Gimnazjaliści to nasz skarb narodowy – nie likwidujcie ich!

a girl with a camera and her friend smile for the camera in front of light blue brick wall

Co sądzę o likwidacji gimnazjów? Przy okazji, żadne tam „wygaszanie”, jak twierdzi MEN, nazywajmy sprawy po imieniu. Mam dwie córki, które w listopadzie skończą odpowiednio: 11 i 16 lat. W sierpniu rodzę syna. Każde z moich dzieci będzie najprawdopodobniej uczyć się w innym systemie szkolnym. Oto, co myślę o planie likwidacji gimnazjów.

Jako mama 11-latki, która do gimnazjum nie pójdzie

Od jakiegoś czasu coraz więcej znajomych rodziców dopytywało mnie:

– Do którego gimnazjum pójdzie za dwa lata twoja córka? Myślałaś już o tym?

Dowiedziawszy się kilka dni temu o planach MEN, ucieszyłam się, że nie muszę już się nad tym zastanawiać, dokonywać wyborów, analizować szkół. Odetchnęłam z ulgą, że córka jeszcze przez cztery lata zostanie w swojej klasie w podstawówce i że nie będzie musiała rozpoczynać nauki w nowej szkole.

(Co ciekawe, córka, mimo, że lubi swoją klasę i wychowawczynię, ku mojemu zaskoczeniu zmartwiła się, że nie pójdzie do gimnazjum. Na pytanie, dlaczego tak ją to martwi, odparła: „Bo lubię zmiany.”).

W każdym razie ja się cieszę, bo będę mieć święty spokój.

To jednak poziom indywidualny, mój własny kawałek podwórka, moje ciepełko. Bo gdy patrzę na to z szerszej perspektywy, gdy wznoszę się ponad moje ja, własną wygodę i komfort, kolejne fundamentalne zmiany w polskiej edukacji nie podobają mi się i niepokoją mnie.

Jako obywatelka Polski, w której reforma szkolna goni reformę

Nie podoba mi się, że polską szkołę czeka kolejna reforma, zmiana, zawirowanie. Nie podoba mi się, że polski system edukacji jest nieustannie modyfikowany, przez co coraz bardziej pogrążony w chaosie.

Rodzice są coraz bardziej zagubieni. Wielu z nich żałuje, że wysłało swojej 6-letnie pociechy do szkoły wcześniej, inni żałują, że tego nie zrobili, nikt nie wie, co dla dziecka-ucznia jest najlepsze.

Nie podoba mi się, że w związku z reformą znów będą tworzone nowe podstawy programowe i podręczniki, co jest nie dość, że kosztowne, to jeszcze niepokojące. Może to świetna okazja, by przemycić tam nowe katolickie-narodowe treści? Nową, tradycyjną wizję rodziny? I wiele innych: światopoglądowych, a nie naukowych myśli?

Nie podoba mi się, że szkolnictwo stało się terenem walki politycznej.

Nie podoba mi się, że podstawówka – ze swoimi ośmioma klasami (a nie sześcioma, jak przez ostatnie kilkanaście lat) znów stanie się molochem.

Jako mama 7-latka, który będzie uczył się w jednej szkole z 14-latkami

Z perspektywy mamy młodszej córki: wkrótce uczennicy siódmej i ósmej klasy (na razie piątej), będzie w porządku, wszak to ona będzie w najstarszym gronie. Ale gdy pomyślę o moim synku, który mając 6 czy 7 lat (mam nadzieję, że sześć, że w 2022 roku normą będą 6-latki w szkołach, a nie przedszkolach. O tym, dlaczego, pisałam w tekście Hu-hu-ha szkoła dla 6-latków zła). W każdym razie wizja, w której mój kilkulatek przekracza próg szkolnego molocha i spotyka się na korytarzach z nastoletnimi bykami (a w toaletach wyczuwa zapach ich papierosów) – nie brzmi optymistycznie.

O ile dobrze pamiętam: jednym z głównych argumentów z końca lat 90. gdy zapadała decyzja o powstaniu gimnazjów, było odseparowanie małych dzieci od dorastającej młodzieży. I moim zdaniem to świetny argument. 

Wolę, żeby zbuntowane i dojrzewające 14-latki uczyły się w gimnazjum, a nie z maluchami w podstawówce. I tak nawet, jak to zdanie, pierwotnie brzmiał tytuł mojego tekstu.

Jako 35-latka, która nie uczyła się w gimnazjum

Uczyłam się w systemie szkolnym, który ma wkrótce znów wrócić, czyli pozbawionym gimnazjów. Czy było lepiej? Nie. Czy było gorzej? Nie. To nie ma znaczenia, bo to nie o system szkolny chodzi. W siódmej i ósmej klasie szkoły podstawowej, które dziś mają wrócić zamiast gimnazjów, mniej więcej połowa moich rówieśników była „problematyczna”: dokonywała tak zwanych inicjacji: sięgała po pierwsze papierosy, piwa, wina, dżointy, wagarowała, wdawała się w bójki, wielu eksperymentowało ze swoją seksualnością. I nie miało specjalnego znaczenia, czy grono ich kolegów i koleżanek z klasy towarzyszyło im od kilku lat czy dopiero od roku. Po prostu w pewnym momencie dziecko staje się młodzieżą i zaczyna testować życie.
Na szczęście wciąż mniej więcej co drugi nastolatek, ceniąc sobie swój mózg, nie niszczy go używkami i ceniąc sobie swoją reputację i posiadając umiejętności tzw. asertywności seksualnej rozważnie dokonuje inicjacji seksualnej (czyli odsuwa ją w czasie) – ale od tego są rodzice i mądrze prowadzone zajęcia z edukacji seksualnej (vide: Edukacja seksualna: jak to się robi w Polsce, wywiad z Anką Grzywacz). To, jak podzielone są poszczególne etapy szkolnej edukacji, nie ma tu specjalnego znaczenia.

Jako mama 16-latki, która uczyła się w gimnazjum 

Trzy lata temu, gdy moja starsza córka kończyła podstawówkę i wybierała się do gimnazjum, bałam się. Napisałam nawet na blogu tekst Gimnazjum? Nie, dziękuję, którego fragmenty pozwolę sobie poniżej przypomnieć:

„Niczego tak się w życiu nie boję jak wszystkiego. Wróć. Niczego tak się w życiu nie boję jak momentu, w którym moja córka pójdzie do gimnazjum. Gdybym mogła, zamknęłabym ją na te trzy lata w domu i kazała przeczekać.

– Córciu, siedź z nami w domu i nie wychodź. Dziś jeszcze nie wiesz, że mam rację, ale kiedyś mi ją przyznasz: lepiej będzie jak przeczekamy twoje gimnazjum. Czas szybko minie, głowa do góry!

Co mogę? Mogę dbać o naszą relację. Mogę rozmawiać i słuchać. Czasami nie jest to proste. (….) Zwłaszcza, że jest przekonane, że jest co najmniej trzydzieści pięć razy od ciebie mądrzejsze. Ale dzielnie słucham. Czasami zdarzają się opowieści lekkie, dowcipne i przyjemne. Czasami – przerażające. (…) Lubię słuchać tych historii. Mam dzięki temu poczucie, że mogę wejść do świata swoich dzieci i być bliżej nich. Może tym sposobem uda mi się zepsuć przepis na zepsutą młodzież.”

I to jest właśnie klucz, Moi Drodzy.

To nie jest tak, że gdy znikną gimnazja, zniknie całe zło, które z nimi wiązaliśmy. Bo to nie gimnazjum jest niedobre, lecz młodzież tam ucząca się jest w trudnym wieku.

Pisząc trzy lata temu o tym, że uczniowie gimnazjów są w najtrudniejszym momencie:

„wtedy bowiem:
– będą nimi wstrząsały burze hormonów
– do głowy przychodzić im będą najgłupsze pomysły, mające moc zarażania
– chęć przypodobania się rówieśnikom silniejsza będzie niż zdrowy rozsądek
– dorosły jawić im się będzie jako nudny, nieżyciowy i nic nie rozumiejący Obcy
– znalazłszy się w nowym środowisku, próbować będą nowych wrażeń i doświadczać najróżniejszych inicjacji… „

zrzuciłam niepokój na gimnazjalny system szkolny, tymczasem to są uniwersalne lęki rodzica nastolatka. Łatwo je utożsamić ze szkołą – a one nie znikną po likwidacji gimnazjów! Zabieramy się do tego nie od tej strony, co trzeba, Drodzy Rodzice i Pani Minister Edukacji.

Rodziców nastolatków zainteresowanych, od jakiej strony warto się zabrać, zapraszam do moich tekstów:

→ Dlaczego nastolatki buntuja się?
 Dla dziecka ważniejsi są znajomi. Pogódź się z tym, rodzicu
 Czy potrafisz wymienić pięcioro dobrych znajomych Twojego dziecka?
 Rozmowa o depresji dzieci i młodzieży
*

– Nishko, zwracasz uwagę tylko na kwestie związane z dojrzewaniem młodzieży, skłonnościami do inicjacji, burzy hormonalnych itd. Zupełnie pomijasz aspekt edukacyjny – mógłby mi ktoś zwrócić uwagę. – Tymczasem poziom nauki w gimnazjach na pewno zasługuje na poprawę i reformę! Chyba nie zaprzeczysz, że tępe gimbusy są naszym powszechnym problemem?!

– Czyżby?  – odparłabym. – A co powiecie na to, że polscy gimnazjaliści są w czołówce młodzieży pod względem umiejętności 15-latków z matematyki i przedmiotów ścisłych? W międzynarodowych badaniach PISA (nie mylić z PISem 😉 ) – PISA, czyli Programme for International Student Assesment, Polska zajęła 11. miejsce na całym świecie, w Europie wyprzedziła nas tylko tylko Finlandia, Estonia, Szwajcaria i Holandia! (wyniki z 2015 roku, od 2012 roku jesteśmy w czołówce). Bardzo więc proszę odczepić się od naszego skarbu narodowego, jakim jest nasza polska inteligentna gimbaza! 🙂

Komentarze: