Młodość to stan ducha

Gdy byłam nastolatką, chciałam jak najszybciej mieć 20 lat. Tak jak dziś moja 16,5-letnia córka, która potrafi robić mi wyrzuty, dlaczego tak późno ją urodziłam. Że w listopadzie.
Gdzieś około 24 roku życia, myśl o każdym kolejnym roku życia stresowała mnie.
— O nie, już 25?
— O rany, 28! — panikowałam, jakbym zbliżała się do jakiejś godziny „zero”.

Tymczasem od momentu, kiedy skończyłam 30 lat, wczoraj na przykład odhaczyłam 36 wiosnę, jest mi to kompletnie obojętne. Naprawdę! Ba, nigdy chyba nie czułam się tak młodo jak teraz! Dlaczego? Dlatego, że wyszłam „mentalnie” ze swojej rubryki. Nie zamykam się w żadnej kategorii wiekowej. Mogłabym teraz równie dobrze skończy 56 lat. Albo 26. Dlatego doskonale rozumiem związek Macrona i Brigette.

Wiek nie ma żadnego znaczenia, liczy się STAN DUCHA. Znam starych duchem 20-latków i młodych 70-latków.

Nie zapomnę komentarza, który kiedyś zostawiła na moim blogu czytelniczka:

„Zacytuje moją 98 letnią babcię, która rok temu idąc po schodach (bardzo żwawo zresztą, jak zwykle) westchnęła:
— Ech ciężko… a co będzie jak starość przyjdzie!”

Nie zapomnę też opowieści mojej mamy. Otóż jej babcia wzięła ją kiedyś do siebie i rzekła do 16-letniej wówczas wnuczki:

— Wnusiu, patrzysz teraz na starą kobietę, a ja wciąż jestem tą samą dziewczyną, którą byłam, mając tyle lat co ty teraz. Widzisz pomarszczoną staruszkę, a we mnie wciąż jest ta sama młoda 20-letnia dziewczyna. Patrzę na te swoje pomarszczone dłonie, twarz, a w środku mam tyle energii, że mogłabym biec, tańczyć, całować!

Komentarze: