Dziecko nie jest Twoim przyjacielem

.
Współczesny trend bycia „przyjacielem dziecka” uważam za niepokojący. Mimo że jestem blisko ze swoimi córkami, nie przyjaźnimy się.

 

Ten tekst napisałam ponad rok temu, ale wciąż jest aktualny, więc chętnie go przypominam, zwłaszcza, że od tego czasu przybyło wielu nowych Czytelników. 🙂

Geny i styl życia pomagają mi utrzymać dość młody wygląd, natomiast moja 15-letnia córka, jak typowa nastolatka, chce wyglądać na starszą niż jest w rzeczywistości, co doprowadza do tego, że niektórzy sądzą, że jesteśmy siostrami. Mimo, że dzieli nas jedynie 19 lat, nie ma wątpliwości, kto tu jest rodzicem i kto ustala zasady gry.

Współczesny trend bycia przyjacielem dziecka uważam za niepokojący. Twoje dziecko nie jest Twoim przyjacielem, Twoje dziecko jest Twoim dzieckiem.

Przyjaciel to ktoś, na kim można polegać

Jestem ze swoją 15-letnią córką blisko, czasem wygłupiamy się, przekomarzamy, pozwalam jej wyrażać własne zdanie, wchodzić ze mną w polemikę, dyskutować, jednocześnie jednak nie ma wątpliwości, kto tu ustala reguły gry: ja.

Chcę, żeby córka wiedziała, że może mi zaufać, że może zawsze na mnie liczyć, że może na mnie polegać, że lubię spędzać z nią czas. Chcę, żeby miała świadomość, że może do mnie przyjść z każdym problemem: sercowym, szkolnym, zdrowotnym, rozterką, porażką, nadzieją, lękiem. I ja jej pomogę, będę przy niej.

Przyjaźń to relacja obustronna i wpisana jest w nią wzajemność

Jednak to nie działa w drugą stronę: staram się nie czynić córki powiernikiem moich życiowych spraw i trosk. Tak jak dziecko powinno liczyć na mnie, tak jak nie muszę wcale liczyć na nie. Nie chcę wzbudzać w nim poczucia, że powinno mi się odwdzięczyć. Więcej o tym pisałam w tekście Czy możemy żądać od dzieci wdzięczności za nasze poświęcenie?

Przyjaciel to ktoś z podobnym bagażem doświadczeń, przemyśleń

Dziecko ma zdecydowanie mniejsze doświadczenie niż rodzic. Nie jest intelektualnie ani emocjonalnie gotowe na to by być z na tym samym poziomie co rodzic. Znajduje się w innym punkcie życia.

Często słyszę, że fajnie że urodziłam córkę w tak młodym wieku, bo mogę mieć z nią bliższy kontakt. Uważam, że nie ma specjalnego znaczenia, czy między rodzicem a dzieckiem jest 20, 30 czy 40 lat różnicy. Rodzic jest rodzicem i niezależnie od tego o ile lat jest od dziecka starszy pochodzi z innego świata.

Przyjaciel to ktoś, kto może podejmować równoprawne decyzje. Nie konsultujmy z dziećmi naszych życiowych dylematów

Mama znajomej,  którą wychowywała samotnie, poprosiła kiedyś córkę o radę.

— Oświadczył mi się, wiesz? Kocham go, nawet bardzo, ale chciałam spytać cię – czy odpowiada ci? Akceptujesz go? Godzisz się na to, żeby został moim mężem? Czy wolisz, żebyśmy nadal mieszkały sobie same we dwie?

— Chcę, żebyśmy mieszkały same we dwie!

Mama posłuchała głosu swojej małej przyjaciółki, nie przyjęła oświadczyn, rozstała się z mężczyzną i nigdy się już z nikim nie związała. Córka do dziś żałuje, że tak matce poradziła.

Nie obciążajmy dzieci naszymi problemami. Nie wciągajmy dzieci w nasze dorosłe sprawy

Kiedy dziecko prosi cię o nowe ubranie, a ty nie masz pieniędzy lepiej powiedzieć:

– Nie mogę sobie na to w tym miesiącu pozwolić.

Niż przybitym tonem wprowadzać je w szczegóły twojej tragedii:

– Nie mam nawet za co zapłacić rachunków. Wiesz, prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co dalej zrobić, jestem załamana.

