Parentyfikacja, czyli matkowanie własnej matce – o dzieciach zniewolonych przez niedorosłych rodziców

.
Każdy z nas spotkał się z pojęciem Matki Polki, poświęcającej życie swojemu dziecku. A czy słyszeliście o Córce Polce poświęcającej życie swojemu rodzicowi, zwykle matce? 

Czuje się za nią odpowiedzialna, nie jest w stanie jej „porzucić”, np. wyjeżdżając do innego kraju lub miasta, nawet w imię dobra swojego prawdziwego dziecka. Na samą myśl, że mogłaby się tego dopuścić, kręci jej się w oku łza, a w sercu rodzi ogromne poczucie winy. Przecież nie może zostawić własnej matki, przecież ona sobie bez niej nie poradzi. Matka niczym dziecko. Dziecko niczym matka.

Do poświęcenia uwagi temu tematowi skłonił mnie komentarz, który niedawno zostawiła moja Czytelniczka. Pozwolę sobie na zacytowanie go, bo autorka pozostała anonimowa i w żaden sposób nie da się jej zidentyfikować. 

  „Jakby to zacząć… mam 25 lat i od 10 lat mieszkam z rodzicami za granicą. Dosłownie tydzień temu pokłóciłam się z mamą o.. pomoc. Rodzice znają angielski na poziomie komunikatywnym, ja znam na bardzo zaawansowanym. Od 15 roku życia to ja dzwonię po lekarzach, to ja załatwiam podatki, to ja płacę rachunki, to ja prowadzę konto bankowe na internecie… i wybuchłam. Mam po prostu dość dzwonienia do mnie po 3-4 razy dziennie z pytaniem:
„A co to znaczy?”
A możesz zadzwonić do lekarza i powiedzieć, że nie przyjdę?”

Kiedy odezwałam się po chamsku, usłyszałam, że jestem niewychowanym bachorem i to pewnie ona źle mnie wychowała… tyle, że ja nie mieszkam już z rodzicami od roku, mam swoje życie i nie mam czasu, ochoty i czasami wręcz pieniędzy, żeby pomóc/zrobić coś. Moja mama wpędza mnie wiecznie w poczucie winy, że ona mnie wychowała, ona mi pomagała, a ja się teraz tak odwdzięczam.

Dopiero jak zaczęłam rozmawiać na ten temat z innymi ludźmi spoza rodziny dotarło do mnie jak jestem wykorzystywana! Jest mi bardzo przykro i nie mam ochoty utrzymywać kontaktu z rodzicami na razie, mimo iż są jedyną rodziną, jaką mam w tym kraju (poza moim chłopakiem). Jak się okazuje, potrafią sobie radzić i dzwonić do innych, od kiedy odmówiłam pomocy.”

*
Zjawisko, które opisała moja Czytelniczka nazywane jest przez psychologów parentyfikacją, czyli przejęciem przez dziecko dorosłych ról i jest bardzo niebezpieczne dla psychiki dziecka (również już dorosłego) oraz świadczy o złej kondycji psychiki rodzica. 

Najoczywistszym przykładem parentyfikacji jest ta zwana instrumentalną i występuje zwykle w rodzinach dotkniętych alkoholizmem lub nieleczoną chorobą psychiczną. Dziecko czuje się wtedy odpowiedzialne za „trzymanie poziomu” za rodzica i staje się jego opiekunem oraz przejmuje jego role: ogarnia dom, młodsze rodzeństwo, organizuje żywność, a czasem i pieniądze.

Jednak matkowanie swoim rodzicom może również występować w rodzinach, w których nie występuje problem uzależnienia lub chorób, lecz na pozór zdrowo funkcjonujących. Na pozór, bo zatracenie granicy między tym, kto jest rodzicem, a kto dzieckiem, obciążanie dziecko problemami ponad jego siły – a to jest istotą parentyfikacji – nie jest zdrową sytuacją i bardzo obciąża psychicznie dziecko, również to dorosłe. Dziecko jest niczym mityczny Herakles, który bierze na swoje barki więcej niż jest w stanie unieść, co zwykle kończy się zaburzeniami zdrowia psychicznego i fizycznego.

Parentyfikacja na emigracji, opisana przez moją Czytelniczkę jest również dość częstym zjawiskiem. Rodzice, zamiast nauczyć się języka obcego, wieszają się na dziecku, które je zna. Mają prawo, przecież to oni łożyli na jego edukację, prawda?!

Istnieje jeszcze inny rodzaj równie niebezpiecznej parentyfikacji: emocjonalna, w której dziecko staje partnerem wspierającym rodzica w problemach miłosnych, towarzyskich, zawodowych, życiowych, dziecko niczym doradca, kompan, mediator w rodzinnych konfliktach i przyjaciel, na które to zjawisko zwracałam kiedyś uwagę w tekście Dziecko nie jest Twoim przyjacielem

To również komunikaty w stylu:

– W ogóle mnie nie odwiedzasz, chyba o mnie zapomniałaś, czuję się taka samotna, zaopiekuj się mną.
– Zmarnowałam sobie życie przez twojego ojca, ale nie mogłam się z nim rozwieść, bo ty byłeś malutki, a sama nie poradziłabym sobie finansowo.
– Całe życie opiekowałam się tobą, bo nie było dla mnie nic ważniejszego niż twoje dobro, wszystko dla ciebie poświęciłam.
– Nie poradzę sobie bez ciebie.
– Co ja bez ciebie zrobię, jak wyjedziesz z naszego miasta/wyjdziesz za mąż/ożenisz się.

Dziecko (również dorosłe) słysząc takie komunikaty czuje się odpowiedzialne za cierpienie rodzica i zobowiązane do opiekowania się nim. Poczucie winy i wdzięczności „za poświęcenie” tworzą poczucie przymusu odpracowania. Gdy próbują wyjść z tego schematu czują potworne wyrzuty sumienia, czują się złymi, myślącymi wyłącznie o sobie, podłymi ludźmi, którzy zostawiają rodziców na pastwę losu. Żyją w napięciu, mają poczucie, że muszą nad wszystkim panować, kontrolować, nie mogą pozwolić sobie na beztroskę i na błędy.

Więcej o budzeniu w dziecku poczucia konieczności odwdzięczenia się za poświęcenie pisałam w tekście Dziecko nic Ci nie jest winne. Nie możesz żądać od niego odwdzięczenia się „na starość.

W świetnym – polecam → wywiadzie dla Wysokich Obcasów prof. Katarzyna Schier, wybitna psycholog i  psychoterapeutka, autorka książki „Dorosłe dzieci” o parentyfikacji, opowiada o tym, że konsekwencją rodzicowania swoim rodzicom jest depresja, więc sprawa jest naprawdę poważna.

Równie ciekawą rozmowę o parentyfikacji z tą samą rozmówczynią pod tytułem „Mamo, puść mnie” możecie znaleźć w papierowym miesięczniku Newsweeka „Psychologia”, początek wywiadu dostępny jest tutaj. Poniżej cytuję fragment:

Matka nie wypuszcza córki i pozostaje z nią w relacji symbiotycznej, a córka jest jej wierna. Bo żeby separacja mogła mieć miejsce, musi być przyzwolenie rodzica. U niektórych kopytnych jest to kopnięcie kopytem, żeby młode sobie poszło, u ludzi, niestety, tak się nie dzieje. To uwiązanie nie pozwala ani na realizację funkcji macierzyńskiej, ani seksualnej. Nie da się zbudować związku, kiedy rodzic cały czas jest tym, którym trzeba się zajmować, czyli skupia na sobie, swoich chorobach, okazuje niezadowolenie, krytykuje, ingeruje w życie córki. Homo sapiens, jeśli sam jest wewnętrznie dzieckiem, to przytrzyma swoje dziecko. Ma je po to, żeby nim się zajęło, zamiast dać mu wolność i puścić w świat. Konsekwencje są tak poważne, że często kobiety, które doświadczyły odwrócenia ról, nie wchodzą w inne relacje, bo mają poczucie winy wobec matek…”

Nie jest moim zamiarem piętnowanie „niedorosłych rodziców”, którzy stali się dziećmi własnych dzieci i oczekują od nich opieki i pełnego zaangażowania. Zwłaszcza, że pewnie nie wiedzą, co czynią. Jednak nie zmienia to faktu, że jest to krzywdzenie dziecka, bo parentyfikacja definiowana jest jako rodzicielskie wykorzystanie. Dziecko poświęca własne potrzeby rozwojowe zajmując się potrzebami rodziców. Potem, gdy jest już dorosłe, często poświęca kolejne potrzeby, np. założenia własnej rodziny (lub wyprowadzki z rodziną w inne miejsce), bo jako priorytetowe traktuje potrzeby rodziców.

W zdrowej relacji z rodzicem następuje stopniowy proces oddzielenia się dziecka od rodzica, tak by to dziecko mogło stać się samodzielnym dorosłym niepotrzebującym rodzica. Pisałam o tym w tekście Dlaczego nastolatki buntują się? Pozwól swojemu dziecku odejść hen daleko od siebie. Bo żeby stać się prawdziwym dorosłym (czyli pożegnać się ze swoim wewnętrznym dzieckiem) trzeba umieć pożegnać się z rodzicami.

A najgorsze, że sytuacja zwykle ciągnie się przez wiele pokoleń i każde kolejne przenosi ów schemat na własne potomstwo, oczekując nad sobą opieki.I historia się powtarza i ciągnie się z pokolenia na pokolenie. We własnym dzieciństwie zabrakło im opieki, troski i wsparcia, więc oczekują tego od swoich dzieci. Albo idą w drugą stronę: nadopiekuńczości i są rodzicami nie stawiającymi dzieciom granic, podającym im wszystko „na tacy”, nie pozwalającym im dorosnąć.

Czy jest szansa, żeby to przerwać?

Tak. Jednak jedyną możliwością jest pójście na terapię, co też doradziłam mojej Czytelniczce, która jak przyznała, już boryka się z depresją. Dlatego jeżeli ktoś z Was dostrzegł właśnie w sobie lub w kimś z bliskiego otoczenia szpony parentyfikacji, polecam spotkanie z terapeutą. Możecie to zrobić albo umawiając się na płatną wizytę – to naprawdę bardzo dobrze wydane pieniądze – albo jeżeli nie macie na to środków: refundowaną z NFZ. Poszukajcie w swoim mieście lub miejscowości ośrodka. Zróbcie to dla siebie i dla swojego potomstwa. Nie skazujcie swoich dzieci na rodzicowanie Wam.

Komentarze:

  • Karolina

    Ja żyłam w takim domu gdzie przez 20 lat byłam świadkiem jak moja babcia wyniszcza tak moją matkę (robi to nadal ale ja już z nimi na szczęście nie mieszkam). Zresztą moja matka robiła to samo że mną i do tego babcia też. Doszło do tego stopnia że jak” wyprowadziłam się” w wieku 18 lat PIĘTRO NIŻEJ do osobnej kawalerki w piwnicy bo już nie mogłam wytrzymać kłótni babci z moim ojcem ( bo przez 30 lat nie mogła się pogodzić że jej córka nie jest już tylko jej) to były krzyki płacze i walenie mi w drzwi że czemu im to robię. Po skończeniu szkoły wynajelam mieszkanie w innym mieście bo akurat tam dostałam pracę i też matka płakała czemu ją zostawiłam i że to moja wina bo mogłabym zrobić prawo jazdy i dojeżdżać godzinę w jedną stronę. Po paru miesiącach jednak wróciłam bo się przebranzowilam i znów mieszkałam z nimi. w wieku 20 lat wyszłam za mąż i to je nawet ucieszyło, niestety to że kupujemy mieszkanie już nie. I tak oto zaczęły się groźby że one się zabiją, że nie widzą sensu życia. Że jak one mnie wychowały i co takiego one mi zrobiły ogólnie że nie chcę z nimi mieszkać. Podsluchalam też kiedyś jak rozmawialy między sobą że one myślały że ja tam z mężem będę mieszkać do końca życia z nimi i że to ich jego wina że mnie im zabrał. W końcu się przeprowadziliśmy, w miarę zostało to w koncu zaakceptowane (od czasu do czasu tylko jakiś telefon lub sms do mnie lub męża z jakąś groźbą). Do tego moja matka jest bardzo mało samodzielna i na mnie w wieku jakoś 14 lat spadł obowiązek płacenia rachunków itd. doszło do tego że jak miałam jakieś 19 lat to przepisały na mnie dom bym mogła już wszystkim się zajmować. Niestety też odczuwam takiego zachowania negatywne skutki na mojej własnej psychice i zachowaniu ale walczę z tym i jakoś daję radę, ale gdybym tak szybko nie wyszła za mąż i się w miarę nie odciela od nich to nie wiem co by że mną było za parę lat.

    • Karolina

      Dodam jeszcze, że moja matka bardzo teraz nalega na potomka z mojej strony bo jak to mówi „chce mieć co robić” -a mi się wydaje że liczy na to że ktoś inny będzie od niej uzależniony. Bardzo się tego boję i myślę że jak już będę miała dziecko to ich kontakt będzie minimalny.

    • Karolina, jesteś mega dzielna, widzisz problem i nie dajesz się! Gdybyś chciała coś poczytać to polecam Ci książkę Katarzyny Schier „Dorosłe dzieci”. Nie jest to poradnik psychologiczny tylko bardziej opracowanie naukowe tematu, ale pomaga zrozumieć parentyfikację i w ogóle… pomaga 🙂 Trzymaj się!

      • Karolina

        Bardzo dziękuję, przeczytam z pewnością, bo nie wiedziałam do tej pory, że tn problem jest tak powszechny i mnie wręcz zaciekawił:)

    • Ola

      Szczerze mówiąc, chociaż nie chcę wyjść na potwora, to skoro matka i babcia przepisały na Ciebie dom, to ja bym go sprzedała w cholerę albo zażądała od nich czynszu za mieszkanie. Skoro masz się wszystkim zajmować, to niech one pomogą Tobie. Boże, wszystkie te sytuacje są chore… Mnie matka praktycznie wyrzuciła z domu, a raczej „przyzwoliła” na to swojemu konkubentowi, który na dodatek od jakiegoś czasu znęca się nad nią psychicznie i wyzywa od najgorszych, mnie z resztą też, ale przecież ona go nie wyrzuci, bo pomaga, bo babcię do lekarza zawiezie… Pieprzę za przeproszeniem taką pomoc, skoro taka jest jej cena. Ostatnio byłam „w domu rodzinnym” w styczniu i moja noga tam nie postanie, póki ten obleśny kryminalista będzie tam mieszkał, póki matka i babcia nie zmądrzeją. Nie pozwolę się więcej poniżać, facet doprowadził mnie na skraj załamania psychicznego, miałam napady lękowe na widok podobnego samochodu do tego, który on posiadał… Całe szczęście, że mieszkam we Wrocławiu, a matka z babcią 300 km stąd.

      • Karolina

        No niestety od tak nie mogę go sprzedać bo tak jak z matką mam umowę darowizny tak z babcią mam dożywocie bo nie byłam jedyna w „kolejce po dom” a tak nikt nie może tego podważyć. Co prawda planuje kupić im mieszkanie ale potem im je darować żeby same sobie wszystko zalatwialy. Bo teraz mają dodatkowo pretekst żebym przyjeżdżala np. a to odsniezyc bo ktoś sobie złamie na chodniku a to przecież moja będzie wina no bo to w końcu mój dom :))) No niestety taka kolej rzeczy że osoby 60+ i 80+ nie nadają się do mieszkania w domu o powierzchni 200m bo to bez sensu i nic w nim nie robią to raz dwa że to ja płacę całe opłaty np za ogrzanie tego domu gdzie mieszkają tylko one dwie. Dodam, że moja matka, gdy ostatnio ograniczamy kontakt zadzwoniła że ona chce zmienić darowiznę w dożywocie niby pod pretekstem że się boi że ja wyrzuce i skończy pod mostem, ale ja dobrze wiem, że po prostu chce czuć że jestem do niej w pewien sposób uwiazana do końca życia. Całe szczęście,że trochę siedzę w tym temacie i wiem że nie da się od tak cofnąć darowizny. Już na sam plus działa to z3 musiała by pójść do prawnika złożyć sprawę do sądu no a sama tego beze mnie nie zrobi.

