Jestem szczęściarą, czyli: uff, jak dobrze, że te cztery zdarzenia zakończyły się tak, a nie inaczej

fot. Agnieszka Dzieniszewska

Nazywam się Natalia Tur. Urodziłam się w 1981 roku. Jestem w czepku urodzona. Mam jednak świadomość, że szczęście może nie trwać wiecznie, dlatego od jakiegoś czasu jestem bardziej czujna i zapobiegawcza. Opowiem dziś Wam cztery historie, zdarzenia oparte na faktach. Żadne tam seriale paradokumentalne, typu „Trudne sprawy” czy „Dlaczego ja?” – to się działo naprawdę!

Historia nr 1

Gdy byłam kilkuletnią dziewczynką, w naszym domu często znikał na kilka godzin prąd. Kiedy to następowało, paraliżując życie rodzinne w najbardziej nieoczekiwanych momentach, najpierw się denerwowaliśmy, a potem szukaliśmy sposobów, jak sobie z tym poradzić i wyciągaliśmy świeczki. To znaczy rodzice to robili, bo my, dzieci, byliśmy za mali na podejmowanie takich decyzji i kroków.

To był trudny czas. Tato wyjechał w celach zarobkowych do USA, mama została z nami, czyli 5-letnią Natalią i roczną Olą sama. Gdy nagle zgasło światło i znając doświadczenie, można było spodziewać się, że szybko nie wróci, mama, nie chcąc przerywać mi zabawy, postawiła świeczki, a ja mogłam dalej rysować.

– Natalia, muszę na chwilę wyjść do kuchni i bardzo cię proszę, uważaj – ostrzegła mnie.

Ja, może z racji swojej nadpobudliwości, może tego, że zbagatelizowałam jej ostrzeżenie, a może wyszło to przez przypadek, w końcu byłam dzieckiem – zaczęłam energicznie się przy stoliku z przyborami plastycznymi poruszać i … wywróciłam świeczkę. Zapaliła się kartka papieru, a w ciągu kilku sekund dwie wielkie firanki zajęły się ogniem, generując wielką ścianę z płomieni. Mama, która akurat przygotowywała w kuchni kolację, ujrzała nagle wielką jasność, która bynajmniej nie oznaczała powrotu światła, lecz pożar.

Zobaczywszy to, przybiegła i zerwała z karniszy płonące firanki i pobiegła z nimi do kuchni znajdującej się obok, rzuciła je na podłogę i zaczęła lać na nie wodę. Udało się ugasić pożar, ale w efekcie poparzyła sobie dwie ręce. Przez kilka najbliższych tygodni nosiła na nich gips. Na szczęście udało się je wyleczyć tak, że nie ma teraz żadnych blizn. Dlaczego niosła przez kilka metrów płonące firanki? Bo, wiedząc, że liczy się każda sekunda, błyskawicznie wykalkulowała, że łatwiej i szybciej będzie przenieść je do kuchni, rzucić na kamienną podłogę i polewać je wodą z kranu znajdującego się tuż obok, niż nosić miski z wodą do sypialni. Zwłaszcza, że zarówno podłoga w sypialni, jak i sufit były z drewna, mogły więc zająć się ogniem w ciągu kilku chwil. Uff. Wszystko na szczęście dobrze się skończyło.

Historia nr 2

Dokładnie osiem lat temu, w listopadzie, mój mąż pojechał obejrzeć dom zbudowany według jego projektu architektonicznego. Gdy wszedł na górne piętro i zrobił krok, runął na ziemię, uderzając głową w beton. Spadł z wysokości 4 metrów! Nie zauważył, że podłoga na piętrze, na którą chciał wejść, nie jest podłogą, a jedynie folią – ułożoną przez mieszkańców domu prowizorycznie. Po upadku stracił przytomność. Mieszkańcy miejscowości, w której to się stało, jeszcze niedawno wspominali jak przyleciał do nich helikopter medyczny, który zabrał mojego męża. Upadek z takiej wysokości mógł skończyć się tragicznie. Szczęściarz z mojego męża i ze mnie: bo efektem było „tylko” wstrząśnienie mózgu i połamany jeden z kręgów kręgosłupa – ale żaden z tych pełniących kluczowe funkcje. Owszem, przez kilka miesięcy źle się czuł, miał bóle głowy i częste wizyty u lekarza – ale i tak oddychaliśmy z ulgą, że skończyło się to tak, a nie inaczej. Nie zapomnę widoku mężczyzn, którzy leżeli z nim na szpitalnej sali, którzy nie mieli tyle szczęścia co on. 🙁

Historia nr 3

– Mamo, dlaczego skręcasz?
– Mamo, uważaj!!!

Kilka lat temu, jadąc sobie swoją leśną drogą do domu, wpadłam nagle w poślizg. Nie rozmawiałam wtedy przez telefon ani nie pisałam smsa – leżał w torebce. Nie wypatrywałam w lesie sarenek. Nie byłam zmęczona ani nietrzeźwa. Nie jechałam szybko. Ale jechałam zimą, podczas trudnych warunków pogodowych i najprawdopodobniej popełniłam jakiś błąd, bowiem w pewny momencie straciłam panowanie nad samochodem. Nagle wpadłam na drzewo. Przód mojego auta został skasowany. Na szczęście i najważniejsze: żadnemu z pasażerów: a jechałam z córkami, nic się nie stało. Odczuwałam to jako cud.

Historia nr 4

Kilka lat temu, latem, niespodziewanie dostałam gorączki. Gdy po kilku dniach nie mijała, a ja – do dziś nie wiem, dlaczego tak postąpiłam – nie zbijałam jej żadnymi lekami przeciwgorączkowymi i przeciwzapalnymi, udałam się do lekarza. Był zaskoczony, bo nic nie wskazywało na infekcję: gardło, oskrzela, płuca czyste. Zrobiłam badania krwi: te wyszły fatalnie. Dostałam skierowanie do szpitala. Badano mnie na różne sposoby, szukając rozmaitych chorób. Niestety zabrakło Doktora House’a, który wpadłby na zaskakującą i wystrzałową diagnozę.

Po tygodniu pobytu w szpitalu, gdy zaczęłam już czuć się lepiej – choć wyniki krwi wciąż się pogarszały, ale ja miałam już dość pobytu w szpitalu, postanowiłam, że:

– Wychodzę na żądanie! – oznajmiłam.

Tej samej nocy mój stan totalnie się pogorszył. Postanowiono zrobić mi punkcję w celu pobrania płynu rdzeniowo-mózgowego. Okazało się, że mam zapalenie mózgu i opon mózgowych. Odkleszczowe. Pytanie o to, czy miałam w ostatnich dniach i tygodniach kleszcza, padło podczas lekarskich wywiadów. Jednak ja kompletnie zapomniałam o tym, że kilkanaście dni temu złapałam małego niewinnego kleszczyka podczas jednej z wycieczek rowerowych.

Co ciekawe, zdecydowana większość ludzi poradziłaby sobie z wirusem, którym zakaził mnie ów kleszcz. Jednak ja, miałam wtedy ciężki czas, bardzo dużo pracowałam, byłam zmęczona i zestresowana, dodatkowo nie przyjęłam podczas gorączki żadnych leków przeciwzapalnych i niestety dopadło mnie.

– Przykro mi to mówić, ale pana żona może po wyjściu z choroby stać się… innym człowiekiem. Bardzo prawdopodobna jest depresja, zanik mięśni, silne i częste bóle głowy, niedowłady kończyn – ostrzegł mojego męża lekarz.

Czy dacie wiarę, że nie odczułam absolutnie żadnych negatywnych skutków? (oczywiście nie licząc miesięcznej hospitalizacji i słabego samopoczucia kilka tygodni po wyjściu ze szpitala, ale to było zrozumiałe).  Co więcej, zmieniłam się na lepsze. 🙂 Ale o tym opowiem Wam już innym razem, bo to długa historia. 🙂

2nn

.

Gdy wykaraskałam się z tarapatów finansowych – to też opowieść na inny czas – wiedziałam, że zrobię to, czego zawsze chciałam: ubezpieczę swoje życie

Dla mnie ważne było to, żeby mieć poczucie, że jeżeli znów przytrafi mi się jakieś niespodziewane zdarzenie i tym razem zabraknie mi szczęścia: będę mogła zapewnić bliskim poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Innym aspektem była możliwość odkładania środków na poczet przyszłości dzieci – o tym opowiadałam Wam w tym tekście

Od półtora roku ja i mąż jesteśmy ubezpieczeni w Nationale-Nederlanden. Ofertę „Sposób na przyszłość” wybrałam sama z siebie, nie mając pojęcia, że półtora roku później będę polecać ją na blogu. Dla zainteresowanych dodam, że wszyscy, którzy do końca tego roku zdecydują się na polisę „Sposób na Przyszłość” będą mogli skorzystać ze specjalnej oferty „Strażnik Przyszłości” przygotowanej z myślą o dzieciach. Myślę, że warto, bo w jej ramach, oprócz ubezpieczenia na co dzień na wypadek niespodziewanych zdarzeń w życiu rodzica czy dziecka i możliwości regularnego oszczędzania z pełną ochroną kapitału, otrzymujemy także dodatkowy bonus – nawet do 500 zł premii raz w roku. Przy czym, to co z nią zrobimy – np. przeznaczymy na bieżące potrzeby rodziny, edukację dzieci lub też po prostu zaoszczędzimy – zależy wyłącznie od nas. Więcej informacji znajdziecie TUTAJ.

*

Opowiedziałam Wam te historie, nie żeby straszyć! Wprost przeciwnie: życzę Wam, żebyście nigdy nie doświadczyli zdarzeń, które mi się przytrafiły: pożaru, choroby, nieszczęśliwego wypadku, wypadku samochodowego ani żadnych innych, a jeżeli już, to żeby skończyły się tak pomyślnie jak u mnie. Namawiam Was również, a przede wszystkim siebie i męża do czujności i ostrożności: rozważnego obchodzenia się z ogniem, samochodem, zdrowiem i budowami. 🙂

Wpis powstał we współpracy z moim ubezpieczycielem – marką Nationale-Nederlanden – więcej o nim możecie przeczytać tutaj.

Komentarze: