Nie przejmuj się, że masz coraz więcej lat!

fot. Agnieszka Dzieniszewska

Kilka dni temu odhaczyłam 37 wiosnę. 🙂

Chodzę i powtarzam:”Jeszcze nigdy nie miałam tak dużo lat jak teraz”. Nie jest to jednak marudzenie, lecz mój wyśmienity suchy żart. Przecież to zdanie możemy wypowiedzieć w każdym momencie swojego życia, bo z każdym kolejnym rokiem jesteśmy starsi. 🙂

I nie smuci mnie to. Chyba, że mówimy o tym w kategoriach egzystencjalnych: poczucia przemijalności, świadomości, że może już dotarłam, kto wie, do półmetka życia. Tym niemniej trudno z tym walczyć, tak nasz żywot, jako czasowo reglamentowany, został wymyślony. Może to plus, bo gdybyśmy żyli po pięćset lat, nie docenialibyśmy tak życia?

Akceptuję każdy kolejny rok w mojej metryce.

Gdy byłam nastolatką, chciałam jak najszybciej mieć dwadzieścia lat. Tak jak dziś moja 17,5-letnia córka, która potrafi robić mi wyrzuty, dlaczego tak późno ją urodziłam. Że w listopadzie. 

Gdzieś około 25 roku życia, myśl o każdym kolejnym roku życia zaczęła mnie stresować.
— O nie, już 26?
— O rany, 29! — panikowałam, jakbym zbliżała się do jakiejś godziny „zero”.

Tymczasem od momentu, kiedy skończyłam 30 lat, jest mi to kompletnie obojętne. Naprawdę! Ba, nigdy chyba nie czułam się tak młodo jak teraz! Dlaczego? Dlatego, że wyszłam „mentalnie” ze swojej rubryki. Nie zamykam się w żadnej kategorii wiekowej. Mogłabym teraz równie dobrze skończy 57 lat. Albo 27.  Wiek nie ma żadnego znaczenia, liczy się stan ducha. Znam starych duchem 20-latków i młodych 70-latków.

Wiem jednak, że niektórzy mają problem z upływającym czasem odciskającym znak na naszym ciele. Bo żyjemy w kulturze gloryfikującej młodość i udającej, że świat składa się wyłącznie z promiennych i świeżych dwudziestolatek. Chcemy udawać, że czas się zatrzymał.

W moim przypadku dużą rolę odegrało zdrowe podejście do starzenia się mojej mamy, która nigdy nie wyrażała nad tym ubolewania. Naprawdę: nigdy nie usłyszałam z jej ust smutku nad kolejną zmarszczką, siwym włosem, opadniętym policzkiem czy mniej sprężystym czołem.

Nie usłyszałam ani też nie poczułam, bo rodzice wywierają wpływ wychowawczy na swoje dzieci nie tylko poprzez to, co do nich mówią, ale również to, co obserwują. Jeżeli więc np. byłabym świadkiem sytuacji, w których moja mama, widząc kolejne zmarszczki, telefonowałaby do chirurga plastycznego, mój umysł byłby modelowany, czyli przejmowałby intencje: w tym przypadku tą intencją byłaby rozpaczliwa chęć zatrzymania czasu i lęk przed starzeniem się i dziś być może planowałabym już jakiś zastrzyk z botoksu lub lifting. 

A ja mam na to luz.

Czy oznacza to, że kompletnie lekceważę sprawy wyglądu? Niech się dzieje, co ma się dziać? Nie. Bo między lękiem i zamartwianiem się nad upływającym czasem a abnegacją, jest jeszcze złoty środek. W moim przypadku to zdrowy styl życia i umiarkowane dbanie o siebie: zapewniam swoje ciału i psychice to, czego potrzebują, by dobrze czuć się i funkcjonować. Najważniejszy jest u mnie poranek, w myśl, że jak zacznę dobrze dzień tak może uda mi się go dobrze przetrwać. Dlatego wyrobiłam sobie kilka nawyków.

Wiem, jak ogromną rolę dla regeneracji organizmu odgrywa sen, dlatego staram się budzić w miarę wyspana, czyli idę spać odpowiednio wcześniej. Moim ideałem jest minimum 7 godzin na dobę. Od dwóch lat, będąc mamą małego brzdąca, mam pewne trudności z realizowaniem tej zasady, tym niemniej, nie odpuszczam sobie tego tematu i staram się chodzić spać wcześniej.

Zawsze piję na czczo szklankę wody. Ta zresztą towarzyszy mi cały dzień, wypijam minimum 1,5 litra wody. Nie dość, że ją bardzo lubię, to wiem, jak ważne jest nawodnienie organizmu.

Dzień upływa mi na piciu dwóch napojów bogów: wody i kawy. Uwielbiam! Myśl o o pysznej parującej kawie, jej smaku i zapachu daje mi siłę, by wstać rano z łóżka po tym jak usłyszę dźwięk budzika lub syna. Pierwszą myślą po przebudzeniu jest: „O nie, znów trzeba wstawać. A następną: „Ale przecież zaraz wypiję kawę. Juhu!”. I już dobry humor gwarantowany. 😉

Staram się też robić kilka skrętów i rozciągnięć, choć chciałabym poświęcać rozciąganiu większą ilość czasu i uwagi, ale wciąż jakoś się nie składa. 😉


Stałym elementem mojego poranka śniadania. Chyba nigdy jeszcze nie rozpoczęłam dnia bez śniadania zjedzonego maksymalnie godzinę po wstaniu, a zwykle wcześniej.

Innym rytuałem jest nawilżanie skóry twarzy. Nie muszę sobie tego nawet specjalnie przypominać, bo gdy budzę się, mam rano poczucie, jakby moja skóra wołała:

– Nishko, wody!

