Żono pracoholika, szczerze współczuję Ci


Jestem z dziećmi w restauracji. Obok nas siedzi mężczyzna ze swoim konrahentem, spotkanie służbowe. To znaczy wygląda to inaczej: w rzeczywistości przy stoliku towarzyszy mu żona i syn, ale co z tego, skoro rozmawia z kimś przez telefon i pochłonięty jest myślami o pracy? Gdy kończy rozmowę, kobieta coś do niego, z pewnym żalem, choć stara się być uprzejma, mówi. Nie słyszę co, ale wyobrażam sobie,  że prosi, by spędzili najbliższe pół godziny razem, by wyciszył telefon i zapomniał na chwilę o vatach, fakturach i raportach i zjadł z nią i synem obiad.
– Wiesz, jak jest. Jest ciężko, mam teraz w pracy naprawdę trudny okres – odpiera mężczyzna, to słyszę.

Mam ochotę podejść do tej kobiety, uściskać ją i powiedzieć:
– Nie jesteś sama. Też to słyszę od męża, z tą różnicą, że nie w restauracji, a w domu, bo mąż nie ma czasu nigdzie z nami wychodzić, taki jest zapracowany.

Może nie powinnam pisać tego tekstu, przeczekać trudne emocje, jutro na pewno będzie lepiej. Jednak postanowiłam je zatrzymać i przelać na papier. Może część z Was siebie we mnie odnajdzie i będzie Wam łatwiej?

Od kilkunastu dni mój mąż jest zawalony pracą. Namnożyły mu się projekty, deadliny, asapy. Pracuje po kilkanaście godzin dziennie. Czasem poza domem, częściej w domu, co jest chyba jeszcze gorsze, bo niby jest, a przecież go nie ma.

Bardzo mi z tą sytuacją ciężko. Z jednej strony rozumiem to i mu współczuję.  Z drugiej strony czuję do niego złość. Może gdyby nie to, że mamy małe dziecko, nie zwróciłabym na to specjalnej uwagi. Sama pewnie również oddałabym się swoim pracom i każdy z nas siedziałby nad swoją robotą. Jednak małe dziecko, w naszym przypadku 1,5 -roczne, oznacza bycie w nieustannym trybie stand-by na drugiego małego człowieka. Nie możesz spuścić go z oczu, no chyba, że jesteście w pokoju obitym pluszem, w którym nie ma nic, na co może wejść, co może połknąć, z czego może spaść, w co może się uderzyć. A takiego pokoju, ups, nie mamy. I gdy cała odpowiedzialność spoczywa na jednym rodzicu jest ciężko.

Bycie rodzicem małego dziecka jest jednym z najbardziej ambiwalentnych uczuć, jakie znam. Z jednej strony ogrom przyjemnych doznać, mnóstwo miłości, radości, czułości, a z drugiej łyżka dziegciu – niby tylko łyżka, ale ma tak intensywny smak i zapach, że potrafi zepsuć całą beczkę miodu. Są chwile, zwłaszcza te, w których jestem z synem przez dłuższy czas sama, w których czuję, że jestem na skraju. Zwłaszcza w weekendy. Że jeszcze chwila, jeszcze godzina i jeżeli ktoś mnie zaraz mnie wesprze, zwariuję. A wystarczy nawet godzina oddechu, ba czasem nawet pół godziny, dwa, trzy, cztery  kwadranse w samotności. A trudno o te kwadranse, gdy mąż jest pochłonięty pracą.

Gdyby nie to, że mam wsparcie niani, która prawie codziennie (z wyjątkiem weekendów) przez około 6 godzin zajmuje się moim synem, zwariowałabym. Pozostałe 7 godzin jestem z nim ja. Czasem sama, czasem z mężem.

Rozumiem kobiety, które decydują się na zostanie z dzieckiem przez pierwszy rok, dwa, trzy w domu – ale ja jestem z innego plemienia. Kocham moje dzieci ponad życie, gdybym miała któremukolwiek z nich oddać jakiś swój organ, który mógłby uratować im życie, nie wahałabym się ani chwili. Skoczyłabym za nimi w ogień, pod pędzący pociąg i zrobiła wszystko, co mogłoby je uratować. Jednak nigdy nie byłam w stanie być mamą na cały etat. Muszę mieć w życiu fragment tylko swój, taki, w którym nie jestem mamą, a Natalią. A żeby to się udało, potrzebuję do tanga ojca dziecka, który poświęci mu uwagę.

Mam to szczęście, że mój  mąż nie jest pracoholikiem, nie ucieka w pracę, on jest po prostu aktualnie pracą przywalony. Wiem, że gdy minie ten trudny u niego okres, wszystko wróci do normy. (Oczywiście dopóty dopóki nie nadejdzie kolejny ciężki okres.)

Ciężko mi sobie wyobrazić, a co dopiero przeżyć, sytuację, w której nasze życie miało wyglądać tak na co dzień, że doba męża składałaby się tylko z pracy i snu. W której ciągle mentalnie byłby w pracy. W której miałabym poczucie, że muszę z Pracą (nie mylić z Pasją, bo to jest człowiekowi potrzebne) konkurować i rywalizować. Współczuję wszystkim, które przeżywają to na co dzień. To, co ja przeżywam od kilkunastu dni.

Chciałabym Was wszystkie, Drogie Samotne Żony, Samotne Matki – samotne na co dzień albo samotne czasem, jak ja, przytulić, bo wiem, że macie ciężki kawałek chleba do zgryzienia. Zachęcam do pójścia moim śladem, ja po napisaniu tego tekstu i wyrzuceniu z siebie emocji, czuję się o niebo lepiej, więc jak macie ochotę, to śmiało wypiszcie się w komentarzach. 🙂

Komentarze: