Czy warto iść na terapię małżeńską?

.
Zastanawiałam się, czy dobrym pomysłem jest publikowanie tego tekstu. Ale jeżeli moja opinia i doświadczenie związane z tym, czy warto iść na terapię pary, może pomóc niektórym z Was, to czemu nie?

Lawinowo wzrasta liczba rozwodów, a jednocześnie rozwód zajmuje drugie miejsce na liście najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Nie jestem zwolennikiem tego, żeby trwać na siłę w związku, w którym czujemy się źle, ale zanim przerwałabym zły związek, spróbowałabym pochylić się nad tym, co stało się między punktem A, w którym ślubowaliśmy sobie w kościele lub urzędzie stanu cywilnego miłość a punktem B, w którym postanawiamy się rozstać.

Czy warto iść na terapię małżeńską lub terapię pary?

Moim zdaniem warto.

Między innymi dlatego, że tam nie będziemy snuć skomplikowanych rozważań i analiz, co zadziało się między tym wspomnianym punktem A i B :), lecz pod okiem mądrego specjalisty od ludzkiej psychiki, który widzi więcej niż my, odkryjemy swoje potrzeby, emocje, oczekiwania. I prawdopodobnie wówczas sami zrozumiemy, co się stało i czy jest jeszcze szansa i chęć, by to naprawić.

Jesteśmy z mężem prawie 20 lat razem, z czego prawie 18 lat jesteśmy małżeństwem. (Gdy widzę te liczby, nie wierzę własnym oczom!).
Od początku byliśmy typem raczej burzliwego małżeństwa, w którym ścierają się dwie silne osobowości. Nie było tak, że przez kilka czy kilkanaście lat trwała sielanka i żyliśmy jak w bajce, a nagle coś zaczęło się psuć. Nie doświadczyliśmy jakiegoś poważnego kryzysu ani traumatycznego dla pary doświadczenia, ale poczuliśmy, że od jakiegoś czasu coraz bardziej się od siebie oddalamy, zaczynamy żyć swoim, a nie naszym życiem i coraz bardziej jasne staje się, że łączy nas przede wszystkim bycie rodzicami naszych dzieci, czyli przede wszystkim my, jako mama i tata, a nie żona i mąż. I że owszem, w sprawach dnia codziennego dogadujemy się całkiem nieźle: organizacji życia, kto kiedy i jak odbierze dzieci, jakie plany w weekend, co gotujemy, jaki serial oglądamy – ale to wszystko zaczynało robić się mechaniczne, a my zaczęliśmy prowadzić dwa równoległe życia. Niby razem, a jakby osobno.

Druga sprawa, to że coraz trudniej przebiegała między nami komunikacja – rozmowa o banalnych sprawach dnia codziennego przebiegała zwykle bez zarzutu, jednak kiedy poruszaliśmy bardziej złożone sprawy: swoich potrzeb, oczekiwań, naszej relacji nić porozumienia przerywała się i dochodziło albo do eskalacji emocji albo cichych dni, brr.

Pewnie gdybyście zajrzeli do naszego domu, nie poczulibyście, że coś jest nie tak. Ale gdyby rozciąć nasze serca i umysły w poprzek, zobaczylibyście wiele niespełnionych potrzeb, oczekiwań, żali, pretensji. A jak pisałam w tekście Efekt przejrzystości nie da się wejść w głowę drugiego człowieka i odgadnąć jego myśli. Owszem, można część odczytać po wyrazie twarzy, mowie ciała, ale to wciąż będą nasze domysły, często nadinterpretacje, dlatego warto rozmawiać. 🙂

I wtedy któreś z nas wpadło na pomysł, żeby naszej rozmowie przysłuchał się specjalista, żebyśmy poszli na terapię par. Świadomie piszę, że któreś z nas, bo w rzeczywistości najpierw chciałam ja, a nie chciał mąż. Potem chciał mąż, a ja nie. A potem znów wróciliśmy do tego tematu, czując że wte albo wewte. 

Podzielę się z Wami kilkom spostrzeżeniami, które być może pomogą Wam podjąć decyzję.

Nie liczcie na złote rady terapeuty. Co więcej, terapeuta mówi bardzo mało, on przede wszystkim słucha. „Mam płacić za to, żeby ktoś mnie wysłuchał? Dobre sobie, wysłuchać może mnie każdy!” Mógłby rzec ktoś.  Dlatego chcę w kilku punktach pokazać jak ważną i kluczową rolę odgrywa terapeuta, mimo że rzeczywiście mówi mało. 🙂

Po pierwsze psychoterapeuta jest ekspertem wyposażony w wiedzę. On wie, co kiedy powiedzieć, o co spytać, na czym się zatrzymać, co zbagatelizować, co podrążyć, kiedy milczeć. Dla mnie osobiście kluczem jest to, że jest psychoterapeutą, a nie psychologiem. Z całym szacunkiem do psychologów: magisterium z psychologii to dla mnie za mało, by powierzyć podczas terapii swoją „duszę”. Konsultacje, doradztwo, poradnie, testy psychologiczne, warsztaty i wiele innych form wsparcia – oczywiście, że tak. Ale psychoterapia: nie. Co więc różni psychologa od psychoterapeuty? Psychoterapeuta musi ukończyć trwające 4 lata szkolenie psychoterapeutyczne, podczas którego kształci sw dziedzinie mechanizmów ludzkiego funkcjonowania i technik terapeutycznej pracy oraz – i tu dochodzimy do kolejnego punktu –

… po drugie psychoterapeuta musi również sam przejść swoją psychoterapię, co jest bardzo ważne i minimalizuje wpływ swoich konfliktów wewnętrznych na pacjenta. Nie grozi nam sytuacja, w której będzie podświadomie utożsamiał się z którąś ze stron i przez to usprawiedliwiał ją lub był wobec niej uprzedzony lub zdystansowany  (bo np. sam ma nieprzepracowany temat nadopiekuńczej matki czy nieobecnego ojca, więc woli tego nie widzieć też u pacjenta, albo wprost przeciwnie zbyt się tym interesuje i grzebie w tym itd.) Nie zrobi tego, bo posiada bardzo wysoką samoświadomość, przerobił to wszystko na swojej terapii.

Po trzecie, terapeuta jest pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa między zwaśnionymi stronami. Gdy jedno mówi, drugie nie może w trakcie obrazić się i wyjść albo westchnąć z zażenowaniem, odłożyć rozmowę na później, rzucić jakąś złośliwą uwagą, ironizować, włączyć telewizor, chwycić za telefon itd. Nie. Wysłuchuje drugiej strony. 🙂

Po czwarte, co było dla mnie bardzo ważne i dawało mi poczucie bezpieczeństwa, terapeuta nie trzyma żadnej strony, nie faworyzuje nikogo, nie jest z żadną ze stron niezwiązany emocjonalnie: nie jest ani przyjaciółką jednego z małżonków ani znajomym obojga, ani siostrą, mamą, córką. Nie bawi się w swoje widzimisię. Jest obiektywny. Nie ma żadnego interesu w tym, żeby kogoś postawić w uprzywilejowanej pozycji. Nie żądzą nim żadne sympatie ani antypatie.

(Śmiejemy się teraz z mężem wspominając naszą pierwszą wizytę na terapii, kiedy to każde z nas szło na spotkanie z  myślą, że zaprezentuje terapeucie z jak trudnym człowiekiem musi żyć i będzie znacząco zerkać: „Widzi Pani? Nie mam łatwo, prawda?” 😉 )

Po piąte terapeuta niby tylko słucha i czasem coś powie lub o coś zapyta, ale kluczem jest jak to robi. Umiejętnie zadawanymi pytaniami lub konstatacjami potrafi sprawić, że zaczyna się patrzeć na swój związek i siebie w związku jak przez okulary HD. Widząc wyraźniej i więcej. Podsuwa nam obrazy, których sami byśmy nie dostrzegli, bo dotychczas błądziliśmy we mgle. Pokazuje niezaspokojone potrzeby, których sami byśmy nie odkryli, bo tak już się we wszystkim zafiksowaliśmy.

Podsumowując, bardzo polecam terapię małżeńską lub terapię par. Spotkania dały nam bardzo dużo i otworzyły oczy na wiele spraw. Nie obiecuję, że będzie łatwo. Wprost przeciwnie: może być trudno. Ale warto zacząć widzieć życie takim, jakim jest. Nie przez różowe okulary, lecz jak w obrazie HD.:)

*

Zastanawiam się, czy dobrym pomysłem jest publikowanie końcówki tego tekstu. Ale zrobię to, bo chcę być wobec Was i siebie uczciwa. Otóż, gdy kończę pisać ten tekst, już nie chodzimy na terapię małżeńską, bo podczas jednej z naszych sprzeczek, decyzją podjętą w ciągu kilku minut odwołałam naszą wizytę, pisząc terapeucie, że potrzebujemy kilku miesięcy przerwy w terapii. Nad tym, czyli moją impulsywnością, pracuję na terapii indywidualnej. 🙂 

Komentarze:

  • Super, że o tym piszesz i super, że zdobyliście się oboje z mężem na taką dojrzałość… Mam nadzieję, że jednak uda Wam się dokończyć cały proces…
    Ja mam niestety bardzo kiepskie doświadczenie z taką terapią, ale to dlatego, że mój ówczesny partner ewidentnie oczekiwał, że terapeuta przyzna mu rację, że jestem wariatką, która się go czepia i był mega obrażony, że tak nie jest. I na każde pytanie terapeuty odpowiadał „NIE WIEM” (!!!) Trudno więc się dziwić, że terapeuta powiedział, że nie jest w stanie nam pomóc i skończyło się na jednym spotkaniu…Z tym, że ja wtedy się bardzo źle poczułam, mimo, że (albo dlatego, że) terapeuta u nas ewidentnie wziął czyjąś stronę (moją) i cały czas wzrokiem i mową ciała dawał do zrozumienia, że nie pojmuje, co ja robię z takim zwyrolem. I oczywiście, w wymiarze ludzkim chyba nawet miał rację;), ale od psychoterapeuty ja oczekiwałam dokładnie tego, o czym piszesz Ty- bezstronności, dojrzałości, profesjonalizmu. A nie dostałam tego. Z tym, że u nas była zupełnie inna sytuacja i to nie był kryzys z braku komunikacji, ale kryzys ze względu na wyjście na światło dzienne wieloletnich kłamstw i zdrad, więc pewnie to się po prostu nie mogło udać. Ale nadal poczułam się potraktowana przez tego terapeutę źle i z buta- a to był znany specjalista, do którego czekało się w kolejkach… 🙁
    Niemniej jednak, uważam, że poruszyłaś mega ważny temat i bardzo za Was trzymam kciuki. Jeśli obu stronom zależy na związku i chcą nad sobą pracować, to jest to już więcej niż połowa sukcesu! <3

  • Gosia

    Szacunek za odwage zeby sie tak odslonic i opowiedziec jak wygladala wasza terapia i ze ty tez chodzisz, bo to jednak caly czas taki troche „wstydliwy” temat. Ja tez mam za soba terapie indywidualna, ktora w pewnym momencie mojego zycia pomogla mi stanac na nogi i przepracowac pewien problem i ciesze sie, ze sie wtedy na nia zdecydowalam. Zycze wam wszystkiego dobrego i udanych sesji. Nie daj sie impulsywnosci i zlym myslom, bedzie gites, zobaczysz! buziaki nieznajoma pani z internetu, ktora uwielbiam czytac 🙂