Kids talent show, czyli dzielenie dzieci na lepsze i gorsze – brrr

.
W ubiegłą sobotę młodsza córka wykonując tak zwany zapping, czyli skacząc po telewizyjnych kanałach, zatrzymała się nagle na „Małych Gigantach”. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby się temu programowi przyjrzeć, oczami matki, blogerki i socjolożki. 🙂


Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia, dla tych spośród Was, którzy nie mają pojęcia, co to za program. „Mali giganci” to tak zwany talent show, w którym dzieci w wieku 4-12 prezentują swoje talenty: wokalne, taneczne i recytatorskie. Dzieci podzielone są na kilka drużyn, spośród których każda ma swojego trenera (znanego aktora). Występy oceniane są przez jury (w składzie znany dziennikarz, wokalistka i aktorka).

Program rozczula. Wiadomo, dzieci są urocze, rozkoszne, robią słodkie miny, pięknie śpiewają, tańczą, recytują albo rezolutnie rzucają tekstami, które dorosłym idą w pięty. Patrzyłam na ich występy roześmiana lub wzruszona. Zwłaszcza, że widziałam, jak to przeżywają, jak bardzo się starają i jak bardzo im zależy. Gdy jednak występ się kończył, czułam się, jakbym dostała obuchem w głowę.

Dlaczego? Dlatego, że program opiera się na rywalizacji, zawodach, kto lepiej wypadnie. Zawsze któreś z dzieci musiało z gry ODPAŚĆ. Wyobraźcie sobie: stoją dwa uśmiechnięte szkraby, podekscytowane swoimi występami, gdy WTEM ktoś z jury mówi, patrząc w stronę WYBRANEGO berbecia:

–  Jestem za tobą.
– Ja też uwierzyłem w ciebie – dodaje drugi.
– A więc wygrywa… Natalka!

Cała sala bije brawa, cieszy się z sukcesu „Natalki”, podczas gdy druga, dajmy na to „Mariolka” robi smutną minę w podkówkę (wtedy szybciutko wkracza prowadzący, wręcza jej torbę z prezentem, mającą zapewne ukoić cierpienie i odwrócić uwagę od smutku). Jeszcze dwie minuty temu wesoła, pełna entuzjazmu i nadziei, teraz schodzi ze sceny PRZEGRANA. Serce mi się krajało i – choć może to okrutne – oddychałam z ulgą, że mojej oglądającej to młodszej córce też. Znaczy się jest empatyczna, że smutek innych ją wzrusza.

A teraz zapraszamy na scenę drugą parę! Zobaczymy, kto tym razem wygra!

Zrobiłam sobie prasówkę i jak widzę, nie jestem jedyną, która krytykuję formułę tego programu. Bardzo trafnie opisała to kilka miesięcy temu, przy okazji pierwszej edycji tego programu, Dorota Zawadzka w tekście Bo dzieciaczki są takie pocieszne.

Zaangażowani w „Małych Gigantów” dorośli bronią formuły programu przekonując, że przecież dzieci wszędzie rywalizują o to kto jest lepszy.

– Dzieci od początku są w rywalizacji. Zawsze, nawet pod blokiem, jeden jest lepszy w piłkę  – przekonywała jedna z trenerek tego programu w telewizji śniadaniowej, odpierając „ataki”.

Nie podaję dziś nazwisk, bo nie chcę, żeby mój tekst zamienił się w personalne krytykowanie osób zaangażowanych w tę produkcję. Zresztą tak naprawdę większość z nich darzę sympatią. Ale formuły programu NIE lubię i o tym właśnie jest mój dzisiejszy tekst.

Mimo, że występy dzieci w programach typu „talent show” są rozkoszne i dowcipne, nie lubię tych programów, bo to dzielenie dzieci na lepsze i gorsze i zabawa kosztem łez.

Nie podoba mi się, że program promuje niezdrową rywalizację i że główna idea opiera się na tym, kto WYGRA. Owszem, w szkole, na podwórku i boisku dzieci też rywalizują, ale po pierwsze: „repertuar ich talentów” jest znacznie bogatszy i dziś jeden będzie lepszy w kopaniu piłką, jutro drugi we wrzucaniu piłki do kosza, a trzeci w rymowaniu. Po drugie i najważniejsze: nikt nie odpada z gry!

Oczywiście nie jestem zaskoczona formułą programu. Wiadomo, emocje najlepiej się sprzedają. Ciekawie napisała o tym kilka miesięcy temu w tekście Telewizja emocji Segritta.

W emocjach nie ma nic złego. Ale dlaczego nie można by poprzestać tylko na emocji radości? Po co strach (że się przegra), po co smutek (że się przegrało)?  Po co ta cała adrenalina? I ten PĘD, ŻEBY WYGRAĆ? Zresztą świetnie ostrzeżenie przed fundowaniem dzieciom życia w wyścigu szczurów ujęła wychowawczyni mojej córki, którą cytowałam tydzień temu w TYM tekście.

Czy to oznacza, że uważam telewizyjne programy, w których występują dzieci za złe? Nie. Wiem bowiem, że można nakręcić atrakcyjny dla widzów program z udziałem dzieci, ale niebazujący na negatywnych emocjach, czyli de facto w żaden sposób ich nie krzywdzący. 

Gdy „Mali Giganci” przerywane były blokiem reklamowym, przełączaliśmy telewizję na inny kanał. Tak się złożyło, że tym kanałem było TVP ABC. Tam też trwał program z udziałem dzieci. Na pierwszy rzut oka mógł się wydawać nudny. Miał pewnie ze sto razy mniejszy budżet na produkcję. Dzieci i prowadzący ubrani byli w zwykłe ubrania, z byle jakimi fryzurami. Nie to co w „Małych gigantach”, gdzie nad lookiem wszystkich uczestników czuwa sztab wizażystów, gdzie jest bardzo kolorowo, atrakcyjnie i wyraziście!

Miał słabą jakość, kiepski obraz, zdecydowanie daleki od HD. Zresztą, to był naprawdę stary program: nagrany 10 lat temu. Co więcej, nie raz już go oglądałam. Ale nigdy nie mam go dość.

Ten program to „Duże dzieci”. Prowadzący: Wojciech Mann, współprowadząca Katarzyna Stoparczyk, którą znacie być może z radiowej Trójki z programu „Dzieci wiedzą lepiej”.

Ale cóż za wspaniała treść! Tam również występują dzieci. Można powiedzieć, że nawet ze sobą rywalizują: bo prześcigują się w wypowiedziach, żwawo dyskutują, chcą zdobyć przychylność prowadzącego, czasem wyskoczą na scenę, żeby coś zaśpiewać. Ale tam, i to jest kluczowe: NIKT NIE PRZEGRYWA. Nikt nie odpada, nikt nie odchodzi. Nikt nie jest LEPSZY. Nikt nie jest GORSZY. Tam po prostu się rozmawia, tam się dzieci słucha i zachęca do wyrażania własnego zdania.

I takiego świata, zbliżonego do formuły „Dużych dzieci”, a nie „Małych gigantów” (swoją drogą, nieźle brzmią nazwy tych programów, gdy zestawi się je obok siebie) życzę moim dzieciom i wnukom.

Komentarze:

  • Morrrigan

    Odpowiedniki takich talent show też nieraz odbywają się w szkołach. Różnego rodzaju konkursy, zawody (niekoniecznie drużynowe), jedni wygrywają, drudzy przegrywają, jedni okazują się lepsi, a drudzy gorsi w danym momencie. Dlatego uważam że samo to, że ktoś program wygrywa, a ktoś odpada, nie jest aż tak złe. Ten program jest zły, bo pewnie mało które dziecko zdaje sobie sprawę z konsekwencji pokazywania się w mediach, a gorycz porażki (ale też słodycz wygranej) jest spotęgowana. W końcu program ogląda cała Polska, największe gwiazdy sędziują. Poza tym tak jak mówisz, rywalizacja nie jest między kilkorgiem osób a między dwiema i dziecko czuje się dotknięte osobiście, nie może się zjednoczyć w smutku ze swoją drużyną, czy z pozostałymi uczestnikami którzy nie dostali się na podium. Dochodzi tu jeszcze w ogóle specyfika telewizji i mediów, czyli potęgowanie napięcia na siłę i ocenianie. Skala emocji jest nieporównywalnie większa. Dzieci pewnie nie do końca zdają sobie sprawę, że ich występ (z którego mogą nie być zadowolone) będzie można obejrzeć właściwie zawsze, a niektóre osoby w internecie nie będą miały na tyle klasy aby powstrzymać się od hejtu. Poza tym pytanie ile tych dzieci faktycznie ma na tyle charyzmy żeby chcieć się pokazać, a ile uczestniczy w programie z woli rodziców. Tego nie da się tak łatwo sprawdzić.

    • Zgadzam się z Tobą i wszystkim Twoimi refleksjami.
      To, co mi się jeszcze nasuwa to, że jednak w szkole dzieci, uzyskując słabszy niż inni wynik, NIE ODPADAJĄ, nie zostają WYKLUCZONE..

      • Morrrigan

        To fakt. Mogą spróbować za rok, zaś w telewizyjnym talent-show nie mają już takiej szansy.

    • Madix

      Droga Morrigan,
      wydaje mi się, że w przypadku konkursów szkolnych dochodzi dodatkowy aspekt, mocno w przypadku talent show zmarginalizowany: zwycięstwo w konkursie jest zazwyczaj ukoronowaniem PRACY, jaką uczeń włożył w przygotowanie się do niego, a nie jego talentu do wygrywania konkursów… Chodzi mi o to, że w talent show, ocenia się bardziej to, JAKI JESTEŚ, a w konkursach szkolnych, CO ZROBIŁEŚ…
      Jeśli przegrasz w talent show w TV, stracisz swoją szansę na zabłyśnięcie, bo już drugi raz Cię do TV nie wezmą (a przynajmniej małe szanse).
      W konkursie szkolnym możesz wziąć udział w kolejnym roku i osiągnąć lepszą lub gorszą lokatę, niż w poprzednim roku, poprawić swój wynik, lepiej się do niego przygotowując czy wyciągając wnioski z poprzednich doświadczeń… Często też widzisz nie zawsze udane poczynania pozostałych uczestników i możesz sam ocenić, jakie oni popełniają błędy, a co zrobili dobrze, jeśli jest to np. konkurs recytatorski, gdzie każdy po kolei wychodzi na scenę i jest oceniany nie tylko przez jury, ale też (niejawnie) przez konkurentów… a w telewizyjnym show każdy występ jest „cacy”, bo założenie jest takie, że osób niezdolnych do dawania „cacatych” występów do programu nie bierzemy… Bierzemy tylko tych, którzy są „cool”, a tych, którzy byli „cool” za mało, wywalamy…

      Nie wierzę, że dzieci będą potrafiły oddzielić ocenę ich zachowania od oceny ich samych, skoro nawet dorośli mają z tym problem…
      Spójrz chociażby na program „TopModel” – dziewczyny odrzucone wychodzą niemal z płaczem, przekonane o tym, że skoro nie spodobały się jury, to są brzydkie, mniej wartościowe…
      Cóż, dla mnie sama formuła talent show po prostu służy do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, m.in. dlatego, że utajnia fakt, ile pracy czai się czasem za „talentem” (i potem ludzie wierzą, że zdolności tańczenia/śpiewania itd. spadły tym ludziom TV z nieba, że się tacy już urodzili, podczas kiedy w rzeczywistości wielu z nich spędziło masę godzin na treningach, doskonaląc swoje umiejętności) no i samo słowo „talent” sugeruje, że aby się dostać, musisz się urodzić obdarzony, a nie wypracować swoje umiejętności.

    • Kaśko

      moim zdaniem to jest dobre na program, ale nie na szkole. wlasnie w szkole powinny byc 3 oceny – do poprawy, wystarczajacy, dobry. uczenie sie tyle na pamiec, w momencie, kiedy ma sie jeszcze inne hobby, jest jak dla mnie niezdrowe. a zawsze to, jakie dostaniemy pytania na sprawdzianie, zalezy od szczescia. a jak ktos idzie do programu, to jest swiadomy tego, a w tym momencie, rodzic musi byc swiadomy. i ja sie nie wtracam, jak inni wychowuja swoje dzieci. ale gdyby moje chcialy pojsc, to bym im kibicowala, a jak nie – to ja tez nie chce. podsumowanie – taki system jest dobry do programu, a nie do szkoly, w ktorej on zostal zapoczatkowany.

      • Morrrigan

        Co do szkoły to zgadzam się, jednak do programu nadal mam mieszane uczucia. Uważam, że jest zły od początku do końca, a ufanie zdrowemu rozsądkowi rodziców nie jest wystarczające moim zdaniem.

  • Mnie się niestety wydaje, że to rodzice dzieciom robią krzywdę posyłając ich do tych programów. Wydaje mi się, że 1% dzieci rzeczywiście wykazuje talent, a reszta to działanie ambicji rodziców, którzy popychają dziecko do fejmu. W tym programie pada wiele tekstów, które w ogóle nie powinny w stosunku do tak małych dzieci padać typu „jesteś sexy”! To się sprzedaje, to jest telewizja, to jest granie na emocjach. Nie lubię, nie oglądam, nie śmieszy mnie zabawa dzieci w dorosłych na dużym ekranie. Po co?

    • Zgadzam się. W pierwszej wersji tego tekstu oprócz wątku zaciekłej rywalizacji podjęłam też właśnie motyw seksualizacji, której niestety dość dużo: umalowana 5-latka, flirtująca 11-latka, 12-latka ubrana jak „sexy woman”, pytana do kilkulatki o to, czy miałaś już chłopaka.. Oczywiście wiadomo: ani jury ani trenerzy nie mają złych intencji, problem polega na tym, że oni nie wiedzą, że to wszystko jest seksualizacją, więc bardzo niepokojącym zjawiskiem. Temu poświęcę inny tekst, chciałabym porozmawiać o tym ze specjalistą.

  • Pamiętam doskonale program Manna. Pytanie, odpowiedzi, śmiech i doskonałe poczucie humoru prowadzącego (którego kocham miłością wielką). „Małych gigantów” nie oglądam, kompletnie nie moja bajka, natomiast widziałam akurat wywiad z trenerami, o którym wspominasz. Tak, bronili zaciekle. Zresztą umówmy się- oni nie mogą inaczej, będąc w tą formułę zaangażowani.

    Szkoda mi tych dzieci. Też się kiedyś zastanawiałam, co tym dzieciakom daje taki udział. Emocje? Napewno. Dumę? Odwagę? Większą pewność siebie? Satysfakcję?

    Chciałabym porozmawiać o tym kiedyś z Małgosią Ohme. Co ona o tym myśli.

    Diana

    • Renata

      Ohme też była jurorką w talent show dla dzieci. Nie pamietam tytułu, bo widziałam tylko jeden odcinek. Tam dzieci razem z matkami czy ojcami śpiewały piosenki. Na koniec ktoś odpadał, ktoś inny przechodził dalej.

    • Mamorki, „Duże dzieci” były urocze, tak 🙂
      Renata, to pewnie w takiej sytuacji M.Ohme by broniła ;))

  • Agnieszka Makowska

    mam mieszane uczucia…

  • A czy nie jest tak, że takie programy istnieją, bo mają oglądalność

    • Otóż to. Mają oglądalność, więc się produkują – ludzie lubią takie „igrzyska”.
      Tak samo jak tabloidowe tytuły o morderstwach, gwałtach, kradzieżach, przekrętach, oszustwach..- klikają się, to się je publikuje.

  • Nishka jak zwykle trafnie, jednak myślę, że problem oceniania dzieci jest dużo bardziej złożony. Wszyscy przyjmują za normę, że dzieci rywalizują – chociażby w szkole. Tymczasem najlepiej sprawdzający się system edukacji (Finlandia), który póki co notuje najwyższe osiągi nie ma wiele wspólnego z rywalizacją. Jest jeszcze jedna kwestia i moja największa bolączka. Każde dziecko – bez wyjątku – jest utalentowane, nie ma nic gorszego niż gaszenie tego naturalnego potencjału. To moja osobista walka z wiatrakami, bo niestety większość dorosłych do głupcy.

    • Tak, tak, tak – zgadzam się z Tobą absolutnie.

  • Ja się zastanawiam ile z tych dzieci co odpadło usłyszało później w domu z ust rodziców coś w rodzaju – no wiesz, jak mogłaś przegrać/nie dostać się/nie przejść do kolejnego etapu. Śmiem twierdzić, że całkiem sporo.

    • Mam nadzieję, że nie. 🙁

  • makate

    Oj tak, zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Widziałam kilka razy fragmenty tego programu i byłam przerażona. Co muszą sobie myśleć te dzieci które odpadają? Wszyscy im powtarzali że cudownie śpiewają/tańczą/itd. a teraz okazuje się, że jednak były gorsze. A z drugiej strony – co program robi w głowach dzieci, które wygrywają? Przecież ta ilość tekstów typu „Jestem cudowna, idealna, zawsze najlepsza” też niekoniecznie dobrze wpłynie na dziecko. Nie wiem, może się mylę, ale chyba czym innym jest to, że każdy potrzebuje i lubi być pochwalony, a czym innym to, że się wobec takiego dziecka tworzy ogromne oczekiwania, że ono już nie może zejść poniżej tego poziomu „naj”.
    Prawdę mówiąc, nawet niektórych dorosłych biorących udział w talent show jest mi żal – tak jak pisała Segritta we wspomnianym tekście: telewizja wyciska z nich co się da, a potem zostawia z tymi publicznie rozgrzebanymi emocjami. Ale tu przynajmniej można powiedzieć że są dorośli, ich decyzja. A co powoduje rodzicami tych dzieci, że wchodzą z nimi w takie sytuacje? Szczerze nie rozumiem….:(

    • Rzeczywiście przykre.. Czytałam wypowiedź Elżbiety Zapendowskiej (która wprawdzie też siedzi w jury talent show, ale dla dorosłych, czyli można uznać, że biorą tam udział na własną odpowiedzialność i z pełną – lub prawie pełną… – świadomością), która wyrażała zaniepokojenie, mówiąc, że dzieci nie są gotowe na taką medialną karierę, że to może wyrządzić im dużo krzywdy.

  • Zastanawiające jest też to, że rodzice ‚posyłają’ do takich programów swoje dzieci, czasem takie, które są bardzo wrażliwe. Nie jestem pewna, czy zgodziłabym się, aby moje dziecko publicznie występowało. Jasne, sama czasem się wzruszam jak słyszę wypowiedzi albo występy dzieciaczków, ale też wydaje mi się, że wszystko ma swoje granice. Jestem ciekawa, czy to się potem odbija na dzieciach w przyszłości. W końcu wszystko ma swoje konsekwencje prawda? A duże dzieci pamiętam i uśmiecham się na samą myśl o nich 🙂 Fajny pomysł też na ciekawą edukację dla dzieciaków przed telewizorem 😉

    • Obawiam się, że rodzice wysyłający dzieci do takich programów chcą często zrealizować swoje niespełnione marzenia o popularności, sukcesie itd..

  • Specjalnie pod ten tekst obejrzałam dziś Małych gigantów i…po dwóch występach nie dałam rady…
    I nie chodzi nawet o samą ideą wygrywania i przegrywania…Ogólnie sama ocena jest dla mnie nie zrozumiała…kto jest lepszy, to dziecko, które ładnie zaśpiewa czy za tańczy?…rozumiem rywalizacje w tej samej dyscyplinie…
    natomiast nie umiałabym wytłumaczyc dziecku, które jest w CZYMŚ dobre, że przegrało, bo ktos robił zupełnie INNĄ rzecz..lepiej?
    Najbardziej jednak poruszyły mnie wypowiedzi…jury…i mimo całej sympatii dla całej trójcy z osobna.. ich ocena, komentarze są po prostu nie do przyjęcia. Słysząc ich teksty czuję się po prostu …zażenowana…i mam wrażenie, ze ten program i jego gwiazdami są tak pod publikę i pod szanowne JURY, a nie te dzieciaki…
    miało byc zabawnie, śmiesznie, wzruszająco…moim zdaniem jest żenująco…

    • Ja już drugiego odcinka nie oglądałam i nie żałuję. A za to, że zechciałaś mu się po moim tekście przyjrzeć, że Cię zainspirowałam, miło mi 🙂
      Niestety z jury też mam takie wrażenie: trochę jakby to była zabawa dorosłych kosztem dzieci.

      • Marta

        ooo!! dokładnie! Z tego co widziałam w zapowiedziach programu, kilku odcinkach które próbowałam obejrzeć, to jest ka: Jury wali tekstem/pytaniem, dziecko odpowiada, nie zawsze rozumiejąc intencje dorosłego. Mówi coś co jest śmieszne, albo śmiesznie skomentowane przez jurora, wszyscy się śmieją to i dziecko się śmieje, nie zawsze wiedząc dlaczego… ale czy my się śmiejemy? czy wyśmiewamy to dziecko?? Zabawa kosztem dzieciaka.

    • O właśnie! Wychodzi na scenę Kasia i śpiewa, wychodzi Marysia i tańczy, a na końcu wychodzi Piotrek i recytuje. Jury ogłasza, że wygrywa Marysia, bo… no właśnie, bo co? Nie da się porównać trzech dyscyplin. Liczy się kto ma lepszą osobowość telewizyjną i kto przyciągnie więcej ludzi na kolejny odcinek. Szczególnie tyczy się to tych najmłodszych dzieci, bo producenci zostawią tę bardziej uroczą postać, która przecież rzuca takimi śmiesznymi tekstami i to tak bardzo rozczula widzów.

  • Mnie bardziej przeraził chyba Masterchef Junior. W pierwszym odcinku dzieci gotując rywalizowały o wejście do programu, publicznością byli między innymi rodzice i co jakiś czas pojawiały się przebitki na wywiady z rodzicami. Wyłączyłam program gdy usłyszałam jak jedna z matek powiedziała do kamery, że „była zdewastowana” tym jak córka straciła głowę w kuchni Masterchefa. Przecież w domu radziła sobie tak świetnie…

    Być zdewastowanym tym, że dziecko (max 12 lat) ma problem by ugotować wyszukaną potrawę w nieznanej kuchni, studiu gdzie jest pełno kamer i ze świadomością że będzie w telewizji i walczy o udział w kolejnych odcinkach?…

    Czasem zastanawiam się co kieruje rodzicami wpychającymi dzieci do takich programów

    • Też oglądałam ten odcinek i po wypowiedzi tej „zdewastowanej mamy” byłam zdewastowana..

      Choć gdybym miała jednak porównać te dwa programy to „Mali giganci” wydają mi się bardziej „krwiożerczy”. W Master Chef są przynajmniej jakieś jasne kryteria: gotowanie. Każde dziecko jest tam bardzo przez jury bardzo chwalone i dowartościowywane, bo doprawdy 10-letnie dziecko samo ugniatające makaron a potem robiące doń samodzielnie sos musztardowo-kurkowy a na deser podające tartę z karmelizowanym jabłkiem :))))) robi wrażenie. (moja 10-letnia córka np. wczoraj obejrzawszy ten program postanowiła, że sama, pierwszy raz w życiu ugotuje makaron :)) – w sensie wrzuci go do wrzątku i po 7 minutach wyłączy 😉

      Miałam takie wrażenie: że tak wszyscy są wygrani.

      Tym niemniej wiadomo, ten program tez opiera się na rywalizacji i przy kolejnych odcinkach pewnie też będzie dużo łez i cierpienia, a wszystko pod czujnym okiem kamery, która z lubością wychwyci emocje…

  • Rywalizacja jest nieodłącznym elementem życia, w tym dorastania i dzieciństwa. Z tym, że rodzice powinni uważać, żeby nie przekroczyć tej zdrowej granicy rywalizacji, za która kryje się już egoizm, zawiść i inne wady, które mogą uprzykrzyć życie w przyszłości.

  • Od samego początku nie podobała mi się formuła tego programu. Zgadzam się, że nie da się uniknąć konfrontacji talentu z rzeczywistością (udział w konkursach, rywalizacji z innymi, kryzysy i trudności etc.). To co jest niebezpieczne, to skala presji wyniku i oczekiwań, z jaką stykają się dzieci biorące udział w „Małych gigantach”. Nie jestem przekonany czy dziecko w wieku 6-ciu, 8-iu czy nawet 12-tu lat jest w stanie podołać presji. No chyba, że od razu założymy, że świat jest jedynie dla najsilniejszych, ale to nie moja wizja.

    • Bo oczywiście, wiadomo: w szkole, na podwórku też rywalizują, ale tu – oprócz tego że nie odpadają na zawsze z gry, dochodzi jeszcze to, że nie jest to zwykle uwieczniane: tak, że „cała Polska” może to potem oglądać. Presja ogromna.

  • Moja córka chciała, żebym ją zgłosiła. W sobotę zobaczyła, że lecą Giganci. „mamo, dlaczego mnie tam nie ma?” , odpowiedziałam, że nie chciałam, żeby jej było przykro gdyby odpadła.A ona na to, „nie odpadłabym, przecież mam talent”. I to jest właśnie mój główny zarzut do tych programów, zabiją w dzieciach wiarę w siebie. Jak odpadnę to jestem beznadzieja- tak one to rozumieją. A „Duże Dzieci” to była klasa sama w sobie. To teraz to zwykła komercja. Czasem mam wrażenie, że rodzice w realizacji swoich marzeń nie zauważają, że robią krzywdę swoim dzieciom… Uważnie oglądałam Gigantów i zauważyłam, że te dzieciaki po ogłoszeniu wyników płaczą na scenie , jednak wtedy szybciutko wskakuje daleki plan. W końcu to ma być zabawa:) Smutne.

    • Bardzo dobra decyzja, mądra mamo 🙂
      Dialog z Twoją córką świetnie ukazuje, jak to odbywa się w głowach dzieci i do jakiego podcięcia skrzydeł może to doprowadzić..

      • Fajnie, że poruszyłaś ten temat. Bardzo on na czasie u mnie w domu:) Dzieki!

  • MamaSpace

    Tak samo Masterchef Junior, dzieci „ścigają się” w gotowaniu. Nie zafundowałabym takiego stresu mojemu dziecku.

    A w życiu też różnie bywa z podziałami na lepsze i gorsze dzieci. Znam przypadek niepełnosprawnej ruchowo dziewczynki, która w szkole integracyjnej nie mogła wziąć udziału w konkursie, na najładniejszy rysunek. Pani powiedziała dziewczynce: „Ładny rysunek, ale nie możesz wziąć udziału w konkursie, bo jesteś niepełnosprawna.” I ta dziewczynka mi to opowiadała, dodając, że przecież jest taka sama jak inne dzieci, widzi, mówi, chodzi. Z trudem powstrzymałam łzy.

  • Katarzyna

    Często spotykam się z rywalizacją wśród dzieci i zauważam jeszcze jeden problem – problem dzieci, które wygrywają…
    Na turniejach tanecznych „wygrani” często dokuczają tym, którzy nie zakwalifikowali się np. do drugiego etapu, ironicznie się uśmiechają, komentują, a nawet wytykają palcami. To okrutne…
    Dorastają i uczą się „przepychanek” słownych. Niestety najczęściej uczą się tego od dorosłych 🙁

  • Psychozapiski

    Ja też pisałam o tym zjawisku na moim blogu http://psychozapiski.com/2016/02/25/mali-depresanci/. Nazwałam tekst Mali Depresanci. Nikt się nie zastanawia, że dzieci i ich emocje, to produkt sprzedawany w telewizji? No bo każdy lubi popatrzeć na rozkoszne dzieci, a oglądalność rośnie. Ja uważam, to za obrzydliwe. Te dzieci tydzień się do występu przygotowują. A później odpadają. Dlaczego? Co innego jak dzieci są na tyle starsze, że sama wybierają co chcą. Ja też brałam udział w konkursach recytatorskich, ale jak byłam na tyle „dorosła”, aby to zrozumieć. A jak wytłumaczyć 5 latkowi, że odpadł? Bo gorzej śpiewał? Niech stacja robi kasę na czym chce, ale niech trochę pomyśli i może zmieni formułę programu.

  • Marta

    A dla mnie takim programem, który był przyjazny dzieciakom to Od przedszkola do Opola. Każdy śpiewał, każdy wygrywał (bo dostawał gromkie brawa), każdy dostawał taki sam prezent. Mali Giganci, niby to samo, a jednak zupełnie co innego – Odpadasz – jesteś beznadziejny, gorszy, nie umiesz… A do tego tak jak piszesz – gwiazdy oceniają co potęguje odczucie (nie ukrywajmy też, że wybiera się medialne postaci, a nie zawsze najlepsze w danej działce). W końcu autorytet/idol powiedział mi, że jestem gorsza/y (nawet jeśli wprost nie użył tych słów). Często mam też wrażenie, że w dzisiejszych programach to rodzice mają parcie, a nie do końca dzieciaki… W „Mam talent” dzieciaki występują bo jak wygrają to będą rodzice mieć forsę/szanse na KARIERĘ…dziecko chce spełnić oczekiwania rodziców, a potem to dziecka odpada i zmierza się nie tylko z myślą, że nie było najlepsze, ale i że zawiodło rodziców…a to może zostać traumą do końca dzieciństwa.
    PS. Duże dzieci – uwielbiam!

  • Madix

    W ogóle to nie rozumiem zupełnie, dlaczego nie zdecydowano się zmienić reguły programu na mniej upokarzającą dla przegranych… Nie oglądałam tego programu w ramach bojkotu dla produkcji wykorzystujących dzieci dla rozgłosu, tak jak nie obejrzę Masterchef Junior, chociaż samego Masterchefa uwielbiam, ale z tego co napisałaś, jest jeszcze gorzej, niż myślałam…

    Oglądając reklamy Masterchefa Junior pomyślałam, że dzieciaki powinny rywalizować o jakąś złotą marchewkę albo inną nagrodę po każdym odcinku, ale nie odpadać. Podobnie w Małych Gigantach – wyłonić zwycięzcę odcinka, dać mu medal – ok, jak najbardziej, ale TO? W szkole również nienawidzę tego, że dostaje się 1 za nieprzygotowanie zamiast 5 za świetne przygotowanie do lekcji – tu podobnie – piętnujemy potknięcia, zamiast premiować osiągnięcia – faktycznie, mega dydaktyczne :/ A dydaktyczniej byłoby zadawać dzieciakom regularnie prace domowe, ale zamiast sprawdzać je wyrywkowo (co zachęca do przepisywania od kolegi, byle coś mieć, bo w końcu i tak nauczyciel nie sprawdzi wszystkich) to zadawać ich mniej, ale do zaliczenia przedmiotów wymagać wykonania wszystkich (przez co systematyczne ich odrabianie bardziej się opłaca, zamiast robienie sterty zadań pod koniec semestru).

    W Małych Gigantach dzieciaki powinny być oceniane przez wszystkie odcinki, ogłaszany zwycięzca odcinka z głosowania widzów, a na koniec programu ogłaszany zwycięzca programu na podstawie uzyskanych wyników – czyli jeśli któreś dziecko wygrywało ileś odcinków pod rząd, ma większe szanse wygrać cały program. Nikt nie powinien odpadać, przecież z założenia – wszystkie te dzieci są „pocieszne” i przyciągają widzów, right?

  • Klaudia

    Dokładnie o tym samym rozmawiałam z rodzicami w ten weekend wielkanocny, kiedy trafiliśmy w TV na „Małych Gigantów”. Jako dziecko sama niejednokrotnie brałam udział w różnych szkolnych konkursach, muzycznych, plastycznych itp. Ale nigdy nie czułam się źle z przegraną. Działo się tak dlatego, że w normalnej rywalizacji dziecięcej wyróżnia się osobę najlepszą w danej dziedzinie wśród tłumu tych, które były na różnym poziomie. Występuje np. 25 osób, 3 dostają nagrody, ze dwie – wyróżnienia, a pozostałe po prostu są na równi. Nie mówi się na dzień dobry na forum: o, ten tutaj to najgorszy, miał najmniej głosów. Bo po co? Przecież chodzi o to, żeby maluch dalej próbował swoich sił w różnych dziedzinach, nie bał się.
    To nie igrzyska olimpijskie. Jest różnica między byciem dzieckiem, które NIE WYGRAŁO a byciem dzieckiem, które PRZEGRAŁO. Które nie ma szansy ukryć choć trochę uczucia zawodu, bo jego porażka została wyszczególniona i obnażona. Co gorsza, w „Małych Gigantach” dzieje się to na wizji i za kilka lat uczestnicy wciąż będą musieli o tym pamiętać. O jednym fałszu na szkolnej akademii albo innym potknięciu wszyscy zapomną, może nawet go nie dostrzegą. A tu kamera pokaże każdy grymas twarzy i film zawiśnie w Internecie na długie lata.

  • Kaśko

    tutaj tez wszystko zalezy od rodzica, dziecka i jego postrzegania, tak mi sie wydaje. ja np bez problemu jako dziecko moglabym isc do malych gigantow, oczywiscie, jak kazdy, chcialabym wygrac, ale gdybym przegrala – trudno, najwazniejsza jest dobra zabawa i jakas tam wiedza zdobyta w takim programie, wygram cos kiedy indziej 😉