Dziecko nic Ci nie jest winne. Nie możesz żądać od niego odwdzięczenia się „na starość”

fot. Miles Aldridge

– „Dziecko to najlepsza inwestycja na starość. Ja opiekowałam się nim, gdy było małe, więc chyba mogę liczyć na to, że w przyszłości mi się odwdzięczy?”

Otóż dziecko nic Ci nie jest, Drogi Rodzicu, winne. Nie masz prawa żądać od niego, by Ci „na starość” odwdzięczyło.

Przysłuchując się kilka dni temu w którymś z programów telewizyjnych rozmowie poświęconej rządowym planom zmian w systemie emerytalnym i OFE, usłyszałam opinię:

– Kto ma dzieci, nie musi martwić się o emeryturę.

Ton wypowiedzi rozmówcy świadczył o tym, że żartuje i to z przekąsem, tym niemniej zauważyłam, że część osób, myśląc o swoich dzieciach i ich „zobowiązaniach” wobec rodziców rzeczywiście ma taki stosunek: że COŚ im się za „ten trud i poświęcenie” NALEŻY.

To rodzice, którzy lubią wypominać dzieciom:

– Tyle lat życia ci poświęciłam.
– Tyle pieniędzy w twoją edukację zainwestowałam.
– Wykarmiłam cię.

– A Ty mi się tak odwdzięczasz?!

Ilekroć stykam się z taką postawą, nie mogę wyjść ze zdziwienia.

Nie mamy prawa wypominać dzieciom naszego poświęcenia i zainwestowanego w nie czasu, pieniędzy czy energii.

To tak jakby nagle do naszych drzwi zapukał ktoś z wekslem krzyczący:

–  Żądam spłaty długu!

Co ciekawe i w tym momencie kluczowe: nigdy tego weksla nie podpisywaliśmy.

Żadne dziecko nie prosiło się do przyjścia na świat. To my je na ten świat powołaliśmy. To była nasza decyzja i my ponosimy za nią od początku do końca odpowiedzialność. To nasz obowiązek, by je wykarmić, zapewnić dach nad głową, ubrać, wyedukować, wychować i nauczyć, jak żyć. Nie mamy prawa żądać od dziecka odwdzięczenia się!

To trochę tak jak w skeczu Kabaretu Hrabi „Drugi Filar”. Rodzice mówią do dorosłego syna, który podjął się pierwszej pracy zarobkowej.

– Synu, pamiętasz, jak w dzieciństwie opiekowaliśmy się tobą? Dobrze wspominasz ten czas?
– Tak, mamo, dobrze.
– Najwyższa pora, żebyś się z nami rozliczył – rzekł ojciec.
– Wiesz, do tej pory to my wydawaliśmy na ciebie pieniądze, ale teraz, skoro już zarabiasz, możesz nam to oddać – wyjaśniła matka, zabierając synowi plik banknotów, które trzymał w ręce: pierwszą wypłatę.

Potem pokazują mu pudło z rachunkami, a w nim duuuużo rachunków i paragonów, które zbierali pieczołowicie przez dwadzieścia lat, np. za smoczek, lekcje śpiewu…

– Lekcje śpiewu? – pyta zidzwiony syn.
– Ktoś ci przecież musiał śpiewać kołysanki! Miałam wynająć Agnieszkę Chylińską? Nie zasnąłbyś przy jej ryku!

Uśmiałam się, oglądając ten skecz, ale gdy uświadomiłam sobie, że niektórzy rodzice naprawdę reprezentują taką postawę: oczekują odwdzięczenia się za lata „inwestowania w dziecko”, po plecach przeszły mi ciarki.

Relacja między rodzicem a dzieckiem jest nierówna – my jesteśmy dzieciom winni zdecydowanie więcej niż one nam.

Temat nieco podobny do tego, który poruszyłam w tekście Dziecko nie jest twoim przyjacielem – owszem, dziecko może przyjść do nas z każdym problemem, ufać nam i liczyć na nasze wsparcie (czyli traktować nas jak przyjaciela), ale to nie działa w drugą stronę: my nie powinniśmy obarczać go swoimi problemami. A skoro jednym z kluczowych elementów przyjaźni jest dwustronność to nie można mówić o przyjaźni między rodzicem a dzieckiem.

Rodzic nie ma prawa wypominać dziecku nakładów finansowych, jakie na nie łoży.

Rozliczać go z tego, że finansuje mu jedzenie, ubrania, książki do szkoły, zapewnia gaz, ciepło i wodę. Oczywiście jednocześnie wcale nie ma obowiązku kupować najdroższych lub „wymarzonych” ubrań czy gadżetów i jak najbardziej ma prawo odmówić kapryszącemu dziecku. Postawa dziecka na wszystko pod tytułem „Bo mi się należy!” niczym się nie różni od postawy rodzica „Bo mi się należy wdzięczność!”

Ten temat, choć w znacznie bardziej okrojonej wersji poruszałam na blogu ponad dwa lata temu tutaj  i bardzo spodobał mi się komentarz Marty, która napisała:

Kiedyś też ktoś mi powiedział (zdaje się, że babcia :)), że „dług” wobec rodziców spłaca się własnym dzieciom – w ten sposób wkłada się wysiłek, jaki włożyli oni, a dodatkowo zaczyna rozumieć ten trud i to, czego doświadczyli rodzice.

Żeby nie było wątpliwości: nie uważam, że dziecko jest święta krową, które nic nie musi, w zamian za wikt i opiekę, robić.

Moje córki mają swoje obowiązki domowe, przeciwko czemu oczywiście co jakiś czas buntują się, sugerując pół żartem pół serio, że je wyzyskujemy. 🙂 Uspokaja je dopiero argument, że zgodnie z art. 91 § 2 „Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego”, dziecko ma obowiązek pomocy rodzicom we wspólnym gospodarstwie, o ile mieszka u nich i pozostaje na ich utrzymaniu. 🙂 Pisałam o tym w tekście Krnąbrne dziecko to powód do radości.

Uważam też, że w określonych sytuacjach dziecko powinno czuć „wdzięczność”. 

Gdy spełniam jego zachciankę lub kaprys (kupując np. niepotrzebne, ale wymarzone buty) oczekuję poczucia wdzięczności. Nie musi od razu padać na kolana i całować mi stóp, ale chcę, żeby doceniło to, że spełniłam jego zachciankę i wyrazić je choćby w formie szczerze wypowiedzianego słowa „dziękuję.”.

Starsza córka lada dzień jedzie na obóz do Londynu i zastanawiając się nad tym, jakiej wysokości kieszonkowe (liczone w funtach..) mam jej dać i oczekuję docenienia mojego gestu. Bo tak naprawdę nie mam obowiązku dawać jej nic: będzie tam miała zapewnione jedzenie, dach nad głową, spakowane ubrania i pieniądze na wejścia do muzeów i zaplanowanych atrakcji turystycznych, więc to, że dam jej jeszcze dodatkowe środki jest wyłącznie wynikiem mojej dobrej woli. Chcę więc, żeby mi za to podziękowała i doceniła to. Jednocześnie nie wyobrażam sobie, żebym miała jej potem to wypominać, szantażować emocjonalnie, marudząc:
– A mogłam sobie kupić za to nową sukienkę 🙁

albo żądać odwdzięczenia się, np. na tzw. „starość”!

Dziecko nie jest i nie może być inwestycją w spokojną starość. Rodzic nie powinien oczekiwać od dziecka, że będzie go utrzymywał na emeryturze.

W dobie współczesnej, niezbyt ciekawej, sytuacji społeczno-politycznej, w której nie wiem, czy dostanę jakąkolwiek emeryturę, czuję się niepewnie, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie, żeby wywierać na córki presji lub sygnalizować oczekiwania, że liczę, że mnie wesprą. Nie śmiałabym! Biorę się w garść i okładam pieniądze, żeby nikogo potem sobą nie obciążać.

Czy to oznacza, że godzę się na to, że – jeżeli jednak będzie mi ciężko – zostawią mnie na „pastwę losu”? Tak, godzę się na to, choć prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że do tego dojdzie.

Moi rodzice nigdy nie wywarli na mnie presji ani poczucia, że powinnam być im za coś wdzięczna i za to jestem im wdzięczna. 🙂 I wiem, że jeżeli znajdą się w potrzebie to im pomogę. Ale nie dlatego, że muszę, że czuję się zobowiązana lub że oni tego ode mnie oczekują.

Jeżeli wychowujemy dziecko w atmosferze troski o bliskiego, życzliwości, empatii, miłości, bycia tzw. „przyzwoitym człowiekiem”, jeżeli świecimy przykładem (a nie tylko mówimy, że to ważne) to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że dziecko również przyswoi te cechy.  Gdy kochamy i szanujemy dziecko, najprawdopodobniej zrewanżuje nam się, np. na stare lata, tym samym. Ale może to być wyłącznie wynikiem jego dobrej woli.

Komentarze:

  • Warto, by wszyscy rodzice, którzy wykarmili, ubrali i kupili podręczniki, a potem wypominają to dzieciom, mieli świadomość, że domy dziecka też to zapewniają. Dziecko potrzebuje jeszcze witaminy M, bezinteresowności i tego, by mogło w spokoju opuścić swojego rodzica, podążając własną drogą.

    • Maggy

      Idealnie! Podpisuję się ręką i nogą !!

  • Coś we mnie umiera za każdym razem, gdy słyszę o rodzicach, którzy na stare lata sądownie zmuszają swoje dzieci do płacenia alimentów na swoje potrzeby. Zawsze się wtedy zastanawiam: gdzie byli Ci rodzice, gdy ich dziecko dorastało? Bo jeśli byliby obok, to nie trzeba by było ich zmuszać do płacenia, a same chętnie by rodziców pewnie wsparły.

    • Stef

      Mogę panu opisać bardzo dobrze znany mi przypadek nic nie muszącego dziecka:
      Dziewczyna jest jedynaczką, której niczego nie brakuje, również miłości bo rodzice są zapatrzeni w nią jak obraz. Studiuje, w międzyczasie wychodzi za mąż i rodzi dziecko. Razem z mężem i dzieckiem mieszkają u rodziców. Matka jej zmienia pracę na pół etatu, żeby w ciągu dnia zajmować się wnukiem, a wieczorami chodzić do pracy. Dziewczyna kończy bardzo dobre studia, zna kilka języków. W międzyczasie umiera dziewczynie ojciec. Rodzice i teściowie, pomagają młodym w zbudowaniu własnego domu pod miastem. Mija kilka lat, młodzi ludzie wyjeżdżają z polski, sprzedają dom i osiedlają się w Ameryce. Tam rodzi im się drugie dziecko. Młodzi ludzie pracują, ale babcie na zmianę latają co pół roku pomagać im przy wnukach, bo dzieci są na dorobku i trzeba pomóc.Pomagają w ten sposób całe lata.
      No i zaczyna się szara rzeczywistość na starość. Dziewczyna dzwoni do mamy dwa razy w roku na dzień matki i święta, a matka w tym czasie zaczyna mieć poważne problemy ze zdrowiem, ale żeby nie być dla nikogo ciężarem do swojej skromnej emerytury wciąż dorabia…., córka i zięć nawet nie wiedzą kiedy matka trafia do szpitala. Kiedy matka już naprawdę niedomagają pomagają sąsiedzi i pomoc społeczna. Na leki i rzeczy pierwszej potrzeby wydaje całą niską emeryturę, ale dzieci jakoś to nie obchodzi czy matka ma za co przetrwać i wykupić leki, chociaż oni mają się bardzo dobrze. Matka jest zbyt honorowa żeby prosić dzieci o wsparcie, woli żyć bardzo skromnie i nawet jej nie przyjdzie przez myśl, żeby oficjalnie wystąpić o alimenty. Boli ją to, że kiedy mogła i jak długo mogła zawsze pomagała swoim dzieciom, ale teraz kiedy ona potrzebuje pomocy nie może na nich liczyć. Czy nadal coś w panu umiera…….,czy nadal uważa pan, że rodzice nie mogą oczekiwać żadnej pomocy od swoich dzieci na starość?
      P.s. Matka, o której piszę to wspaniały człowiek, który przeżył wojnę i okupację. Kobieta o wielkim sercu!

      • To jest dość standardowy przykład sytuacji, w której rodzice chcieli dzieciom nieba uchylić i zawsze stawiali dziecięce potrzeby jako te najważniejsze, przy czym pomijali potrzeby swoje. Niestety takie sytuacje najczęściej kończą się właśnie w opisany sposób – dzieci nawet głupiego „dziękuję” nie powiedzą, bo są one do takiego stanu przyzwyczajone. Tego zostały nauczone. A rodzice nigdy nawet nie powiedzieli, że oni też czegoś chcą, że oni też czegoś potrzebują, bo dziecięce potrzeby zawsze były ważniejsze. Ciężko więc wymagać od człowieka, któremu przez 20, 30, 40 czy nawet 50 lat wkładano do głowy, że jego potrzeby są ważniejsze od potrzeb jego rodzica, aby nagle zmienił swoje podejście.

        Ja nie mówię, że to jest dobre – ja tylko mówię, że z czegoś to wynika.

      • Ewa Mrówczyńska

        Niestety znam więcej takich przypadków. Dzieci, którym rodzice dawali wszystko co umieli opuszczają dom i z każdym rokiem mniej i interesują się rodzicami. Nie mają przecież czasu.
        Pewnie nadmiaru nie mają.
        Bardziej jednak brakuje im przyzwoitości. Tylko kto jeszcze pamięta co oznacza to słowo..?

        • Kocz1lla

          Czytam te wypowiedzi i przypominam sobie słowa babci: „inni gadają, ale co mam w domu, wiem tylko ja!”
          Jako znajomi „wspaniałego człowieka” i „przyzwoitych rodziców” widzicie kochających, troskliwych ludzi, którzy dla W a s zawsze mieli dobre słowo i pogodną twarz. A czy tacy sami byli dla swoich dzieci?
          Moja kuzynka była jedynym z ośmiorga wnucząt, które babcia (żeby było śmieszniej, właśnie ta, którą zacytowałam) postanowiła nieformalnie przysposobić. Dla postronnych: dziecku ptasiego mleka nie brakowało. Własny pokój, łóżko, czipsy, lody i cukierki, których babcia nie żałowała (aczkolwiek na obiady wyganiała do mamy) co i rusz nowe ciuchy, a co roku – do szkoły – przybory i nowy plecak. Starannie wybierane na całodziennej wyprawie w innym mieście. No raj!
          Ponurym widmem krążącym po tej dziecięcej Arkadii był perfekcjonizm i nieprzewidywalność nastrojów babci. Przywilej kupna nowego plecaka zostawał opłacony późniejszym całodziennym opierdolem (wrzaski i wyzwiska). Bo za mały, bo do internatu się nie nadaje, bo nie ma oddzielnej komory na brudne ciuchy (?!).
          Dwóje na świadectwie (babcia nie interesowała się postępami w nauce aż do końca roku) były komentowane płaczem, biadoleniem, wypominaniem wyłożonych na wnuczkę pieniędzy i wyrzucaniem jej z domu z „od teraz mieszkaj u matki!” na pożegnanie.
          Kuzynka do 13 roku życia nie umiała sobie umyć włosów. Babcia wolała to zrobić sama i „porządnie” niż nauczyć i dopiero interwencja matki M. skłoniła ją, żeby dała dziewczęciu kąpać się w samotności, po swojemu i nieco wygodniej niż w wiadrze wody (oszczędność!).
          Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że babcię z całego życia wnuczki interesowało głównie to, by tamta była czysta, ładna i umiała sprzątać (myć podłogę nauczyła się wcześniej niż pielęgnować własne włosy). Jeśli M. zrobiła coś niestosownego lub zadała się ze „złym” towarzystwem, dostawała ochrzan i zakaz/nakaz, ale ten utrzymywał się w mocy, dopóki babci złość nie przeszła.
          Babcia nie miała refleksji, że sprowadziła pod swój dach odrębnego człowieka, o określonych predyspozycjach i temperamencie, który będzie zmieniał się w czasie, będzie miał potrzebę coraz większej autonomii, któremu powinna konsekwentnie wyznaczyć miejsce w rodzinie.
          Babcia miała brzydki zwyczaj szczucia M. na rodzeństwo i matkę. Wmawiała, że jej nie kochają i zazdroszczą…
          Kuzynka nie nosiła śladów pobicia na ciele, nosiła ładne ubrania, poszła do technikum, które sama sobie wybrała (a w którym miała problemy, bo klasa zaczęła jej dokuczać) i często była „kochaną Niunią” babci.
          Mimo to wyrosła na histeryczną i złośliwą, w kryzysach bezwolną nastolatkę, która swego dochodziła z pozycji siły (używanej także wobec babci, gdy ta nie mogła jej już niczym zagrozić).
          Babcia kochała wnuczkę i na pewno miała mnóstwo dobrych chęci.
          Wnuczka kochała babcię, ale w oczach części rodziny stała się czarną owcą.

        • marielle

          Przyzwoitosc?
          Sa rodzice, ktorzy nigdy rodzicami dla swoich dzieci nie byli. Oni najglosniej wolaja o „zaplate”.
          Nie zasluguja nawet na …przyzwoitosc.

        • Andzia

          Łatwo się ocenia z zewnątrz. U mnie też, rodzina wygląda na całkiem normalną z zewnątrz, a za zamkniętymi drzwiami niestety raczej przypomina jakiś ciężki obóz znęcania emocjonalnego. Ja od kiedy byłam małą dziewczynką słyszałam od ojca, że zniszczyłam jego rodzinę (sic!), a jako rodzinę miał na myśli siebie, mamę, mnie i mojego brata. Uważał każdą moją odmienną opinię czy zainteresowanie za zdradę ojca. Gdy spędzałam czas z koleżankami, wypominał mi, że koleżanki ważniejsze niż ojciec (dziecku 12-letniemu!). Gdy tylko okazywałam inne cechy niż sobie wyobrażał, że będę mieć, mówi, że dałam się zmanipulować innym, że jestem głupia. Gdy miałam 13-lat poszłam nocować do koleżanki, za zgodą matki. Ojciec przez tydzień słowem się nie odezwał, po tym jak wygarnął mi, że może powinnam się w ogóle do tej koleżanki przeprowadzić, może mi tam lepiej będzie. Mogę mnożyć przykłady. Ale chyba najbardziej spektakularny był ten, kiedy obraził się, że nie spytałam go o zgodę na ślub. Dostał zaproszenie, potwierdził, ale tylko po to, aby na tydzień przed ślubem wysłać mi maila, że całe życie okazywałam mu brak szacunku i on rezygnuje z bycia moim ojcem. Może w takiej sytuacji, jakiś sadomasochista chciałby z pokorą wrócić do rodziny i pomagać jej na starość, ale ja nie. Nikt, żadna obca osoba w całym życiu nie sprawiła mi tyle cierpienia, co własny ojciec. Cieszę się, że wiele osób mnie nie rozumie, bo to jednak daje mi nadzieję, że gdzieś są rodziny, w których takie sytuacje są nie do pomyślenia. Mam kochanych teściów i za to jestem ogromnie wdzięczna. Czy powinnam iść do psychoterapeuty lub psychologa? Czy on daje wsparcie w takich sytuacjach?

  • Anna Maria

    Świetny tekst, nic dodać, nic ująć 🙂
    Przyznam, że jesteś, Nishko, dla mnie rodzicielskim drogowskazem. Mam małe dziecko i w Twoich tekstach często znajduję inspirację i odpowiedzi na różne nurtujące mnie pytania. Dziękuję. 🙂

  • Droga Natalio, jest to kolejny Twój tekst, który powinno się drukować i wręczać rodzicom w obowiązkowych szkołach dla rodziców.
    Zjawisko, które opisujesz można przenieść na inne relacje międzyludzkie, a nie tylko rodzic – dziecko oraz na inne kwestie, a nie tylko finanse. Otóż zauważyłam, że są osoby, które potrafią ofiarnie pomagać innym, zaniedbując samych siebie, ale liczą na wdzięczność i wzajemność, a gdy ich nie otrzymują są rozgoryczeni i czują żal do „niewdzięczników”. A pomaganie i wspieranie nie powinny być traktowane jak inwestycja czy obowiązek.

  • Dziecko to nie inwestycja w spokojną starość. Dziecko to naturalny pożądek i kolej rzeczy. Prawda my ludzie staramy odcinać się od naszej zwierzęcej natury twożąc struktury i nadbudówki wszystko często nadmiernie komplikując a dzieci są efektem naszej osobistej i grupowej potrzeby rozwoju jako gatunku w końcu wszystko co żyje i umiera się rozmnaża.W innym przypadku skończylibyśmyjako ślepa odnoga ewolucji.
    Jesteśmy zwierzętami prawda? Żadne zwierze nie troszczysię przecierz o swoich rodziców .
    Śmiem twierdzić że jesteśmy takrze czymś więcej i nawet jeśli sami nie prosiliśmy się na ten świat to nasi rodzice sprowadzając nas na niego poza czystym i bezemocjonalnym aktem tworzenia dali nam możliwość wyboru który my karzdorazowo afirmujemy całym naszym życiem . Dlatego nie zgodzę się z stwierdzeniem że nic nie jestem winny swoim rodzicom czy moi synowie mi. Z drugiej strony traktowanie swoich dzieci jako zabezpieczenie emerytalne naturalnie uwarzam za odrobinę żałosne tak jak i emocjonalna manipulacja w tym kierunku niemniej nasze społeczeństwo zostało stwożone w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa także na starość, czy to tak wielki grzech patrzeć pomocy swoich dzieci ?
    gdy oczekujemy go od państwa?

  • Bardzo, bardzo mocno się zgadzam. A jeśli dziecko ma nam cokolwiek oddawać, to niech to będzie w… uśmiechach 🙂 serio, jak już padam z niewyspania i zmęczenia i mój Synek się uśmiechnie, to wiem, że warto. Rozbraja mnie ten uśmiech 🙂 I jeśli za 20 lat będzie porządnym, mądrym, empatycznym człowiekiem, to dla mnie będzie wystarczające wynagrodzenie za cały ten trud.

  • A i tak wszystko zależy od wychowania. Moi rodzice też nigdy presji na mnie nie wywierali, że coś powinnam im oddać na starość, ale jak przyszło co do czego, to czułam, że przecież kto im pomoże jak nie ja?

  • Filipa

    Ohhhh… Najgorsza sytuacja i tak dobrze znana z dzieciństwa: drogi prezent, którego wcale nie chciałam i o który nigdy nie prosiłam, a potem wypominanie, ze to tyle kosztowało… Z czasem zaczęłam grzecznie odmawiać, ale nie przyniosło to efektów – tak czy inaczej mama sie obrażała i nie odzywała tygodniami. Albo mowila w przestrzeń, prychala czy wychodziła z pokoju, kiedy ja wchodziłam… Mam 30 lat i nadal nie wiem, po co to było, a skaza na psychice została

  • Edyta

    Z wielką przyjemnością przeczytałam Twój wpis. Bardzo życiowy i mądry. Trochę czułam się jakbym czytała własne myśli. Co ciekawe wczoraj na bardzo podobny temat rozmawialiśmy z mężem, więc Twój teks trafia do mnie jeszcze głębiej. Dzięki.
    Pozwolę sobie go pożyczyć i podlinkować na stronie dla rodziców na FB, która prowadzę.
    Mądre słowa 

  • Iwona

    Nie zgadzam się z tym tekstem zupełnie. Od niewiele ponad stu lat próbujemy w naszej części świata moralny obowiązek zajmowania się rodzicami na starość zastąpić systemem emerytalnym. Ale przecież poza tym krótkim czasem i zasięgiem nieogólnoświatowym tak to nie działało, a dzieci po prostu zajmowały się rodzicami, kiedy ci nie mogli już pracować. Prawny obowiązek alimentacyjny rodziców wobec dzieci – oraz dorosłych dzieci wobec rodziców nie jest jakąś fanaberią, a jedynie prawnym wymuszeniem obowiązku moralnego tam, gdzie tej moralności brakuje.

    Całkowicie jest to różne od wypominania dziecku nieprzespanych nocy, straconych okazji czy wydanych pieniędzy – to jest konsekwencją naszych decyzji (a jak ktoś to wypomina, to ma problem ze sobą i jeszcze dziecku próbuje krzywdę psychiczną zrobić). Ale tak jak my mamy obowiązek opieki nad dziećmi, tak one powinny pomóc nam na miarę swoich możliwości, jeśli tego będziemy potrzebować.

    Czy naprawdę autorka tego tekstu uważa, że chora matka mieszkająca w przysłowiowej lepiance nie ma prawa do żądania pomocy od dorosłego dziecka żyjącego w złotym pałacu? Czy słysząc o rodzicu mieszkającym w nędzy w nieogrzewanym baraku bez dostępu do bieżącej wody tuż obok dużego nowoczesnego domu dzieci – powie: to jest wynik wyłącznie dobrej woli dzieci. A skoro tej „dobrej woli” nie ma, to widocznie „prawdopodobnie” dziecko nie przyswoiło cechy bycia przyzwoitym człowiekiem, czego jednak nie można od niego wymagać.

    • Tak bardzo się z Tobą nie zgadzam, że nawet nie wiem od czego zacząć. Jesteśmy owocem przemyślanej decyzji rodziców, lub też ich lekkomyślności. Ale na świat nikt z nas się nie pchał, nie jesteśmy pieskami ze schroniska, które ktoś przygarnął, a ludźmi, którzy są na tym świecie nie ze swojej woli. I rodzice muszą nas do pewnego momentu utrzymywać, muszą płacić alimenty, jeśli żyją osobno, i nie jest ważne czy chcą, czy nie chcą hajs w nas ładować. Muszą i basta, bo to przez nich/dzięki nim żyjemy i oni mają obowiązek zapewnić nam minimum. My, jeśli uznamy, że chcemy i mamy za co, możemy się zrewanżować, opiekując się nimi, pomagając im finansowo, dając im czas lub/i pieniądze. Ale, na Boga, jeśli byli bezdusznymi chujami, którzy wydali nas na świat, bo to, by mieć na kim się wyżywać, jeśli rujnowali nam życie, jeśli przez nich jesteśmy kłębkiem lęków, strachów, kompleksów i nie umiemy się odnaleźć w życiu, to o jakim Ty moralnym obowiązku mówisz?! Nie widzę, żeby matka czy ojciec, którym zależy, których obchodzimy bardziej niż cokolwiek innego walczyli o alimenty, widzę za to, że robią to ludzie, którzy całe dzieciństwo gnoili swoje dzieci i nie dali im bezpieczeństwa, szczęścia, spokoju czy najzwyklejszej normalności. Ty to nazywasz moralnie słusznym, ja za to kompletnie popierdolonym.

      • Iwona

        Nie należy patologii uznawać za normę. Zdecydowana większość rodziców nie wydaje dzieci na świat po to „żeby mieć się na kim wyżywać”, Ludzie są dalecy od doskonałości także w roli rodziców, ale pomoc starszym rodzicom nie jest czymś „kompletnie popierdolonym”. Znany nam jest bezwzgledny nakaz czczenia ojca swego i matki swojej (znany, a nie przez wszystkich uznawany), w którym mieści się brak symetrii relacji, ale w drugą stronę. Wbrew temu nakazowi przyjmuję, że są sytuacje wyjątkowe, patologiczne, przypadki znęcania czy molestowania. Ale to margines, a nie norma. Normalni (niedoskonali) rodzice mają prawo oczekiwać pomocy od swoich dzieci. Myślę, że większość z nas oburzaloby się, gdyby dorosły człowiek, którego stać na wypasioną chalupę, furę i wakacje odmówił ubogiej matce paru złotych na leki – z tego powodu, że w dzieciństwie nie dała mu poczucia szczęścia.

        • e-milka

          Tak, w normalnej niepatologicznej sytuacji musi wrecz dojsc do odwrocenia rol Rodzic – Dziecko. Po czym poznac, czy przeszlo sie do nastepnego poziomu, opuscilo sie tryb Dziecko. Wyobrazmy sobie, ze bedac doroslym, rzucamy swietnie platna prace, albo zachodzimy niespodziewanie w kolejna ciaze. Wiadomo, boimy sie troche reakcji rodzicow. Ale czego sie boimy? Czlowiek w trybie dziecko boi sie tego matczynego „jazgotu”: „Co to bedzie? Jak ty to sobie wyobrazasz, z czego bedziecie zyc?” Czlowiek dorosly wie, co sie za tym lamentem kryje – troska. I czuje sie za rodzicow odpowiedzialny.

        • Ja to widzę tak: niedoskonali rodzice, którzy kochają swoje dzieci, którzy dają im miłość, choć potykają się raz po raz, bo są tylko ludźmi, są w stanie tak wychować dzieci, że one same z ochotą pomogą im na stare lata, uznając taką pomoc, za przyjemność i frajdę. Wyciągają rękę po pomoc najczęściej ci, którzy na nią nie zasługują. Ci, którzy byli fajnymi rodzicami, choć niedoskonałymi, taką pomoc dostają. Wierzę, że tak jest, że dostajemy dokładnie to, co dajemy. I poza wszystkim myślę, że każdy powinien tak układać sobie życie, żeby nie musiał liczyć na nikogo. Jesteśmy kowalami swojego losu, jak sobie pościelimy, tak się wyśpimy, a liczenie na kogoś nie jest fair i rodzenie dzieci, bo w przyszłości nam pomogą jest draństwem. I masz rację, pomoc starszym rodzicom nie jest czymś popierdolonym, pomoc patologicznym rodzicom, bo tak nakazuje prawo, dla mnie – jest. Po naszej stronie leży osąd czy coś komuś powinniśmy dawać. Winni nie jesteśmy nic.

        • Jeżeli w czyjejkolwiek wypowiedzi pojawia się słowo „nakaz” lub „powinność” to znaczy, że mamy do czynienia z jakimś rodzajem agresji w postaci przymusu Pani Iwono. Tylko człowiek wolny ( nie przymuszany) może wyrazić prawdziwą wdzięczność i miłość.

          Nakazy mogą tylko spowodować pogłębianie patologii, bo nie próbują dociec dlaczego dana osoba postępuje w ten czy inny sposób. Jeśli ktoś decyduje się na ograniczenie kontaktu z rodzicami, to najprawdopodobniej wynika to z powodu przeżytych krzywd i urazów psychicznych. Rzadko kiedy słyszy się, żeby rodzice zadośćuczynili i wzięli odpowiedzialność za dramat wyrządzany w życiu dziecka przez lata.

          To co nazywa Pani marginesem w Polsce jest niestety codziennością. Dysfunkcyjne rodziny to 80%. Nie potrzeba alkoholu, narkotyków, przemocy, molestowania, choroby jednego z rodziców, wystarczy, że jedno z partnerów jest niedojrzałe emocjonalnie i swoje frustracje przeżywa w domu. Swoimi problemami obarcza dzieci, wzbudza w nich lęk, odrzucenie, to powoduje, że czują się zagubione i niekochane. Niewinne stworzenia są „karane” złymi emocjami swoich rodziców. To się dzieje nagminnie i jest to trauma przezywana non stop przez całe życie dziecka.

          Osobę pochodzącą z takiego domu zrozumiałabym w 100%. Żaden rodzic nie prawa oczekiwać od niej wdzięczności i wsparcia finansowego.

          Nie oceniajmy innych pochopnie i dajmy im wolny wybór, bo możemy nie zdawać sobie sprawy przez jakie piekło przeszli w domu.

      • psychiatra

        No cóż twoje prywatne doświadczenia zapewne biorą górę nad zwykłą logiką i porządkiem prawnym. Rodziców się nie wybiera tak samo jak i biologicznych dzieci. Ich postępowanie nie może determinować normatywnych zachowań moralnych dojrzałych społeczeństw a tym bardziej związków rodzinnych dzięki, którym istniejemy. Komuna przez kilkadziesiąt lat próbowała wyciąć więzy rodzinne ze świadomości społeczeństw. Teraz wiadomej

        proweniencji grupy interesów próbują tego samego. Brak więzów rodzinnych jest warunkiem koniecznym do nowoczesnej inżynierii społecznej jaka marzy się wielu cwaniakom posiadającym zarówno środki jak i „potrzebę” jej prowadzenia. Wyłącz wsi24 chociaż na 24 h i włącz myślenie. Powinno pomóc.

        • Tak się składa, że jestem szczęśliwą posiadaczką świetnych rodziców, którym chętnie będę pomagała, gdy zajdzie taka potrzeba. Od małego uwielbiam robić im prezenty, im jestem starsza, tym są one fajniejsze, a mnie to ogromnie cieszy. Robię to jednak, bo ich kocham, bo mam taką potrzebę, bo dali z siebie wszystko, by mnie dobrze wychować, dali mi miłość i od groma serca. Ale uważam, że tak powinni byli zrobić, bo tacy powinni być rodzice. Dla mnie naturalne jest odwdzięczanie się im, ale oni nie oczekują tego ode mnie. I za to też ich kocham:)

          • Mari

            Takie gadanie ze trzeba tak wychować zeby chciały pomagać… Czym innym jest robienie prezentów rodzicom którzy tego nie oczekują bo swietnie sobie radzą a czym innym jest zmiana pampersa, karmienie, mycie i słuchanie obelg bo starość ma i takie oblicze. I uwierz ze każdy kto to znosi zapomniał juz dawno ze robi to z miłości/wdzięczności za trud wychowania a zostało mu juz tylko poczucie obowiązku. I moim zdaniem nic w tym złego.
            Dawanie rodzicom prezentów którzy to doceniają to jest ciagle branie.. Lechtanie swoich egoistycznych potrzeb uważania siebie za dobre dziecko.

          • Jasne, że czym innym jest pomoc dla funu, a czym innym zmienianie pieluchy starej, niedołężnej matce. Ja tylko uważam, że nie jest naszym obowiązkiem zmiana pieluchy, kiedy od rodziców dostawaliśmy po pysku raz po raz, kiedy nas porzucili, kiedy chlali, bili czy byli po prostu chujowi. A nawet kiedy byli wspaniali to też nie jest nasz obowiązek, a tylko możliwość. Ja bym swoim dzieciom, kórych przyznaje nie mam, nie unieszczęśliwiała sobą na stare lata, tylko kazała wywieźć do godnego domu starców, za który płaciłabym z własnych oszczędności.

          • Mari

            Jak by Ci starczyło… Jak sadzisz jaka bedziesz miała emeryturę? Wiesz ile kosztuje GODNY dom starców??? Odnoszę wrażenie ze nie do końca znasz temat.
            A jesli matce nie starcza na ten dom opieki to albo ma isc do takiego na ktory ja stac (godnym bym go nie nazwała) albo dzieci maja go finansować i sad jest je w stanę zobowiązać na podstawie kodeksu rodzinnego i opiekunczego. A jesli sad jest je wstanie przymusić to możliwością bym tego nie nazywała.

            rodzice zajmują sie nami a my rodzicami i uwazam ze to jest normalne, zdrowe, uczciwe.
            Pomijam przypadki patologiczne bo w takich sytuacjach sad tez zwalnia dzieci z tego obowiązku.

        • Kocz1lla

          Z moralnością to jak z dupą – każdy ma swoją. Nieostre pojęcie, krótko mówiąc.
          Odnośnie „dojrzałości” zachowań. W japońskim społeczeństwie (uchodzącym powszechnie za cywilizacyjnie rozwinięte) powszechny jest imperatyw opieki nad starymi rodzicami oraz… popełniania samobójstwa przez tych ostatnich. Co by dzieciom ulżyć.
          Które z tych zachowań jest „normatywne”?
          Na koniec mała sugestia a propos paranoicznych teorii o mrocznych zakusach „komuny”, „grupy interesów” (wiadomej proweniencji), „nowoczesnej inżynierii społecznej’ i „wsi24”. Nick: psychiatra.

        • bayuahah

          Co komuna próbowała??? Zwłaszcza nakładając obowiązek aby syn i córka mieli osobny pokój aby nie szerzyć patologicznych zachowań i kazirodczych związków, a co zostało zlikwidowane po komunie. Więc ty mylisz demokrację z komuną, to demokracja próbuje wyciąć więzy rodzinne. Komuna znaczy WSPÓLNOTA, demokracja oznacza zniewolenie istot ludzkich, uczynienie z nich taniej siły roboczej utrzymującą kastę rządzącą i ich dzieci i kastę tzw. „panów”, czyli osób których jesteście własnością (!). Wmawia się wam że pracujecie na siebie! Tak… Zwłaszcza wtedy gdy zarabiasz 2000 zł, a wypracowujesz dziennie dochód 1000 zł. Odpowiedz mi na jedno ważne pytanie. GDZIE WY ANTY-KOMUNIŚCI JESTEŚCIE POZA INTERNETEM? BO PRZEZ 30 LAT NIE UDAŁO MI SIĘ SPOTKAĆ ŻADNEGO Z WAS W REALU. Zgaduje że twoje nastawienie pro, lub anty do komuny nie wynika z twojej wiedzy, a z tego ile masz płacone od wpisu i czego akurat wasi właściciele od was wymagają.

  • Gabriela Olivera

    Bardzo rozsądne podejście.To w końcu rodzice,czyli dwoje dorosłych ludzi podejmuje decyzję żeby mieć dziecko,wychować je,pokazać świat i…idź swoją drogą.
    Mój brat,gdy patrzy na czwórkę swoich rozbrykanych dzieciaków zawsze dodaje z przekąsem,że za pieniądze,które wydaje na nie mógłby mieć cztery mercedesy,ale one nie przyniosły by mu tyle radości.
    Zresztą czasy się zmieniają.Świat staje otworem.Ludzie coraz częściej podróżują za pracą. Nie mamy prawa przywiązywać dzieci do nas,żeby czekały,aż umrzemy.

  • e-milka

    Zgadzam sie z tym, ze dzieci sa dla nich samych, ale do konca nie zgadzam sie z tym, ze nie ma zobowiazan miedzy pokoleniami. Owszem, rodzice maja obowiazek utrzymywac dzieci do czasu wkroczenia w doroslosc czy to z prawnego punktu widzenia czy do skonczenia edukacji. Ale przeciez spojrzmy dookola – ilu wlasciwie juz doroslych ludzi nadal ma postawe roszczeniowa w stosunku do rodzicow. Gdy pojawiaja sie dzieci chociazby, wielu zaklada, ze rodzice powinni zajac sie wnukami. Nie raz obserwowalam to – babcia na zadanie, lecz gdy przychodza Swieta nigdy nie wie, czy i ilu czlonkow rodziny pojawi sie przy stole, bo dzieci nawet nie pomysla, ze powinny sie okreslic. Po co, matka przeciez jest zawsze. I dlaczegoz by taka Mama nie miala oczekiwac, ze na starosc sie nia zajma. Jesli wezmiemy na serio argumenty biologiczne cytowane w komentarzach, to jedno pytanie – a jakie zwierze opiekuje sie wnukami, no jakie?

    • Andzia

      Ja za to obserwuję w moim życiu coś zupełnie odwrotnego. 5 lat temu zarabiałam 700 zł. W dużym mieście, jak wiemy, za to raptem mogłam rachunki zapłacić. Dobrze, że już miałam chłopaka, który mi pomagał finansowo, bo na rodziców nie mogłam liczyć. Zamiast lecących na gwałt pomocnych rodziców, miałam sms „radź sobie sama”. Nie było ich jak się broniłam na studiach, nie przyjechali ani razu w odwiedziny, odmówili również zapoznania się z moimi teściami, odmówili bycia na ślubie itd. itp. Są sami na własne życzenie, bo mój brat jak tylko skończył 18-lat to ślad po nim zaginął, czemu się nie dziwię, bo całe życia słuchał, że do niczego się nie nadaje i będzie rowy kopał. Ja ich odwiedzałam, ale ostatecznie stwierdzili, że sobie nie życzą. No nie życzą to nie. I wiecie co? Wychowywała mnie babcia. I wyobraźcie sobie, że gdy jej zdrowie się pogorszyło, nie miałam nawet chwili zwątpienia – od razu zaoferowałam się z pomocą finansową – bo to na łóżko, to na wózek, to na opiekunki. Ona z pewnością nie zrobiła sobie wnuków, aby się nią zajęli, ale to dostała, bo zwyczajnie sobie na to zasłużyła. Każdy z nas ma inne doświadczenia, warto wziąć to pod uwagę.

      • e-milka

        Bardzo mi przykro, ze masz takie doswiadczenia. Poczucie odrzucenia przez rodzicow to z pewnoscia jedno z najbardziej bolesnych przezyc. Rozumiem, ze nie czujesz wobec nich zobowiazan, jesli oni nie wywiazali sie ze swoich. Ale z tego co czytam – na szczescie byla Babcia, ktora zastapila Tobie rodzicow i ktorej bez wahania pomagalas.

  • Stef

    Idąc tym tropem myślenia, każdy kto ma dziecko powinien po ukończeniu przez nie pełnoletności wystawić je za drzwi i nie utrzymywać ani dnia dłużej, chyba że tylko i wyłącznie z dobrej woli. Przecież pełnoletni człowiek powinien sam zapracować na swoje potrzeby. Najbezpieczniej byłoby nie mieć dzieci w ogóle, trzymać kasę na koncie i zabezpieczać się tylko i wyłącznie na starość (jeżeli jej dożyjemy :))
    Trochę z najnowszej statystyki: 42% Polaków w wieku 24-35 lat mieszka z rodzicami, a 62% pracujących młodych ludzi korzysta z pomocy materialnej rodziców….., czyli pokazuje to niestety, że dorośli ludzie, którzy powinni sami się utrzymywać wciąż są na przysłowiowym garnuszku u rodziców i jakoś im to nie przeszkadza. Natomiast kiedy rodzice są w potrzebie, to dzieci wg autorki artykułu mogą pomagać rodzicom jedynie z dobrej woli….
    Myślę, że rodzice, którzy czasami zmuszeni są wystąpienia na drogę sądową o alimenty od własnych dzieci są wystarczająco upokorzeni samym faktem proszenia o pomoc …. a naszym zadaniem jest dobrze wychować swoje dzieci, ale też kochać, szanować i wspierać swoich rodziców.
    Może na ten temat trzeba spojrzeć trochę szerzej, nie tylko z perspektywy ‚nic nie muszącego’ dziecka…..

    • To rodzice powolują na swiat dziecko, a nie na odwrót. Chcieli spelnić swoją zachciankę w postaci dziecka, to niech biorą za to odpowiedzialnosć.

      • Brawo! W końcu sensowny wpis. @Stef Nauczyłeś się robić dzieci, naucz się je utrzymywać.

  • alicja

    a co w sytuacji gdy dziecko ma trzydzieści kilka lat, nie założył jeszcze swojej rodziny, ma dziewczynę, ale na wakacje z nią zabiera rodziców mimo że nie potrzebują opieki. Czy to nie powoduje, że uczą się bezradności? A ich syn odmawia sobie założenia rodziny na rzecz zajmowania się rodzicami, którzy tego obecnie nie potrzebują? Moi rodzice nigdy nie oczekiwali wdzięczności i dzięki temu tą wdzięczność mają

  • Mari

    No nie moge sie zgodzic. Po pierwsze jesli jako argumentu do wykonywania obowiazkow domowych uzywasz kodeksu rodzinnego i opiekunczego to dajesz dzieciom odczuc ze sie go trzymasz i respektujesz. A w tym samym kodeksie jest mowa o pomocy rodzicom i o ich prawie np. Do alimentow od dzieci. Dla mnie jest to jasny przekaz ze transakacja jest wiazana.
    Po za tym niby nie oczekujesz nic w zamian ale nie wyobrazasz sobie zeby dzieci zostawily cie na pastwe losu. Napewno podswiadomie dajesz im to odczuc. Wiec nie ludz sie ze ty masz taki luz ze niczego nie oczekujesz. Oczekujesz tylko nie artykulujesz tego wprost.
    Nie ma co sie czarowac ze opieka nad starymi rodzicami to jest w duzej mierze poczucie obowiazku. Nie da sie porownaz zmiany pieluchy niemowlakowi do zmian pieluchy starcowi. Niemowlaka kocha sie nawet z obsranym tylkiem a starca moze sie i kocha ale jak nasra w pampersa to jest to wyłacznie przykry obowiazek ktoremu towazyszy raczej lekka irytacja niz rozczulenie jak przy niemowlaku. Wiec jesli dzieci nie zostawia cie na pastwe losu to wiec ze jednak wiekszosc czynnosci beda wykonywaly z poczucia obowiazku.

    Nikt powolujac na swiat dziecko nie mysli o swojej starosci i ze musi sobie opieke zorganizowac. Ale napewno mysli o tym ze chce miec rodzine ze wszystkimi konsekwencjami ktore to niesie. Slowo rodzina zawiera w sobie wiele i miedzy innymi miesci sie tam obowiazek dziecka wobec rodzica. Dlatego nie zgadzam sie z opowiadaniem ze dziecko nie jest nic winne rodzicowi. Moze i nie ale tylko w takich sytuacjach jakie uwzglednia sad czyli rodzic ktory nie interesowal sie dzieckiem i na nie nie lozyl.

  • Pierwszy chyba raz nie byłam aktywna w dyskusji pod tekstem – miałam ku temu powody z powodu braku warunków. Ale oczywiście wszystkie przeczytałam. Jak zawsze, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Uwielbiam tę część blogowania: że mogę zapoznać się z Waszymi opiniami, refleksjami i doświadczeniami. Dziękuję!

  • Bea

    To najstraszniejsza straszność o jakiej przeczytałam w tekście i w komentarzach. Absurdy jako argumenty za i przeciw…!
    Dziecko nic mi nie jest winne?…. A ja jemu dałam życie dla mojej fantazji?
    Otóż dla fantazji to zgolę sobie głowę i namaluję na niej ….coś. A dziecko:
    1. z pkt biologicznego – utrwaliłam swój od genetyczny – dorobek milionów lat eksperymentów Natury- szkoda, żeby się marnował postęp
    2. z pkt socjologicznego – no ma skorzystać z moich doświadczeń, aby nie powielać lub uczyć się wywarzania otwartych drzwi, co w końcowej fazie korzystania z doświadczeń nazywa się opieką nad osoba starszą, bo takowa już tylko mówić może
    3. z pkt. filozoficznego, religijnego – i takie tam to pierdy uwznioślające zwykłą ekonomię egzystencji osobniczej.
    Z pozdrowieniami od Babci (z dziećmi zajętymi swoimi sprawami i pretensjami, że inni dostali więcej i maja lepiej- bardzo smutne:(( )

  • Przykro

    Jakby to zaczac… mam 25 lat i od 10 lat mieszkam z rodzicami za granica. Doslownie tydzien temu poklocilam sie z mama o.. pomoc. Rodzice znaja angielski na poziomie komunikatywnym, ja znam na bardzo zaawansowanym. Od 15 roku zycia to ja dzwonie po lekarzach, to ja zalatwiam podatki, to ja place rachunki, to ja prowadze konto bankowe na internecie.. i wybluchlam. Mam po prostu dosc dzwonienia do mnie po 3-4 razy dziennie z pytaniem: „a co to znaczy?” „a mozesz zadzwonic do lekarza i powiedziec, ze nie przyjde?”. Kiedy odezwalam sie po chamsku, uslyszalam ze jestem niewychowanym bachorem i to pewnie ona zle mnie wychowala… tyle, ze ja nie mieszkam juz z rodzicami od roku, mam swoje zycie i nie mam czasu, ochoty i czasami wrecz pieniedzy zeby pomoc/zrobic cos. Moja mama wpedza mnie wiecznie w poczucie winy, ze ona mnie wychowala, ona mi pomagala, a ja sie teraz tak odwdzieczam. Dopiero jak zaczelam rozmawiac na ten temat z innymi ludzmi spoza rodziny dotarlo do mnie jak jestem wykorzystywana! Jest mi bardzo przykro i nie mam ochoty utrzymywac kontaktu z rodzicami na razie, mimo iz sa jedyna rodzina jaka mam w tym kraju (poza moim chlopakiem). Jak sie okazuje, potrafia sobie radzic i dzwonic do innych, od kiedy odmowilam pomocy.

    • Masz absolutne prawo do odczuwania smutku i frustracji tą sytuacją. Bardzo Ci współczuję. Twoi rodzice mieli 10 lat, żeby nauczyć się języka. Wciąż mogą to zrobić. Nie możesz targać na swoich barkach problemów Twoich rodziców. Przecież musisz mieć siłę, żeby zacząć żyć swoim życiem. Jeżeli masz możliwość to udaj się do psychologa lub psychoterapeuty (to nic wstydliwego, a może naprawdę pomóc), który pomoże Ci uwolnić się od poczucia winy. Bo nie jesteś winna. Trzymaj się, życzę Ci powodzenia.

    • Przykro

      Już sobie nie radzę, bo choruję na depresję długo i przewlekle… nie raz rozmawiałam z psychologiem o tym, ale nie potrafię się z tego uwolnić. Teraz, kiedy nie dostaję telefonów czuję się jak skarcony dzieciak, bo zrobiłam coś źle. Próbuję walczyć ze sobą, by nie powiedzieć przepraszam i wrócić w to samo bagno „pomagania”. Dzięki Ci bardzo Nishka, Twój tekst dał mi do zrozumienia dużo i teraz wiem, że to nie ja jestem problemem, a moi rodzice którzy wiecznie mnie obarczają swoimi problemami, a potem się dziwią, że znowu mam napady paniki i ciężkie okresy z depresją 🙁

      • Ojej, ale jesteś pod stałą opieką psychologa? Leczysz depresję? Jeżeli nie, bardzo Cię proszę: zaopiekuj się sobą i swoim zdrowiem – masz przed sobą całe życie. Przykro mi to pisać, ale to niestety Twoi rodzice odpowiadają za to, że masz napady paniki i okresy depresji, zrzucili na Ciebie zbyt duży ciężar: zamiast być dzieckiem musiałaś stać się rodzicem swoich rodziców, to Cię przerosło i nic w tym dziwnego, każdego by przerosło. Proszę, zacznij spotykać się regularnie z psychologiem, a myślę, że jeszcze lepiej z psychoterapeutą. A jak trzeba to idż również do psychiatry, bo depresja to choroba, którą trzeba leczyć farmakologicznie.

  • Pingback: Parentyfikacja, czyli matkowanie własnej matce - warto przerwać tę toksyczną relację - Nishka()

  • Agata

    Pochodzę z domu o toksycznej atmosferze i wielu nierozwiązanych problemach w tle, choć na pozór „ot, zwykła rodzina jakich wiele”. Po latach został tylko żal, ale i czysto obywatelskie poczucie obowiązku, który rozumiem w następujący sposób: pomoc finansowa (każde z rodzeństwa w identycznym stopniu) – tak. Odwiedziny raz na kilka miesięcy – tak. Rozmowa telefoniczna raz na 2-3 tygodnie – tak. Świadczenie usług psychoterapeutycznych – nie. Mieszkanie z seniorem pod jednym dachem – nie.

    Niekoniecznie z wyboru, bardziej z braku nauki takiej kompetencji nie wiem, jak miałabym zadbać o potrzeby emocjonalne rodziców – moje były ignorowane odkąd przestałam być słodkim brzdącem, czyli w okolicach 8 roku życia. Nie czuję większej potrzeby „opieki” niż ta tylko, aby moi rodzice nie żyli w biedzie na starość.

    Niewiele poza tą powinnością nas łączy.

  • Pingback: Efekty psychologiczne i iluzje, pod których jesteśmy wpływem, choć zwykle o tym nie wiemy - Nishka()