Owszem, mogę lać nań wodę…

Ale ile można.. Minutę? 🙂

Mogę też użyć nawilżającego boostera. Co to jest booster? Z angielskiego „boost” oznacza „doładować”, dlatego booster można nazwać „doładowaniem skóry”, czyli jej wzmocnieniem, dzięki czemu tworzy lepszą barierę ochronną przed podrażnieniami.

Od lat cenię sobie markę Vichy, o której pisałam z okazji moich 35 urodzin w tekście: Życie zgodnie z zegarem biologicznym. I na co dzień używam dermokosmetyków Vichy.  Niedawno na rynku pojawił się booster Mineral 89 zawierający wodę termalną z Vichy, wydobywaną z głębi skał magmowych na wulkanicznych terenach Owernii we Francji, zawierającą 15 minerałów znanych z dobroczynnego wpływu na skórę i kwasu hialuronowego naturalnego pochodzenia, który wiąże wodę w warstwie rogowej naskórka, zapewniając jej tym samym odpowiednie nawilżenie.

Stosuję Mineral 89 od kilku tygodni i bardzo go sobie cenię, zwłaszcza lekką i szybko wchłaniającą się delikatną żelową konsystencję. Tak jak na noc lubię posmarować twarz tłustym kremem, otulającym moją skórę jak kołdra ;), tak od rana potrzebuję poczucia lekkości przy jednoczesnym zapewnieniu nawilżenia. A taki jest booster Vichy: nie pozostawia tłustej smugi na skórze, a mimo to jest solidnie nawodniona. Polecam!

*
Od lat, dyżurnym żartem moich dzieci w dniu urodzin jest pytanie o to, ile mam lat.
–  37 – odparłam dziś.
– Wyglądasz o wiele młodziej!
–  A na ile lat wyglądam?
– Na … 36!

😀

Nie zapomnę też opowieści mojej mamy. Kiedyś już ją na blogu przytaczałam,  ale pozwolę sobie zrobić to jeszcze raz. Otóż jej babcia, czyli moja prababcia, wzięła ją kiedyś do siebie i rzekła do 16-letniej wówczas wnuczki:

— Wnusiu, patrzysz teraz na starą kobietę, a ja wciąż jestem tą samą dziewczyną, którą byłam, mając tyle lat, co ty teraz. Widzisz pomarszczoną staruszkę, a we mnie wciąż jest ta sama młoda 20-letnia dziewczyna. Patrzę na te swoje pomarszczone dłonie, twarz, a w środku mam tyle energii, że mogłabym biec, tańczyć, całować!

Partnerem tekstu jest marka Vichy

Komentarze:

  • Marta

    Mam podobne przemyślenia i podobną metrykę: prawie 35 wiosen za mną, prawie bo za tydzień mam urodziny. 🙂
    Pierwszy raz słyszę o pojęciu „booster”, ale zaintrygowałaś mnie, wyślę mężowi link do Twojego tekstu, z tytułem ‚pomysł na prezent’. :>

  • Lady

    Pracuję z młodzieżą, czuję się cały czas młodo (powiedzmy na max 27 lat, a skończyłam 36), niby upływajacym czasem się nie martwię – słowo klucz „niby” – ponieważ ciągle chciałabym zostać mamą, a czas działa zdecydowanie na niekorzyść.

  • Monika

    Zazdroszczę (tak pozytywnie) tego samopoczucia.
    Moje koleżanki, które zostały mamami zaraz po dwudzieste lub wcześniej również czują się młodo, bo mają prawie lub już dorosłe dzieci a same nadal są w świetnej formie z mnóstwem energii i planami na przyszłość. Ja przy nich niestety z niezrealizowanym pragnieniem macierzyństwa czuję się staro, bo niestety biologii się nie oszuka i na pewno rzeczy w pewnym wieku jest za późno…
    Sprawdzę ten nawilżający preparat do twarzy 🙂

  • Kasia B.

    A ja dla odmiany, jak już się chwalimy wiekiem, w lipcu kończę 23 lata 🙂 Ale równie dobrze mi się dogaduje z rówieśnikami, jak i dziećmi oraz ze starszymi. Też jestem zdania, że każdy ma tyle lat na ile wygląda i ja się czuję na dokładnie 23 lata. I tak mnie odbierają, nikt mi (już) nie odejmuje ani nie dodaje lat. Dosyć długo czułam się niedojrzałe, na dużo młodszą niż byłam i tak też mnie odbierano (o dowód pytano mnie nawet w ciąży, a byłam w niej mając 21 lat). To było miłe gdy mnie odmładzano, ale… jeszcze milsze jest gdy nieznajoma osoba idealnie określa ile mam dokładnie lat 🙂

  • A mnie tez ostatnio tak kolezanka skomplementowala, ale sama jestem sobie winna, bo bylam lasa pochwal. Jestem przyzwyczajona (moze juz nieslusznie), ze moj wiek jest szacowany na ok. 5 lat mniej. Nie mam siwych wlosow („wada genetyczna” po mieczu) i malo zmarszczek. Kolezanka nie wiedziala, ile mam lat, ale przez moje aluzje w stylu – „No nie wiem, czy trzecie w tym wieku, ja juz stara jestem” pewnie dopowiedziala sobie reszte. I kiedy padlo pytanie, na ile wygladam, padlo „gora 41” (a ja mam 42, a kolezanka myslala, ze… 45, wiec kurtuazyjnie odjela). To tyle w temacie – „a mnie w monopolowym prosza o dowod”. :))) No owszem, prosili, ale to bylo czas temu. 🙂 A Ty, Nisko, wygladasz rewelacyjnie.