Kryzys w związku po narodzinach dziecka: byłam tam i jestem. A Ty?

Przejście z bycia „we dwoje” w bycie „we troje” to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla związku, choć mało się o tym mówi. Jesteśmy bombardowani obrazami szczęśliwych rodzin, wtulonej w siebie trójki czy czwórki domowników, tymczasem często kryje się za tym poczucie opuszczenia, samotności, wykluczenia, alienacji, frustracji, smutku, złości, bezsilności, a nawet depresji.

Jak wspominam czas, gdy rodziły się moje dzieci? Zależy, o co pytacie. Jeżeli chodzi o moją relację z dzieckiem: elegancko. Jeżeli chodzi o moją relację z ojcem dziecka: kiepsko. Ale zacznijmy od początku.

Tekst powstał w ramach kampanii #rodzicielstwobezfiltra realizowanej przez markę WaterWipes – producenta naturalnych chusteczek dla niemowląt, które mają w składzie wyłącznie 99,9% czystej wody i dodatek ekstraktu z pestek grejpfruta.

Na stronie kampanii #rodzicielstwobezfiltra znajdziecie inne blogowe teksty zarówno o najpiękniejszych jak i o najtrudniejszych aspektach bycia rodzicem, regularnie aktualizowane informacje o najnowszych webinarach z udziałem specjalistów, a także film w którym razem z Sarą Ferreirą i Marysią Górecką opowiadamy pół żartem, pół serio o swoich niełatwych doświadczeniach związanych z macierzyństwem. 

Przy każdej z moich trzech ciąż byłam Niesentymentalną Brzemienną. Objawiało się to tym, że nie nazywałam rosnącego we mnie: najpierw płodu, potem dziecka: Fasolką, a ciążowego brzuszyska Brzuszkiem i czułam się bardzo, ale to bardzo niekomfortowo, gdy ktoś go dotykał i nieco skonsternowana, gdy falował podczas ruchów dziecka; nie rozczulałam się podczas badania USG, bo w emitowanym na monitorze obrazie nie rozpoznawałam rysów twarzy małego człowieka, jeżeli już to Obcego lub Kosmity…

Jednak wszystko zmieniało się po porodzie, gdy dziecko przechodziło na naszą stronę lustra. Wtedy przepadałam. Z Niesentymentalnej Brzemiennej stawałam się Wyjątkowo Ckliwą Mamą Noworodka i Niemowlęcia.

Mogłam na swoje dziecko patrzeć godzinami, zachwycając się minami, jakie stroi. Tęskniłam za nim, gdy spało. Byłam wniebowzięta, gdy budziło się. Nie stanowiło dla mnie żadnego problemu budzenie się w nocy co dwie godziny, by je nakarmić. Przez półtora roku byłam na oksytocynowym haju. Rozanielona, rozpromieniona, zauroczona, z poczuciem derealizacji, wrażeniem, że świat jest inny, w pewien sposób zmieniony, jakby ktoś nałożył nań filtr z fotoszopa lub instagrama, upiększając go jeszcze bardziej.

Cóż więc robię w kampanii #rodzicelstwobezfiltra, spytacie?

Ha, bo tak jak moje rodzicielstwo i więź z dzieckiem były idealne, niczym te z reklam i social mediów, tak moja więź z drugim rodziciem dziecka, moim małżonkiem, wprost przeciwnie. 

Dlaczego?

Żeby to wyjaśnić, posłużę się koncepcją cyklu życia małżeńsko-rodzinnego, którą w latach 70. zaproponowała psycholożka i terapeutka rodzin Evelyn Duvall. Według niej, a z jej koncepcji korzystają dziś psycholodzy, terapeuci i mediatorzy rodzinni, rozwój rodziny, a więc i także rozwój indywidualny, to cykl składający się z 8 faz.

Każda z faz niesie ze sobą różne zmiany, zadania, jak i problemy. Różni ludzie radzą sobie z tym lepiej i gorzej. Utknięcie w którejś z faz albo niezrealizowanie danych zadań lub wyzwań może rodzić problemy z przejściem do kolejnych faz i funkcjonowaniem w nich. 

Pierwsza faza to „małżeństwo bez dzieci”, co oczywiście spokojnie możemy rozumieć jako „związek bez dzieci” przy założeniu, że dwoje ludzi decyduje się zamieszkać razem i dzielić ze sobą życie. To czas docierania do siebie dwóch indywidualności z różnymi doświadczeniami, przyzwyczajeniami, nadziejami. To u niektórych czas rozczarowania, który możemy zawrzeć we frazie „życie w związku: oczekiwania vs rzeczywistość”.

Jednym z głównych zadań na tym etapie jest ustalenie relacji z rodzinami pochodzenia, np. decyzje, na ile teściowa lub teść mogą ingerować w życie młodej pary. Jaka jest częstotliwość kontaktu, czy każdy weekend upływa pod tytułem „obiadu u mamy”? Wiele zależy od tego, na ile dorosła kobieta i/lub mężczyzna odseparowali się od swoich rodziców.

Często w pierwszej fazie pojawiają się trudności realizacji planów prokreacyjnych, może się np. okazać, że jedno z małżonków chce mieć dziecko jak najszybciej, a drugie wprost przeciwnie: chce poczekać. Może też być tak, że mimo wspólnych chęci, istnieje problem z zajściem w ciążę, co dotyka coraz większej liczby par.

Jak wyglądała u mnie ta pierwsza faza? Ano nie było jej, bo najpierw byłam mieszkającą z rodzicami 17-latką mającą swojego „chłopaka”, a potem od razu stałam się 19-letnią żoną i matką. Na upartego można uznać, że trochę mieszkaliśmy tylko we dwójkę, ale wyłącznie na upartego, bo byłam w trzecim trymestrze ciąży. Kosmitka w moim brzuszysku dawała o sobie intensywnie kopami znać. 😉

Faza nr 2, czyli „Rodzina z małym dzieckiem” to oprócz radości z powiększenia się grona domowników również wiele niepokojów.

Przejście z „bycia we dwoje” w bycie „we troje” to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla pary, choć mało się o tym mówi. Jesteśmy bombardowani obrazami szczęśliwych rodzin, wtulonej w siebie trójki czy czwórki domowników, tymczasem często kryje się za tym poczucie opuszczenia, samotności, wykluczenia, frustracji, smutku, złości, bezsilności.

Mogą być tu realizowane różne warianty. 

Mężczyzna opuszczony przez kobietę całkowicie pochłoniętą macierzyństwem.

Kobieta opuszczona przez mężczyznę uciekającego od rodzinnych spraw w pracę, pasję lub nałogi.

Samotność kobiety lub/i mężczyzny w żałobie po dawnym bezdzietnym życiu.

Problemy w życiu seksualnym, związane z niechęcią kobiety do tegoż po traumatycznym porodzie lub odczuwaniem mniejszej satysfakcji seksualnej po osłabionych porodem mięśniach dna miednicy, zablokowaniem libido mężczyzny niedostrzegającego już w swojej żonie kobiety, a wyłącznie matkę. Lub zwyczajnie: trudnością w znalezieniu chwili dla siebie, zmęczeniu, niewyspaniu, braku warunków.

Depresja matki, ojca. 

Na światło dzienne moga wyjść rozczarowanie wizją rodzicielstwa, wszak często konfrontacja jego prawdziwego oblicza z tym promowanym w reklamach, serialach i social media, może rodzić frustrację. Jeżeli mierzycie się z tym problemem, zajrzyjcie na stronę #rodzicielstwobezfiltra – znajdziecie tam dużo materiałów odczarowujących lukrowane i idealne rodzicielstwo. 

Na poniższym zdjęciu jawimy się jako szczęśliwy trójkąt, w rzeczywistości dobre relacje miały tylko jego boki matka: syn i ojciec: syn.

Problemem mogą być również nadmiernie wtrącający się dziadkowie, którym jedna ze stron nie potrafi postawić granic lub niesprawiedliwy podział obowiązków domowych i rodzicielskich.

Jak było u mnie? Oprócz fuzji z dzieckiem i odstawieniu na bok męża, z powodu mojego lęku przed bliskością emocjonalną, nie potrafiłam postawić granicy moim rodzicom (oni, gdy pierwszy raz zostali dziadkami, wciąż byli rodzicami mnie nastoletniej… Podczas mojego pierwszego i drugiego porodu po jednej stronie miałam Męża, a po drugiej Mamę..) i odczuwałam dużo żalu i złości do męża za to, że słabo angażuje się w sprawy rodzicielskie, choć sama go do nich nie dopuszczałam.  Brawo ja!

Faza nr 3, czyli „Rodzina z dzieckiem w wieku przedszkolnym” (podobnie jak faza nr 4, czyli „faza nr 4 to „Rodzina z dzieckiem w wieku szkolnym: od 6 do 13 lat”) to też niezły sprawdzian dla pary i mierzenia się z wybuchami emocji malucha, jego nauką samodzielności i samoobsługi, stawiania mu granic. Może się okazać, że jeden z rodziców chce stosować system kar i nagród, a drugi jest zauroczony Pozytywną Dyscypliną i to rodzi konflikty między rodzicami. To także czas chorób przynoszonych z przedszkola i towarzyszących im trudnych emocji: strachu o dziecko, ale też sprzeczek kto ma zrezygnować ze swoich spraw zawodowych na rzecz opieki nad chorym dzieckiem itd. Uch, u nas dużo konfliktów na tym tle…

Moja kilkuletnia psychoterapia i studia podyplomowe „Mediacje rodzinne i podstawy pomocy psychologicznej dla rodziny” uświadomiły mi, że mój pomysł o trzecim dziecku był mocno związany z fazą nr 5 „Rodziną z dorastającymi dziećmi” – czyli rodziną z buntującymi się nastolatkami, które nie chciały już zlewać się, niczym niemowlak i maluch z mamusią, wprost przeciwnie 😉 zwiastującą fazę nr 6, czyli „Rodzinę z dziećmi opuszczającymi dom” oraz lękiem przed fazą nr 7, o której zaraz. Oczywiście to wszystko działo się na poziomie podświadomym, ale kierowało mną.

Nigdy nie cofnęłabym decyzji o powołaniu na świat mojego syna, bo bardzo go kocham, ale jednocześnie jestem pewna, że dziecko nie powinno być lekarstwem na naprawianie związku i łatanie swoich lęków. Problemy jeszcze bardziej wyeksponują się, a lęki co najwyżej przytłumią, ale i tak za jakiś czas ujrzą światło dzienne.

Tak jak w wielu związkach jednym z najtrudniejszym wyzwań dla pary jest przejście z „bycia we dwoje” w bycie we troje”, to potem dla wielu równie trudne jest przejściu z bycia „we troje/czworo” do bycia we dwoje, czyli przejścia do fazy 7: „Stadium pustego gniazda.”

Część par, których dzieci odeszły w dorosłość lub które szykują się do odejścia, stoi przed niebezpieczeństwem rozpadu związku, bo czują, jakby kończył się wspólny cel – wychowanie dziecka. Okazuje się, że nie potrafią być razem, bo dotychczas byli ze sobą tylko lub głównie jako rodzice, nie jako małżonkowie czy partnerzy. Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice będą wikłać dorosłe dziecko w swoje sprawy (np. problemy, choroby, nałogi itd), tak by znów mogło rodziców spoić niczym klej. 

Inni rodzice, w obliczu wyfrunięcia piskląt z gniazda, odetchną z ulgą i dobrze, bo najzdrowszą dla dziecka (i rodzica) separacją jest ta przebiegająca bez wyrzutów sumienia i poczucia winy. Dziecko może swobodnie odejść, mając świadomość, że rodzice nie mają o to do niego żalu i poradzą sobie bez niego. Mając nowe pokłady czasu i przestrzeni, skupią się na sobie i swoim związku.

Co ciekawe, faza opuszczonego gniazda, jest najdłuższą fazą w życiu rodziny, bo trwa przeciętnie około 15 lat. Gdy więc po narodzinach dziecka skupiamy się wyłącznie na nim, zapominając o swoim mężczyźnie lub kobiecie lub wycofujemy się z życia rodzinnego, z założeniem, że „mamy jeszcze czas doń wrócić”, miejmy świadomość, że jeżeli nie zbudujemy ze sobą więzi, opartej nie tylko na byciu rodziciem, ale też partnerem, przyjacielem, kochankiem może być ciężko. 

To, co jest ważne w każdej z faz życia rodziny to odnalezienie równowagi między byciem rodzicem a byciem małżonkiem i byciem „sobą”. Czego sobie i Wam życzę.

U nas w 2021 roku okaże się, czy wspólnie z mężem dotrwamy do fazy nr 8, czyli „Starzejący się rodzice (od emerytury do śmierci obojga rodziców).”. Od kilku miesięcy bacznie się sobie przyglądamy. 😉

Jestem bardzo ciekawa Waszych przemyśleń, doświadczeń, refleksji. Piszcie. <3

Tekst powstał na zaproszenie marki WaterWipes.

Komentarze: