętrznej walki, jak podczas podejść do napisania tego tekstu. Jeden głos szepcze mi: zostaw to w spokoju. Drugi pyta: w imię czego będziesz milczeć? Poprawności „politycznej”? Otóż coraz bardziej niepokoi mnie współczesny trend regularnego zostawiania noworodków i niemowląt na wiele godzin, a nawet dni, by „matka mogła zająć się sobą”. I piszę to ja: feministka pełną gębą.

Na pewno nie chcę nikogo linczować. Proszę, żebyście nie wskazywali żadnych konkretnych przykładów z imienia, nazwiska czy pseudonimu. Dzielcie się co najwyżej tylko swoimi uczuciami i spostrzeżeniami.

Im częściej spotykam się z obrazem Nowoczesnej Matki kreowanym przez osoby publiczne, czyli tzw. influencerki mające wpływ na styl życia i myślenia odbiorców, tym bardziej czuję potrzebę wyrażenia przeciwwagi i przedstawienia innego punktu widzenia. Matki – możecie nazywać mnie Matką Zacofaną – która działa według programu zapisanego jej przez naturę kilka milionów lat temu.

Jaka jest Nowoczesna Matka? Wyzwolona. Znająca swoją wartość. Dbająca o swoje potrzeby. Żyjąca w zgodzie ze sobą.

Tylko jest jedno ale. Wydaje mi się, że w momencie, w którym powołujemy na świat dziecko, powinniśmy przez kilka miesięcy przestać myśleć o sobie w liczbie pojedynczej. Jesteś już razem ze swoim dzieckiem, które powołałaś na świat, jesteście Wy. Razem. Dotyk, czułość i ta cała bliskość – którą w tę małą istotę władujesz, będzie procentować w jego całym życiu, budując w nim duże poczucie wartości i bezpieczeństwa. A nie jesteś w stanie zrobić tego na odległość, zostawiając je na długie godziny lub wyjeżdżając na kilka dni bez niego.

I z ogromnym smutkiem obserwuję, że to coraz popularniejszy trend.

– Dziecko ma ojca! – krzyczycie. – Tak, oczywiście, ma! – odpowiadam. Niech spędza z maluchem jak najwięcej czasu, dzielcie się w opiece, wspierajcie. Ale obecność ojca nie rekompensuje dla niemowlęcia nieobecności matki. Chyba, że ojciec jest główną bliską postacią w życiu niemowlęcia, bliższą niż matką i stale obecną.

Jest masa spraw, które mogę sobie zarzucić jako matce. Tak jak w swoim rodzicielstwie popełniam wiele błędów i mam mnóstwo wątpliwości, tak jedno mi wyszło i jestem pewna słuszności: zawsze byłam doskonale dostrojona do moich niemowląt, tak jakbyśmy byli jednością. Moim priorytetem było zaspokojenie ich potrzeb i wiem, że to dało im ogromną siłę.

Nie żebym zupełnie zapominała o sobie, bez przesady. Miałam swoje sprawy, projekty, prace – ale moje rozstanie z maluchem nigdy nie trwało dłużej niż kilka godzin.

Pamiętam, że gdy mój syn miał około 4-5 miesięcy, dostałam propozycję wyjazdu na kilka dni na inny kontynent do miasta marzeń. Hurra! Wspaniale! Taka okazja się nie powtórzy! Oczywiście plan był jasny: jadę z synem, bo rozstanie na kilka dni na tak wczesnym rozwoju będzie zarówno dla niego, jak i dla mnie źródłem cierpienia.

Jednak w pewnym momencie okazało się, że z powodów technicznych nie ma szansy na to, by syn mi podczas tego wyjazdu towarzyszył. Myśl o tym, że mielibyśmy się na tydzień rozstać, była tak bolesna, że do dziś, gdy to myślę, czuję przechodzące ciarki. Tak jakby ktoś miał mi wyrwać kawałek serca. Zrezygnowałam z wyjazdu, choć wiele osób niedowierzało mojej decyzji.

 Mając wątpliwości, czy aby nie zwariowałam – skonsultowałam to z dwoma niezależnymi ekspertkami: psycholożką i psychoterapeutką i każda powiedziała, że moja niechęć do rozstania na kilka dni z kilkumiesięcznym dzieckiem jest jak najbardziej uzasadniona. Że to doświadczenie może zapisać się w jego psychice jako porzucenie przez matkę, którego nie będzie potrafił w przyszłości zwerbalizować i tym bardziej trudno będzie mu się z tym uporać. Nie ma mamy = mama mnie porzuciła.

I nie wytłumaczysz takiemu berbeciowi, że mama wkrótce wróci, że to tylko kilka dni. Dla niego kilka dni to jak wieczność.

Teraz, gdy ma 2 lata? Albo gdy przekroczył magiczny rok – spoko. Ale gdy miał kilka tygodni lub miesięcy? Za wcześnie. Sprzeciw i rozpacz, które wówczas czułam myśląc o rozstaniu z maluchem, były zupełnie naturalne.
Myślę, że współczesnym matkom trudno się jej odnaleźć i do tych uczuć dotrzeć, skoro są bombardowane obrazem wielu współczesnych mam celebrytek influencerek, które zostawiają swoje noworodki i niemowlęta, żeby realizować swoje sprawy i „nie zapomnieć o
sobie”!

W imię czego?

Nie linczuję tych mam, ja im współczuję. Jestem pewna, że większość z nich poza zasięgiem smartfona, poprzez który zdają relację na instagramie czy innych mediach społecznościowych o tym, jak dobrze się bawią, bo „tego potrzebowały!” tęsknią za swoim szkrabem. Lub robią wszystko, by to uczucie smutku, tęsknoty, cierpienia i wyrzutów sumienia z siebie wyciąć i zapomnieć. Bo w rzeczywistości łączy je z dzieckiem ogromna więź. Więź utkana przez Matkę Naturę.

Nasze mózgi nie wiedzą, że mamy już 2018 rok. Wciąż są na etapie społeczeństw łowiecko – zbierackich i działają według programu wdrukowanego nam przez naturę kilka milionów lat temu. Dlaczego? Bo przez 99% (!!!) czasu, od kiedy istnieje nasz gatunek, organizował się właśnie w taki typ społeczeństw. Etap, na którym jesteśmy od kilkudziesięciu czy nawet kilkuset (phi) lat, brzmi dla matki natury jak jakiś żart. Zapisy genetyczne to nie bułka z masłem i nie da się ich ot tak edytować.

I przez kilka milionów lat niemowlę bez matki nie przeżyłoby, bo tylko ona mogłaby napoić je mlekiem. Mleko modyfikowane to wynalazek  ostatnich kilkudziesięciu lat. I to, że teraz dziecko może dostać butlę z mlekiem, mało zmienia. Bo w więzi między matką a niemowlęciem chodzi o coś więcej niż karmienie. Taki maluszek potrzebuje matki, jej obecności i bliskości.

Skoro jesteśmy przy karmieniu piersią, to podczas tego procesu wytwarza się oksytocyna, czyli hormon przywiązania. Tak to natura sprytnie wymyśliła, że karmiąca matka jest wciąż pod wpływem narkotyku, który każe jej być blisko dziecka i to nie tylko ze względu na zalegający w piersiach pokarm, ale przede wszystkim: uczucie w głowie: chęć bycia blisko dziecka. Dlatego tym bardziej zachęcam przyszłe mamy, by karmiły – bo będzie Wam znacznie łatwiej być w tej bliskości.

Wiem, że każdy ma prawo żyć, jak chce, nie chcę nikogo oceniać. Jedyny żal, który mam, to że te „nowoczesne mamy celebrytki” wpływają na społeczne trendy i stają się wzorem do naśladowania dla wielu matek – którym intuicja podpowiada co innego, ale skoro Postępowa Matka daje radę, to ona też da i nie chce już być Zacofaną Matką.

Drogie Mamy, nie opuszczajcie swoich dzieci. Poczekajcie, aż będą starsze. To naprawdę szybko minie! Piszę to ja, mama dwóch nastolatek, które jeszcze miesiąc temu były niemowlęciami. A to, co władujecie w Waszą więź teraz, całą tą bliskość i Waszą obecność, której potrzebują, to wszystko będzie procentować i da im w dorosłym życiu siłę. Bycie blisko nie oznacza bycie matką zacofaną, wprost przeciwnie: da im szasnę i warunki do rozwoju.

Chcę jeszcze podkreślić, że nie uważam, że matka powinna być przykuta do łóżeczka dziecka niczym niewolnik. Jak najbardziej „daję” jej prawo do tego, by miała swoje spotkania, prace, zlecenia, kina, kawy, fryzjery, kąciki literackie itd. To ma dobry wpływ na jej psychikę i sama z tego korzystałam. Przy każdym moim dziecku już gdy miało 2 miesiące wychodziłam codziennie na 2 godziny, potem stopniowo i w miarę powoli to zwiększając. Ale kluczem było to, że na tym pierwszym etapie to były 2 godziny, a nie 12 lub 24 lub 48.

W tekście piszę o swoim niepokoju związanym z trendem zostawiania kilku-i i kilkunastutygodniowych dzieci na więcej niż kilka godzin, zostawianiu niemowląt na kilkanaście godzin, na kilka dni. Jeżeli matka ma regularnie taką potrzebę, to może to znaczyć, że coś w jej więzi z dzieckiem i byciem w kontakcie jest nie tak. I bardzo zachęcam, by przyjrzeć się przyczynom tego u psychoterapeuty. To pomoże i matce i dziecku.

Komentarze:

  • Miśka

    Moja mama musiała podjąć pracę, gdy miałam 2 lata. To co pamiętam jako trochę starsze dziecko, to uczepianie się nogi mamy by nie opuściła domu. Później, nawet jako 13/14-latka czuła. ogromny żal, że mama wyjeżdża na weekend. Moja koleżanka ma podobną historię – jej mama także zmuszona była szybko wrócić do pracy po jej urodzeniu. Mama koleżanki wspomina, że reakcją jej córki było odrzucenie mamy – ignorowanie jej, robienie wszystkiego tylko z tatą. Taki sposób malucha na traumę rozstania z najważniejszą osobą w życiu. Dziś to co łączy mnie i koleżankę to zaburzenia lękowe, na które wpływ wśród wielu czynników mają także wczesne doświadczenia rozłąki z mamą.

    • Miałaś 2 lata? To w sumie już niemało… może jednak to nie powrót Mamy do pracy był kluczowy tylko jakiś inny czynnik w Waszej relacji? Bardzo polecam pójście na psychoterapię, co pomoże Ci w uporaniu się z zaburzeniami lękowymi.

      • Kasia

        Nishko, nie możesz ludziom „obiecywać” w czym im pomoże psychoterapia bo zwyczajnie tego nie możesz wiedzieć. Tak samo nie możesz mówić (czy też powtarzać po kimś), że ktoś ma zaburzenia lękowe na podstawie wyznania w internecie, a nie diagnozy psychiatrycznej.
        To jest dopiero niebezpieczne i nieodpowiedzialne!
        Rozumiem i doceniam Twoje zainteresowanie psychoterapią i psychologią, to świetnie, że polecasz ludziom wizytę u specjalisty. Ale może warto żebyś przeczytała jakąś książkę o etyce w tych dziedzinach. Bo mówiąc wprost – mówisz ludziom, że coś jest z nimi nie tak bo mają inaczej niż Ty.

    • Aurelia

      Moja mama poszła do pracy, gdy miałam 3 miesiące – tyle wtedy trwał urlop macierzyński. Nie mam traumy z tego powodu.

      • Moja tak samo! Plus współcześnie też miałam znajome, które nie mogły sobie pozwolić na poświęcenie się niemowlakowi, bo były samotnymi mamami, czy nie miały umowy o pracę- i zwyczajnie musiały zarabiać na życie. Tekst, abstrahując od tego, czy jest słuszny, czy nie, dotyczy osób w dość luksusowej sytuacji. Nie wszyscy mają taki wybór, co nie oznacza, że nie są dobrymi mamami czy też ich dzieci są nieszczęśliwe.

        • Pierwsze 6 miesięcy życia dziecka przy matce, myśle, że w każdej sytuacji jest do zrobienia, niezależnie od sytuacji zawodowej. Piszę to ja, która przy dwójce dzieci (kilkanaście lat temu) nie miałam nigdy umowy o pracę, ani zasiłku macierzyńskiejgo ani bogatego męża ani bogatych rodziców., Brałam jakieś prace domowe, które mogłam robić przy dziecku. Da się. Trzeba chcieć A teraz każdej matce, nawet tej która nie ma umowy pracę, gwarantowane są różne świadczenia, typu „kosiniakowe”, 500 plus itd.

          • Nishko, ogromnie Cię lubię i szanuję, ale bardzo mnie martwi Twój sposób prowadzenia dyskusji w tym temacie. Rozumiem, że to dla Ciebie istotne kwestie, ale nadal, nie posługuj się, proszę, dowodami anegdotycznymi. Nie porównuj swojej sytuacji- osoby mającej ogromne wsparcie męża i rodziny (pisałaś o tym wielokrotnie) do sytuacji np. samotnej matki z kredytem hipotecznym, która takiego wsparcia nie ma. To np. jedna z moich znajomych, która również zarabia „za dużo”, żeby dostać 500+ (a za 500 zl dziecka nie utrzymasz), dlatego ona musiała iść do pracy, kiedy dziecko było bardzo malutkie. Mam bardzo dużo takich przykładów, to nie są patologie, życie się różnie układa. Sugerowanie, że taka osoba powinna żyć z zasiłków, byle tylko za wszelką cenę być z dzieckiem, jest naprawdę nie w porządku. To, że TOBIE coś się udało zrobić nie czyni tego jedynie słuszną drogą. Mam problem z tonem tego posta- gdybyś napisała go z pozycji osoby, która się cieszy i docenia to, że ma PRZYWILEJ poświęcenia swojemu maluchowi tyle czasu, ile on potrzebuje, i pokazała jak pozytywnie odbiło się to na jego rozwoju, nie miałabym tego problemu. Natomiast Twoja próba narzucenia Twojej wizji świata innym jest po prostu, moim zdaniem, nie fair. Bardzo Cię szanuję i szanuję Twoje prawo do takich poglądów, jestem fanką Twojego bloga i kanału, i naprawdę mam do Ciebie wiele szacunku i sympatii. Niemniej jednak, to jest pierwszy raz, kiedy stanowczo nie zgadzam się z Twoim tokiem rozumowania.

          • Mój tekst wyraża niepokój związany z bardzo ostatnio lansowanym trendem opuszczania kilkutygodniowych dzieci i rozłączania ich od matek, nie opieram ich na dowodach anegdotycznych lecz na wiedzy psychologicznej. To przykład Twojej znajomej, który jest wyjątkową i przykrą sytuacją jest dowodem anegdotycznym mającym dowieść tego, ze „zwykle kobiety musza wrócić do pracy wcześniej, więc mój tekst jest krzywdzący”. Zecydowana większość kobiet nie musi wrócić do pracy na kilkanasxie godzin mając kilkutugodniowe dzieci, może spokojnie doczekać aż skończą 6 miesięcy albo pracowac znacznie której dzis 8 godzin dziennie.

          • Ps a jeżeli wspominasz o mojej sytuacji to moja pomoc od rodziny przy dziecku, która miałam, polegała na tym, ze 2 godziny dziennie ktoś zostawał z dzieckiem podczas gdy szlam na studia. Mialam to szczęście ze otrzymasslam stypendium naukowe i brałam zlecenia drobne do domu. Nie miałam żadnego wsparcia finansowego od rodziny. Żyliśmy bardzo skromnie.

          • To nadal luksusowa sytuacja w porównaniu z samotną matką, której rodzina nie może pomóc przy dzieciach, a uwierz mi, jest bardzo wiele takich osób.

          • Wybacz, ze pytam, ale skoro ciągniesz ten temat: co w takim razie robi samotna matka z kilkutugodniowym dzieckiem która – jak sugerujesz – musi tak wcześniej isc do pracy? Żłobki raczej aż takich maluchów nie przyjmują.

          • Owszem, przyjmują. Może nie kilkutygodniowe (w połogu raczej nikt nie idzie do pracy, bo to nie jest możliwe fizycznie), ale kilkumiesięczne tak. Zawsze tak było, kiedyś urlop macierzyński ustawowo trwał 3 miesiące, i potem dzieci szły do żłobka, jeśli nie było nikogo do opieki.

          • Kiedyś trwał ale teraz trwa dłużej i z tego co wiem z rozmowy z dyrektor żłobka dzieci poniżej 6 mca życia praktycznie nie są przyjmowane.

          • Oczywiście, że są (znam osobiście co najmniej dwa takie przypadki- osób, które nie miały urlopu macierzyńskiego), ale w sumie nie o to chodzi w naszej dyskusji. Raczej o to, że świat jest nieco bardziej skomplikowany i oglądanie go przez pryzmat li i jedynie własnych doświadczeń nie jest najlepszym pomysłem. A już na pewno nie wygłaszanie z takiej pozycji jedynie słusznych opinii na jakiś temat. Zwłaszcza tak wrażliwy jak macierzyństwo.

          • No mój dowód anegdotyczny jest w odpowiedzi na Twoje „skoro ja mogłam, to inni też mogą.” Tak jak wspomniałam, znam dużo takich sytuacji, nie tylko tę jedną. Z tym, że to nie ma znaczenia- nadal nie przekonuje mnie Twój ton i sposób narzucania Twojej wizji innym.

  • Aleksandra Solo

    „Jestem pewna, że czuje to każda matka niemowlaka” – jestem matką niemowlaka i tego tak nie czuję, więc Twoja pewność jest nad wyraz. „Nie linczuję tych mam, ja im współczuję” – jestem pewna, że tym matkom nie jest potrzebne Twoje współczucie. Nie chcesz linczować, a jednak to robisz. Tego typu teksty są bardzo BARDZO szkodliwe i wzbudzają niepotrzebne wyrzuty sumienia w matkach, które nie mają tak silnego instynktu, jak Ty.

    • Marta

      Zgadzam sie z Twoja wypowiedzia. Autorka teksu nie jest wyrocznia i nie moze byc pewna, co czuje KAZDA MATKA! Co na przyklad z tymi cierpiacymi na depresje poporodowa? Nie podoba mi sie ta wypowiedz.

    • Aleksandra, moje sformułowanie było niefortunne fakt, poprawiłam je. Ważniejszy i kluczowy po tym zdaniu „Jestem pewna, że czuje to każda matka niemowlaka” był fragment „Lub robią wszystko, by to uczucie smutku, tęsknoty, cierpienia i wyrzutów sumienia z siebie wyciąć i zapomnieć”.
      Być może odbierzesz mój komentarz jako złośliwość – taki nie jest – ale ja bym bardzo polecała rozmowę z psychoterapeutą. Brak poczucia więzi z dzieckiem z czegoś wynika, co warto przepracować na terapii.

      • Aleksandra Solo

        Nishko, szanuję Ciebie i Twój spokój w prowadzeniu internetowych dyskusji. Nie uważam, że jesteś złośliwa. Uważam natomiast, że w kwestii opieki nad niemowlęciem patrzysz na świat wyłącznie przez pryzmat swoich silnych uczuć, który przysłania Ci całe spektrum innych możliwości. Nie jest tak, że albo można być w swoim niemowlaku zakochanym bez pamięci, czuć ciarki na myśl o zostawieniu go na dłuższy czas, albo być Matką Zimną, która „nie czuje więzi z dzieckiem”. Nishko, ja jestem gdzieś po środku. Kocham moją córeczkę, uwielbiam z nią przebywać i cieszy mnie obserwowanie jej rozwoju. Nie miałam jednak po porodzie „pioruna miłości”, nie czuję grozy na myśl o wyjściu do pracy na kilka godzin czy kilkudniowym wyjeździe (właśnie wróciłam z 6-dniowej konferencji – tęskniłam, ale cieszyłam się z podróży). Uważam, że niemowle potrzebuje mnóstwa miłości, dotyku, czułych spojrzeń… Ale wiesz co? To nie musi być wyłącznie dotyk, miłość i spojrzenie matki! To może byc tata, babcia, czy zakochana po uszy ciotka. Widzę, że dzięki temu, że moje dziecko jest ciągle noszone, karmione i przytulane przez wielu członków mojej małej społeczności, jest bardziej ufne do ludzi. Córa przez cały okres wyjazdu była zadowolona w ramionach rodziny, a po powrocie ucieszyła się na mój widok. Znam dzieci, które były „przyklejone” do swoich matek przez pierwszy rok życia, a po upływie tej magicznej daty pierwszych urodzin ciężko znosiły konieczność zostania z opiekunką, babcią czy, o zgrozo, żłobek. Do tego bardzo panicznie podchodziły do obcych.

        Niebezpieczne jest pisanie takich tekstów. Może spowodować wyrzuty sumienia u matek, które są kochające i oddane, ale mają mniejszą potrzebę ciągłego przebywania z dzieckiem. Dodatkowo, dłuższe wyjazdy czy wyjścia z domu często takim kobietom pomagają pozbyć się trudnych emocji do dziecka, takich jak irytacja i zmęczenie. Lepiej być z dzieckiem troszkę rzadziej, ale za to napełnionym pozytywnymi emocjami, wypoczętym i uważnym.

        Co więcej, takie teksty sprawiają, że niektóre matki podchodzą do macierzyństwa histerycznie, boją się zostawić dziecko nawet z ojcem, bo „może to spowodować stały uszczerbek na psychice”. Nie róbmy tego sobie, matki matkom. Macierzyństwo jest samo w sobie wystarczająco stresujące. Niech każdy je realizuje według własnego sumienia i intuicji.

        • Sugerujesz, że niebezpieczne jest pisanie takich tekstów, bo może wywołać wyrzuty sumienia u matek, które np. jak Ty wyjeżdżają na 6 dni na konferencje, mając niemowlę. A może warto spojrzeć na to tak, że słusznie, że te wyrzuty sumienia budzą się?

          Chcesz tego czy nie, bycie mamą niemowlęcia do czegoś zobowiązuje. Nie do pełnego oddania i nic takiego z mojego tekstu nie bije, przecież wspominam o tym ze sama wychodziła na kilka godzin, mój niepokój wzbudza coś innego. Jest różnica między zostawieniem 6 miesięcznego dziecka na 6 godzin a na 12 czy 24 czy 48 czy 226. Kolosalna.

          Postawa, którą opisujesz jest jak najbardziej ok, gdy ma się dziecko starsze, powyżej roku. Niemowlę rządzi się innymi prawami i np. potrzebuje jednego głównego stałego opiekuna, a nie rzeszy niań, na co wskazuje ogromna część literatury i badań. Kontakt z nimi – jasne, ale musi wiedzieć i czuć – dla swojego poczucia bezpieczeństwa, kto jest głównym opiekunem

          Fakt, że nazywam rzeczy po imieniu, oburza Cię, budzi strach (skoro nazywasz je niebezpiecznymi i zagrażającymi) – wygląda na to, jakbyś podświadomie czuła, ze coś tu nie gra.

          Znacznie bardziej społecznie niebezpieczne będzie, jeżeli normą stanie się trend zostawiania niemowląt na kilka dni (nie godzin!) przez matki niż fakt, że te matki będą miały wyrzuty sumienia.

          • Aleksandra Solo

            Niebezpieczne i niepotrzebne jest sugerowanie innym, jak mają się czuć w danej sytuacji. Widzę, że w tek kwestii uparcie nie chcesz zrozumieć punktu widzenia innego człowieka.

          • Aurelia

            To, że ktoś czuje inaczej niż ty, nie oznacza od razu, że tak naprawdę to czuje jak ty, tylko to wypiera i potrzebuje psychoterapii -_-” Równie dobrze mogłabym stwierdzić, że twoja silna potrzeba bycia z dzieckiem cały czas wynika z głębokiego lęku, że dziecko cię aż tak bardzo jednak nie potrzebuje… Jeśli chcesz zaprzeczyć, to zastanów się, skąd u ciebie postawa defensywna – najlepiej przegadaj to na psychoterapii… Takiej argumentacji używasz -_-‚

            Sama nawiązywałaś do lat ewolucji – człowiek ewolucyjnie jest istotą plemienną, kiedyś dziecko wychowywała cała wioska. Kobiety zachodziły w ciążę znacznie częściej niż dzisiaj, i można było zostawić swoje dziecko siostrze, która akurat też miała małe dzieci i w razie czego mogła to dziecko nakarmić swoją piersią. Bo dziecko wcale nie umrze bez matki, tylko bez pokarmu…

          • To wszystko, co piszesz ma sens, ale nie w odniesieniu do kilkumiesięcznego niemowlęcia.

  • Dziękuję za ten tekst. Myślała, że tylko we mnie budzi to niepokój. Bardzo ważny tekst.

  • Małgorzata PK

    Jestem mamą trzech dorosłych córek i babcią trojga wnucząt.Zgadzam się z Twoją wypowiedzią w 100%.Na podstawie swoich doświadczeń i doświadczeń koleżanek(zarówno w roli matek jak i córek)potwierdzam,że tak małe dzieci potrzebują fizycznej obecności mamy,jej uwagi aby wyrosły na spokojne , ufne i odważne.Poczucie odrzucenia zostaje nawet gdy mama nie mogła być z dzieckiem z powodu swojej choroby jak i opieki(,a co za tym „idzie wielodniowej nieobecności) nad chorym drugim dzieckiem.

  • Podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś! Pierwszy rok życia córki to był tak wymagający i intensywny czas, wszystkie matki wiedzą, jak trudno jest przez ten czas przejść. Mimo to, ten okres to tylko rok, cóż on znaczy na przestrzeni całego naszego życia? Co takiego strasznego się stanie gdy na rok odłożymy siebie na dalszy plan by zadbać o nasze dziecko?
    Gratuluje decyzji i determinacji w wytrwaniu w niej, szczególnie gdy niektórzy pukają się w głowę ze zdziwienia!

    – Matka Zacofana

  • Agnieszka

    Droga Nishko, czytam Twojego bloga już od dłuższego czasu i w większości zgadzam się z tym, co piszesz. Tutaj jednak nastąpił pewien zgrzyt – nie mam jeszcze dzieci, może się okazać, że lepiej to zrozumiem za kilka lat. Ogólnie rzecz biorąc, uważam że masz rację – zostawianie niemowlaka bez mamy na kilkanaście godzin lub kilka dni może być trudne, w szczególności dla dziecka. Z drugiej zaś strony, uważam (i sama chciałabym wprowadzić to kiedyś w życie) że młode matki powinny często wychodzić z domu i zostawiać niemowlę z ojcem – dla budowania więzi, ale też po to, by w kryzysowej sytuacji spanikowany tata nie musiał ściągać dziadków z prośbą o pomoc, bo nie wie co robić. Cieszę się, że do tego namawiasz, podoba mi się też to, że otwarcie mówisz o opiekunce, która przychodzi do dziecka na kilka godzin.
    Piszesz jednak, że nie chcesz nikogo linczować, krytykować, etc. a jednak uważasz, że każda matka, która zostawia niemowlę w domu i wyjeżdża żeby mieć czas dla siebie wcale nie jest szczęśliwa, a ta „wolność” to tylko pozory. Ze ta tęsknota musi być tak wielka, że trzeba ją na siłę zagłuszać. Hormony hormonami, a może się okazać, że w niektórych przypadkach to „rozstanie” z dzieckiem wychodzi obojgu rodzicom na dobre. Może niektóre mamy naprawdę tego potrzebują? I szybka kawa gdzieś na mieście nie wystarczy? Mam wrażenie, że to mógł być ciekawy wstęp do dyskusji, ale zaszedł o ten jeden krok za daleko.
    Mam to szczęście, że moje „rozstanie” z mamą (chyba) nie wpłynęło negatywnie na moją psychikę ani na nasze relacje. A pierwsze dwa tygodnie życia spędziłam pod opieką taty i babci, bo mama po porodzie została w szpitalu (wspaniałe lata 90.). Mam wrażenie, że nawet jeśli to o czym piszesz, to rozwijający się trend, to każdy w zgodzie z własnym sumieniem będzie potrafił z niego skorzystać lub nie 🙂

    • Agnieszko, tak jak zauważyłaś, wielokrotnie w tekstach i postach na SM podkreślam wagę tego, żeby matka dbała o swoje potrzeby, powinna wychodzić z domu itd, że ważna jest więź dziecka z ojcem itd. Ja w dzisiejszym tekście to wszystko utrzymuję. Ja mówię „tylko”, że w przypadku noworodka i kilkumiesięcznego niemowlęcia – ważne jest, żeby nie opuszczać ich na wiele godzin i dni. 5 godzin – spoko. 10 – niefajnie (chyba że sytuacja losowa, wiadomo). Jeżeli matce kilku- lub kilkunastutygodniowego dziecka nie wystarczy kilka godzin i regularnie musi wychodzić na więcej, to znaczy że jakiś problem w ich relacji z dzieckiem jest i to nie jest dobry temat do przepracowania na terapii.

      • Marta

        Na jakiej podstawie określamy to ile godzin w jakim wieku można zostawić niemowlę? Dlaczego 5h jest ok a 10h nie? Jeśli rozłąka robi taka krzywdę dziecku to i 5h wydaje się być torturą. Próbujesz powołać się na fakty a te fakty trudno zebrać a sytuacje opisać bo każda jest inna. Nawet badanie wydaje mi się trudne do ułożenia bo gdzie znajdziesz dwie matki chowające swoje dzieci identycznie z identyczna rodzina na której pomoc mogą liczyć i najlepiej z tym samym DNA dziecka…? Na rozwój dzieci wpływa milion powodów. Oczywiście ze „opuszczenie” dziecka jest zaliczane do tego co je krzywdzi i spowalnia i hamuje rozwój. Ale „opuszczone” musi poczuć się dziecka w swojej subiektywnej ocenie. Jeśli Maluch przez 3h oddzielony od mamy płacze to nawet mając 3 lata zakładam ze jest to dla niego forma „opuszczenia”, a jeśli maluch w wieku 6 miesięcy czuje się po prostu dobrze mimo ze mama wyjechała to czemu na sile szukamy u niego traumy? Nie będę twierdzić ze każda matka jest najlepsza pod słońcem i zawsze stawia dziecko na piedestale, ale to nie wyjazd bez dziecka określa kobiete jako matkę a milion małych rzeczy i składowych składa się na jej macierzyństwo i to jakiego dorosłego uda się jej wychować.

    • Aleksandra Solo

      W punkt.

  • To co piszesz na temat nieodwracalnych szkód w psychice dziecka naprawdę nie ma żadnego uzasadnienia naukowego nawet jeśli jakaś znajoma psycholożka tak orzekła. Opisujesz to, jakie Ty miałaś macierzyńskie potrzeby i czego Ty nie chciałaś – w porządku. Rozciąganie tego na całą ludzkość, próba ustanowienia własnych odczuć jako obowiązującej normy jest trochę straszna. No nie, inne matki nie muszą czuć tak jak Ty i nic ani im ani ich dzieciom nie będzie. I nie, nie muszą iść do psychoterapeutki, to naprawdę jest już bardzo ostre stwierdzenie – ktoś, kto nie czuł się tak straszliwie związany z dzieckiem jak Ty ma się leczyć, czy co? Czy napisałabyś taki tekst do ojców? Nie. Dlaczego? Dlatego, że wydaje Ci się, że musi być matka? OK, w Waszej rodzinie musiała być. W innych nie, i nikt nie musi się z tego leczyć. Pisanie tego typu tekstów jest potwornie niebezpieczne, jak już zauważa Aleksandra, bo realnym, masowo występującym problemem polskich matek nie jest bynajmniej porzucanie dzieci na wzór celebrytek z insta tylko wieczna niemożliwość wyzbycia się poczucia winy, bo wciąz jeszcze za mało uwiązały się do dziecka i zawsze ktoś jeszcze powie, że są wyrodne. Nie wątpię, ze nie masz złych chęci, ale chyba naprawdę bardzo zabrakło Ci zdolności do rozganiczenia czegoś, co mocno czujesz i wydaje Ci się jakąś ogólną emocjonalną prawdą od szerszej perspektywy.

    • …i, serio, przeczytaj te wyliczenia godzinowe, co matkom jeszcze wolno, a co już jest chore w Twojej ocenie, przecież to naprawdę jest straszne…

  • Magdalena Kowalczyk

    Dziękuję za ten artykuł.TROCHĘ 😉 jest tak,że przez współczesnych rodziców jestem wytykana,że nie zostawię swoich córek z opiekunka i nie pójdę spać do hotelu,że karmie piersią i nie kryje się z tym po kątach,że w głębi czuję że żłobek to jest zbyt wczesny etap w życiu dziecka żeby zostawiać go w placówce na kilka godzin…Staram się szanować wybory innych ludzi,ale najnowsze badania naukowe potwierdzają,że karmienie jest spoko,że zostawiania dzieci przez pierwszy okres nie jest spoko,że żłobek nie jest spoko i to nie jest kwestia oceniania tylko fakty.Woze dzieci w aucie w fotelikami tyłem,gdzie starsza córka ma właśnie skończone 4 lata i nasluchalam się kalumni na swój temat,że niszcze dzieciństwo i życie moim dzieciom.A fakty są takie,że to najbezpieczniejsza forma przewożenia dzieci.Trzymam się faktów nie opinii a ten artykuł jest mądry i trzymam kciuki,żebyś następnym razem nie zastanawiała się czy kogoś nie urazisz podając fakty 😉 ♥

  • Jana

    Ale obecność ojca nie rekompensuje dla niemowlęcia nieobecności matki.
    Przy każdym moim dziecku już gdy miało 2 miesiące wychodziłam codziennie na 2 godziny, potem stopniowo i w miarę powoli to zwiększając. A

  • Marta

    Też będę w grupie osób, które nie pokochały tego tekstu. To, że się nie zgadzam to jedno – można się nie zgadzać z tezą, ale gratulować formy. Tymczasem forma jest bardzo oceniająca i negatywna dla matek które nie myślą jak Ty. Próbujesz tego nie pokazać, ale czujesz to chyba pod skórą, dlatego to tu to tam pada zdanie czy słowo, które poświadcza to że jednak oceniasz. Pokusiłaś się o interpretacje co czują TE matki. Można się też pokusić o interpretacje czemu Ty napisałaś ten tekst – przecież postępujesz w zgodzie ze sobą. Chyba, że Ty masz wyrzuty sumienia, że tyle czasu spędzasz z dzieckiem, że miałaś robić coś więcej, a jednak stanęłaś w miejscu, że odpuściłaś zaplanowane zawodowe czy prywatne tematy. Zmyślam co możesz mieć w głowie (może to a może zupełnie co innego), ale czytając to zdanie możesz poczuć co czuja matki, których uczucia Ty próbowałaś zdiagnozować.

    Osobiście jestem też trochę zmęczona opowiadaniem, że mózg człowieka zatrzymał się na latach p.n.e., więc chować dzieci należy tak jak to było 2000 lat temu (jakbyśmy w sumie wiedzieli jak dokładnie było). Z tylu korzyści świata współczesnego korzystamy i uważamy je za dobrobyt (choćby edukacja i chodzenie do szkoły i rozłąka z rodziną z tej okazji), ale tam gdzie chcemy powołujemy się na fakt, że mamy robić tak jak nasi przodkowie, a tam gdzie nam nie pasuje – stawiamy na fakt, że jednak współczesny świat jest mądrzejszy i lepszy. Wiem, że np. na Sri Lance większość matek jest przy dziecku non stop bo bieda i niedożywienie są wszechobecne, więc mleko matki to ciągle pierwszy pokarm. A z drugiej strony na Madagaskarze, matki przestają nosić dzieci jak te tylko zaczną chodzić, nikt im nie podciera nosków, gluty wiszą po pas – bo mając 5-6 dzieci i chatkę bez pralki/suszarki/zmywarki na głowie nie ma czasu na całowanie stópek i zachwyty nad pięknym uśmiechem. Nie mam poczucia, że w innych społeczeństwach czy 100 czy 1000 lat temu kobiety robiły coś w taki a nie inny sposób, co więcej nie mam wiedzy jak to wpływało na ich dzieci – jakoś dożyliśmy do współczesnych czasów jednak. I żyjemy w XXI wieku czy to się nam podoba czy nie, i czerpiemy z niego pełną świadomością – nie wybierajmy sobie elementów w naszym życiu, kiedy nagle upodobnienie się do plemion wędrownych bardziej nam pasuje.

  • Misia

    Ja zostawiłam moją córkę po raz pierwszy na lekko ponad dwie doby, kiedy skończyła 3 miesiące. I dziś już nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia… Wtedy zastanawiałam się, czy to w porządku… Wyjazd dotyczył szkolenia specjalizacyjnego, które mogłabym zaliczyć najwcześniej w kolejnym roku akademickim (jeśli nie pojechałabym wtedy). Pojechałam ponieważ:
    1) córka była zdrowa (za rok mogłaby już nie być i wtedy to byłby argument, żeby nie jechać),
    2) nie udało nam się kp, więc tu też bez problemu (długo przed planowanym wyjazdem planowaliśmy wyjzad we trójkę, ale ponieważ temat kp był nieaktualny, nie chcieliśmy robić dodatkowych kosztów),
    3) mój mąż świetnie opiekował i opiekuje się małą, i nawet przez chwilę nie musiałam mu o niczym przypominać, wszystkie nasze rytuały od zawsze są wspólne,
    4) tak jak wspomniałam, szkolenie mogłabym zaliczyć innym razem, ale odwlekanie jednego, drugiego, trzeciego kursu mogłoby spowodować, że ja nigdy bym specjalizacji nie ukończyła… Postanowiliśmy, że póki mała będzie zdrowa, to będę jeżdzić, bo wiadomo – jak to z dziećmi – można sobie planować, a życie (dzieci) planuje za nas…A i nie ukończyłam nadal, bo przede mną jeszcze ciężki egzamin specjalizacyjny, a tylko dzięki mojemu samozaparaciu i pomocy męża, i rodziny, udało mi się zaliczyć kursy przed czasem. Został tylko egzamin i misze się spieszyć, bo zaliczyć za pierwszym razem, bo w drodze kolejny bejbik <3

    Tak jak napisałam na początku, teraz już nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia (a tęskniłam wtedy całe 48 godzin, ale i się wyspałam 🙂 i pogadałam z koleżankami, które miały za sobą początki macierzyństwa. Pełna wiedzy, energii i dobrych słów wróciłam do córki. Córka od zawsze była nasza: mamy, taty, babci, dziadka, cioci i wujka. Może dlatego jako jedyna, najmłodsza w grupie, nie płakała od pierwszego dnia żłobka ANI RAZU, tylko biegła do dzieci i pani, nie oglądając się na płaczącą z kolei mamę… "Mamowanie" to jej się dopiero teraz włączyło, kiedy ma już prawie 2,5 roku 🙂

    Ja nie chciałam i nie chcę odkładać macierzyństwa na później, kiedy to już się wykształcę, osiągnę te czy inne cele… Czasami trzeba podjąć trudne decyzje. Każdy ma inne życie. Ja chcę być mamą, ale i chcę rozwijać się zawodowo, i staram się, by moje dziecko na tym nie ucierpiało.

  • Kasia

    Nishko! Ktoś Ci się włamał na bloga i napisał jakiś dziwny tekst!
    Ktoś napisał, że „doświadczenie [niemowalka] może zapisać się w jego psychice jako porzucenie przez matkę, którego nie będzie potrafił w przyszłości zwerbalizować i tym bardziej trudno będzie mu się z tym uporać” na co nie ma żadnych dowodów naukowych tym samym stygmatyzując ludzi, którzy nie mieli w swoim niemowlęctwie kontaktu z matką. Poza tym stygmatyzował też matki, które nie czują tak jak autor(ka) tekstu i sugerował, że powinny się wybrać na psychoterapię jeśli czują inaczej.
    Nishko, wróć, zmień hasło i wyrzuć ten tekst napisany nie przez Ciebie!

  • A ja poprę Nishke. Od dawna chciałam poruszyć temat sloganu: „Szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Dlatego, że nadużywa się go właśnie w takich sytuacjach – wyjeżdżam na kilka dni, muszę wyjść na tą imprezę, ale hola, szczęśliwa matka to … Tymczasem myślę, że po pierwsze szczęśliwe dziecko to szczęśliwa matka, a niekoniecznie odwrotnie. U mnie było podobnie – przed urodzeniem nie wyobrażałam sobie, że zrezygnuje z własnego życia, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak zależne od nas są niemowlęta.Dziecko tak małe jest najszczęśliwsze, kiedy mama jest niedaleko. Ja musiałam zdawać egzamin, kiedy córka miała 3 miesiące. Musiałam, bo następny termin byłby za rok. Przygotowywałam się na to kilka tygodni wcześniej, odciagalam mleko, ćwiczyłam picie z butelki (nie bez leku, że nie bedzbę chciała wrócić do kp), ale był to dla mnie stres. Córka zaopiekował się tatą i było ok, ale przy drugim dziecku dałam sobie kilka miesięcy tylko dla nas.

  • M-k Ola

    Chce podziękować Ci za ten artykuł, to ważny i potrzebny głos. Dwa razy odkładam telefon ale jednak postanowiłam to napisać bo pracuje na co dzień z dziećmi jako psycholog. Myślę że większości ciężko sobie wyobrazić długoterminowe skutki zaburzeń więzi z okresu niemowlęctwa, no bo jakie wyjazd na parę dni w niemowlectwie może dać skutki? Hm ano może i to już udowodnione naukowo. Polecam całą teorię Bowlbiego. W uproszczeniu :Dziecko musi zbudować więź z JEDNĄ osobą dorosła. Ta więź daje podwaliny pod przyszłą samoocenę, budowanie przyjaźni, związków,zadowolenie z siebie. Podkreślam że udowodniono negatywny wpływ rozstan z matką we wczesnym okresie życia dziecka (więź kształtuje się do 3roku życia) na podstawie badań po przymusowych pobytach matek w szpitalu(czynniki losowe, niezależne, jednak dla dziecka rozstanie to rozstanie nieważne dlaczego). Nie ma korelacji bezposredniej z powastawaniem zaburzeń ale widać negatywny wpływ na poczucie własnej wartości dziecka, poczucie bezpieczeństwa, typ przywiązania. Proszę posłuchać co odkryły do tej pory rzesze doświadczonych psychologów, psychoterapeotow : dziecko nie pamięta rozłąki (co nie znaczy że jej nie czuję) więc ciężej mu ją zrozumieć i uporać się z nią. Oczywiście można w to nie wierzyć, można ignorować odkrycia współczesnej psychologii rozwojowej, można wiedzieć lepiej bo moje dziecko się ucieszył jak wróciłam… Bo bo moim nic nie widać a były rozstania… Wybór należy do każdej mamy. Artykuł to głos w dyskusji.

    • Bardzo dziękuję za ten komentarz.

    • j.

      Zaraz po porodzie, moja mama wyladowala na 4 miesiące w szpitalu. Zajmowała się mną babcia i ciotki. Nie mam problemów z budowaniem przyjaźni, nawiązywaniem kontaktu, pewnością i zadowoleniem z siebie oraz samoocena. Mam koleżankę która jako roczne dziecko trafiła do szpitala oddalonego o kilkadziesiąt km od jej domu rodzinnego. Jej mama przyjeżdżała do niej 2-3 razy w miesiącu. Również nie dostrzegam u niej jakichkolwiek zaburzeń czy problemów. Nie wszystko co „jest potwierdzone naukowo” jest prawda i musimy przyjmować to jako pewniak.

  • lukrecja

    Lata temu studiowałam psychologię. Jedną z informacji, które najbardziej utkwiły mi w pamięci na zajęciach z psychologii rozwoju był fakt, że do ok. 6 miesiąca życia maluchowi właściwie jest wszystko jedno kto się nim zajmuje. Później faktycznie „porzucanie” w momencie kształtowania się relacji z tzw. „obiektem” może wprowadzić w rozwoju dziecka zamieszanie. Uderzyło mnie to, ponieważ w Polsce mniej więcej właśnie w tym momencie kończy(-ł się za czasów moich studiów) się urlop macierzyński. Odwoływanie się do własnych doświadczeń i przeżyć, bez podparcia się literaturą i badaniami naukowymi, jest spoko o ile nie uzurpuje się prawa do narzucania tych przeżyć innych jako jedyną słuszną drogę.

  • Sabi

    Wspaniały artykuł. Szkoda, że wiele osób go zaneguje. Pod artykułem kilka komentarzy w stylu- ja tego nie czuję. Hmm przecież tu jest mowa o tym czego dziecko potrzebuje, przy małym dziecku to jest ważne- ono nas potrzebuje i tyle. Oczywiście jak się tego nie czuje może nas ktoś zastąpić, ale wtedy dziecko buduje więź z kim innym, trzeba się z tym pogodzić. To są konsekwencje. Dlatego czasem opiekunka jest bliższa dziecku niż matka, wtedy jak się za bardzo przywiąże trzeba ją zwolnić i tutaj dopiero zaczyna się tragedia. Słyszałam,ze własnie lepiej zapisać dziecko do żłobka żeby się nie przywiązało do opiekunki, no cóż choroba sieroca to poważna sprawa i niestety zdarza się też w rodzinach z biologicznymi dziećmi. Tekst wzbudza niepotrzebne wyrzuty sumienia – tak napisała tu jedna z Pań, hmm trzeba ocenzurować? Powinno się mówić tylko miłe rzeczy kobietom, nie wolno zwracać uwagi, podobno we Francji zakazano pokazywania zdjęć uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa żeby nie wzbudzać wyrzutów sumienia u kobiet, które usunęły ciąże z dziećmi z dodatkowym chromosomem. Pracuję z dziećmi i widzę skutki braku więzi a przede wszystkim tego,ze dba się o to żeby dziecko miało piękne ubrania, znało angielski od kołyski, ale zapomina się o jego potrzebach psychicznych a to jest podstawą jego prawidłowego rozwoju na każdym etapie.

    • Sabi, dziękuję bardzo za komentarz. Współodczuwam z Twoimi przemyśleniami. To, że dla kogoś coś jest trudne, nie oznacza, że mamy udawać, że tematu nie ma i tworzyć sobie równoległy świat udający, że „wszystko jest ok.” Bo czasami nie jest.

  • Ja również jestem matką feministką ;), ale zgadzam się z Twoim tekstem tak bardzo <3
    Tak bardzo, że sama chciałam poruszyć podobny temat, ale co zaczynam pisać, to nie kończę i chyba tak naprawdę jest to jeden z tych tekstów, które na zawsze pozostaną w mojej głowie. Ale do szewskiej paski doprowadza mnie, że setki (jeśli nie tysiące?) młodych kobiet obserwuje oraz wierzy, że "hej! Życie po porodzie może być takie samo!". I one to chłoną, i obiecują, że też takie będą: skupione na sobie, swoich planach, projektach, pracy, bo przecież dziecko nie jest żadną przeszkodą. Ja, ja, ja – pewnie zresztą wiesz, o czym piszę ;).

    Odezwałam się jednak, bo nie zgadzam się ze stwierdzeniem: "w rzeczywistości łączy je z dzieckiem ogromna więź. Więź utkana przez Matkę Naturę" – nie każda matka ma więź z dzieckiem od samego początku. U niektórych Matka Natura okrutnie zawodzi – wiem, bo i u mnie tak było. Po bardzo ciężkim porodzie nie czułam do swojego dziecka nic, było jak obce (po drugim porodzie już wiem, że zabrakło hormonów: endorfin, oksytocyny, wszystkiego tego, co otrzymuje matka na starcie, gdy siłami natury, bez komplikacji rodzi swoje dziecko. U mnie była tylko adrenalina, ale ta w najgorszym wydaniu, czyli strach o życie – wtedy jeszcze najpierw swoje, a dopiero potem dziecka. Żadnej mobilizacji).

    Matka, która nie czuje więzi, nie chce zajmować się swoim dzieckiem. Boi się go. Unika. Czuje wyrzuty sumienia nie wobec dziecka (że je biedne samo zostawia), ale wobec społeczeństwa (że ono czegoś śmie od niej oczekiwać, wpychać ją w jakieś ramy, oceniać). Matka taka całą swoją energię poświęca na to, żeby zachować stan sprzed porodu. Ona oburącz, kurczowo trzyma się dawnego życia, bo nowe nic jej nie daje poza: zmęczeniem, strachem, niepewnością (przypominam: jeszcze nie kocha swojego dziecka, więc bycie matką nie wiąże się dla niej z żadną pozytywną emocją, za to życie przed dzieckiem: i owszem :)).

    Piszę trochę chaotycznie, bo to dla mnie ogromne emocje, których w dodatku dzisiaj się wstydzę, ale chcę przekazać tylko, że nie każda matka kocha swoje dziecko od razu – i to jest normalne. Takich matek jak ja jest dużo. Najgorsze, co można zrobić, to uciec. Ja byłam zwykłą babą, mąż w pracy, więc nie miałam wyjścia i musiałam zajmować się naszym dzieckiem. I to było dobre wyjście, bo dzięki temu przywiązałam się do tej kruszynki, tak zależnej ode mnie, pokochałam je całym sercem i choć później, to nie mniej od matek, które kochają od razu.

    Dlatego pokazywanie, że hej! Jeśli masz ochotę, to masz prawo, wyjedź po porodzie na tydzień, zajmij się sobą i pracą albo sobie odpocznij – jest bardzo szkodliwe. Nie tylko dziecko potrzebuje w tym pierwszym okresie matki. Matka również potrzebuje dziecka. Żeby się właśnie – jako matka – narodzić.

    • Ilona, dziękuję za mądry i dużo wnoszący komentarz. Nic dodać, nic ująć.

  • Dominika Dudzińska

    Przeraził mnie ten artykuł i zmroził do szpiku kości. Mam dwumiesięcznego synka i zapisałam się na studia podyplomowe, co wiąże się z tym, że będę przez 4 dni w miesiącu przez cały dzień poza domem. Szczerze, wiedziałam, że będzie mi ciężko, ale nie przeszło mi nawet przez myśl, że dziecko może odebrać to jako porzucenie i może wpłynąć to na jego psychikę. Synem będzie zajmował się ojciec który ma ogromny udzial w wychowaniu dziecka i spędza z nami dużo czasu. Synek w pierwszych dniach życia musiał spędzić tydzień w szpitalu gdzie zmienialiśmy się z ojcem dziecka co 12 godzin, bo nie było możliwości spania z dzieckiem. Dodam, że pomijąc krótkie wyjścia w tygodniu, spędzam z synem cały czasem, reaguje na każdy płacz, noszę, tulę, śpiewam, całe dnie syn spędza przy mojej piersi, w nocy często śpi z nami. Czy to, że nie będzie mnie cztery dni w miesiącu (dwa zjazdy co drugi weekand, wieczorem będę z dzieckiem), może mieć tak katastrofalny wpływ na syna ? Jak widać Nishko jestem świetnym przykładem tego, o czym piszesz odnośnie wpływu na społeczne trendy. Jestem autentycznie przerażona, mam jeszcze czas żeby wycofać pieniądze i zrezygnować ze studiów i nie wiem co zrobić.

    • Dominiko, na moje oko skoro będziesz wieczorem wracać i beziesz w nocy przecież (czyli nie ze ciągiem na 48 godzin rozłąka) to nie stanie się tragedia, zwłaszcza skoro synek jest silnie związany z tata. Bo rozumkem, ze to sobota cały dzień, wracasz do domu i następnego dnia niedziela znów a potem po 2 tygodniach powtórka? Myśle ze w takiej sytuacji wsystko będzie dobrze. Polecałbym jednak żebyś nie przerywała karmienia, ściągaj mleko na przerwach między zajęciami. Powodzenia!

      • Dominika Dudzińska

        Dziękuję za odpowiedź, miałam poważne wątpliwości. Laktator w gotowości a mleko zbieram już od dwóch tygodni żeby nie podawać mieszanki 😉 pozdrawiam

  • Ada

    Dobry tekst. Polecam książkę „Matka feministka” Agnieszki Graff.