Parentyfikacja, czyli matkowanie własnej matce – o dzieciach zniewolonych przez niedorosłych rodziców

.
Każdy z nas spotkał się z pojęciem Matki Polki, poświęcającej życie swojemu dziecku. A czy słyszeliście o Córce Polce poświęcającej życie swojemu rodzicowi, zwykle matce? 

Czuje się za nią odpowiedzialna, nie jest w stanie jej „porzucić”, np. wyjeżdżając do innego kraju lub miasta, nawet w imię dobra swojego prawdziwego dziecka. Na samą myśl, że mogłaby się tego dopuścić, kręci jej się w oku łza, a w sercu rodzi ogromne poczucie winy. Przecież nie może zostawić własnej matki, przecież ona sobie bez niej nie poradzi. Matka niczym dziecko. Dziecko niczym matka.

Do poświęcenia uwagi temu tematowi skłonił mnie komentarz, który niedawno zostawiła moja Czytelniczka. Pozwolę sobie na zacytowanie go, bo autorka pozostała anonimowa i w żaden sposób nie da się jej zidentyfikować. 

  „Jakby to zacząć… mam 25 lat i od 10 lat mieszkam z rodzicami za granicą. Dosłownie tydzień temu pokłóciłam się z mamą o.. pomoc. Rodzice znają angielski na poziomie komunikatywnym, ja znam na bardzo zaawansowanym. Od 15 roku życia to ja dzwonię po lekarzach, to ja załatwiam podatki, to ja płacę rachunki, to ja prowadzę konto bankowe na internecie… i wybuchłam. Mam po prostu dość dzwonienia do mnie po 3-4 razy dziennie z pytaniem:
„A co to znaczy?”
A możesz zadzwonić do lekarza i powiedzieć, że nie przyjdę?”

Kiedy odezwałam się po chamsku, usłyszałam, że jestem niewychowanym bachorem i to pewnie ona źle mnie wychowała… tyle, że ja nie mieszkam już z rodzicami od roku, mam swoje życie i nie mam czasu, ochoty i czasami wręcz pieniędzy, żeby pomóc/zrobić coś. Moja mama wpędza mnie wiecznie w poczucie winy, że ona mnie wychowała, ona mi pomagała, a ja się teraz tak odwdzięczam.

Dopiero jak zaczęłam rozmawiać na ten temat z innymi ludźmi spoza rodziny dotarło do mnie jak jestem wykorzystywana! Jest mi bardzo przykro i nie mam ochoty utrzymywać kontaktu z rodzicami na razie, mimo iż są jedyną rodziną, jaką mam w tym kraju (poza moim chłopakiem). Jak się okazuje, potrafią sobie radzić i dzwonić do innych, od kiedy odmówiłam pomocy.”

*
Zjawisko, które opisała moja Czytelniczka nazywane jest przez psychologów parentyfikacją, czyli przejęciem przez dziecko dorosłych ról i jest bardzo niebezpieczne dla psychiki dziecka (również już dorosłego) oraz świadczy o złej kondycji psychiki rodzica. 

Najoczywistszym przykładem parentyfikacji jest ta zwana instrumentalną i występuje zwykle w rodzinach dotkniętych alkoholizmem lub nieleczoną chorobą psychiczną. Dziecko czuje się wtedy odpowiedzialne za „trzymanie poziomu” za rodzica i staje się jego opiekunem oraz przejmuje jego role: ogarnia dom, młodsze rodzeństwo, organizuje żywność, a czasem i pieniądze.

Jednak matkowanie swoim rodzicom może również występować w rodzinach, w których nie występuje problem uzależnienia lub chorób, lecz na pozór zdrowo funkcjonujących. Na pozór, bo zatracenie granicy między tym, kto jest rodzicem, a kto dzieckiem, obciążanie dziecko problemami ponad jego siły – a to jest istotą parentyfikacji – nie jest zdrową sytuacją i bardzo obciąża psychicznie dziecko, również to dorosłe. Dziecko jest niczym mityczny Herakles, który bierze na swoje barki więcej niż jest w stanie unieść, co zwykle kończy się zaburzeniami zdrowia psychicznego i fizycznego.

Parentyfikacja na emigracji, opisana przez moją Czytelniczkę jest również dość częstym zjawiskiem. Rodzice, zamiast nauczyć się języka obcego, wieszają się na dziecku, które je zna. Mają prawo, przecież to oni łożyli na jego edukację, prawda?!

Istnieje jeszcze inny rodzaj równie niebezpiecznej parentyfikacji: emocjonalna, w której dziecko staje partnerem wspierającym rodzica w problemach miłosnych, towarzyskich, zawodowych, życiowych, dziecko niczym doradca, kompan, mediator w rodzinnych konfliktach i przyjaciel, na które to zjawisko zwracałam kiedyś uwagę w tekście Dziecko nie jest Twoim przyjacielem

To również komunikaty w stylu:

– W ogóle mnie nie odwiedzasz, chyba o mnie zapomniałaś, czuję się taka samotna, zaopiekuj się mną.
– Zmarnowałam sobie życie przez twojego ojca, ale nie mogłam się z nim rozwieść, bo ty byłeś malutki, a sama nie poradziłabym sobie finansowo.
– Całe życie opiekowałam się tobą, bo nie było dla mnie nic ważniejszego niż twoje dobro, wszystko dla ciebie poświęciłam.
– Nie poradzę sobie bez ciebie.
– Co ja bez ciebie zrobię, jak wyjedziesz z naszego miasta/wyjdziesz za mąż/ożenisz się.

Dziecko (również dorosłe) słysząc takie komunikaty czuje się odpowiedzialne za cierpienie rodzica i zobowiązane do opiekowania się nim. Poczucie winy i wdzięczności „za poświęcenie” tworzą poczucie przymusu odpracowania. Gdy próbują wyjść z tego schematu czują potworne wyrzuty sumienia, czują się złymi, myślącymi wyłącznie o sobie, podłymi ludźmi, którzy zostawiają rodziców na pastwę losu. Żyją w napięciu, mają poczucie, że muszą nad wszystkim panować, kontrolować, nie mogą pozwolić sobie na beztroskę i na błędy.

Więcej o budzeniu w dziecku poczucia konieczności odwdzięczenia się za poświęcenie pisałam w tekście Dziecko nic Ci nie jest winne. Nie możesz żądać od niego odwdzięczenia się „na starość.

W świetnym – polecam → wywiadzie dla Wysokich Obcasów prof. Katarzyna Schier, wybitna psycholog i  psychoterapeutka, autorka książki „Dorosłe dzieci” o parentyfikacji, opowiada o tym, że konsekwencją rodzicowania swoim rodzicom jest depresja, więc sprawa jest naprawdę poważna.

Równie ciekawą rozmowę o parentyfikacji z tą samą rozmówczynią pod tytułem „Mamo, puść mnie” możecie znaleźć w papierowym miesięczniku Newsweeka „Psychologia”, początek wywiadu dostępny jest tutaj. Poniżej cytuję fragment:

Matka nie wypuszcza córki i pozostaje z nią w relacji symbiotycznej, a córka jest jej wierna. Bo żeby separacja mogła mieć miejsce, musi być przyzwolenie rodzica. U niektórych kopytnych jest to kopnięcie kopytem, żeby młode sobie poszło, u ludzi, niestety, tak się nie dzieje. To uwiązanie nie pozwala ani na realizację funkcji macierzyńskiej, ani seksualnej. Nie da się zbudować związku, kiedy rodzic cały czas jest tym, którym trzeba się zajmować, czyli skupia na sobie, swoich chorobach, okazuje niezadowolenie, krytykuje, ingeruje w życie córki. Homo sapiens, jeśli sam jest wewnętrznie dzieckiem, to przytrzyma swoje dziecko. Ma je po to, żeby nim się zajęło, zamiast dać mu wolność i puścić w świat. Konsekwencje są tak poważne, że często kobiety, które doświadczyły odwrócenia ról, nie wchodzą w inne relacje, bo mają poczucie winy wobec matek…”

Nie jest moim zamiarem piętnowanie „niedorosłych rodziców”, którzy stali się dziećmi własnych dzieci i oczekują od nich opieki i pełnego zaangażowania. Zwłaszcza, że pewnie nie wiedzą, co czynią. Jednak nie zmienia to faktu, że jest to krzywdzenie dziecka, bo parentyfikacja definiowana jest jako rodzicielskie wykorzystanie. Dziecko poświęca własne potrzeby rozwojowe zajmując się potrzebami rodziców. Potem, gdy jest już dorosłe, często poświęca kolejne potrzeby, np. założenia własnej rodziny (lub wyprowadzki z rodziną w inne miejsce), bo jako priorytetowe traktuje potrzeby rodziców.

W zdrowej relacji z rodzicem następuje stopniowy proces oddzielenia się dziecka od rodzica, tak by to dziecko mogło stać się samodzielnym dorosłym niepotrzebującym rodzica. Pisałam o tym w tekście Dlaczego nastolatki buntują się? Pozwól swojemu dziecku odejść hen daleko od siebie. Bo żeby stać się prawdziwym dorosłym (czyli pożegnać się ze swoim wewnętrznym dzieckiem) trzeba umieć pożegnać się z rodzicami.

A najgorsze, że sytuacja zwykle ciągnie się przez wiele pokoleń i każde kolejne przenosi ów schemat na własne potomstwo, oczekując nad sobą opieki.I historia się powtarza i ciągnie się z pokolenia na pokolenie. We własnym dzieciństwie zabrakło im opieki, troski i wsparcia, więc oczekują tego od swoich dzieci. Albo idą w drugą stronę: nadopiekuńczości i są rodzicami nie stawiającymi dzieciom granic, podającym im wszystko „na tacy”, nie pozwalającym im dorosnąć.

Czy jest szansa, żeby to przerwać?

Tak. Jednak jedyną możliwością jest pójście na terapię, co też doradziłam mojej Czytelniczce, która jak przyznała, już boryka się z depresją. Dlatego jeżeli ktoś z Was dostrzegł właśnie w sobie lub w kimś z bliskiego otoczenia szpony parentyfikacji, polecam spotkanie z terapeutą. Możecie to zrobić albo umawiając się na płatną wizytę – to naprawdę bardzo dobrze wydane pieniądze – albo jeżeli nie macie na to środków: refundowaną z NFZ. Poszukajcie w swoim mieście lub miejscowości ośrodka. Zróbcie to dla siebie i dla swojego potomstwa. Nie skazujcie swoich dzieci na rodzicowanie Wam.

Komentarze: