Tylko nadzieja może nas uratować

fot. Agnieszka Dzieniszewska

W życiu, a zwłaszcza w internecie, w którym łatwiej sterować wizerunkiem, ukazujemy zwykle tylko wybrane aspekty swojego jestestwa. I ja na przykład, jestem znana większości jako wesoła, radosna, pełna energii. To prawda, ale nieobce są mi również spadki nastroju i momenty, w których dopada mnie uczucie  b e z n a d z i e i.

Kiedy po raz kolejny pokłócimy się z mężem w sprawie, w której trudno o kompromis i czuję, że nigdy tego konfliktu interesów nie rozwiążemy i zawsze będzie powodować między nami spięcie.

Kiedy myślę o tym, że za rok starsza córka wyjedzie do innego miasta na studia, a za 5 lat młodsza i obawiam się, czy będę w stanie przez 10 lat finansować ich edukację i życie w innych miastach.

Kiedy obserwuję sytuację polityczną w moim kraju.

Kiedy kuchnia wygląda jakby przeszedł po niej tajfun, mimo że jeszcze dwie godziny temu lśniła czystością.

Kiedy uświadamiam sobie, że nasze życie kręci się wokół organizowania rodzinie jedzenia oraz prania ubrań, przez co utykamy na najniższym szczeblu piramidy Maslowa, nie mając jak wejść na wyższe.

(…)

Pewnie żenujące jest wskazywanie, że takie banalne powody mogą pchać człowieka w stan beznadziei. A jednak pchać potrafią. Tak, że gdy wspominam teraz taką beznadziejną siebie, przypominam sobie główną bohaterkę filmu „Melancholia” Larsa von Triera (lecz tylko z początku filmu), splątaną korzeniami drzew lub pnączami, które wiążą mi ręce, nogi, twarz i głowę. Towarzyszy mi wówczas poczucie unieruchomienia, zamrożenia, hibernacji o tyle niekompletnej, że dochodzą mnie sygnały i bodźce z zewnątrz. Ja jednak ruszyć się nie mogę, leżę bezwładna. I powoli zaczynam się w kolejne warstwy ziemi zapadać. Jeszcze pływam w trawie, ale wiem, że zaraz to się skończy, zaraz wpadnę głębiej: do gleby, piasku, iłłu, żwiru, dochodząc w końcu do lawy, w której spłonę, zamienię się w proch i zniknę bezpowrotnie. 

I wtedy, kiedy dociera do mnie, że nie ma już ratunku, zawsze przychodzi Ona, Nadia. Chwyta mnie z werwą za dłoń i mocno ciągnie ku górze. Robi to bardzo sprawnie, choć wcale jej tego nie ułatwiam, bo mimo dyskomfortu, który odczuwam splątana w pnączach i zanurzona w glebie, chcę dalej się w tym pławić, byleby nie wstawać, bo po co, to bez sensu. Tymczasem Nadieżna w ogóle nie zwraca na to uwagi, oczyszcza mnie ze zgniłego osadu zalegającego na moim ciele i w zależności od tego, co mnie ku Beznadziei popchnęło, rozbija to wszystko w proch. I zaraz każdy punkt, który był powodem, by wpaść w beznadzieję, nabiera albo innego kształtu, albo znajduje rozwiązanie (czasem rewolucyjne: „w ostateczności wyemigrujecie”) i to uczucie, że jest rozwiązanie, że jest nadzieja, daje ogromne ukojenie i siłę, by wstać.

Jakiś czas temu zrozumiałam, że to właśnie Nadzieja pozwala mi od lat przetrwać. Myślałam, że to taka moja „osobista strategia na przetrwanie”, którą kiedyś, może i w dzieciństwie, sobie wykształciłam, a teraz jako dorosła rozszyfrowałam i potrafię nazwać. Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam niedawno, że nadzieja jest ważnym elementem składowym inteligencji emocjonalnej…

Dowiedziałam się o tym szykując się do odcinka na moim kanale na Youtubie Nishka Movie (na który bardzo Was zapraszam), a dokładniej przygotowując odcinek o optymizmie i pesymizmie (do obejrzenia tutaj) i czytając książkę „Inteligencja emocjonalna” Daniela Golemana.

Wyczytałam, że to właśnie nadzieja jest bardzo ważnym czynnikiem pozwalającym przetrwać trudne chwile.

„Z punktu widzenia inteligencji emocjonalnej trzymanie się nadziei oznacza, że nie poddamy się przygniatającemu niepokojowi, nie przyjmujemy postawy defetystycznej ani nie wpadniemy w depresję w obliczu trudnych wyzwań lub niepowodzeń.”  – pisze między innymi.

Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że bardzo daleka jestem od zachęcenia, żebyście w trudnych chwilach wzięli się w garść jak ja! Że warto mieć nadzieję! Zdaję sobie sprawę z tego, że rzecz jest o wiele bardziej skomplikowana niż prosta rada blogerki. 🙂  ( a już tym bardziej – choć pisałam o tym nie raz, np. tutaj, powtórzę kolejny – gdy mowa o depresji, której ja miałam szczęście nigdy nie mieć – z nią nie da się samemu poradzić, niezbędna jest wizyta u specjalisty).

Choć pocieszające, chciałoby się rzec: dające nadzieję, że – jak pisze Goleman:

Optymizmu i nadziei – tak jak bezradności i przygnębienia – można się nauczyć. U korzeni obu tych postaw leży pewien pogląd, który psychologowie nazywają ‚wiarą w siebie’, przekonanie, że panuje się nad wydarzeniami swego życia i potrafi się stawić czoło pojawiającym się wyzwaniom.”

Ja mam to ze względu na temperament w dużej mierze dane, ale też w niemniejszej mierze wypracowane. Że nawet, gdy czasem, wcale nie rzadko, dopada mnie mroczna beznadzieja to zawsze się z niej – i to szybko – podnoszę. Właśnie dzięki Nadii. Nadziei na lepsze. Będę tą znajomość pielęgnować i doświadczenia tej znajomości bardzo Wam życzę. 🙂

Komentarze: