To Ty jesteś kowalką własnego losu. Historia o tym, jak się nie poddałam

tyt

fot. Agnieszka Dzieniszewska

Słyszałam kiedyś o koncepcji, według której na ludzi można czasem spojrzeć jak na drzewa.

Ludzie Mimozy wiotczeją przy najmniejszym podmuchu wiatru. Ludzie Topole trzymają się dumnie, prosto i wysoko. Jednak kiedy wiatr, czyli jakaś niesprzyjająca okoliczność, mocniej powieje: pękają i łamią się. Natomiast Ludzie Leszczyny: owszem, przy podmuchu wiatru chwieją się, ale są na tyle elastyczni, że nie padają. Co więcej, po rozgrywce z wiatrem, wstają zwykle silniejsi i zahartowani.

1n


Czasem w życiu, zamiast odświeżającej bryzy, dopada nas huragan. Bywa, że trudna sytuacja po prostu nas zastaje: rodzimy się w określonej miejscowości, z określonym dostępem do edukacji i pracy, w określonej rodzinie, która wyposażyła nas w takie, a nie inne geny i dała określony ładunek wiary w siebie i swoje możliwości.

Jednak oprócz tej faktyczności, która nas zastaje, gdy przychodzimy na świat, inną istotną nicią, która szyje nasze życie jest tzw. los, podsuwający nam ludzi, których spotykamy na swojej drodze: inspirujących nas, zachęcających do działania, dodających wiary i otuchy.

Sztuką jest zrozumienie, że jesteśmy wolni i to my decydujemy, co zrobimy ze swoim życiem: dokonamy określonych wyborów, podejmiemy decyzję. Tchnięci przez los, który podsunie nam na drodze kogoś lub coś, będziemy chcieli zadziałać i wydobyć się z nici faktyczności. Uwierzyć w swoją siłę, moc i to, że jesteśmy w stanie dać radę przeciwnościom.

(Oczywiście, żeby nie było wątpliwości: nie mam teraz na myśli osób pogrążonych w depresji. Tu na nic nie zdadzą się hasła: „weź się w garść” i „uwierz w siebie”, w takiej sytuacji trzeba iść do lekarza lub terapeuty).

Zanim powiem więcej, bardzo zachęcam Was, żebyście obejrzeli ten krótki, ale treściwy i ciekawy film:

 

Występuje w nim sześć niezwykłych kobiet pochodzących z różnych części naszego globu: kobiet, które wywarły ogromny wpływ na środowisko, w którym żyją i stanowią duże źródło inspiracji dowodząc, iż pojedyncza zmiana może mieć ogromne znaczenie dla całego świata.clinique

Te kobiety biorą udział w ogólnoświatowej kampanii Clinique „Difference Maker”, której celem jest wzmacnianie pewności siebie i dumy u kobiet oraz zachęcanie ich do zmieniania otaczającego je świata, zarówno w ramach lokalnej społeczności jak i w życiu osobistym. Każda z nich jest ambasadorką kampanii #DifferenceMaker i wspiera organizację charytatywną stanowiącą część Inicjatywy Clinique Difference – platformy wspierającej edukację i ochronę zdrowia kobiet. Celem tej inicjatywy jest nauczenie kobiet pełnego wykorzystywania swojego potencjału oraz przekuwania trudnych, przełomowych momentów w życiu na sukcesy i zwycięstwa.

*

Z ciekawostek, które wynalazłam w sieci. Twórcy marki Clinique trafili w 1968 roku na artykuł w „Vogue”, w którym profesor dermatologii, dr Norman Orentreich, przeczył idei, która wówczas panowała, mianowicie powszechnemu mniemaniu, że „masz taką cerę, z jaką się urodziłaś”. Wprost przeciwnie: „Great skin can be created!” – przekonywał i zwrócił uwagę na trzy ważne elementy dbania o skórę: oczyszczania, złuszczania i nawilżania.

Ten artykuł zainspirował założycieli marki Clinique do stworzenia pierwszej na rynku marki alergologicznie przetestowanych produktów do pielęgnacji skóry w 100% pozbawionych zapachu i kultowego już systemu tzw. Trzech Kroków Clinique. Tutaj również można odnaleźć przekaz: że wystarczy dokonać jednej zmiany w codziennym rytuale pielęgnacji skóry, by jej wygląd radykalnie zmienił się na lepsze.

2Na zdjęciu jestem z wersją podróżną tej serii, której ostatnio używam, bo dopóki mogę, podróżuję. 🙂
3

*

Historiom Ambasadorek kampanii #DifferenceMaker – a są, wierzcie mi, bardzo ciekawe (i historie, i kobiety!), przyjrzę się w następnym tekście za kilkanaście dni. Dziś chcę podzielić się z Wami moją historią.  🙂

6

To jest dla mnie bardzo szczególny moment. Nie tylko dlatego, że jestem w ósmym miesiącu ciąży i lada tydzień na świat przyjdzie mój syn.

4

Szesnaście lat temu, dokładnie w tym samym momencie mojego macierzyństwa: będąc w ósmym miesiącu ciąży, przekroczyłam próg uniwersytetu, na którym zdecydowałam się studiować, mimo brzemiennego stanu, w którym wówczas znajdowałam się.

To był przełomowy moment w moim życiu. Miałam bowiem dwa wyjścia. Poddać się wiatrowi, który próbował mnie zdmuchnąć albo nie dać mu się i zachować niczym Kobieta Leszczyna.

 Kilka słów wyjaśnienia, zwłaszcza dla osób, które nie czytają mojego bloga od początku, czyli od ponad trzech lat. Moja pierwsza ciąża nie była planowana. Miałam wówczas 19 lat i wiadomość o niej przyjęłam z przerażeniem. Do egzaminów maturalnych podchodziłam w pierwszym trymestrze ciąży. Ciąża była więc niewidoczna, ale zdecydowanie odczuwalna: zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.

Pamiętam, że miałam chwile, w których chciałam to wszystko rzucić. Wszystko, w znaczeniu planów kontynuowania edukacji. W maju zdałam maturę. W czerwcu lub lipcu czekały mnie ustne egzaminy na studia. Kusiło mnie, żeby do nich nie podejść, na szczęście zbyt słabo.

Wyniki z matury i egzaminów dały mi bilet na wyższą uczelnię: odnalazłam swoje nazwisko na liście osób przyjętych na socjologię. Radość, szczęście, ulga.

Jednak co jakiś czas, latem i we wrześniu dopadały mnie myśli, czy aby nie wziąć urlopu dziekańskiego? Dziecko urodzę w listopadzie, po co od października zaczynać studia? Zostanę przez rok w domu z córką, a potem, gdy będzie miała rok wrócę na uczelnię – kombinowałam. 


58

Wtedy zadziały się dwa ważne wydarzenia. Pierwszym z nich były słowa mojej mamy, która, mimo że nie miała w zwyczaju wtrącać się w moje życie, tym razem zareagowała i rzekła:

 – Lepiej, żebyś nie brała urlopu dziekańskiego. Po roku przerwy będzie ci trudno wrócić na uczelnię, poza tym wbrew pozorom opieka nad dzieckiem rocznym, półtorarocznym jest bardziej absorbująca, niż nad niemowlęciem. 

Drugim ważnym wydarzeniem było to, że wzięłam sobie jej słowa do serca.

Dziecko urodziłam pod koniec listopada, na uczelnię wróciłam po 6 tygodniach. Tak sobie ułożyłam plan zajęć: chodząc na różne zajęcia z różnymi grupami, żeby nigdy nie być poza domem dłużej niż 2,5 godziny. Czasami nie było mnie 4 godziny, ale rozbijałam to: na rano i późne popołudnie. W opiece nad niemowlęciem pomagali mi najbliżsi: mieliśmy grafik, którego ściśle trzymaliśmy się. Przykładowo: w poniedziałki dwie godziny moją córką zajmowała się moja siostra, we wtorki dwie godziny mama, w środy teściowa, w piątki i każde popołudnie mąż. Jestem im bardzo wdzięczna za pomoc, choć jednocześnie wiem, że gdyby ich nie było, znalazłabym jakieś rozwiązanie: np. oddając dziecko na dwie godzinny dziennie do żłobka lub wynajmując nianię.

Czy było ciężko?

Było, ale czy życie jest łatwe? 🙂

7

Pierwszy rok wiązał się z szalonym kursowaniem między uczelnią a domem. Zamieszkaliśmy blisko uczelni, co było świetnym rozwiązaniem, bo traciłam minimalną ilość czasu na dojście do szkoły. Czasami podczas spacerów z córką zahaczałam o uczelnię i załatwiałam z nią różne sprawy.

Czasami jest tak, że im więcej obowiązków się ma, tym sprawniej je się realizuje. Nie traci się czasu na wielokrotne analizowanie, gdybanie, kręcenie się w kółko, błądzenie po domu czy internecie, lecz po prostu: działa się.

Oczywiście nie da się ogarnąć wszystkiego i najbardziej ucierpiał na tym porządek a właściwie nieporządek. Nasze mieszkanie przypominało wtedy obraz po trzęsieniu ziemi: wszędzie książki, smoczki, notatniki, grzechotki, odbite na ksero kartki pozakreślane markerami, gumowe zabawki. Ale to nie porządek był dla mnie wtedy priorytetem. Priorytetem było to, żeby sprawnie połączyć studiowanie z wychowaniem córki.

Czy da się studiować z małym dzieckiem? Jak się chce, to się da.

Dziecko uczy samodyscypliny, organizacji, zarządzania czasem. Miałam poczucie, że liczy się każda minuta, bywało, że do egzaminów uczyłam się z dzieckiem przy piersi, każdą chwilę, gdy spało starałam się wykorzystać na czytanie tekstów, notatek itd. Dzięki pomocy bliskich, mojej determinacji i dobrej organizacji udało się: nie przerwałam studiów, a nawet przez większość mojej studenckiej kariery, otrzymywałam stypendium naukowe. 🙂

Słowa z powyższego akapitu mogą wydawać się części z Was – zwłaszcza tych, którzy czytają mojego bloga od początku, znajome i słusznie: bo opublikowałam je trzy late temu w tekście Mam 19 lat i jestem w ciąży

Po tej publikacji otrzymałam setki komentarzy i listów od Czytelniczek będących w podobnej, jak ja sytuacji: nieplanowanej i wczesnej ciąży. Było mi niezmiernie miło czytać, że mój przykład stał się dla innych inspiracją, że pomógł im uwierzyć, że da się: skoro Nishce się udało, to dlaczego mnie ma się nie udać?

10

Wiem, że wtedy byłam w takim życiowym momencie, że mogłam się poddać i moje życie potoczyłoby się inaczej. Zostając z dzieckiem w domu: ja, osoba pełna temperamentu, bardzo wówczas łaknąca towarzystwa, wyzwań, stymulacji intelektualnej, spotkań z ludźmi: załamałabym się. Nie oznacza to, że zostanie z dzieckiem w domu uważam za porażkę, wprost przeciwnie: TERAZ, w 2016 roku, świadomie się na to decyduję! Myśl o tym, że będę mogła w spokoju i bez pośpiechu delektować się swoim macierzyństwem jest kojąca. 

Ale wtedy, w tamtym okresie potrzebowałam czegoś innego. Chciałam zdobyć wykształcenie. I móc pogodzić macierzyństwo z nauką. Udowodnić sobie, że nie wejdę w rolę stereotypowej „nastoletniej mamy” – której zajście w ciążę przekreśla plany. 

Chciałam udowodnić, że z dzieckiem „zmienia się wszystko i nic się nie zmienia”, że macierzyństwo nie musi być końcem, lecz może być początkiem, że to Ty, Matko, jesteś kowalem własnego losu. Albo kowalką. 🙂

Przyznam: nasza sytuacja finansowa była wówczas nieciekawa. Mieszkaliśmy w niewyremontowanym mieszkaniu, wózek i różne akcesoria i ubranka dla dziecka miałam z tzw. „odzysku”: otrzymałam je od znajomych lub kupowałam na tzw. „ciuchach”. Dlaczego? Dlatego, że przez 4 lata zamiast pracować studiowałam. 

Jednak fakt, że codziennie wychodziłam na uczelnię: spotykałam się z ludźmi, musiałam wyjść z domu, zdjąć domowe ubranie, nałożyć jakieś „wyjściowe”, zrobić sobie delikatny makijaż, uczesać się, nauczyć do kolokwium, posłuchać wykładu, wziąć udział w dyskusji podczas ćwiczeń, powodował, że czułam się ze sobą dobrze. A w domu czekała na mnie ukochana córka. 

Dziś wiem, że to wszystko zadziało się głównie dzięki dwóm aspektom. Moim rodzicom, którzy byli moimi „Difference Makers” – Tacie, który na swój, bezczelny sposób zakomunikował mi, że „zaakceptuje moją ciążą pod warunkiem, że nie przerwę edukacji” i który tym zdaniem ukierunkował mnie na właściwy dla mnie tor. Oraz Mamy, która na swój empatyczny sposób, doradziła mi, żebym nie brała urlopu dziekańskiego, co akurat dla mnie (nie twierdzę, że dla każdego) było najlepszą z możliwych rad.

Bardzo zachęcam Was do podzielenia się swoimi przemyśleniami lub doświadczeniami: Czy jesteście w stanie wskazać osobę lub zdarzenie, które zmieniło coś w Waszym życiu, o kim myślicie jako o „Difference Maker”? 

Zapraszam do dyskusji i proszę o trzymanie kciuków za moje szczęśliwe rozwiązanie! Bym jako 35-latka zniosła to równie dobrze jak 19-latka! 😉

20

Komentarze:

  • Parentingowy_Com

    Ależ pięknie wyglądasz <3

  • Moim Difference Makerem był i jest mój mąż. Przy moim uwielbieniu do prokrastynacji po dziś dzień nie obroniłabym magisterki gdyby mi nie powiedział, że albo wszystko będzie w odpowiedniej kolejności, albo nie zobaczę diamentu na swoim palcu 😂 Strasznie mnie to dzisiaj śmieszy, ale prawda jest taka, że bardzo to wtedy przyspieszyło moje działania i niesamowicie mnie zmotywowało 😄

    • Dot

      Haha, mężczyźni wiedzą jak nas podejść 😀

    • Niezły szantaż! 😉

  • Dokładnie tak jest. Dzieci często pomagają w tym by wziąć się w garść. Czasami zastanawiam się nad tym trwonionym na gdybanie i kręcenie w kółko czasie bez dzieci :). Teraz decyzje podejmuje się szybciej i się po prostu działa , bo każda sekunda jest na wagę złota :). Z drugiej strony ten czas bez dzieci tez był potrzebny , choćby po to by docenić ten czas z dziećmi 😉 ( i robić sobie kilkudniowe maratony filmowe ,albo czytelnicze….mniam). A Ty Nishka, co tu gadać – dzielna jesteś. 🙂 Trzymam kciuki byś swój 3 poród zniosła jak pierwszy.

    • Dziękuję bardzo 🙂

  • Daria

    Historia, którą opowiem, może się z boku wydawać błaha i żadna „wow”, ale opowiem, bo ma dla mnie duże znaczenie.

    Otóż urodziłam się niepełnosprawna. Nigdy nie chodziłam, chodzić nigdy nie będę. Kręgosłup mam cholernie skrzywiony, ukryć się tego nie da. Tak samo jak i wózka. W szkole, mimo że była to placówka integracyjna, uczniowie zdarzali się różni. Do końca gimnazjum bywałam kozłem ofiarnym, bo przecież na wózku, bo przylepa nauczycieli, bo ciągle z matką przyjeżdża, nawet na wycieczkę z nią pojechała. Odbiło się to na mnie. Bardzo mocno się odbiło.

    Pierwsze studia rzuciłam po 2 miesiącach. Głównie dlatego, że mi się na nich nie podobało, ale nie ukrywam, powód był jeszcze inny: czułam się nieakceptowana. Po 10 miesiącach przerwy wróciłam na inny kierunek. Było dobrze. Do końcówki I roku. Wtedy to odezwała się moja słaba psychika, wymyślona przeze mnie samą presja i perfekcjonizm. Zaczęłam się panicznie bać, że nie zdam, mówiłam sobie, że jestem głupia,nic nie umiem i do niczego się nie nadaję. Plus milion innych złych rzeczy mi chodziło po głowie, możecie sobie tylko wyobrażać, jakie. Chciałam odejść z uczelni. Co zrobiłam ostatecznie? Pozwoliłam sobie na chwilę takiej paniki, potem zaczęłam działać. Usiadłam przy komputerze, poszukałam terapeuty. Chodzę do niego do dziś. 10 miesięcy od terapii jestem już silniejszą kobietą, która nadal, co prawda, ma ataki paniki i zwątpienia, ale coraz częściej łapię się na świadomości własnej wartości. Uczę się, że naprawdę nie muszę łapać wszystkiego od razu, że nie skończy się świat, gdy coś zawalę. Nawet terapeuta mówi, że widzi we mnie dużą zmianę.

    PS. Docinki z gimnazjum zaowocowały tym, że do niepełnosprawności mam ogromny dystans i potrafię się z niej śmiać.

    • Dot

      Brawo dla Ciebie, że się nie poddałaś! 🙂 A tym wyśmiewającym to wiadomo, co należałoby zrobić ;)) Nie warto się przejmować ich gadaniem, takie osoby robią to tylko po to, żeby się dowartościować.

      • Dot, otóż to! Osoby deprecjonujące innych, obrażające, dołujące tak naprawdę mają ze sobą problem.

    • Daria, Twoja historia absolutnie nie jest błaha ani nie-wow! To świetna historia kobiety, która nie dała się „losowi”, która walczy, która nie poddaje się, która działa i wierzy w siebie. Gratulacje! I wybacz ten ton, może brzmiący jak mentorski – absolutnie nie, ja po prostu tak piszę ze wzruszenia i bardzo dziękuję, że zechciałaś podzielić się swoją historią. A terapia to jest rewelacyjna sprawa, wiem coś o tym 🙂

      • Daria

        Jaki ton? Normalny ton masz 🙂 Cieszę się, że sprawiłam komuś radość, dzieląc się swoją historią, tym bardziej, że to nie jest coś, o czym się przyjemnie myśli, a co dopiero mówi. A biorąc pod uwagę, że jestem na świeżo po kolejnym ogromnym zawodzie… No cóż, naprawdę się cieszę, że mogłam Ci to opowiedzieć 🙂

    • Marta

      Twoja historia jest wow!
      Pokazujesz, że pokonałaś swoje demony, a w zasadzie pokonujesz każdego dnia. Chodzisz do terapeuty – wspaniała, mądra decyzja. Pokazujesz również, że zawsze można wziąć stery życia w swoje ręce i działać. To jest inspirujące. Także nie umniejszaj swojej historii znaczenia.
      Jesteś wspaniała!

      • Daria

        Dziękuję za miłe słowa 🙂

  • 5 lat temu urodziłam trojaczki. Mógł to być wyrok, a ja postanowiłam, że oto zostałam wybrana i przekłuję to w dar od losu. Dzisiaj moimi motywacyjnymi tekstami o rodzicielstwie dodaję siły wielu matkom. Bo skoro ja, z trojaczkami, mogę przebiec maraton, stworzyć własne miejsce pracy, być zadbana i uśmiechnięta, znajdować czas dla siebie i dbać o relację z mężem, to one też mogą. Codziennie dostaję sygnały, że w czyimś życiu robię jakąś pozytywną zmianę. I am a „difference maker”! P.S. Wyglądasz cudnie.

  • Trzymam mocno kciuki za szczęśliwe rozwiązanie! U mnie takim motywatorem jest mąż. On zawsze wie w jaki sposób pchnąć mnie do działania 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa i gratuluję męża 🙂

      • Dziękuję :-). Uwielbiam czytać Twojego bloga. Czytam go praktycznie od początku istnienia i zawsze znajduję na nim wartościowe treści.

  • Paulina

    Tak sobie własnie przeczytałam tekst i………. No właśnie i ja olałam studia mając 21 lat! Zaszłam w ciąże byłam na pierwszym roku studiów i olałam, z wygodnictwa lub z lenistwa. Tak sobie teraz myślę, że nikt mi nie dał kopa i powiedział ucz się. Hmmm córka nie ucierpiała, była ze mną, mąż pracował i też mieszkaliśmy sami w wynajmowanym mieszkaniu i bywało ciężko! Tylko ja siedziałam 4 lata w domu i po tym czasie poszłam do pracy. Czy żałuję tej decyzji – nie, bo byłam z dzieckiem. Nasuwa mi się tylko jeden wniosek, że mogłam pójść na studia, jak zaczęłam pracować i cóż nie uczyniłam tego. Chylę czoła Twej mamie, bo to święta prawda, że później na uczelnie wrócić jest ciężko, oj bardzo ciężko! I tak córka ma 10 lat, a ja pracuję i edukacja zakończona na technikum! Ech i ach.
    Po za tym wyglądasz kwitnąco i pięknie!!!

    P.S. Strasznie się denerwuje komentarzami u Ciebie, bo nie umiem tak pięknie dryfować językiem polskim. Zawsze mam zaćmienia umysłu i sto razy czytam swój koment i zastanawiam się ile błędów logicznych i stylistycznych popełniłam. 😀

    • Dot

      Na studiowanie nigdy nie jest za późno 🙂 Twoja córka jest już duża, może teraz dałabyś radę pracować i studiować?

      • Dot, ja sobie czasem myślę, że teraz chętnie poszłabym na studia, np. psychologiczne – bo jestem dojrzalsza, mądrzejsza i bym więcej czerpała 🙂 Masz rację: nigdy nie jest za późno na studiowanie 🙂

        • Dot

          Nishko, wszystko przed Tobą 😀 Odchowasz synka i… do boju! 🙂

          • Paulina

            Dziewczyny na studiowanie nigdy nie jest za późno! Chciałam w moim komentarzu potwierdzić słowa mamy Nishki, że powrót jest bardzo ciężki!
            Dot stwierdzenie do boju, bardzo mi się podoba 🙂 Ogólnie mając teraz 31 lat, wiem czego od życia oczekuję – moja życiowa mądrość 😀 Nie będę Wam tu wszystkiego zdradzać, ale chciałam powiedzieć, że na pewno zainwestuje w siebie! Rodzina ucierpi, a co tam 😉
            Moja poprzednia wypowiedzieć, zabrzmiała chyba strasznie depresyjnie, a nie o to mi chodziło. Chciałam pochwalić mądrość rodziców Natalii Wbrew temu co napisałam jestem bardzo szczęśliwa! Wiem co jest dla mnie ważne, ważniejsze i najważniejsze!

            Dokładnie każdy z nas jest kowalem własnego losu i tego się trzymajmy 🙂
            Pozdrawiam Paulina

          • Dot

            Bardzo dobrze, trzeba w siebie inwestować 🙂 A rodzina na pewno będzie szczęśliwa, widząc Ciebie zadowoloną 🙂

    • Paulina, Twój komentarz brzmi bardzo sensownie, niczego się nie bój i śmiało u mnie komentuj! 🙂
      Moja droga: po pierwsze, fakt, rola moich rodziców była ogromna, jak mówisz dali mi kopa. Po drugie to przecież nie jest tak, że studia są jedyną droga „sukcesu i szczęścia”! To była po prostu MOJA droga 🙂

    • Daria

      Dziewczyno, dawaj! Na studiach nie są same młodziki po maturze, wbrew pozorom 🙂 Na I kierunku studiów miałam osoby, które były tuż przed/już po 40, więc naprawdę się da! To kwestia organizacji. Jeśli naprawdę chcesz, spróbuj spełnić to marzenie studiowania 🙂

  • Klaudia

    Ja urodziłam swoją pierwsza corke kilka miesięcy przed 20tymi urodzinami. Niedługo po liceum kiedy wybrałam kierunek studiow, chciałam podjąć jakąś prawdziwa pracę okazało soe że jestem w ciąży. Przeżyłam szok,niedowierzanie i rozpacz. I w tym momencie moi rodzice którzy również młodo zostali rodzicami postawili sprawę jasno: ty studiujesz a my wam pomagamy.przez to że studiowałam zaocznie musieliśmy zamieszkać u rodziców bo nie stać nas było na wynajęcie czegokolwiek ale dzięki temu weekendy kiedy nie było mnie w domu moja córka spędzała z dziadkami lub moimi siostrami. Teraz mama się śmieje że dobrze wyszło, bo ma już dwie kochane wnuczki, dzięki temu że w wieku 38 lat została babcią to moze nacieszyć się wnuczkami JezCze bardziej. Z perspektywy czasu podziwiam siebie że się nie poddałam i pogdzilam macierzyństwo z nauka. Teraz mam 26 lat, córkę która idzie do szkoły, druga która za rok pójdzie do przedszkola a moi znajomi w wieku 30 lat będą siedzieć w pieluchach 😉

    • Aleksandra

      A ja będąc w wieku 40 lat będę siedzieć w pieluchach bez pomocy rodziny i bardzo sie cieszę!:)
      Serdecznie pozdrawiam.

    • Dot

      Najważniejsze w takiej sytuacji jest wsparcie rodziców i partnera 🙂

    • Klaudia, też tak mówiłam: moje znajome mając 30-35 lat będą siedzieć w pieluchach i do czego doszło? Że ja siedziałam w pieluchach mając 19 lat i mając 35!! :))

  • Anna

    W listopadzie skończę 21 lat. Skończyłam „z brzuchem” 2 rok studiów i od 5 tygodni jestem mamą Mikołaja. Kiedy dowiedziałam się że jestem w ciąży byłam załamana. Można powiedzieć, że zrozpaczona i przez 9 miesięcy nie byłam sobą. Najbliżsi bali się że po porodzie wpadnę w depresję,bo w ciąży właściwie czasem zachowywałam się jakbym tą depresje miała. Nic takiego się nie stało. Kiedy mam synka przy sobie wiem, że mój świat się nie zawalił, a ciąże wspominam jako bardzo cenne doświadczenie. Od października wracam na studia i nigdy nie zamierzam się poddawać. Chcę być matką, kobietą, studentką. Chce być dalej atrakcyjna i spełniać siebie. Dodatkowo mam u swego boku wspaniałego, malutkiego, mojego mężczyznę. Czy można od życia chcieć jeszcze więcej? To są bardzo cenne słowa: „zmienia się wszystko i nic się nie zmienia”. Przecież dalej można się realizować i żyć pełnią życia. Cieszę się że wreszcie to zrozumiałam i poczułam.

    • Aniu, świeżo upieczona mamo: gratuluję i całusy dla Ciebie i Twojego synka! 🙂
      Powodzenia i jestem pewna, że wszystko dobrze się u Ciebie ułoży, bo wiesz czego chcesz! 🙂

  • Dot

    „Dzięki pomocy bliskich, mojej determinacji i dobrej organizacji udało się” W trakcie czytania tekstu pomyślałam, że właśnie najbardziej pomocne było wsparcie rodziców i przede wszystkim cudowny partner! Doprawdy aż do dziś nie mogę uwierzyć, że Wasza historia tak pięknie się potoczyła 🙂 Mimo że zaszłaś w nieplanowaną ciążę i to w młodym wieku, miałaś u swojego boku kochającego mężczyznę, z którym jesteś aż do dziś i macie kolejną dwójkę dzieci. Ten Twój mąż musiał Cię już wtedy bardzo pokochać 🙂
    Ech, gdybym mogła wybrać, a miałabym pewność, że w moim przypadku historia potoczyłaby się tak samo, to mogłabym jak Ty i w wieku 19 lat urodzić dziecko i łączyć studia z wychowywaniem, a nie czeka, czy może chociaż ok. 30 pojawi się jakiś „godziwy mężczyzna-przyszły ojciec moich dzieci” 😀

    „Nie oznacza to, że zostanie z dzieckiem w domu uważam za porażkę, wprost przeciwnie: TERAZ, w 2016 roku, świadomie się na to decyduję! Myśl o tym, że będę mogła w spokoju i bez pośpiechu delektować się swoim macierzyństwem jest kojąca.” Będziesz mogła patrzeć na swojego synka całymi dniami 😀 Obserwować każdy jego ruch, uśmiech, spojrzenie i słuchać jego gaworzenia <3 – to są cudowne chwile :))

    "fakt, że codziennie wychodziłam na uczelnię: spotykałam się z ludźmi, musiałam wyjść z domu, zdjąć domowe ubranie, nałożyć jakieś „wyjściowe”, zrobić sobie delikatny makijaż, uczesać się, nauczyć do kolokwium, posłuchać wykładu, wziąć udział w dyskusji podczas ćwiczeń, powodował, że czułam się ze sobą dobrze. A w domu czekała na mnie ukochana córka." No właśnie! Jak człowiek wychodzi do ludzi, musi się ogarnąć, uczesać włosy, chociaż trochę umalować, żeby wyglądać jak to mówię "jak człowiek", to od razu kłopoty znikają i chce się żyć.
    Mnie zrobienie lekkiego makijażu czy pomalowanie paznokci pomaga tak samo jak obejrzenie ulubionego serialu – nie żebym była jakąś uzależnioną od makijażu. Nie, po prostu wtedy czuję się zadbana.

    PIĘKNIE CI W TEJ BIAŁEJ SUKIENCE!! 🙂 O Twoje rozwiązanie jestem spokojna, 19-letnia Nishka dała radę to i 35-letnia da! Masz wsparcie rodziców, męża i wspaniałych cór – takiej rodziny tylko zazdrościć! 🙂

    PS Nigdy Cię o to nie pytałam, ale mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci to, że w komentarzach zawieram fragmenty Twoich tekstów. Łatwiej mi się do nich odnosić, kiedy nie muszę rozpisywać się na kilka linijek: "A propos tego, co napisałaś, że…", "W dalszej części piszesz o… . Zgadzam się/Nie zgadzam się/Popieram Twoje zdanie" itd. 🙂

    • Dot, absolutnie nic mi nie przeszkadza, co więcej bardzo dziękuję za wszystkie Twoje komentarze – otrzymuję powiadomienia o wszystkich i z przyjemnością je czytam 🙂
      Co do męża to, Moja Droga, to jest jeszcze inna historia – oj, wcale nie było łatwo! Nasze małżeństwo to w wielu momentach była droga przez mękę :)))) Wkrótce to opisze, bo zbliża się nasza rocznica ślubu więc do dobry pretekst 🙂

      • Dot

        O, w takim razie nie mogę doczekać się tego tekstu!! 🙂

  • Gosia Hrycuk

    Hmm….mysle ze Ty mozesz byc 🙂 Will keep you posted ale mam kilka pomyslow krazacych w mojej glowie od kilku miesiecy…Ten tekst dal mi kopa do dzialania jak tylko wroce do domu.

    Btw. Ciekawie sie czytalo tekst, ktory podlinkowalas z Twoja historia, jak bylas 19latka w ciazy: „Właściwie to już nie wyobrażam sobie, bycia znów być mamą małego dziecka i cieszę się, że mam już duże dzieci” 😀 Czasami nasze zycie jest piekniesze od naszych wyobrazen. Wygladasz pieknie i kwitnaco!

    • Stanie się dla kogoś „difference maker” byłoby jednym z milszych osiągnięć życiowych! 🙂
      A co do tej mojej refleksji sprzed 3 lat o tym, że nie wyobrażam sobie znów mieć małych dzieci – to taaaaak, śmiesznie wyszło, prawda? Oby to nie był wkrótce śmiech przez łzy pod tytułem: „Co ja najlepszego narobiłam?!!” 😉

  • Atta

    Zawsze miałam pecha i raczej nie byłam zbyt lubiana w szkole: moje koleżanki były ładniejsze i bardziej przebojowe, a ja miałam krzywe zęby (później aparat) i bałam się rozmawiać z ludźmi. W gimnazjum prześladowali mnie koledzy z osiedla, w liceum na odchodne dziewczyny zaczęły się na mnie mścić za to, że poszłam na studniówkę ze szkolnym przystojniakiem (okazało się, że mieliśmy podobny gust muzyczny). A później poszłam na studia, które miały odmienić moje życie. Zamieszkałam w dużym mieście i studiowałam na jednym z renomowanych uniwersytetów – moje życie się zmieniło. Tylko, że studia okazały się niewypałem i po miesiącu wiedziałam, że prędzej bym dzieci pozabijała, niż opiekowałabym się nimi w przedszkolu. Reasumując: byłam nieszczęśliwa na kierunku, który mnie nie kręcił, a potem zaliczyłam moją życiową porażkę, bo wyleciałam ze studiów (a przecież WSZYSCY studiują, więc odpaść po semestrze to taki wstyd).

    Szczerze – miałam ochotę się zabić. Zamiast tego po kilku dniach nienawidzenia siebie i całego świata wróciłam do rodziców, poszłam na staż, a dojeżdżając do pracy postanowiłam zagadać pewnego długowłosego rudzielca, który bardzo rzucał się w oczy w autobusie pełnym blondynów, brunetów i szatynów.

    Po stażu zapisałam się na nowy kierunek studiów (juz wiedziałam, że wolę literaturę, a nie pedagogikę), przełamałam strach przed wykładowcami i innymi studentami. Studia skończyłam z wyróżnieniem i uważam je za najlepszy okres mojej edukacji („ekipa” ze studiów była fenomenalna). Papiery ze stażu pomogły mi w zdobyciu pracy (bo w przeciwieństwie, do reszty osób z mojego kierunku miałam już doświadczenie zawodowe), a rudzielec z autobusu, choć obciął już włosy, wciąż mnie fascynuje i wiem, że jeśli kiedyś w przyszłości będziemy mieć dzieci, to nie będę chciała ich pozabijać 🙂

    Reasumując: wydarzeniem, które mogę nazwać moim „difference maker” było odpadnięcie z pierwszych studiów. Zadziałało to na mnie jak kubeł lodowatej wody, musiałam kopnąć się w swoje zacne cztery litery i udowodnić wszystkim (a przede wszystkim sobie), że coś, co postrzegane jest jako porażka, można przeobrazić w sukces 😀

    • Atta, wspaniała historia i ten rudzielec, którego zagadałaś w autobusie, a teraz widzisz w nim przyszłego ojca Twoich dzieci <3 🙂
      Świetnie że podzleliłaś się nią i że akurat tak brzmi -wydawałoby się odmiennie od mojej – bo ja tak się uczepiłam tych studiów na siłę, żeby nie odpaść, żeby nie zrobić przerwy itd – ale to DLA MNIE było dobre i nie oznacza, ze dla każdego! U Ciebie właśnie odpadnięcie, niezadowolenie, wydawałoby się jakaś "porażka", niepowodzenie, było właśnie czymś bardzo dobry, takim pozytywnym "difference maker" 🙂

  • Marija Dudia

    Wspaniały post 🙂 z rozmachu przeczytałam też ten sprzed 3 lat 🙂 I do czego zmierzam – zostałam mamą w wieku lat 22. W sumie niespełna – 22 kończyłam w sierpniu, a synek pierworodny urodził się we wrześniu. Gdy dowiedziałam się o ciąży byłam na 3 roku studiów, po wcześniejszym dość intensywnym okresie towarzyskim, jednak już na twardym gruncie ( byłam zakochana i zaręczona 😉 ) obecny mąż był przeszczęśliwy z takiego obrotu sprawy, ja początkowo bardzo przerażona… Jednak do czego dążę- skończyłam studia ( również socjologię 😉 ) na poziomie licencjatu, obroniłam się będąc w 7 miesiącu, a wcześniej jeszcze zorganizowałam sobie wesele w pół roku ( tak, da się! ).
    Od tego czasu minęło prawie 5 lat ( tyle skończy we wrześniu mój pierworodny synek ), a ja jestem obecnie w trzeciej ciąży 🙂 w domu poza pierwszym jest jeszcze drugi synek, który był jeszcze większym zaskoczeniem, a teraz jest moim małym oczkiem w głowie.
    Jakie wnioski? Niczego nie żałuję i nigdy nie żałowałam – wręcz przeciwnie – widząc co się dzieje teraz, jak ogromne problemy napotykają kobiety około 30 w zachodzeniu w ciążę, to bardzo się cieszę, że „tak wcześnie” zaczęłam. Nie ma idealnego czasu na dziecko, nie da się tego zaplanować dokładnie tak, jak byśmy chcieli.
    Dzieci to sama radość i miłość 🙂

    • Ale świetna historia, dzięki za chęć podzielenia się nią! 🙂
      PS Kiedy rozwiązanie? 🙂

  • Oczywiście, że znajome słowa, ten tekst czytałam kilka razy! To wspaniałe, że dajesz młodym dziewczynom taki wspaniały przykład. Sama zawsze powtarzam, że jak się chce to wszystko się uda, a Ty jesteś doskonałym przykladem. Nishko, wyglądasz cudownie i trzymam mocno kciuki za lekkie rozwiązanie:)

    • Dziękuję, kochana! :*

  • To ja teraz nabrużdżę w tym babińcu, zabierając głos jako przedstawiciel samczego grona. Coraz mniej mężczyzn się u Ciebie pojawia i postanowiłem temu przeciwdziałać. Czyżby coś ich wystraszyło?
    To już chyba trzeci raz, kiedy zdobywam się na odwagę mówiąc – wyglądasz obłędnie. Wiem, konsekwentnie pracuję na fangę od Twojego męża, ale co zrobić. Przecież mówię prawdę. Łudzę się jedynie, że nigdy nie będzie mi dane się z Nim spotkać. W przeciwnym razie wylutuje mi jak nic.

    Nie przepadam za tekstami sponsorowanymi. Kiedyś ich unikałem. Obecnie, kierowany ciekawością (częściowo zawodową), gdy napotykam, staram się przez nie przebrnąć. Zwykle z grymasem na twarzy. Są zbyt nachalne i w moim odczuciu nieco nieudolnie pisane. Mam wrażenie, że często ich skutek jest odwrotny do zamierzonego.
    Twój tekst natomiast bardzo mi się podoba. Powiem więcej, trudno mi przywołać w pamięci lepszy tekst, który wyszedł spod Twojej ręki. Oczywiście to tylko moja ocena. Nie wiem co mnie w nim urzeka, ale jest taki… wyważony? Chyba to określenie przychodzi mi do głowy w pierwszym odruchu. Bardzo fajnie opowiedziana historia Nishki, przyszłej mamy i nie dający po gałach, ale jednak obecny produkt/marka.

    Za determinacje życiową i odważny kurs na fale, mimo że na twarzy sól, a wokół sztorm, należy Ci się order z ziemniaka i gałązka leszczyny w dłoń. Cieszę się, że zrealizowałaś z sukcesem zamierzone przedsięwzięcia. Nie mniej, czasem z braniem odpowiedzialności ponad możliwość udźwignięcia można przeszarżować. Dobrze odpalić w przypadku planowania celów, wewnętrznego risk menadżera i odpowiedzieć sobie na pytanie – jakie mam szansę na zrealizowanie celu. To, że w danej chwili odpuszczam, nie oznacza, że się poddaję. Mam plan i ruszę w odpowiednim momencie do ataku.
    Twoja sytuacja wyglądała tak, nie inaczej. U innej osoby może wyglądać zgoła odmiennie. Nie można zakładać, że Twoje rozwiązania nadają się do przeszczepienia na każdy grunt. Ty posiadasz spore grono życzliwych i pomocnych Ci osób. Ktoś inny może nie. Założenie – skoro ja, to i wszyscy, chyba jest nieco błędne. Tu już wchodzimy delikatnie na grunt tolerancji i zrozumienia, dość wąsko w Polsce rozumianych. Nieraz dobrze jest zrobić krok do tyłu, żeby później móc wykonać dwa do przodu. Może brzmi jak przepowiednia chińskiego mędrca, ale …
    Tak czy owak, tekst w dechę i szczery podziw za wolę walki i pozytywne nastawienie.

    • Wilku, tęskniłam za Twoimi komentarzami, dawno Cię nie było!
      Dzięki za wszystko 🙂

  • Anna Bączkiewicz

    Szczęśliwego rozwiązania Nishko 😊 ja będąc w ciąży zrobiłam sobie studia podyplomowe zaocznie. Bylo z tym trochę zamieszania, dojazdy, ganianie w ta i z powrotem, ale miałam bardzo fajną grupę , która chętnie udostępniała swoje notatki i pomagała w różnych kwestiach. Pewnie tez dlatego, ze prawie wszyscy byli juz matkami lub ojcami. Tak więc sytuacja nieco inna, ale również pośród smoczków i ubranek, trzymając dziecko przy piersi uczyłam sie do egzaminów, które przeważnie zdawałam śpiewająco.

  • Szarak

    Piękna notka Nishko i bardzo zazdroszczę ci. Może ja nie zaszłam w ciążę mając naście lat, ale zostałam mamą mając niespełna 23 lata, będąc w 4-letnim związku, zaręczona od 2 lat, po ciuchu planowany ślub na kolejny rok. Maleństwo pojawiło się chwile wcześniej. Plany miałam takie jak ty, mam młode ciocie i mamę chętną do pomocy. Jeszcze w 9 miesiącu zaliczyłam zimową sesję, w lutym urodziłam dziewczynkę. Powrót na studia po porodzie okazał się niemożliwy. Maluch okazał się być nieodkładalny, wiecznie płaczący, uspokajający się tylko przy mnie. Na przemian albo spała (maksymalnie 40 minut) albo przeraźliwie płakała. Praktycznie nigdy nie spała w łóżeczku, wózku i innych udziwnieniach, uspokajała się tylko kołysana na rękach. Oczywiście na moich rękach. Nie dało się wyjść nawet do toalety. W nocy stan rzeczy nie zmieniał się, z każdym przebudzeniem płacz. Praktycznie nie spałam. Mimo wielu wizyt u lekarzy, szpitalu i badaniach mała okazała się być całkiem zdrowa, nie miała nawet ciemieniuchy. Po kilku razach zostawiona u rodziców mama po prostu powiedziała, że już nie pomoże, bo przez cały czas przeraźliwie zanosiła się płaczem. W skrócie – radź sobie sama. W końcu wzięłam urlop dziekański. Teraz ma prawie pół roku i nadal jest bardzo wymagająca, do tego energiczna. W przychodni byłam w szoku, jak spokojne były inne maluchy w jej wieku. Obecnie mniej płacze, ale wystarczy zostawić ją na kilka minut samą na podłodze z zabawkami by rozpłakała się. Rozwija się zaskakująco szybko i (na nieszczęście moim słabym rękom) szybko rośnie. Obiady gotuję na raty cały dzień, myję się i załatwiam podstawowe sprawy po powrocie męża. Na zewnątrz wychodzimy tylko na podwórko, na rękach, o spacerach w gondoli nie ma mowy. Nauczyłam się z tym żyć, ale bardzo brakuje mi chociaż chwili bycia samej ze sobą. Zjedzenia w spokoju śniadania. Nie wiem czy za pół roku powrót na studia będzie możliwy. Wszyscy mówią, że to moja wina że taka jest, nikt nie wierzy że od urodzenia jest taka wymagająca, wrażliwa. Trochę ten post mnie dotknął, bo wynika, że niby cienka jestem, nie dałam rady ze studiami i dzieckiem. Gorzej, nie daję rady nawet podstawowych rzeczy typu spać, jeść, posprzątać. Studia to już dla mnie abstrakcja. Tyle ode mnie.

    • Drogi Szaraku – muszę Cię szybko wyprowadzić z błędu, bo ostatnie, czego chciałabym to wprowadzić kogoś w smutek :(.

      A widzisz: moja córka była bardzo mało problemowa (jako niemowlę, teraz, będąc nastolatką, sobie odbija :)) – tak więc bardzo możliwe, że dlatego właśnie potoczyły się moje losy. Kto wie, może gdybym miała takie High Need Baby jak Ty, też byłoby inaczej.

      Pamiętaj, że to MOJA historia i takie trajektoria: „rodzę dziecko, a mimo to kontynuuję edukację” wcale nie są jakimś „wzorem”! Mi się udało, ale to nie oznacza, że uważam, że jeżeli ktoś idzie innym torem to ma „mniej sukcesu”. Poza tym ja miałam wsparcie rodziny – u Ciebie wyglądało to inaczej. Trzymaj się i błagam: nie odbieraj mojego tekstu źle. Ty, jako 23-latka też bardzo szybko, jak na dzisiejsze czasy zostałaś mamą i jesteś przez to bohaterką, bo macierzyństwo to duże wyzwanie 🙂 Trzymaj się!

    • Magda

      Opisuje Pani siebie jako ta co „jest cienka i nie dala rady ze studiami”, ale to wlasnie PANI jest najwieksza bohaterka. Pani ma bardzo wrazliwe dziecko i wymagajace non stop kontaktu z Pania. Nie poszla Pani na studia. Ale to nie wazne. Niech Pani spojrzy jak Pani sobie swietnie radzi z dzieckiem. Takim wrazliwym dzieckiem. To Pani jest prawdziwa bohaterka. Wiekszosc dzieci nie placze az tak i nie wymaga bycia z nami az tak blisko. Uklony dla Pani. Prosze sie nie zalamywac. Bedzie dobrze! Poczatki sa trudne. Powodzenia!

    • Agnieszka Śnioch

      Dla mnie jesteś prawdziwą bohaterką, bo potrafiłaś zrezygnować z siebie dla dziecka. Myślę, że jeszcze będziesz miała szansę zrobić coś dla siebie, głęboko w to wierzę! A jak mieszkasz w pobliżu (Krk) to ja Ci chętnie zrobię śniadanie, też miałam problemowego bobasa, a tego się nie zapomina 🙂

    • Marta

      Dziewczyno, jesteś niesamowita i przyklaskuję zdaniu przedmówczyni – zrezygnowałas z siebie dla dziecka. Ale co najważeniejsze, widać, że nie obwiniasz za to córki. Nie wiem, czy ja bym tak umiała. Raczej chodziłabym wściekła i nie wiem, czy byłabym w stanie bezwarunkowo kochać (nie mam jeszcze dzieci, także nie znam tych emocji i uczuć) takiego dziecka. Masz w sobie niesamowitą siłą. Pewnie zdarza Ci się czasem wściekać i masz czasem bardzo dość, ale to minie, a Ty nadal pozostaniesz niezwykłą osobą, której te doświadczenia nie złamały. Wrócisz na studia, a Twoja dziewczynka wyrośnie Ci na pociechę 🙂

    • e-milka

      Hej Szaraku, znam to, znam to. Nie, to nie jest Twoja wina, choc przemysl to sobie – moze tez jestes wrazliwa osoba, bierzesz wszystko do siebie, moze nawet masz jakies fizyczne dolegliwosci typu alergie? Jesli tak – nie dziw sie prosze. A jesli nie – pozwol sie pocieszyc. Bedzie latwiej, kiedy zacznie lepiej komunikowac, wtedy prawdopodobnie powie Ci skad ten placz – bo za zimno, bo metka drapie, bo rekawek mokry, czy moze za bardzo ktos podniosl glos i sie przestraszyla. Wiem, jak jest ciezko, wiem, co to znaczy miec naprawde nieprzespane noce. U mnie przy obojgu dzieciach nocki takie, choc z czasem coraz lepsze trwaly do 2,5 roku. Ale nie daj sobie wmowic, ze to Twoja wina. Z takich niemowlat wyrastaja czesto madre, nad swoj wiek rozwiniete dzieci. A co z chusta, nosidelkiem? Ja kupilam stosunkowo pozno, z rozpaczy i bardzo mi pomogly, a przede wszystkim odciazyly rece. I sprobuj czasem od niej „uciec”, nie mowie na noc, po prostu szybki spacer bez niej, w ksiegarni posiedziec, gdziekolwiek, gdzie cisza jest. Oczywiscie zapewnij jej opieke. Jasne, bedzie plakac, ale plakac bedzie rowniez, kiedy zostaniesz, poniewaz tak reaguje na bodzce, ale Ty tez musisz czasem uwolnic sie od nadmiaru tychze (wieczny „halas”, obciazenie fizyczne i psychiczne), zeby moc dalej funkcjonowac. Funkcjonowac, bo na tym etapie do tego sie to niestety sprowadza, ale pociesz sie, ze to przejsciowe i zobaczysz, „Szaraczek” Tobie to jeszcze wynagrodzi.

    • Agnes Azzi

      Witaj! Ja tez mam takie dziecko I sama z nia bylam, maz pracowal. Choc corka ma 4 lata wciaz sie budzi w nocy marzy mi sie przespana noc. Pomocne okazaly mi sie artykuly o High Need Baby I Zaburzenia sensoryczne. Moje dziecko mnie zaskoczylo bardzo ciezko choc pracowalam z innymi dziecmi przez 10 lat, choc mialam tyle doswiadczenia. Jesli chcialbys nawiazac kontakt to odezwij sie azziagnes@gmail.com

  • M.

    A ja urodziłam mając 22 lata, dyplom broniłam w czerwcu, a w sierpniu zeszłego roku pojawiła się Młoda. Córka jest wspaniała i czas z nią spędzony również, ale znając siebie podjęłam decyzję o powrocie na IIst studiów. Nie żałuję! I rok za mną, szykuje się do pisania mgr 🙂 ale kryzys mimo wszystko mam. Widzę jak bardzo rozwijają się moje koleżanki i furia mnie bierze, że stoję w miejscu zakotwiczona gdzieś między pieluchami a pisaniną. Życie przez ten rok bardzo się zmieniło i jeszcze nie przyzwyczaiłam się do osiągania swoich celów z dzieckiem u boku. Dziękuję za ten tekst, trafił w sam środek problemu, mam nadziej, że pomoże mi odbić się od wewnętrznego dna, gdzie brak motywacji do zawalczenia o rozwój.

    • M. trzymaj się! Weź jednak pod uwagę to (mam nadzieję, że nie obrazisz się za to, że pozwalam sobie dawać rady), że czasem pęd do „walczenia o rozwój”, dążenie do nieustannego rozwoju może być wynikiem jakiejś wewnętrznej pustki, chęci ucieczki od siebie, w tym sensie, że nawet gdy będzie zaliczać się te kolejne etapy rozwoju to ono nie zniknie – bo pies jest pogrzebany gdzie indziej. Może chęci zagłuszenia czegoś? Ucieczki? Wspominam o tym, bo napisałaś że masz kryzys. Ja też taki miałam kilka lat temu i bardzo pomogły mi spotkania z terapeutą.

  • Magda

    Czytam bloga od trzech lat. Zaczelam przy karmieniu pierwszej corki 🙂

    Moja historia jest nieco inna. Ale jesli o macierzynstwie mowa… musze napisac 🙂 Skonczylam licencjat, wyszlam za maz i zaczelam prace (jestem nauczycielem edukacji elementarnej i jezyka angielskiego), wybralam specjalnosc na drugi stopien studiow (studia zaoczne bo chcialam juz pracowac) i zaszlam w ciaze. Wszystko po kolei 🙂 Wszystko w jednym roku. Kolejno kwiecien, maj, wrzesien, pazdziernik i grudzien 🙂 Tak chcialam i dla nas wtedy to bylo najlepsze. Tak zdecydowalismy. Ciaza, praca i studia – da sie. Na pelnych obrotach ale super szczesliwa kobieta ciezarna! Po urodzeniu powiedzialam stop – koncze z praca bo chce byc w domu z corka (i czytac bloga Nishki przy karmieniu). Wiec z pracy zrezygnowalam ale studiowalam do konca. Obronilam magisterke, majac w domu 9 miesieczna corke. Da sie ale tak jak piszesz WAZNE JEST WSPARCIE INNYCH 🙂 A teraz? Jestem nauczycielem ale w domu. Dla moich dzieciakow. I tak mi dobrze. Tak zostalam. Taka jestem szczesliwa. No i znow czytam bloga karmiac 🙂 Szczesliwego rozwiazania!

    • Magdo, bardzo mi miło, że mój blog i moja skromnishka osoba towarzyszy Wam przy Waszych momentach laktacyjnych!! 😀

      • Magda

        Dzięki. Ale karmie już kolejne dziecko. Nie to pierwsze z początków bloga 😉 Blog trwa a dzieci przybywa! 😉 Pozdrawiam!

  • Ładna historia… :). Taka filmowa.

  • Agnieszka Śnioch

    Mam 22 lata, dwie ciąże za sobą i bardzo zazdroszczę innym mamom macierzyństwa po trzydziestce. Po pierwszym dziecku, przychodzi taka myśl, że drugie to kwestia czasu, żeby starsze nie wychowywało się samo- tak było i w moim przypadku. Nie narzekam na nic, chociaż studiowanie z małymi dziećmi wymaga sporo cierpliwości i zawzięcia. Pomaga mi mama, ale najwięcej wsparcia dostaję od narzeczonego, który mając niecałe 18lat gdy urodził się nasz pierwszy syn, postawiony przed tak trudną sytuacją dał z siebie wszystko- jednocześnie pracuje i studiuje dziennie, dziećmi też się zajmie 😉 Uważam jednak, że jako para z większym stażem, bylibyśmy rodzicami spokojniejszymi, a możliwość „delektowania się macierzyństwem” jak to ujęłaś, skutkowałaby o wiele mniejszą ilością kłótni i dołów. Nie wykluczamy jeszcze jednego szkraba, właśnie mocno po 30, jeśli pozwoli mi na to zdrowie. Serdecznie pozdrawiam, życzę wszystkiego dobrego i bardzo się cieszę razem z Tobą 🙂

    • Agnieszko, aż zerknęłam na historię mejlową i trafiłam na nasze listy sprzed prawie dwóch lat! Czyli od tego czasu zostałaś mamą po raz drugi – gratuluję 🙂 Baaaaardzo dziękuję za nazwanie mnie swoim „DifferenceMakerem :*
      Co do bycia spokojniejszymi – bo dojrzalszymi – rodzicami to gdy patrzę dziś na siebie i męża to stwierdzam, że tak – w porównaniu do tego jacy byliśmy 10 i 15 lat temu – na pewno bardzo dojrzeliśmy, ale jednak temperamentów nie da się zbyt zmienić (najwyżej popracować nad nimi) i czuję, obserwując minione tygodnie pełne emocji, spięć i napięć, że przy trzecim dziecku „po 30-tce” wcale nie będzie tak sielankowo 🙂

  • Marta

    Mój „difference maker” to mój facet.
    Poznałam go przez internet, graliśmy w tę samą grę (hehehe). Mieszkałam i żyłam, a raczej egzystowałam w innym mieście zupełnie, też nie rodzinnym. Przed jego poznaniem moje życie było takie, że coś tam pracowałam, żeby mieć kasę na mieszkanie i jedzenie, a zaczęłam wpadać w hm, nie wiem, czy depresję, za mocne to słowo, a moje przejścia pewnie za delikatne, ale zaczęłam się „staczać”. I to nie w takim sensie, że chlanie, imprezy, narkotyki, nie. Pracę przeplatałam graniem, zamknięta w swoim pokoju, unikająca ludzi. „Przyjaciele” szybko dali sobie spokój z moją osobą i próbami wyciągania mnie gdziekolwiek. Przestałam sprzątać swój pokój, wszędzie rozrzucone ubrania, książki, wieki nie ścierałam kurzy, czy odkurzałam. Przestałam prać ubrania, poza tymi, które dawały mi minimum prezencji, tam gdzie trzeba. Potrafiłam spędzać całe dnie w piżamie, o ile nie pracowałam. Jadłam niezdrowe, kupne żarcie, bo nie chciało mi się gotować. Tygodniami nie wychodziłam z domu, poza pracą. Czytałam książki, grałam, czytałam, grałam, unikałam ludzi. Tylko przed współlokatorstwem musiałam się pokazywać, jakoś dawało radę, wystarczyło z nimi napić się raz na jakiś czas piwka, pogadać przy zmywaniu (no czasem musiałam pozmywać), czy wyjść razem na papierosa. Paliłam wtedy jak smok. Byłam kobietą, która zawaliła studia, pracowała, jak musiała, nie dbała o siebie, przytyła, nie wychodziła z domu…
    I wtedy poznałam nowych ludzi, w mojej grze właśnie, dwie osoby były z tego samego miasta, zaczęłam się z nimi spotykać, czasem pojawiali się inni. Rozszerzyłam znajomości w growej polskiej społeczności gry, a pośród nich był ON. Szybko stwierdziliśmy, że chcemy się poznać. Bo on właśnie był osobą, która przywróciła mi wiarę w to, że jestem fajną, inteligentną babeczką, z którą można rozmawiać godzinami. To on nieświadomie zmotywował mnie do „ogarnij się”. Do sprzątnięcia, do postarania się.
    Pół roku później przeprowadzałam się do jego miasta, znalazłam normalną, fajną pracę, poznałam nowych ludzi, zaczęłam dbać o nas, naszą życiową przestrzeń. Teraz mam fajną pracę, zaczynam od października nowe, wymarzone studia, planujemy ślub, kupno własnego mieszkania, dbam o siebie, chudnę 🙂 To on mi dał i daje kopa, to przez niego się zmieniłam. To dzięki niemu pracuję nad moim charakterem.
    Gdybym go nie spotkała chyba byłabym egzystującą w jakiejś czarnej d**** opasłą, stereotypową „graczką”, a nie normalnie żyjącą osobą (dla której granie wciąż jest hobby, ale to jest zdrowe).
    Wiem, że ta historia jest bez polotu i banalna i opisałam ją słabo… Ale tak, jest dla mnie istotna i niebanalna i wyjątkowa 🙂

    • Marto, protestuję: Twoja historia nie jest banalna! Po pierwsze, żadna historia nie jest banalna, bo to życie a nie film (to dopiero banalny argument w moim wykonaniu :)), Ty ją przeżyłaś i pokazuje rewolucję, jaką przeszłaś. Bardzo dziękuję, że zechciałaś ją opisać, czytało mi się bardzo przyjemnie i cieszę się, że Wam się ułożyło, że trafiłaś na swojego „difference maker’a” 🙂 Życzę Wam, żebyście żyli długo i szczęśliwie :* ([moje życzenia też można potraktować jako banalne, ale są naprawdę szczere! :)]

    • Ala

      Hahah świetnie to ujęłaś 😀 też poznałam partnera przez internety i też ta znajomość zmieniła moje życie 😀 przyjemnie jest poznać kogoś inteligentnego. A w co grałaś/grasz? 😀

  • e-milka

    Mistrz Młynarskii „Moje ulubione drzewo” siȩ kłaniają 🙂
    Mogłabym opowiedzieć swoją historie, ale opowiem o kobiecie, która dopieła swego. Chȩtnie ją przytaczam, kiedy ktoś wyjeżdza z tekstem, że jest za stary, za bardzo Polka na obczyźnie, że nic, tylko pod górke i w ogole najlepiej siaść i płakac.
    Moja koleżanka, Polka, zrobiła w Niemczech studia uprawniające do wykonywania zawodu nauczyciela. Tylko, że kiedy je zaczynała wszyscy pukali siȩ w czoło. Wtedy jeszcze nauczyciele rekrutowali siȩ tylko z Niemcow, tudzież z osob posiadających niemieckie
    obywatelstwo, ponieważ mieli status urzȩdniczy. Zdaniem wiȩc wielu, studiowała sobie a muzom, bo i tak przecież nauczycielką zostać nie mogła. Ale ona sobie nic z tego nie robiła – pracowała, by siȩ utrzymac, studiowała, studia ukończyła. W tym czasie zmieniła siȩ rownież sytuacja prawna, nauczyciele przestali byc urzednikami, czyli obywatelstwo nie było już wymagane. Okazało siȩ zatem, że jej studia nie były aż tak absurdalnym pomysłem. Ale na staż siȩ nie dostała. Właściwie oznaczało to koniec jej planow oraz pobytu w Niemczech. Wiem, że wielu nie pamieta, ale Polacy mimo wejścia do Unii nie mogli pracowac w Niemczech. Po ukończonych studiach absolwent dostawał prawo czasowego pobytu na rok, aby znaleźć prace, ale uwaga – tylko w swoim zawodzie. Dla mojej koleżanki wiȩc brak stażu oznaczał właściwie pakowanie walizek. Dodam, że nie była też żonata z Niemcem i za mąż „dla papierów” wyjść nie zamierzała. Mimo, że szanse stały marnie, złożyła wniosek o nieograniczone prawo do pracy. I dostała je, myślȩ, że sporo zdziałał jej osobisty wdziek, ma ona bowiem taką spokojną optymistyczną aurȩ. Wierzy, a może chce wierzyć, że jest szczȩściarą i życie w wielu sytuacjąch zdaje jej tezȩ potwierdzać. Zaczȩła pracować w korporacji, praca była ok, ale nie było to jej marzenie. Zawsze chciała pracowac w szkołe, jest również, że tak powiem, „obciążona genetycznie”. Minȩło kilka lat. Zrobiła porządki w papierach i postanowiła pożegnać siȩ ze swoim marzeniem. Wrȩcz symbolicznym gestem miało być wyrzucenie segregatórow z materiałami ze studiow. I wtedy przyszło pismo, że przyjmą ją na staż, ale decyzjȩ musiała podjąć niemal z dnia na dzień. Miała mnóstwo wątpliwości, bo tu pewna, choć nielubiana praca, bo właśnie skończyła 40tkȩ, bo staż kończył siȩ egzaminami państwowymi, a co jeśli siȩ jej nie uda zdać i wyląduje z niczym poza żałobą po marzeniu, które siȩ nie spełniło. Ponadto miała okres wypowiedzenia dłuższy niz wymagało to pismo o stażu. I znowu – zdobyła siȩ na odwagȩ i przekonała
    pracodawcȩ, by rozwiązali umowȩ. Dzisiaj jest nauczycielką, a jest to jak wszȩdzie zawód ciȩżki, ale w Niemczech dobrze płatny, kocha „swoje” dzieciaki, a niedawno zdała kolejny egzamin i przejȩła obowiązki wicedyrektora szkoły. Podziwiam ją za wiare, optymizm, za dążenie do swojego celu wbrew temu co mówią inni.

    • E-milka, dzięki za opowiedzenie tej historii – świetnie, że się udało 🙂
      Natomiast co do „Moje ulubione drzewo” Młynarskiego to czy to właśnie stąd pochodzą te przytoczone przeze mnie na wstępie porównania do drzew? Nie czytałam tej książki, ale może ktoś mi właśnie ją opowiedział i zapadło mi w pamięć? 🙂

      • e-milka

        Hi, Nishka, nie to jego piosenka, choc nawet nie wiedzialam, ksiazka tez rzeczywiscie jest. 🙂 Piosenka moze nie tak znana, ale wlasnie o leszczynie:

        „Moje ulubione drzewo – Leszczyna, leszczyna,

        Jak ją za mocno przygiąć w lewo – To w prawo się odgina,

        A jak za mocno przygiąć ją w prawo – To w lewo bije z wprawą,

        A stara sosna szumi radosna: Brawo, brawo!

        Upór, co mi z oczu błyska – Leszczyny dziedzictwo

        Jak mnie do ziemi los przyciska, ona mi szepcze: – Nic to!

        A jak prostuję się, wtedy ona – Powtarza mi: – Tak trzymaj!

        Moje drzewo ulubione – Leszczyna, leszczyna… ” (http://teksty.org/wojciech-mlynarski,moje-ulubione-drzewo,tekst-piosenki)

  • Trzymam kciuki :-). Piękne zdjęcia :-).
    Miałam takie wydarzenie. Trzy dni po urodzeniu mojej córki Agaty. Płakałam nad swoim i jej losem, bo nie wiedziałam co będzie. Dowiedziałam się, że Agata ma zespół Downa. Ale przyszła do mnie pielęgniarka, uśmiechnęła się i zapytała, czy widzę, że ona pracuje, uśmiecha się. Tak, – chlipnęłam. To proszę sobie wyobrazić, że w domu czeka na mnie niepełnosprawny syn i jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, gdy się do mnie uśmiecha. Słowa tej pielęgniarki dały mi otuchę i pamiętam je mimo, że minęło już 14 lat.

    • Piękna historia, dziękuję.

  • Ala

    Niektóre historie są na prawdę niezwykłe, chociaż wydawałoby się, że jest takich wiele. Chyba każdy ma do opowiedzenia ciekawąą historię… Uwielbiam takie blogi jak Twój Nishko, bo to nie są kolejne bzdury i banialuki, tylko inspirujące teksty. Ja w młodym wieku byłam uzależniona od alkoholu itp. Już od 3 roku studiów byłam na terapii (przez 3 lata), a to odmieniło całe moje życie. Powoli rozstawałam się też z toksycznymi ludźmi, którzy należeli do tego współuzależnienia. Później poznałam mojego kochanego partnera, dobraliśmy się idealnie. Równowaga to chyba najważniejsza kwestia w życiu. Najbardziej lubię dostrzegać jakieś swoje głupie zachowania, które wyrastają jeszcze z czasów nastoletnich, i zmieniać je. Wtedy czuję, że na prawdę się zmieniam i jestem taka jaka chcę, a nie, że rządzą mną negatywne emocje. Teraz mamy też 5 miesięczne dziecko i jest super 🙂 a ciąża była kolejnym pozytywnym doświadczeniem, które przyniosło wiele nowych doznań i jeszcze bardziej zacieśniło naszą relację. Także, ze wszystkiego można wyjść, czasami trzeba pozwolić sobie pomóc i popłynąć z tym dobrym nurtem. Albo przemoc się i zrobić to co się chce pomimo wszystkiego innego. Byc kowalem wlasnego losu. Ale mam wrazenie, ze wiele osob pojmuje to opacznie i przeistacza w „po trupach do celu” co juz nie jest harmonijne i przyjemne, tylko jest walką. Pozdrawiam 🙂

    • Alu, dziękuję bardzo za miłe słowa o moim blogu i podzielenie się swoją historią. Cieszę się, że wszystko u Ciebie dobrze się ułożyło i super, że zawalczyłaś o siebie i swoje „demony”!

  • IMP

    Bardzo pozytywna historia, pokazuje przed jakimi trudnymi wyborami stawia nas życie, wystarczy nie oceniać tylko służyć pomocną dłonią 🙂

  • Katarzyna Paszek

    Piszę ten komentarz ze szpitalnego łóżka. Jutro ląduję na stole operacyjnym gdzie wytną mi żołądek. Od kilku dni myślałam czy nie zostawić tutaj komentarza, dzisiaj w końcu się przełamałam.

    Mnie nigdy życie nie rozpieszczało i z perspektywy czasu dziękuję Bogu, że było takie a nie inne bo mnie ukształtowało i spowodowało to że jestem teraz tym kim jestem. Matkę straciłam w wieku 9 lat, zostałam z ojcem i 3 letnią siostrą. Ponieważ Tata pracował po 12 h to ja musiałam przejąć większość obowiązków domowych i opiekę nad siostrą. Podczas gdy koleżanki żyły beztrosko ja codziennie rano odprowadzałam siostrę do przedszkola, odbierałam ją i zaprowadzałam do domu, gdzie odgrzewałam obiad przygotowany przez tatę. Musiałam zrezygnować ze szkoły plastycznej i wszystkich zajęć dodatkowych…. Szkoła podstawowa średnio mi szła, 8 klasę skończyłam ze średnią 3,6 na zakończenie usłyszałam od mojej nauczycielki matematyki „Kochana ty to się nawet do zawodówki nie nadajesz”, tak mnie to zabolało, że postanowiłam jej pokazać. Zdałam egzaminy do ekonomika i tam rozwinęłam skrzydła. Maturę zdałam bardzo dobrze a świadectwo maturalne było z czerwonym paskiem. Dostałam się na wymarzone studia z bankowości ale…. No właśnie w wieku 20 lat zaszłam w ciążę, też nieplanowaną…. Nie było mnie stać na utrzymanie dziecka i opłacanie czesnego w wysokości 450 zł / miesięcznie bo szefowa zwolniła mnie gdy tylko dowiedziała się że jestem w ciąży. Mój tata nie mógł mi pomóc, teściowie również. Maż zarabiał najniższą krajową a wtedy wynosiła ona ok 700 zł. Tak więc studia poszły w odstawkę… Nie żałowałam ponieważ już na pierwszym roku wiedziałam, że bankowość to nie to… Syna urodziłam w 2006 r i wtedy też postanowiłam, że się nie dam. W 2007 r dostałam pracę w banku. Zapisałam się na studia…. Zaczęłam się rozwijać.
    Niestety szczęście długo nie trwało w 2008 r moje serce wysiadło….. We wrześniu przeszłam operację przeszczepu płuco-serca… Mimo to nie przerwałam studiów a w pracy byli bardzo wyrozumiali… Wyzdrowiałam i dalej się realizowałam…
    W 2011 r urodził się syn, mój kaprys który o mały włos nie zakończył by się tragedią… 7 miesięcy na podtrzymaniu, 7 miesięcy walki o siebie i dziecko…
    W 2012 r okazało się że mój tata ma nowotwór złośliwy. Zaczęła się depresja i walka tym razem o jego życie… Codziennie wożenie ojca między dwa różne miasta bo w jednym nie mieli chemii ale mieli aparat do naświetlania… W 2014 r tata zmarł…. Tylko praca sprawiała mi przyjemność, ciężko pracowałam i się dokształcałam kosztem rodziny. Przytyłam 50 kg bo depresję zaleczyłam jedzeniem. Oprzytomniałam rok temu w czerwcu gdy zemdlałam za kierownicą na autostradzie pomiędzy dwoma tirami. Gdy się wybudziłam ze śpiączki podobno pierwsze słowa jakie powiedziałam to „Odwołajcie moje spotkania biznesowe” Wtedy też dostałam po twarzy, zrozumiałam że nie warto… Że czas zadbać o siebie.. Zmieniłam branżę, też zarządzam zespołem ale teraz w firmie w której to ja dyktuję warunki.. Juz prawie wyszłam na wolność i bach..
    Znowu leżę w szpitalu…. Jutro wycinają mi żołądek, jakiś nowotwór się przyplątał.
    Tym razem się nie załamię…. Jutro go wytną a ja za miesiąc wrócę do pracy i znowu będę żyć tak jak ja będę chciała, nie ma rzeczy niemożliwych i tylko od Nas zależy jakie będzie Nasze życie.

    • Kasiu Kochana, bardzo dziękuję, że zechciałaś podzielić się tu swoją historią. Czytając ją, miałam wilgotne oczy. Trzymam kciuki za Ciebie jutro, mam nadzieję, że wszystko potoczy się dobrze. Jak będziesz miała siłę i ochotę – daj znać.

  • Przede wszystkim – mocno, mocno trzymam kciuki 😀
    Czasem zdarza się tak, że na swojej drodze spotykamy Kogoś, kto inspiruje nas do działania, wspiera, jest z nami nawet wtedy, gdy wszystko się wali. Dla mnie taką osobą jest Mój Mąż… Ile godzin przegadaliśmy, ile razem przeżyliśmy, ile razy się pokłóciliśmy, godziliśmy, ile razy mnie wkurzał, ile razy to ja Go denerwowałam… Ale to właśnie On, kiedy zaszłam w ciążę na 5 roku studiów był ze mną. To On jeździł z rozdziałami pracy magisterskiej do mojej promotorki, to On przepisywał kolejne fragmenty na komputerze, kiedy byłam już taka zmęczona, że nie mogłam ruszyć ręką. To On wyciągał mnie na spacery, zabierał na lody i wreszcie to On umówił mnie na egzamin, kiedy nasza pierwsza córka właśnie się urodziła. Bez Niego nie dałabym rady, odpuściłabym całe 5 lat, może podeszła do obrony później, może wcale… Kiedy broniłam racę był ze mną, trzymał na rękach naszą 14 – dniową córkę i po raz kolejny popychał mnie do działania 🙂

  • Przede wszystkim – mocno, mocno trzymam kciuki 😀
    Czasem zdarza się
    tak, że na swojej drodze spotykamy Kogoś, kto inspiruje nas do
    działania, wspiera, jest z nami nawet wtedy, gdy wszystko się wali. Dla
    mnie taką osobą jest Mój Mąż… Ile godzin przegadaliśmy, ile razem
    przeżyliśmy, ile razy się pokłóciliśmy, godziliśmy, ile razy mnie
    wkurzał, ile razy to ja Go denerwowałam… Ale to właśnie On, kiedy
    zaszłam w ciążę na 5 roku studiów był ze mną. To On jeździł z
    rozdziałami pracy magisterskiej do mojej promotorki, to On przepisywał
    kolejne fragmenty na komputerze, kiedy byłam już taka zmęczona, że nie
    mogłam ruszyć ręką. To On wyciągał mnie na spacery, zabierał na lody i
    wreszcie to On umówił mnie na egzamin, kiedy nasza pierwsza córka
    właśnie się urodziła. Bez Niego nie dałabym rady, odpuściłabym całe 5
    lat, może podeszła do obrony później, może wcale… Kiedy broniłam pracę
    był ze mną, trzymał na rękach naszą 14 – dniową córkę i po raz kolejny
    popychał mnie do działania 🙂

  • Przede wszystkim – mocno, mocno trzymam kciuki 😀
    Czasem zdarza się tak, że na swojej drodze spotykamy Kogoś, kto inspiruje nas do działania, wspiera, jest z nami nawet wtedy, gdy wszystko się wali. Dla mnie taką osobą jest Mój Mąż… Ile godzin przegadaliśmy, ile razem przeżyliśmy, ile razy się pokłóciliśmy, godziliśmy, ile razy mnie wkurzał, ile razy to ja Go denerwowałam… Ale to właśnie On, kiedy zaszłam w ciążę na 5 roku studiów był ze mną. To On jeździł z rozdziałami pracy magisterskiej do mojej promotorki, to On przepisywał kolejne fragmenty na komputerze, kiedy byłam już taka zmęczona, że nie mogłam ruszyć ręką. To On wyciągał mnie na spacery, zabierał na lody i wreszcie to On umówił mnie na egzamin, kiedy nasza pierwsza córka właśnie się urodziła. Bez Niego nie dałabym rady, odpuściłabym całe 5 lat, może podeszła do obrony później, może wcale… Kiedy broniłam pracę był ze mną, trzymał na rękach naszą 14 – dniową córkę i po raz kolejny popychał do działania 🙂

    • Wspaniały Mąż! A Ty na pewno jesteś równie Wspaniałą Żoną 🙂 Gratuluję obojgu 🙂

  • Wicher wieje,
    wicher słabe drzewa łamie, hej,
    wicher wieje,
    wicher silne drzewa głaszcze, hej.
    Najwazniejsze to być silnym,
    wicher silne drzewa głaszcze, hej.

    „Breakout – Kiedy byłem małym chłopcem”

    • Wow, ale obudziłaś we mnie wspomnienia!
      Tato słuchał tego całe moje dzieciństwo i właśnie zanuciłam sobie tę piosenkę… Dzięki 🙂

  • Joanna Krzak

    och! Moje całe życie też zmieniło dziecko, ale nie pierwsze jak twoje , ale trzecie. Absolutnie informacja o jego pojawieniu zniszczyła wszystko co planowałam i co było w trakcie i na tych ruinach od 5 lat buduję się wszystko co mam i choć absolutnie inne iż planowałam przed 5 laty to zdecydowanie jest dobrze. Ale muszę przyznać, że mogłabym wymieniać i wymieniać ludzi, którzy wpłynęli na to gdzie jestem teraz, jednak każdy ma znaczenie na naszej drodze, czasem nawet sobie nie zdajemy nawet z tego sprawy. Ale to Mateusz – znaczy syn – wprowadził zmiany w wielkim akompaniamencie fajerwerków.

    • O proszę: nie wiedziałam, myślałam, że tak sobie zaplanowałaś trójeczkę 🙂 Super.

      Ja nie planowałam pierwszej dwójki i reagowałam podobnie jak Ty na trzecie – ale z chwilą gdy się urodziły nie chciałam ani na chwilę cofnąć tego momentu. Natomiast trzecie zaplanowałam z pełną premedytacją i mam nadzieję, że nie pożałuję! 😉 (oczywiście żartuję, wiadomo że nie pożałuję 🙂

      • Joanna Krzak

        🙂 Teraz się śmiejemy, że mamy córkę , syna i wpadkę 😉 Tylko ciii. . Ale zdecydowanie też nie cofnęłabym tego. Mateusz jest niesamowity, nie znam nikogo innego z tak absolutnie najcudowniejszym darem do rozśmieszania, może dlatego , że gdy się dowiedziałam , że będzie to przepłakałam tydzień, serio ryczałam tydzień prawie non stop i przez to chyba limit smutku przeznaczony na jednego człowiek mu się wyczerpał . 🙂
        Jasne , że nie pożałujesz, przecież wiem, że brakowało ci kogoś do cięższych prac w domu 😉 , dwie córki jednak remontu czy takich tam same nie zrobią 😉

  • A ja nie chwaląc się, będąc w ciąży, nie tylko studiowałam, ale i pracowałam. 🙂 W drugiej ciąży, dla odmiany — poszłam na drugie studia i zaczęłam pracę 🙂 Nie miałam niani ani rodziców do pomocy, bo mieszkają daleko. Da się, kwestia nastawienia, motywacji i niepoddawania się 🙂

  • Jaka piękna Nishka na zdjęciach <3 Trzymam kciuki!

  • Piękna historia 🙂 Podziwiam Twoją wytrwałość, a wizja Kobiety Leszczyny będzie mi od dziś towarzyszyć 🙂

  • Pingback: Wymyśl, kim chcesz być i zostań nim. Nie bój się zmian | Nishka()

  • Jula

    Świetny temat, wzruszające komentarze 🙂 Ja nie znalazłam wsparcia w bliskich a zupełnie obcych ludziach. 3 lata temu rzucił mnie facet (bez słowa po 6 latach barrrdzo skomplikowanej relacji) którego przez te lata odczuwałam jako „część mnie samej”, toteż przeżyłam totalne załamanie. Przez 2 lata w sumie nie wychodziłam z łóżka, zwaliłam wszystko co mogłam (nie podeszłam do obrony, przestałam chodzić do pracy więc mnie zwolniono) płakałam, zadręczałam się, nikt nie mógł mnie zrozumieć, nie umiałam się wyzwolić, spojrzeć na wszystko inaczej, modliłam się o śmierć (jakiś wypadek cokolwiek), planowałam samobójstwo ale bałam się, że się nie uda (a może gdzieś tam, tak naprawdę chciałam żyć?). Moim „difference marker” jak się okazało była instruktorka tańca. Gdzieś tam po coś szłam i wpadła mi w ręce ulotka o warsztatach z okazji dnia kobiet. Byłam samotna więc postanowiłam, że zrobię sobie małe święto. Dla siebie. Instruktorka miała taką niesamowitą osobowość i w jakiś naprawdę dziwny sposób bardzo na mnie wpłynęła. Jej zachowanie, filozofia zajęć, to co i jak do nas mówiła okazało się dla mnie niesamowitym impulsem! Nagle poczułam, że mogę coś zrobić! Ze dam radę a były nie jest najważniejszy. Skierowałam swoją uwagę na zupełnie inne tory niż faceci (tj. płakanie po byłym i zastanawianie się dlaczego nikt inny też mnie nie chce) czyli na pracę, uznałam ze zamiast się użalać powinnam popracować nad swoją przyszłością i znaleźć zajęcie które by mnie cieszyło. Postanowiłam POLUBIĆ i od nowa zaprzyjaźnić się z samą sobą. Dokończyłam studia a wszystko co zdarzyło się później, sukcesywnie buduje moją pewność siebie (którą były zabrał ze sobą) spotkałam kolejne osoby które we mnie uwierzyły czy zmotywowały(nieświadomie pewnie).. Jasne, czasem mam kryzysy ale tych zajęć z Ewą nigdy nie zapomnę. Taki przełomowy moment dla mnie 🙂 A dziś mam już w sumie 3 idolki 🙂 Wszystkie to niesamowite kobiety, które poznałam w ostatnim roku i które naprawdę bardzo mi pomogły!

  • poziomka

    Trafiłam tu przypadkiem i się zaczytałam 🙂 Pierwszego syna urodziłam
    mając 21 lat, pomiędzy jednym kolokwium a egzaminami (podobno moi
    koledzy robili zakłady czy dzień po porodzie pojawię się na uczelni, bo
    akurat miał odbyć się kolejny sprawdzian z wiedzy studenta – ale
    odpuściłam 😉 ). Końcówka
    upalnego maja… Po porodzie na uczelni pojawiłam się żeby zaliczyć
    nieobecności, kolokwia i
    egzaminy. Dla syna miałam całe wakacje. Nie było łatwo. Mój mąż nie miał
    pracy, mieszkaliśmy z rodzicami, stres był ogromny. Pomimo tego żadne z
    nas nie porzuciło studiów (ja – dziennych, on – zaocznych), choć wielu
    na to liczyło. Po ciężkim pierwszym roku, półtoragodzinnych
    dojazdach na uczelnie i do pracy, wynieśliśmy się z dzieckiem do
    akademika. Tak wiem, niektórzy uważają to za przejaw kompletnego braku
    wyobraźni, bo akademiki to pijaństwo, imprezy itp. – owszem imprezy
    były, ale my wtedy wyjeżdżaliśmy do rodziców. Studenci też ludzie,
    wiedzieli że w składzie mieszka z nimi dziecko (które było równie
    głośne, albo nawet głośniejsze od nich). Wynajęliśmy
    opiekunkę, w razie ciężkiej sesji zawsze mogłam liczyć na rodziców, ale
    starałam się rzadko z tego korzystać. Wszystko jakoś się potoczyło, mąż
    znalazł lepszą pracę, obroniłam się na 5, znaleźliśmy mieszkanie. Po 6
    latach urodziłam kolejne
    dziecko. Tym razem poświęciłam się mu bez reszty i zaszyłam się w
    domu. Nie chciałam żeby to drugie macierzyństwo było na wariackich
    papierach. Pragnęłam spokoju i wyciszenia, czyli tego wszystkiego czego
    brakowało mi przy pierwszym dziecku. Dzięki temu poznałam lepiej zasady
    rodzicielstwa bliskości, zaczęłam wsłuchiwać się w dzieci, w ich
    pragnienia a nie tylko patrzeć na to co inni ode mnie wymagają. Z
    perspektywy czasu, wydaje mi się że minęło więcej niż 9 lat a czasami,
    że to wszystko miało miejsce dosłownie przed chwilą 😉

  • poziomka

    Trafiłam tu przypadkiem i się zaczytałam 🙂 Pierwszego syna urodziłam
    mając 21 lat, pomiędzy jednym kolokwium a egzaminami (podobno moi
    koledzy robili zakłady czy dzień po porodzie pojawię się na uczelni, bo
    akurat miał odbyć się kolejny sprawdzian z wiedzy studenta – ale
    odpuściłam 😉 ). Końcówka
    upalnego maja… Po porodzie na uczelni pojawiłam się żeby zaliczyć
    nieobecności, kolokwia i
    egzaminy. Dla syna miałam całe wakacje. Nie było łatwo. Mój mąż nie miał
    pracy, mieszkaliśmy z rodzicami, stres był ogromny. Pomimo tego żadne z
    nas nie porzuciło studiów (ja – dziennych, on – zaocznych) choć wielu
    na to liczyło. Po ciężkim pierwszym roku, półtoragodzinnych
    dojazdach na uczelnie i do pracy, wynieśliśmy się dzieckiem do
    akademika. Tak wiem, niektórzy uważają to za przejaw kompletnego braku
    wyobraźni, bo akademiki to pijaństwo, imprezy itp. – owszem imprezy
    były, ale my wtedy wyjeżdżaliśmy do rodziców. Studenci też ludzie,
    wiedzieli że w składzie mieszka z nimi dziecko (które było równie
    głośne, albo nawet głośniejsze od nich). Wynajęliśmy
    opiekunkę, w razie ciężkiej sesji zawsze mogłam liczyć na rodziców, ale
    starałam się rzadko z tego korzystać. Wszystko jakoś się potoczyło, mąż
    znalazł lepszą pracę, obroniłam się na 5, znaleźliśmy mieszkanie. Po 6
    latach urodziłam kolejne
    dziecko. Tym razem poświęciłam się mu bez reszty i zaszyłam się w
    domu. Nie chciałam żeby to drugie macierzyństwo było na wariackich
    papierach. Pragnęłam spokoju i wyciszenia, czyli tego wszystkiego czego
    brakowało mi przy pierwszym dziecku. Dzięki temu poznałam lepiej zasady
    rodzicielstwa bliskości, zaczęłam wsłuchiwać się w dzieci, w ich
    pragnienia a nie tylko patrzeć na to co inni ode mnie wymagają. Z
    perspektywy czasu, wydaje mi się że minęło więcej niż 9 lat a czasami,
    że to wszystko miało miejsce dosłownie przed chwilą 😉

  • Pingback: Nie zapominam o sobie – pozwala mi to zachować równowagę | Nishka()

  • Natalia Kolanowska

    Chciałam się dołączyć do listy osób, które dziękują za ten tekst. Przeczytałam to pierwszy raz pod koniec ciąży, byłam na stażu i zbierałam materiał do magisterki gdy okazało się że zostanę mamą. I tak osobie o to skończyłam egzaminy ale pisanie pracyz odłożyłam w kąt, decydując że nie ma sensu rozgrzebywac danych jak tu zaraz będę rodzić… nie wiem czy dobrze zrobiłam. Ważne, że dzięki twojemu tekstowi, troskliwym naciskom rodziców i promotorki w końcu jak mały miał 7miesięcy usiadłam porządnie do pisania. Było ciężko nagle rozstać się z dzieckiem na całe dnie, i zaufać i prosice o. Pomoc teściów, z ktorymi miałam dość dziwną relację… jednak udalosię się. Wczoraj obroniłam magisterke na piątkę, z 10miesiecznym synkiem! I do tego poprawiłam relację z tesciami. Mam nadzieję że uda mi się tak dalej trwać, działać, bo pierwsze miesiące po porodzie spędziłam w piżamie i lekkiej depresji… jednak wyjść do ludzi, albo i siedzieć w domu ale pisać, mieć cel… pomaga. Dziękuję za twój przykład i pozdrawiam!

    • Natalio, wspaniale, jesteś ZUCHEM przed duże Z!!! Bardzo się cieszę i wielkie dzięki, że to napisałaś! Całusy! :*