        Masz szczęście, że mieszkasz tak daleko od nich. Najlepiej tego nigdy nie zmieniaj 🙂

  • Monika

    Nie wiem na ile wpisuję się w schemat takiej relacji między rodzicami a dzieckiem, ale chyba trochę tak. Moja mama zawsze wywierała na mnie presję, żebym wróciła do domu rodzinnego, bo przecież inaczej wszystko się „zmarnuje”, a przecież ona tyle pracy w ten dom włożyła. Ja zaznawszy życia na własną rękę nie bardzo się do tego paliłam. Życie jednak zweryfikowało moje plany i wróciłam do domu z powodu choroby mojej mamy… po jej śmierci długo rozważaliśmy z mężem co robić – zostawić mojego tatę samego w ogromnym pustym domu i wrócić do „swojego” życia w mieście czy jednak zostać w rodzinnej, małej miejscowości. Każde rozwiązanie miało plusy i minusy, ale jednak poczucie obowiązku wobec taty (który w żaden sposób nie naciskał na nas, ale nie wiem czy zdawał sobie sprawę, że mamy takie wątpliwości) i oczekiwania mamy, plus to, ze dostałam na miejscu ofertę pracy zadecydowały o tym, ze jednak zostajemy. Do tej pory jest mi czasem żal tego, co zostawiliśmy, chociaż to rozwiązanie tez ma sporo plusów (pozwoliło nam na szybsze założenie rodziny). Najbardziej w tym wszystkim denerwowało mnie to, ze wszelkie oczekiwania rodziny spadaly w tej sytuacji na mnie, a nikt niczego nie wymagał od mojego brata… a może to tylko ja miałam paranoje, że tą presję odczuwałam? (Albo brat miał zdrowsze podejście ;p) Chyba zawsze będę się zastanawiać jak by to wszystko potoczyło, gdybyśmy podjęli inną decyzję.

  • No name

    To jest też bezpośrednio związane z samym dzieckiem, jest taki czas, że trzeba „odciąć pępowinę”, „wziąć rozwód z rodzicami”. U niektórych dzieje się to za późno. Ja sama pomagam mamie na wiele różnych sposobów, na tyle na ile mogę i nigdy bym jej tej pomocy nie odmówiła, nawet jeśli zabiera mi to dużo czasu. I to nie do końca chodzi o to, że to jest moja mama. Chodzi o człowieka. Słyszałam też dużo tych haseł „co ja bez Ciebie zrobię”, „zostawiasz mnie”, ale umiałam to wytłumaczyć i nie przejmowałam się tym specjalnie (takie są mamy, każda najchętniej trzymałaby swoje dziecko do końca), bo przecież każdy prędzej czy później założy rodzinę, wyprowadzi się. To jest naturalną kolej rzeczy, ale jeśli nie umiemy rozgraniczyć pomocy od robienia czegoś za kogoś to z czasem będzie coraz gorzej.

    • Marta

      Dokładnie 🙂 To nic złego pomóc rodzicom, to jest super sprawa. Myślę ze każdy z nas powinien pomagac czasem swoim rodzicom, po prostu, z miłości. Gorzej kiedy zmienia się to w coś o czym jest ten artykuł…

  • Joasia

    Zainteresowanym tematem polecam powieść „Gdy ucicha ocean” Renaty Górskiej. Jest tam historia Zoe, która wpisuje się taki przypadek. Pozdrawiam autorkę świetnego artykułu i inne komentatorki!

  • Nawet nie wiedziałam, że to ma jakąś nazwę…
    U mnie było tak: matka samotnie wychowująca dwie córki z różnicą wieku 10 lat, obie wpadki, niechciane, ale „poświęciłam Wam swoje życie”. Starsza siostra miała kontakt z ojcem, była wychowywana też przez babcie, ja tylko przez matkę. Uczyłam się dobrze, pomagałam w domu, byłam grzeczna i kulturalna, ale powód do pretensji zawsze był. Gdy miałam 16 lat, poznałam chłopaka i zaczęłam się stawiać matce – chciałam mieć swoje życie, iść na spacer, wyjść z domu i nie musieć być w nim punkt 20, żeby przygotować jej kolację. Po maturze wyprowadziłam się z domu, nie odzywała się dwa tygodnie, była obrażona. Następnie przez półtora roku, gdy mieszkaliśmy z chłopakiem z dala od niej – ciągła kontrola, kilka telefonów dziennie, gdzie jestem, co robię, kiedy przyjedziemy bo w domu trzeba zrobić to to i tamto. W tamtym czasie zaczęłam terapię u psychiatry i psychologa, bo dopadły mnie zaburzenia lękowe ze stanami depresyjnymi, ataki paniki, bezsenność. Miałam 20 lat i brałam antydepresanty, rzuciłam pracę i szkołę, pomagał mi tylko, już wtedy, narzeczony, od matki nadal pretensje. Gdy brakło oszczędności, zamieszkaliśmy z nią na rok i to był okropny rok… Nie mogliśmy spędzać czasu z narzeczonym sami w swoim pokoju, bo jej się nudzi, każdy wyjazd do znajomych czy jego rodziny okupowany był milionem pytań, a po czasie zaczęła dzwonić, że mam wracać natychmiast, bo ona się źle czuje. Co z tego, że w domu z nią był mój szwagier czy siostra… Wtedy też na jednym ze spotkań z psychologiem wybuchnęłam, odpowiedziałam o tych relacjach, o moim zmęczeniu. I to był punkt, w którym zaczęłam się czuć lepiej, bo zrozumiałam dlaczego dzieje się ze mną to, co się dzieje. Mieszkaliśmy z matką jeszcze chwile, w tym czasie cichaczem załatwialiśmy kredyt na mieszkanie, a ona robiła afery o termin naszego ślubu, a raczej o to, że przełożyliśmy termin z powodu wyjazdu teściowej. To było w styczniu tamtego roku, afera na pół miejscowości, kłótnia, pretensje, wyzwiska i spokój. Od ponad roku nie mam z matką żadnego kontaktu, nawet życzeń na urodziny czy święta. Ona robi ploty na mój temat, ludzie mają mnie za złą córkę, która zostawiła matkę, a ja w końcu jestem szczęśliwa, z moim mężem oczekujemy na maj, kiedy to urodzi nam się dziecko, żyjemy w spokoju i bez antydepresantów. To była tak toksyczna relacja, że nie mogła się zakończyć inaczej. Żeby było dobrze, muszą starać się dwie osoby, a moja matka widziała tylko moje błędy. Straciła przez to córkę, wnuka i zięcia i nie odzyska nas nigdy, bo nigdy się nie zmieni.

  • Dziękuję Nishko za poruszenie tego tematu! Z całego serducha. :*

  • J.

    Dziękuję za ten tekst. Po prostu.
    Od kilku lat walczę o siebie. Z moją Mamą walczę, bo nie pozwala mi dorosnąć. Moje wyjście „spod kontroli” zaplanowane jest na wrzesień – wychodzę za mąż. Od kiedy padł konkretny termin, bujam się z rodzicami między euforią, bo wesele i trzeba się pokazać a wiecznymi pretensjami, bo ma być wszystko tak jak oni chcą, a ja serce oddałam komuś innemu i w ogóle się z nimi nie liczę. A ślub przecież jest mój, prawda?
    Aktualnie na tapecie wybór świadka. Awantura na skalę światową prawie, bo nie chcę wybrać mojego brata, z którym nie jestem emocjonalnie związana. I ten moment, gdy mama dzwoni do mnie w trakcie pracy by mi powiedzieć, że nie tak mnie wychowała i że w takim razie może odwołamy wesele, skoro taka jestem. Także cóż… Od trzech dni nie żyję, bo płaczę. To boli, bo chcę być dorosła, a od lat mam w głowie kliszę „jestem dorosła i decyduję o moim życiu = krzywdzę rodziców”. Trudno się z tego uwolnić, dlatego takie teksty jak Twój są niesamowicie ważne. Pomagają choć na chwilę ułożyć sobie wszystko w głowie.
    W sobotę kolejna runda. Na ten sam temat. Tym razem nie przez telefon, przyjeżdżają. Jestem przekonana, że po to, by mnie przekonać. Tylko że ja nie chcę dać się przekonać, bo to oznacza krok w tył, powrót do bycia dzieckiem. A ja naprawdę chcę być dorosła. Postawienie granicy będzie bolało i niestety nie wiem, czy jestem na to gotowa. I czy to wytrzymam.

    Mam 28 lat. Pracuję, utrzymuję się sama, zaraz wyjdę za mąż, za jakiś czas planujemy z A. dziecko. Nie chcę żyć tak jak teraz, bo jestem nieszczęśliwa. Zbyt długo.

    P.S. Może znasz (lub znacie, do wszystkich którzy to czytają) jakieś dobre książki i opracowania na ten temat? Chyba potrzebuję trochę wiedzy teoretycznej, doświadczenia już mam.

    Serdeczności!

    • Maja

      Bardzo polecam książkę, o której wspomina Nishka, czyli „Dorosłe dzieci” Katarzyny Scheir, możesz ją kupić np. tutaj: http://www.gandalf.com.pl/b/dorosle-dzieci/
      Poniżej widziałam, że polecana była również inna książka: „Gdy ucicha ocean” – do zamówienia np. tutaj http://www.gandalf.com.pl/b/gdy-ucicha-ocean/ (nie czytałam jej, ale zamierzam) warto sięgnąć po nie, a równolegle umówić się z terapeutą – polecam, bo to przeżyłam i jestem teraz w nowym punkcie życia. Oddycham z ulgą. Powodzenia!

      • J.

        Dziękuję za te tytuły!
        Od 1,5 roku jestem pod opieką świetnej terapeutki – tylko niestety proces trwa, a zewsząd kłody pod nogi…
        Czyli jest nadzieja – dziękuję również za nią!

        • To może odwołaj spotkanie z nimi i skup się na przygotowaniach do ślubu? Bez ich czynnego udziału?

          • J.

            Klasyczny przypadek – są fundatorami wesela. Bo my chcieliśmy skromnie i z własnych pieniędzy, ale nas przekonali (nie trzeba było się zgadzać!), że to takie rodzinne spotkanie, jedno w życiu, bla bla bla. I teraz wychodzi na to, że chcą mieć kontrolę nad wszystkim…

            Ostatecznym rozwiązaniem będzie odwołanie wesela. Tylko wiem, że wtedy pewnie już nigdy nie będę miała dobrych stosunków z rodzicami, a przynajmniej tak mi się zdaje.

          • Jest taka jedna rzecz, której żałuję. Właśnie wesela za pieniądze rodziców – kolejny powód do dozgonnej wdzięczności, żałuję że nie pobiegłam w zwiewnej kiecce gdzieś w środku niczego, zapraszając skromne grono, bez szopki. Być może nie będziesz mieć dobrych relacji, oni podjęli taką decyzję, pieniądze są narzędziem kontroli. Potem będą kolejne preteksty – źle dziecko wychowujesz, źle ściany pomalowałaś, bo oni chcieli ecru, etc.

          • J.

            Też żałuję, że się zgodziłam na tę całą szopkę. Bo to szopka – pokażmy, jaką jesteśmy kochającą rodziną, nie ma znaczenia czego chce nasza córka, ważne, żebyśmy my byli zadowoleni, skoro wydaliśmy pieniądze.
            Niestety, we własnej naiwności sądziłam, że będzie inaczej. Oczywiście się rozczarowałam, a im dalej w las tym trudniej znaleźć drogę powrotną. Podświadomie chcę się z nimi tak pokłócić, żeby wesela nie było. I zastanawiam się tylko, czy to normalne?

          • To próba uniknięcia tego, co złe dla Ciebie, w sposób niebezpośredni i oddając im władzę nad przebiegiem zdarzeń. Władzę masz Ty i twój narzeczony, do ślubu wystarczą Młodzi i świadkowie, serio.

          • J.

            Dziękuję za te słowa – to naprawdę ważne, jestem bardzo wdzięczna!

          • pytałaś o konkretne książki, polecam Beattie Melody „Koniec współuzależnienia” i „Język wyzwolenia”, a także mój wpis na blogu: http://niedoskonalamama.pl/jesli-probujesz-komus-cos-udowodnic-jestes-tego-pewna/
            „Nawet jeśli odrzuca cię osoba, która jest dla ciebie najważniejszą osobą na świecie, to i tak nadal jesteś sobą i niczego ci nie brakuje. (…) Inni ludzie nie wiedzą, co jest dla nas najlepsze. My nie wiemy, co jest najlepsze dla nich. Do nas należy wyłącznie określenie tego, co dotyczy nas samych.” Melody Beattie

    • Polecam książki Susan Forward „Toksyczni Rodzice” i „Matki które potrafią kochać.Poradnik uzdrawiający dla córek”

      Jestem ciut młodsza. I obawiając ie własnie takiego wesela myślimy z chłopem by wziac ślub cywilny,olać wesele i z kilkorgiem osób z jego rodziny i świadkami spędzić miło popoludnie i wieczór …i czytam ksiazki,artykuły no i rozważam terapię. Tylko,ze czymś takim tez przekreślam stosunki z rodzicami.

  • Ela

    Rany! Relacja mojej matki z jej ojcem-wdowcem! Ten problem stał się dla
    mnie jaskrawy w kiedy mój ojciec stracił pracę, a łatwiej inną z jego
    specjalizacją znaleźć za granicą. Moja mama nie chce jechać, bo musiała
    by zostawić dziadka samego. Tylko nie widzę, aby mój dziadek wymuszał na
    mojej mamie zajmowanie się nim. Raczej moja mama sama się wkręciła.
    Stawiam na to, że jest to pozostałość po relacji z matką-alkoholiczką, z
    którą moja mama była w rzeczywistości sama (dziadek był marynarzem i
    często go nie było w domu) aż do jej śmierci, kiedy moja mama miała
    około 25 lat.

  • Adriana

    Przez długi czas wydawało mi się, że mam „normalną” rodzinę. Rodzice mówili przez wiele lat, że patologia to alkoholizm i inne uzależnienia.

  • Vera

    O tym, że matkuje własnej matce powiedziała mi psycholog podczas terapii. Wszelakie problemy z moją młodszą siostrą, która mieszkała z rodzicami w domu mama zwalała na mnie mimo tego, że byłam kilkaset km dalej na studiach. Cokolwiek się nie stało to praktycznie codziennie do mnie wydzwaniała, żebym załatwiła problem z siostrą. Siostra miała dość nacisku na to na jakie studia ma pójść, tego, że rzadko może gdzieś wyjść i tego trzymania „na smyczy”. Chciała normalnie wyjść, spotkać się ze znajomymi i móc czasami wrócić później niż o 22 giej (miała wtedy prawie 20 lat). Rodzice jej nie pozwalali więc ona robiła wszystko co jej zabraniali. Mama z lamentem do mnie dzwoniła,że sobie nie mogą z nią poradzić i, że jak tak dalej pójdzie tata dostanie zawału przez jej wyskoki. Nie było dla niej ważne, że studiuje 2 ciężkie kierunki i muszę się sama utrzymać. Przez prawie 2 lata wydzwaniała, o wychowywanie młodszej siostry. Ja wtedy czułam,że powinnam pomóc mamie i tacie. Mimo tego, że dzięki codziennym rozmową miałam mało czasu na swoje sprawy.
    Gdy byłam za granicą na parę tygodni mama dzwoniła do mnie, żebym załatwiła siostrze nocleg we Wrocławiu, bo ona musi pojechać załatwić sprawę ze studiami. Z Francji dzwoniłam po znajomych załatwiać siostrze nocleg. Znów myślałam,że powinnam pomoc. Później po zamieszaniu jak nie mogłam nic znaleźć wsród znajomych mama sobie przypomniała, ze ma tam kilka swoich znajomych.
    Mama wielokrotnie wspominała,że nie nauczyłyśmy ją korzystać z facebooka czy innych stron dlatego ona nie może sobie wystawiać swoich rękodzieł na sprzedaż. (Nie jest staruszką, bardzo wcześnie mnie urodziła). Uważa,że siedzę non stop przy komputerze więc na pewno wiem wszystko o biznesplanach i zakładaniu firmy. Robi z siebie strasznie bezradną osobę. Mimo,że potrafi obsługiwać komputer i Internet to potrafi do mnie dzwonić, żebym jej coś sprawdziła. Wymaga, ze powinnam jej z siostrą wszystko pokazać.
    Jest to strasznie irytujące, szczególnie, że to mnie tylko obciąża swoimi problemami. Taty nie chce denerwować, młodsza siostra wg niej jest zawsze zajęta i nie chce jej martwić, a ja od dawien dawna wysłuchuje rzeczy których nie powinnam słyszeć. Na terapię chodziłam, przeczytam ksiązki podane w przykładach. Cały czas ciężkie jest dla mnie to, że idealizowałam sobie relację z moją mamą, nagle się obudziłam i trochę cieżko mi się pogodzić, że tak to wygląda.

  • Kochani, a raczej kochane: czytam wszystkie Wasze komentarze i historię z uwagą i bardzo dziękuję, że je zostawiacie, bo to „świadectwo” dla osób, które mają podobne przeżycia jak Wy i mogą się z nimi utożsamić.

  • Ewa

    A ja chcę przerwać tę powtarzalność w mojej rodzinie. Mam 52 lata i chodzę na terapię, czwarty miesiąc, aby już więcej nie krzywdzić mojej córki. Robię to również dla siebie. Stoję przed decyzją powrotu do rodziców, bo tego oczekują. Mieszkam w innym mieście, pracuję, ale nie mam męża. Dla nich jest to oczywiste, że się nimi zajmę, a ja nie jestem na to gotowa. Nie chcę rezygnować ze swojego życia. Gdy miałam 20 lat to uciekłam od nadopiekuńczej, kontrolującej matki, która nie akceptuje mojego systemu wartości, od krytycznego ojca i nie chcę tego stracić. I to teraz, gdy zrozumiałam, że powtarzałam błędy rodziców. Nie chcę odbierać mojej córce autonomii, chcę by była wolna i szczęśliwa. Jestem dorosła i sama sobie ze wszystkim poradzę, jestem silna i nie muszę obarczać córki swoimi kłopotami. Chcę ją wspierać, gdy mnie o coś poprosi, ale nie narzucać się. Nie chcę być na każde zawołanie wszystkich naokoło, chcę by moje potrzeby były dla mnie priorytetem, chcę się nauczyć zdrowego egoizmu i asertywności. Jestem na początku drogi, ale moje relację z córką uzdrowiły się. Ona wszystko rozumie. Obie dbamy teraz aby nie zepsuć tej harmonii. Wszystko sobie powiedziałyśmy i to bardzo bolało. Szkoda, że moi rodzice są tak zamknięci, że kochają mnie chorą miłością. Jeszcze nie jestem gotowa by im wybaczyć. Córka, gdy ją przepraszałam ze łzami w oczach, podziękowała mi, bo widzi, jak bardzo chcę się zmienić i widzi, że to już się dzieje. Zmieniam się dla niej i dla siebie. A wszystkim biednym, nierozumiejącym rodzicom, którzy chcą sterować własnymi dziećmi życzę, by pod choinkę dostali od nich joystick wraz z głęboką, szczerą rozmową popartą książkami, min. Alice Miller „Dramat udanego dziecka”

  • Gosia Grudkowska

    Dziękuję za ten tekst

  • To może warto zorganizować się i zacząć obalać stereotypy o rodzinie i matkach. Mężczyźni teżmają ten problem https://m.facebook.com/PrzemocNieMaPlci/photos/a.334275596672007.60876.334273423338891/554826524616912/?type=3

  • zante Iksińska

    Do wszystkich symptomów, objawów i chorych zachowań muszę dołożyć poczucie odpowiedzialności za nastrój i samopoczucie matki. Jak (obowiązkowo) dzwoniłam do niej, to już po pierwszym jej „słucham” doskonale wiedziałam w jakim jest nastroju. Gdy złym – czułam skurcz i bieg myśli czy może coś zrobiłam/powiedziałam, co to wywołało. Gdy dobry – czułam ulgę trudną do opisania. Około 40-tki dopiero dotarło do mnie jak patologiczne są moje relacje z matką. Choć potem miałam świadomość wszystkiego, nie umiałam z tego kręgu się wydostać. Uważałam, że już za późno na zmiany, że to byłoby nieludzkie zostawić starsza panią samej sobie, która po latach szantażowania swoimi dolegliwościami teraz naprawdę jest chora. Z perspektywy czasu wiem, że tak naprawdę usprawiedliwiałam się sama przed sobą, bo nie miałam dość siły i odwagi, by to zrobić. W 2012 roku moja matka zmarła i początkowo poczułam ulgę i uznałam, że teraz samo się wszystko wyprostuje. Ale to nie była prawda. W tych sprawach nic samo się nie robi. Po prostu swój problem włożyłam do kartonu, odstawiłam na półkę i wydawało mi się, że jest OK, ale tak naprawdę nauczyłam się żyć pomimo. Dopiero rok temu trafiłam do psychiatry i psychoterapeuty. Od początku terapii biorę antydepresanty. Pierwsze oznaki zdrowienia poczułam dopiero po około pół roku. Mam 54 lata i dopiero teraz chce mi się żyć i mam poczucie, że nad swoim życiem panuję. Nie daję się wykorzystywać przez najbliższych i widzę granicę między udzielaniem komuś pomocy bo chcę, a pomaganiem innym z poczucia (irracjonalnej) winy i zatracaniu się w tej pomocy. Przestałam chorować (nadciśnienie, nadczynność tarczycy, zapalenie jelit). Szkoda, że tak późno zaczęłam się leczyć? Nie, bo wszystko w życiu ma swój czas.

  • Miałam to szczęście, że wspominana Pani Profesor Katarzyna Schier była moją opiekunką naukową i promotorka pracy magisterskiej. Niesamowita osoba, wielki autorytet, po prostu dobry i mądry człowiek. W „Dorosłych dzieciach” jest nawet omówienie prowadzonych przeze mnie pod kierownictwem profesor Schier badań 🙂 Książka, która porusza i boli. Obowiązkowa lektura dla zainteresowanych tematem, poza książkami Miller, Melody oraz Forward.

  • xraysight

    Na ile opisane tu zjawisko dotyczy jedynie sytuacji patologicznych, a na ile zwykłą, ludzką wdzięczność, empatię, życzliwość, miłość, czy jak tam to nazwiemy? Czy dlatego, że u kopytnych po wyruszeniu własną drogą dzieci już nigdy nie kontaktują się z rodzicami, u ludzi kontakty i pomoc jest zjawiskiem negatywnym? Sam mam zniedołężniałych rodziców i teściów. Rodzice są ogólnie samowystarczalni, ale widzę wyraźnie, że pewne sprawy są dla nich nieosiągalne, takie jak te, które trzeba przez internet załatwić, wszelakiego rodzaju infolinie, cięższe zakupy, czy nawet wizyta u lekarza (bo wiem, że jak beze mnie pójdą, to zostaną potraktowani po macoszemu i nawet nie będą o tym wiedzieli, bo to przecież „pan doktor”). Czytając artykuł przyszło mi do głowy, czy ja przypadkiem robię coś źle? Pomoc mi w żadnym razie nie przeszkadza, co więcej często myślę, że powinienem robić więcej. W artykule zabrakło mi opisu tej zdrowej relacji z rodzicami jako przeciwwagi do opisanego zjawiska. Czy w ogóle istnieje takowa, jeśli głównym zadaniem dzieci jest odcięcie pępowiny i… na tym koniec?

  • Dorota

    Skąd ja to znam. Najgorsze uczucie – poczucie winy. Od zawsze „ja nie mam czasu się tym zajmować / ja robię to dla ciebie / ja chcę żebyś to ty miała wykształcenie/ ja nie umiem i nie będę próbować”. A do tego „ty wolisz spędzać czas ze znajomymi niż we własnym domu/ widzę, że bardziej lubisz przyszłą teściową niż mnie”. Cieszy mnie tylko fakt, że wreszcie się sama utrzymuję i standardowy tekst „jak będziesz sama zarabiać to będziesz decydować” zaczął obowiązywać. Tak, zarabiam, tak, decyduję, tak mogę nie przyjeżdżać w odwiedziny, żeby nie słuchać tych tekstów… Oczywiście z poprawką na to, że moja praca „nie jest prawdziwa/ nieambitna taka/ nieważna w sumie”. Kolejny krok to jeszcze ślub – żebym mogła już zupełnie szczerze móc powiedzieć, że zostaję z moją rodziną w moim domu (choć już zostało zawyrokowane, że się rozwiodę, prędzej czy później).
    Pewnych rzeczy się nie odwróci. Najgorsze, że powinnam być i czuć się młodą kobietą, a ciągle mam poczucie bycia dzieckiem, jakieś wiszące nieodrobione lekcje samodzielności.
    Uczę się egoizmu. Asertywności. Tylko to bardzo ciężkie…

  • DDA

    Witam, zaczęłam pisać tutaj swoją historię, ale jest tego tak dużo, że zrezygnowałam. Byłam taką opiekunką mojej mamy i młodszego brata. Tata alkoholik, mama chora na schizofrenię, bieda, przemoc, brak poczucia bezpieczeństwa, życie w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na powrót pijanego ojca – to obraz mojego domu rodzinnego. Odkąd sięga moja pamięć musiałam ochraniać i opiekować się mamą i bratem. Gdy zaczęłam pracować, doszło wsparcie finansowe. Kiedyś przyjaciółka zapytała mnie, kiedy w końcu zajmę się swoim życiem. Strasznie wtedy na nią nakrzyczałam, że nie mogę przecież ich samych zostawić, że beze mnie sobie nie poradzą. Po jakimś czasie w sieci znalazłam artykuł o DDA i miałam wrażenie, że czytam o sobie. Zgłosiłam się do ośrodka leczenia uzależnień na terapię dla DDA. Wyprowadziłam się z domu. Mama i brat sobie poradzili i radzą do dzisiaj, ale mi nie wybaczyli 🙁 Dzisiaj mam 40 lat, szczęśliwą rodzinę, ale też nieustannie powracające poczucie winy, że się wyprowadziłam z rodzinnego domu. Mama do dzisiaj ma do mnie żal i mi wypomina, że ją zostawiłam, że jest samotna, mimo że ciągle mieszka z nią mój brat. Ale w końcu zawsze byłam tą nieudaną córką, która wrodziła się do rodziny ojca, gdy byłam dzieckiem wyzywała mnie od /nazwisko/, a w jej ustach, to była najstraszniejsza obelga. Byłam głąbem, który co by nie zrobił to i tak jej nie dorówna. Chyba nigdy nie cieszyły jej moje sukcesy. Nigdy nie usłyszałam – jestem z Ciebie dumna, wspaniale sobie radzisz. Nigdy nie usłyszałam – dziękuję.