Tully – niebanalny i nietendencyjny film o rodzicielstwie

.
Na film „Tully” czekałam od kilku tygodni, od chwili, gdy zobaczyłam jego zwiastun. Dodatkowym atutem, była odtwórczyni głównej roli: Charlize Teron, której aktorstwo bardzo cenię oraz fakt, że twórcy filmu zrealizowali kiedyś „Juno”, który bardzo mi przypadł do gustu. Jednak w tym miejscu chcę wszystkich ostrzec: „Tully” nie jest komedią, jak sugerują reklamy.

Być może spece od marketingu rzeczywiście dostrzegli potencjał komediowy w tym na przykład, że Marlo: główna bohaterka odgrywana przez Charlize Theron, boryka się po porodzie z dyskomfortem psychicznym i fizycznym i zamiast seksownej bielizny nosi wielką podpaskę, jedyną funkcją jej piersi jest produkcja mleka i gdy ściągnięty pokarm wyleje się na stół, wpada w panikę.

Może podłączenie do laktatorów wydających okropne dźwięki niczym krowa dojna wygląda dowcipnie, ale kto to przeżył wie, że matce niekoniecznie jest z tym do śmiechu, tak jak i nie było bohaterce filmu. Bo „Tully” nie ma nic wspólnego z klimatami à la „Bridget Jones”.

Ktoś pewnie dostrzegł też potencjał komediowy w tekście szwagierki, która widząc, jak ciężarnej Marlo trudno się poruszać, mówi:

– To prawda, dziewiąty miesiąc jest ciężki. Ledwo mogłam chodzić na siłownię.

Czy to aby na pewno śmieszne, w sytuacji, w której coraz popularniejsze staje się zjawisko tzw. fit mam, które do ostatniej chwili przed porodem i od jak najwcześniejszej po nim dbają o swoją fit formę? Przez co matki takie jak Marlo (Charlize do tej roli przytyła 20 kilogramów) czują się jeszcze bardziej „zmotywowane” do podkręcenia sobie śruby? Co zresztą świetnie pokazuje scena, w której Marlo uprawiając jogging, próbuje prześcignąć szczupłą dziewczynę, co kończy się spektakularnym wywinięciem orła, bo jest ponad siły jej siły. Tak właśnie odebrałam tego typu sceny: jako aluzje do współczesnych „trendów” wokół macierzyństwa, a nie potencjał komediowy.  

„Tully” opowiada o mrocznym aspekcie macierzyństwa: nieznośnej powtarzalności i syzyfowej pracy, przeciążeniu obowiązkami, bezsilności, natłoku obowiązków, utraty wolności, czasu i ciała, fizjologicznych dolegliwości, poporodowym ciele dalekim od ideału prezentowanego w mediach, internecie i popkulturze. Jednak warto podkreślić, że nie jest to film tendencyjny: nie uwypukla tylko cieni, ale i blaski macierzyństwa i życia w rodzinie.

Pisanie, że „Tully” odziera wizję macierzyństwa i małżeństwa z idealności i perfekcyjności, napawa mnie znużeniem, bo mam wrażenie, że w ostatnim czasie, takich odezw powstało mnóstwo. Modnie jest mówić, że „macierzyństwo nie jest proste” i wszyscy czepiają się tego tematu, odgrzewając go jak stary kotlet, który się dobrze klika, doprowadzając do tego, że wszyscy jesteśmy nim przejedzeni i nie możemy już nań patrzeć. A jednak twórcy „Tully” zrobili to naprawdę dobrze, w sposób, w jaki jeszcze nikt do tego tematu nie podszedł. Polecam.

Zwłaszcza, że jest się czym przejmować. Ilość depresji poporodowych wzrasta lawinowo. Żyjemy dziś w rodzinach nuklearnych: małych (rodzice + dziecko/dzieci) niezależnych i odosobnionych od otoczenia choć składających się na jego część. Można rzec, że społeczeństwo składa się z setek samotnych matek.

Współczesna matka czuje się coraz bardziej zagubiona i samotna. Tymczasem przez tysiące lat zawsze wokół siebie miała cały sztab pomocników: koleżanki z plemienia czy wioski, ciotki, kuzynki, matki. To, co dziś jest na barkach jednego lub dwóch rodziców, przez setki lat rozkładało się na co najmniej kilka osób. Dziś każdy ma swoje sprawy, swoją rodzinę i swoją rzepkę skrobie. Tymczasem jesteśmy zwierzęciem stadnym i potrzebujemy innych ludzi, ich wsparcia, opieki, czułości, troski, a czasem zwyczajnego wygadania się i pobycia razem. I tak odczytuję film Tully.

Trudno oderwać wzrok od zjawiskowej Charlize Theron, która fantastycznie kreuje obraz matki i buduje relację z nocną nianią, w którą równie dobrze wciela się Mackenzie Davis.

A teraz…

UWAGA SPOJLER!!!

więc jeżeli chcesz zobaczyć ten film, nie czytaj końca mojego tekstu i wróć do niego po obejrzeniu filmu.





















Szukając opinii o filmie w prasie amerykańskiej (w Polsce miał premierę dopiero wczoraj) natrafiłam na tekst What woman should know before seeing Tully w którym pojawia się sugestia, jakoby film bagatelizował ukazaną w filmie psychozę poporodową, na którą zapada główna bohaterka i zbyt rozmywał główny przekaz filmu: bo czy ma być nim zwrócenie uwagi na ten niebezpieczny epizod psychozy czy fakt, że trzeba objąć troską i uwagą wszystkie kobiety w połogu (a nie tylko te chorujące)?
Ja tego problemu nie widzę i moim zdaniem twórcom filmu udało się sprawnie połączyć oba te cele.
Nie widzę też problemu w tym, że na końcu filmu wszystko wraca do normy, bo fakty są takie, że psychoza poporodowa mija w ciągu trzech miesięcy od pojawienia się, a aż w 75% przypadków znika po połogu, czyli po sześciu tygodniach od porodu.

Traktuję to jako sygnał jak bardzo trzeba otoczyć opieką kobietę w połogu i nigdy nie zostawiać jej bez wparcia, czułej i troskliwej opieki, życzliwości i wyrozumiałości dla jej czasem „dziwnych” zachowań.

Psychoza poporodowa trafia się średnio dwóm kobietom na tysiąc i przypomina zazwyczaj manię lub depresję z urojeniami i halucynacjami. Marlo miała każdy z tych objawów, bo pozostawała albo bez żadnej energii do życia, kiedy to każda czynność wydawała się jej ponadludzkim wysiłkiem albo wprost przeciwnie była totalnie energią przepełniona, robiąc w nocy muffinki do szkoły syna, dbając o to, by na stole stały świeże kwiaty czy sprzątając dom na błysk.

Ja, mimo, że nie chorowałam na psychozę poporodową, odnalazłam się w tej filmowej postaci. Nie zapomnę np. jak w w pierwszych tygodniach życia syna, zamiast regenerować się i odpoczywać, dawałam się ponieść omnipotencji i brałam cały dom na barki, do tego angażowałam się w pracę zawodową – istne szaleństwo, które przypłaciłam poważnym zapaleniem piersi.

Jedyne, czego nie doświadczyłam, to halucynacji o tym, że mam obok siebie czułą i troskliwą nianię i przyjaciółkę, na której pomoc mogę liczyć. Bo naprawdę miałam i życzę tego każdej świeżo upieczonej mamie.

Komentarze:

  • Andzia

    Właśnie wróciłam z kina. Nie jestem mamą i pewnie dlatego ten film był dla mnie filmem o relacjach i małżeństwie. O tym, że dom nie ma być na głowie kobiety, a dziecko zmienia życie obojga. Gdy po raz kolejny na ekranie pojawiła się scena Drew zakładającego słuchawki do gry, wyszeptałam mojemu mężowi słodko do uszka: „ja bym to wyj*ła” 😉 A znowu w szpitalu po wypadku jak się ocknął, że czas trochę zwrócić uwagę na żonę, popłakałam się ze wzruszenia. Dobrze, że to poleciłaś, bo chyba bym nie poszła do kina sama z siebie, akurat na film opatrzony opisem, że to o byciu matką. Dzięki!

    • Dzięki za zwrócenie uwagi na rolę ojca, nie wiem, dlaczego ją w tekście pominęłam! Choć przecież jest tu ogromna, między innymi dlatego że tak często go brakuje..
      I dziękuję za zaufanie w kwestii pójścia do kina na rekomendowany przeze mnie film. 🙂

  • Vea86

    Ale chyba ten „cały sztab pomocników: koleżanki z plemienia czy wioski, ciotki, kuzynki, matki” został w zasadzie w ciągu jednego pokolenia odesłany jako nieuzyteczny, wtracający się i narzucający, stare nieaktualne rady? Poza wyjątkami typu mieszkanie na drugim końcu świata albo dysfunkcjonalne rodziny – to chyba same mamy często doprowadzają do tego ze ten „sztab” znika – bo decydują się na małżeństwo coraz później (babcie czy dziadkowie nie zawsze mają siłę zajmować się wnukami), nie znoszą rad (słynne oburzenie na pytanie o czapeczke), nie zależy im na podtrzymywaniu więzi towarzyskich? Ok, pewnie też coraz więcej babć bardziej ceni samorozwoj niż „zostanie z wnukami” ale jest tyle kompromisowych rozwiązań…