Jak wychować małego geniusza? Niezawodny przepis

fot. Luca Zordan

Zróbmy to z głową.


Jest taka scena w ekranizacji „Małego Księcia”, filmie sprzed kilku lat: mama prezentuje córce grafik na życie, ze skrupulatnie zaplanowanym harmonogramem zajęć, począwszy od precyzyjnie określonych minut, w których je śniadanie, wykonuje poranną toaletę, siedzi w szkole, odrabia lekcje, uczy się itd. Dziewczynka musi skrupulatnie się go trzymać, bo inaczej wszystko się posypie.

Podobnie w niedawno wyświetlanym w kinach filmie „Krzysiu, gdzie jesteś”, gdzie córka Krzysztofa każdą wolną chwilę powinna według ojca przeznaczać na naukę, bo zabawa jest stratą czasu i do niczego nie prowadzi.

Jest też fragment w „Scenach z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmana, w której Marianne żali się mężowi: 

Czuję, że coraz większa złość mnie ogarnia. (….) Pomyśl tylko sam. Całe nasze życie jest pokratkowane. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta. W każdą kratkę wpisano, co mamy robić. Stopniowo wypełniamy te kratki, we właściwym czasie. A gdy nagle jakaś kratka okazuje się pusta, strach nas ogarnia i natychmiast stawiamy w niej jakiś znaczek.”

I mimo, że wspomniana książka pisana była w latach 70. i odnosiła się do życia w małżeństwie i rodzinie,  mam wrażenie, że dobrze opisuje sytuację współczesnych rodziców. Wolne popołudnie dziecka? Trzeba je jakoś zapełnić rozwijającymi zajęciami dodatkowymi! Nie można dopuścić do marnotrawstwa  tych cennych godzin, w których do ich głów mogłaby wpaść nowa dawka wiedzy lub pasji!

A wiecie, czego potrzeba dzieciom po tych kilku nerwowych i napiętych godzinach w szkole? Luzu i spokoju. Bujania w niebieskich obłokach. Beztroski. Myślenia o niebieskich migdałach. Braku planu. Braku presji.

– Ojtam ojtam, czym jest godzina zajęć? – mógłby spytać ktoś.

Niby niczym, ale sami przecież wiecie, jak to jest: świadomość, że czeka coś jeszcze: sprawa, zadanie, spotkanie, utrudnia wyłączenie się i relaks.

Oczywiście warto w tym wszystkim czuwać nad tym, by ów wolny czas nie spędzały wciąż patrząc się w ekran smartfona (to temat na inny tekst, do którego się przymierzam). Jeżeli tak jest, to rzeczywiście lepsze efekty będą mieć zajęcia dodatkowe. 🙂

Mam sobie wiele do zarzucenia jako matce, ale z co najmniej jednego jestem dumna: zawsze dawałam dzieciom święty spokój, jeżeli chodzi o tak zwane zajęcia dodatkowe. Moje córki nigdy nie chodziły na dodatkowe zajęcia z wyjątkiem angielskiego. Oczywiście rozumiem, że niektóre dzieci mają swoje pasje: chodzą na tańce czy judo czy karate i daje im to dużo radości i świetnie! Warto jednak skupić się właśnie na tym jednym zajęciu, a nie wypełniać szczelnie grafików dziecka kilkoma najróżniejszymi. Zwłaszcza, że przecież w szkołach jest też dużo kółek zainteresowań, warto rozejrzeć się za nimi albo porozmawiać o tym z wychowawcą, tak by dziecko już w ramach godzin spędzanych w szkole, pracowało nad zostaniem geniuszem. 😉

Róbmy to z głową. Tak, by głowa Waszych dzieci nie została przeładowana i przebodźcowana. Dzieciństwo powinno być jak najdłużej czasem beztroski i wolności. Nie bądźmy taksówkarzami naszych dziecka wożących je od jednych zajęć do drugich. Wyleczmy się z obsesji ciągłego rozwoju i doskonalenia naszych dzieci. Wystarczy, że stworzymy mu dobre warunki do rozwoju: zapewnimy zdrowe jedzenie, wystarczającą ilość snu, ruch na na świeżym powietrzu i rozbudzimy sympatię do książek.
I oczywiście angażujmy w sprawy domowe: szykowanie posiłków (doskonała okazja do ćwiczenia zdolności manualnych), sprzątanie, pomoc w ogrodzie, jeżeli taki mamy, majsterkowanie itd.

Mam wrażenie, że trochę się zagalopowaliśmy: chcemy mieć dzieci mądre, błyskotliwe, inteligentne, wszechstronnie uzdolnione, więc próbujemy wrzucić do ich mózgu – za pośrednictwem mnóstwa dodatkowych zajęć – duuuużo wiedzy – zapominając, że ich mózg potrzebuje relaksu i odpoczynku.

Każdy z nas: i dorosły i dziecko, potrzebuje w ciągu dnia czasu na tzw. nic-nie-robienie, na reset umysłu, bujanie w obłokach, myślenie o niebieskich migdałach. To właśnie wtedy w głowie pojawiają się twórcze fantazje, olśnienia, iluminacje, potocznie zwane przeżyciem: „Ach!”. Bo zastanówmy się: kiedy Newton odkrył i zrozumiał teorię grawitacji? Kiedy leżał sobie beztrosko pod jabłonią! 🙂

Świetnie sytuację współczesnych dzieci oddaje rysunek satyryczny z New Yorkera, kiedyś już o nim wspominałam, ale z chęcią powtórzę się.

Dzieci stoją na placu zabaw i zerkają na swoje terminarze. Jedno mówi do drugiego:

– Mhm. Mogę cię wpisać na spontaniczną zabawę w następny czwartek o szesnastej.

Komentarze: