„Ludzie krzyczą wtedy, gdy czują się niesłyszani” – rozmowa z psychoterapeutą o złości i samoocenie dzieci i dorosłych

 

O tym, jak sobie radzić ze złością dzieci i nastolatków oraz czy da się podnieść ich samoocenę, rozmawiam z Martą Chrostowską: psychologiem i psychoterapeutą z Pracowni Relacji.

Nishka: Jak uspokoić rozzłoszczonego nastolatka? Kazać mu się uspokoić?
 
Marta Chrostowska: Chciałabym poznać osobę, która uspokoiła się po tym, jak ktoś jej to kazał. Człowiek nie reaguje w ten sposób, że uspokaja się, słysząc komunikat „uspokój się”.

Bo gdy jesteśmy wściekli nic do nas nie dociera?

Tak, furia nie jest dobrym momentem na tłumaczenie czy negocjacje, bo do żadnego człowieka, zarówno młodego jak i starszego, na tym etapie nie docierają żadne racjonalne argumenty. Nasz mózg jest włączony w tryb przetrwania, jego celem jest obrona siebie, a nie zrozumienie racjonalnych argumentów i wzięcie pod uwagę potrzeb innych ludzi.

Jako psycholog i psychoterapeuta często pracujesz z młodzieżą. Lubisz pracować z nastolatkami?

Nastolatki to szczególna grupa, którą naprawdę trzeba „czuć”, aby skutecznie im pomagać. I ja tak ich właśnie „czuję”, porozumienie pojawia się między nami bardzo szybko. Mam wiele satysfakcji z towarzyszenia im w rozwiązywaniu trudności, bo zwykle widzę z ich strony chęć na pracę i wiem, że warto.
 
Czy temat złości i radzenia sobie ze złością jest obecny w waszych rozmowach?

Tak, zdecydowanie to wątek, który często powraca, zarówno w rozmowach z nastolatkami, jak i ich rodzicami.

Ten temat często pojawia się również na Grupie Rodzice Nastolatków, którą prowadzę. Rodzice nie wiedzą, jak się zachować, jak reagować i czy mamy martwić się wybuchami złości naszych dzieci.

Warto mieć świadomość, że wybuchy złości u nastolatków są po części wynikiem etapu rozwoju, w jakim się znajdują. To etap burzy hormonów i specyficzny okres: nastolatek jest jeszcze trochę dzieckiem, ale już chce się czuć i być traktowany jako dorosły. Jednocześnie musi mierzyć się z różnymi oczekiwaniami i wymaganiami, jakie nakładają nań rodzice, szkoła, otoczenie. Cała ta mieszanka powoduje, że wybuchy złości można uznać w tym wieku za normę.

Skąd się bierze w nas i naszych dzieciach złość?

Myślę sobie o tym, że ludzie krzyczą wtedy, kiedy czują się niesłyszani. Niesłyszani ze swoją niezaspokojoną potrzebą. Jeżeli okazujemy drugiemu człowiekowi gotowość do przyjęcia go takim, jakim jest i do wysłuchania go, często to samo w sobie już obniża temperaturę całej interakcji i sprawia, że nie ma powodu do tego, aby złość wybuchała z wielką siłą. Może zamiast tego łatwiej przybierać formę lepiej przyjmowanego przez nas komunikatu.

Gdy usłyszałam, że nasze dzieci krzyczą wtedy, kiedy czują się niesłyszane, zakręciła mi się w oku łza. To jest tak prawdziwe, proste i przejmujące…

Tak. Nasza robota jako rodziców jest w tym, żeby rozmowy z nastolatkiem, ten dialog, prowadzić w taki sposób, aby nasze dziecko mogło poczuć się usłyszane. Nie musimy się z nim zgadzać, ale akceptujemy go i dajemy mu przestrzeń na różne emocje. Wówczas zmienia się cała perspektywa: z rywalizacji i stania w kontrze do siebie, do współpracy i budowania bliskości.

Po co natura wyposażyła nas w złość?
 
Złość pojawia się przede wszystkim wtedy, gdy nasze potrzeby są niezaspokojone. Natura wyposażyła nas w mechanizm odczuwania emocji po to, żebyśmy wiedzieli: my i nasze otoczenie, czy nasze potrzeby są zaspokojone czy nie. Gdy potrzeby są zaspokojone, pojawiają się przyjemne emocje. Natomiast gdy potrzeby są niezaspokojone, pojawiają się nieprzyjemne emocje, np. złość, smutek, zazdrość, rozgoryczenie.

Emocje mają nas uruchomić do działania. Zauważ, że złość jest bardzo energetyczną emocją, stawia nas na nogi. Złość ma nas pobudzić do tego, żeby zadziałać i żeby coś zmienić w naszym środowisku i żeby zaspokoić nasze potrzeby.

Jako mama nastolatek mam wrażenie, że czasem moje córki awanturują się o drobiazgi…

Często rodzice widzą furię nastolatka jako furię o kompletny drobiazg, że np. nie taki kolor czegoś albo że coś zostało źle powiedziane. Nam wydaje się to banalne, nieistotne sprawy. Zachęcam jednak do tego, żeby spojrzeć na to, jaka potrzeba stoi za tym wybuchem złości i co nastolatek próbuje nam nim wyrazić.

Czy potrzeby nastolatków różnią się od naszych potrzeb?

Potrzeby są uniwersalne dla wszystkich ludzi. Każdy z nas potrzebuje czuć się kochany, akceptowany, każdy z nas potrzebuje odpoczywać i mieć prywatność, wszyscy potrzebujemy bezpieczeństwa itd. Na tym poziomie wszyscy jesteśmy do siebie podobni, choć możemy różnić się strategiami, którymi próbujemy potrzeby zaspokajać. Jeżeli zejdziemy niżej do tych potrzeb i zobaczymy, że nasz nastolatek wybuchnął na młodsze rodzeństwo za to, że zajrzało do jego komputera czy na nas, że weszliśmy bez pukania do jego pokoju, to może tu chodzić o naruszenie jego potrzeby prywatności albo potrzeby szacunku.

I gdy spojrzymy na to z tej strony, to widzimy, że to wcale nie jest drobiazg…

Tak. Kiedy zauważymy tę potrzebę, to nastolatek może poczuć się usłyszany i zrozumiany i wspólnie możemy poszukać sposobu, by ta potrzeba mogła być zrealizowana. Przy czym, co ważne, akceptacja potrzeby nie równa się akceptacji strategii. To, że rozumiemy i akceptujemy, że nasz nastolatek ma potrzebę prywatności czy szacunku, nie oznacza, że godzimy się na to, żeby w furii krzyczał na nas lub swojego brata czy go bił.

Co możemy wówczas powiedzieć?

Kiedy emocje opadną, spróbujmy wspólnie tej potrzeby poszukać. Kiedy usłyszymy już, jaka potrzeba była motorem napędowym zachowania, możemy powiedzieć np.:

„Widzę, że zależy ci na tym, żeby twoja prywatność nie była naruszana w ten sposób. Porozmawiajmy o tym, co możemy zrobić, abyś nie musiał wybuchać, wrzeszczeć na brata i wyzywać go, ale żeby zrozumiał, że to jest dla ciebie ważne i żeby nie ingerował w twoją prywatność.”.

A gdy nastolatek przekracza granice i wpada w furię?

Najważniejsze, żeby zapewnić bezpieczeństwo osobom, które są dookoła, a następnie zadbać o swoje granice. Gdy np. nastolatek krzyczy, ciska się, a w pobliżu jest małe dziecko, kot czy pies, zabierzmy ich ze sobą do innego pomieszczenia. Warto wcześniej, w spokojnym momencie ustalić z nastolatkiem plan reagowania w sytuacji eskalacji złości. Możemy powiedzieć:

„Widzę, że kiedy wpadasz w złość, jest ci trudno, ale nie zgadzam się na to, żebyś krzyczał na nas. Jak mogę pomóc Ci na przyszłość, aby było Ci łatwiej wrócić do równowagi?”.

Częstą propozycją jest „PAUZA” jako hasło, po którym idziemy do różnych pomieszczeń z intencją złapania dystansu, dotarcia do swoich potrzeb w danej sytuacji. Kiedy to się udaje, możemy powrócić do dyskusji.

Warto podkreślić, że to, na czym nam, rodzicom niejednokrotnie najbardziej zależy – szacunek – jest również potrzebą nastolatka. Dlatego postarajmy się być dobrym przykładem, nawet w sytuacji, kiedy z drugiej strony zdajemy się go nie dostawać.

Powiedziałaś przed chwilą o strategii zaspokajania potrzeb. Co to znaczy?
 
Wszyscy, dorośli i dzieci, mamy takie same potrzeby: potrzebę miłości, akceptacji, przyjaźni, porozumiewania się, uznania, szacunku, niezależności i inne. Ale różne osoby mają różne strategie na zaspokojenie potrzeb, czyli sposób ich zaspokojenia. Jedna osoba, żeby odpocząć, potrzebuje ciszy i samotności, inna znakomicie wypoczywa podczas spotkań z ludźmi czy wizyty w kinie. To jest bardzo ważne, żeby zaspokajanie potrzeb korespondowało z osobowością i temperamentem.

I powinno to nas, rodziców skłonić do unikania mierzenia dzieci swoją miarą?
 
Często słyszę w gabinecie narzekanie rodzica na to, że nastolatek mówi, że jest zmęczony i musi odpocząć, a siedzi przy komputerze. „Jak to bym zwariował, gdybym przy tym komputerze siedział. Przecież on wcale nie odpoczywa!” To ważne, żeby uszanować, że nastolatek może mieć inną strategię zaspokajania potrzeb niż rodzic.

Skoro mowa o ekranie, często kością niezgody jest duża ilość czasu, jaką nastolatki spędzają przed ekranami telefonów, słowem: w internecie.

Tak, rodzice dużo narzekają na to, że młodzież spędza zbyt dużo czasu przy ekranach i kojarzą to głównie z potrzebą rozrywki. Natomiast najczęściej jest to związane z potrzebą przynależności do grupy. Masa spotkań odbywa się wirtualnie i odcięcie nastolatka tak po prostu od telefonu może wyrządzać mu krzywdę w realizacji tej potrzeby.

Czy w ogóle więc nie stawiać granic w tej kwestii? U nas panuje kilka zasad, np. w tygodniu maksymalnie do godziny 22, nieużywanie telefonów podczas posiłków i robienie sobie kilku godzinnych przerw w weekend.

Stawianie granic dotyczących korzystania z telefonów i komputerów, ustalanie limitów, sytuacji podczas których nie należy zeń korzystać, jest jak najbardziej uzasadnione. Najlepiej ustalić to razem z nastolatkiem, tak żeby rozumiał też, po co i dlaczego takie ustalenia. Często nastolatki same wpadają na świetne rozwiązania i podają różne propozycje z własnej inicjatywy, kiedy rozumieją, na czym nam w rzeczywistości zależy – na zdrowiu, wspólnym czasie, a nie na tym, żeby ograniczyć kontakt z rówieśnikami. Bądźmy szczerzy sami ze sobą i z nimi, dlaczego ważne jest dla mnie, aby były tu pewne ograniczenia?

Mówisz o realizowaniu potrzeby przynależności, czyli zalecie korzystania z ekranów, a czy dostrzegasz niebezpieczeństwa?

O niebezpieczeństwach sieci i korzystania z nowych technologii napisano już bardzo wiele, więc chyba nie ma sensu wszystkiego tutaj powtarzać. Ale widzę pewną bardzo niepokojącą tendencję: zagłuszanie nimi swoich uczuć i emocji. Współczesne dzieci mają szalenie zajęty czas. Szkoła, zajęcia pozalekcyjne, internet. Trudno tu znaleźć chwilę na to, żeby zobaczyć, co czujemy. To rodzi problemym, bo nie wiemy, skąd biorą się nasze różne zachowania. Stajemy się analfabetami w sferze życia emocjonalnego.

To, że nie zajmiemy się jakąś emocją, nie sprawi, że ona zniknie. Jeżeli emocje nie wyrażą się w konkretnej sytuacji, której dotyczą, bo np. odwrócimy swoją uwagę telefonem, to  będą odkładały się na później i albo wybuchną w innej sytuacji, czasem zupełnie nieadekwatnej albo odbiją się na naszym zdrowiu. Jeżeli tłumimy i nie wyrażamy na co dzień tego, co nas boli, to bardzo szybko zacznie nas boleć nasze ciało: kark, plecy, kręgosłup, głowa. Albo pojawią się różne zaburzenia psychiczne.

Co więc robić, gdy czujemy złość?

Najlepszym sposobem na redukcję napięcia jest zauważanie i nazwanie emocji (również na głos): „jestem poirytowany/wściekły/przerażony/smutny.” Możemy to zrobić jako rodzice, bo też mamy prawo czuć się zmęczeni zachowaniem dziecka. Nie bójmy się być swoim własnym przyjacielem, dawać empatię sobie samemu – zauważając, co czuję w emocjach, w ciele i jaka moja potrzeba jest niezaspokojona. Ale również, z życzliwością zastanowić się, co mogę dla siebie zrobić, aby na tę potrzebę odpowiedzieć. Jeśli sami nie potraktujemy swoich potrzeb serio, inni też tego nie zrobią.

Natomiast gdy widzimy, że nasze dziecko jest wzburzone, również warto nazwać jego emocje, mówiąc np. „widzę, że jesteś zdenerwowany” – a nie zaprzeczać im lub kazać się uspokoić.

 Czy ze złością może wiązać się dieta, brak snu, zbyt duża ilość czasu spędzana przed monitorem telefonu lub komputera?

Zdecydowanie to jest połączone. Nawet gdy popatrzymy sami na siebie, choć na co dzień może być trudno to zauważyć. Nastolatki, zresztą dorośli też, nie zawsze wiedzą, co jest ich prawdziwą potrzebą, a co strategią, w której utknęli. Aplikacje i media społecznościowe są zaprojektowane tak, by przyciągnąć naszą uwagę, uzależnić, dostarczając różnych wzmocnień i nagród. I to może prowadzić do tego, że trudniej będzie nam zauważyć potrzeby, które mogą być ukryte.
 
Co możemy jako rodzice zrobić?

Szczególnie ważne jest, byśmy nauczyli dzieci samoregulacji: aby nauczyły się zauważać, co wpływa na ich nastrój. Jak zaspokajanie lub nie różnych potrzeb wpływa na ich samopoczucie. Pilnowanie tego, aby były najedzone, wyspane, żyły w miarę regularnie, miały pory odpoczynku oraz czas spędzony na świeżym powietrzu – to wszystko jest ważne. Kiedy nauczymy nastolatka to obserwować i tego pilnować, to będzie mógł korzystać ze zdolności do samoregulacji.

Przykładowo będzie rozumiał, że był w szkole, było dużo hałasu i teraz potrzebuje ciszy i dobrze jest np. na wyjść z psem i wyciszyć się. Kiedy człowiek nauczy się samoregulacji, nie jest dla niego tak trudna samokontrola. A to najczęstszy problem, jaki zgłaszają rodzice nastolatków.

Czy są sytuacje związane ze złością dziecka, które powinny nas zaniepokoić i skłonić do szukania pomocy u specjalisty?

Zawsze alarmująca powinna być dla nas sytuacja, w której nastolatek sam siebie bije lub okalecza. Albo gdy tracimy zupełnie z nim kontakt. Lub obserwujemy bardzo poważne zmiany w zachowaniu: kiedyś bardzo spokojny, aktualnie bardzo często rozwścieczony lub bardzo wycofany i smutny. Radzę skonsultować się ze specjalistą: psychoterapeutą, psychologiem dziecięcym lub psychiatrą, który oceni, czy to, co się wydarza jest normą, okresem przejściowym w życiu nastolatka, czy może pojawiły się sprawy, które powinny wzbudzić czujność i wymagają interwencji.

Więcej o samookaleczaniu się przeczytacie w artykule Marty tutaj: Pomocy, moje dziecko się tnie.

Oprócz złości, członkowie Grupy Rodzice Nastolatków często pytają również o to, jak pomóc dziecku wzmocnić lub podnieść samoocenę.
 
Zauważyłam, że często mylimy poczucie własnej wartości z samooceną albo używamy tych określeń wymiennie. Chciałabym dokonać rozróżnienia.

Oczywiście. Czym więc jest poczucie własnej wartości?

Kiedy rodzi nam się dziecko i trzymamy maluszka na ręku, to on jest taki niesamowity i doskonały w tym, że po prostu jest. I wtedy jest łatwo dostrzec, że on jest wartościowy jako człowiek, ma swoją godność, jest jedyny i niepowtarzalny.  Wszyscy są nim zainteresowani i cała rodzina zjeżdża się, żeby go obejrzeć.

Wspaniale, gdy ten stan: akceptowanie człowieka, takim jakim jest, utrzymuje się dłużej, bo to buduje podstawowe poczucie własnej wartości. Poczucie, że przez to, że jestem i istnieję, zasługuję na szacunek i mam prawo istnieć taki, jaki jestem, bo jestem wartościowy i wystarczająco dobry. Nie muszę nic robić, nie muszę tego udowadniać ani na to pracować.

A czym jest samoocena?

Tu, żeby to zobrazować, wspomnę o stawaniu do rywalizacji w konkursie piękności czy jakichś innych zawodach: człowiek patrzy na siebie wówczas w porównaniu do innych ludzi. Jestem ładniejszy lub brzydszy, bardziej lub mniej wysportowany, wyższy, niższy, dowcipniejszy itd. Samoocena, to ocenianie siebie na tle innych osób i oczekiwań, jakie są przede mną postawione.

Twoi pacjenci mają problem z samooceną?

Nie, z mojego punktu widzenia najczęściej mają problem z poczuciem własnej wartości. Rodzice stają na głowie, chwalą dzieci, mówią ”jesteś świetny”, zwracają uwagę na to, że dostaje piątki, jest dobry w sporcie. Tymczasem dziecko cały czas jest niepewne, smutne, a samo o sobie mówi, że jest głupie i bezwartościowe. To sygnał, że trzeba zająć się poczuciem własnej wartości.

Jak pomóc zbudować dziecku poczucie własnej wartości?

Poczucie własnej wartości budują zachowania rodziców, które dają dziecku komunikat: KOCHAM CIĘ TAKIM, JAKIM JESTEŚ. Jesteś dla mnie wartością, niezależnie od tego, co robisz. To zachowania takie jak: nasza niepodzielna uwaga, spędzanie czasu z dzieckiem, docenianie jego wysiłku i intencji, ale też akceptowanie różnych emocji, dawanie mu prawa do błędu, nasza wspierająca obecność.

Rzeczywiście, ciągle chwaląc, uzależnimy dziecko od tego i gdy potem w świecie pozadomowym tej pochwały nie otrzyma, będzie czuło, że jest do niczego. Będzie widziało siebie tylko przez pryzmat osiągnięć…
 
Tak. Gdy koncentrujemy się na chwaleniu dziecka, na stawianiu mu poprzeczek i koncentrowaniu się na tym, mówiąc np, :”Zobacz, doskoczyłeś do tej poprzeczki, mimo że była wysoko. Wspaniale!”, to dziecko jest cały czas w takiej niepewności, bo buduje się tutaj prawo do tego, że bliska osoba może mnie ocenić pod kątem moich osiągnięć, zadecydować, wydać werdykt, czy jestem lepszy czy gorszy.

Sugerujesz, że lepiej w ogóle nie chwalić dzieci?

Myślę, że warto, żebyśmy unikali etykietowania w naszym dawaniu informacji zwrotnej, mówiąc „o, jak ładnie, ślicznie, pięknie”. Wiem, że za tym stoją dobre chęci, ale to ustawia nas w pozycji osoby oceniającej i wartościującej dziecko.

Bardziej zachęcałabym do zamiany tego na komunikaty osobiste i mówienie językiem „ja”: „Wywarło na mnie wrażenie, jak to zrobiłeś” lub „Widzę, że daje ci dużo satysfakcji, gdy robisz to”, albo „Opowiedz, co ci się podoba w twoim rysunku” czyli pomagać dziecku zauważyć jego własne intencje i wysiłki albo dać zauważyć, jak oddziałuje tym, co robi na innych ludzi, że np. „sprawa mi radość, gdy widzę, jak lubisz czytać książki”.

Ech, ja niestety popełniam ten sam błąd, który popełnili moje rodzice: chwalę moje dzieci. I rzeczywiście i u siebie i u nich obserwuję jakieś uzależenienie od osiągnieć i oceny innych. Czy jest jeszcze szansa, żeby to odkręcić?

Praca nad poczuciem własnej wartości może trwać przez całe życie i między innymi dlatego ludzie trafiają na terapię, bo chcą w sobie wykształcić wewnętrzny głos, który mówi do nich życzliwej i nie wartościuje.

Na szczęście też w naszym życiu bardzo duże znaczenie mają intencje. Jeżeli dziecko czuje naszą bezwarunkową miłość i akceptację i nie czuje miłości wyłącznie wtedy, kiedy je chwalimy, to jest duża szansa, że nic złego się przez te pochwały, nawet silnie wartościujące, nie wydarzy.

Postarajmy się dawać dobry przykład. Kiedy my mamy jakieś obowiązki i zadania, które dziecko może obserwować, to bądźmy wobec siebie sprawiedliwi, wyrozumiali, dostrzegajmy swój wysiłek i nawet jeżeli efekt nie jest taki, jakiego byśmy chcieli, to traktujmy siebie samego z życzliwością. To na pewno w dziecku zostanie i będzie dla niego do zastosowania później w innych sytuacjach.

Czy samoocena rodziców ma wpływ na samoocenę dzieci?

Mówi się, że dzieci rzadko nas słuchają, ale bardzo wnikliwie nas obserwują i będą najczęściej naśladowały to, co widzą.

Warto, żebyśmy jako rodzice wzięli pod obserwacje swoje zachowanie i sprawdzili, czy dajemy sobie i innym przestrzeń na błędy, czy pozwalamy ludziom być takimi, jakimi są, czy potrafimy dostrzegać wartość w innych ludziach i ich godność jako człowieka, zachwycić się drugą osobą. Czy może nasza interakcja z innymi ludźmi, to jest seria jakichś wymagań, poprzeczek, rywalizacji, porównywania, krytyki.

Czy rodzic może pracować nad samooceną dziecka?
 
Gdy buduje się poczucie własnej wartości, naturalne jest, że buduje się też adekwatna samoocena. Nie chodzi przecież też o to, żeby dziecko myślało, że jest najlepsze ze wszystkich i najzdolniejsze, bo wiadomo, że każdy człowiek ma swoje mocne i słabe strony. Chodzi o to, żeby samoocena była realna i adekwatna do tego, co dziecko sobą reprezentuje. To świadomość tego, że słabe strony są jakimś ograniczeniami, ale nie sprawiają w żaden sposób, że jest lepszy lub gorszy od kogoś.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Dała mi dużo do myślenia… Czy chcesz coś jeszcze dodać?

Tak. Chciałabym, że wybrzmiało to zdanie: zwracajmy uwagę na sposób, w jaki mówimy do swojego dziecka, bo to, jak do niego mówimy, stanie się jego wewnętrznym głosem. To, jaką mamy postawę wobec naszego dziecka, jest kluczowe w przyszłości dla jego myślenia o samym sobie.

Komentarze:

  • Dominika Dudzińska

    Niezwykle wartościowy wywiad. Myślę, że przydatny nie tylko dla rodziców nastolatków. Dziękuję, że mogłam go przeczytać.