Nie chodzi o to, żeby udawać przed dzieckiem, że wszystko gra. Nie, uczciwość zawsze w cenie. Jednak uważam, że od niektórych dorosłych problemów lepiej trzymać dzieci z daleka. Tak jak przyjaciółce mogę pożalić się i wypłakać, tak dziecko lepiej, żeby postrzegało mnie jako  człowieka stabilnego emocjonalnie i dojrzałego.

Ja: rodzic ustalam zasady

I ty, dziecko, musisz się do nich stosować. Nie mam na myśli ślepego posłuszeństwa i bezwzględnego poddania. Wprost przeciwnie: zawsze dopuszczałam dzieci do wyrażania swojego głosu i opinii, bo chciałam żeby wykształciły w sobie tę umiejętność. Jednak stawiam też pewne granice i oczekuję respektowania granic.

W szkole zaś twoim szefem jest nauczyciel

Córka przynosi czasem ze szkoły różne historie o nauczycielach. Słucham jej uważnie i interweniuję, gdy coś mnie niepokoi, jednak zdecydowanie ucinam kpiące wyrażanie się o pedagogach.

– Hola, hola, nie możesz w taki sposób wyrażać się o swojej pani.

Chcę, żeby dzieci opowiadały mi o tym, co dzieje się w szkole. Chcę być na bieżąco. Chcę, by umiały krytycznym okiem spojrzeć na zachowanie nauczycielki, tak jak i na każde inne niepokojące zachowanie, jednak niech wiedzą, że w szkole szefem jest nauczyciel i należy mu się szacunek.

– Jeżeli nie podoba ci się coś w zachowaniu nauczycielki, możesz jej to w uprzejmy sposób zakomunikować, bądź przyjść z tym do mnie, jednak pamiętaj: to nauczyciel rządzi i to ty musisz się dostosować do niego a nie on do ciebie.

Nie wypowiadajmy się o innych dorosłych w sposób szyderczy, nie krytykujmy nauczycieli, nie obgadujmy sąsiadów, nie kpijmy z teściów i dziadków. Kiedy razem z dzieckiem odzieramy z szacunku autorytety nie dziwmy się jeżeli sami zostaniemy go pozostawieni.

Dla moich dzieci chcę być przede wszystkim matką.

*

Na koniec, żeby nie było aż tak pompatycznie, przytoczę dialog, który rozbrzmiał rok temu w naszym domu:

–  Jak twoja nowa wychowawczyni? – dopytuję.
–  Szczerze?
–  Szczerze.
–  Podobna do ciebie. Bywa wredna, często czepia się i ciągle robi dziwne miny. Poza tym nawet fajna.

Komentarze:

  • Agnieszka Rytel

    Nishko najprawdziwsza prawda. Nic dodać nic ująć.

  • http://www.potworispolka.blogspot.com Nessie

    Bardzo mądre, nie wolno obciążać dzieci dorosłymi sprawami, nie wolno, nie wolno, nie wolno. Zrobiono mi tym wielką krzywdę.

  • Ola

    Bardzo podoba mi się Twój sposób wychowywania dzieci 🙂 często czytam, choć nie wypowiadam się zazwyczaj, bo samej mnie jeszcze temat dzieci nie dotyczy 🙂 tak czy inaczej w przyszłości chciałabym też być taką mądrą matką!

  • http://www.archiwumchaosu.pl/ Kamila Łońska-Kępa

    Wypowiem się z perspektywy córki przyjaciółki. A raczej nie wypowiem, a przyznam Ci rację.
    Moja mama nie miała lekkiego życia z moim ojcem. Nie miała też nikogo, z kim mogłaby się podzielić problemami. Ja zawsze byłam harda i silniejsza niż ona, więc jakoś tak naturalnie wyszło, że gdy miałam około 16 lat do mnie zaczęła się zwracać zarówno z prośbą o radę, jak i pomoc.
    Wtedy bardzo sobie to ceniłam. Dziś czuję, że to w znacznej mierze popsuło moje kontakty z ojcem, bo patrzyłam (i dalej to robię) przez pryzmat ich konfliktów.
    Dlatego też obiecałam sobie nigdy nie wciągać córki w to co moje. Choć tak samo jak Ciebie dzieli nas ledwie 19 lat 🙂

  • http://pedzelece.blogspot.com marta.

    Masz rację. Więc może to moje że jesteśmy jak przyjaciółki dotyczy tego że jestem a przynajmniej staram się być dobrą mamą 🙂

  • http://tattwa.pl/ tattwa

    Często zastanawiałam się nad tym, o czym piszesz – dla mojej matki byłam bardziej koleżanką niz córka i tak też ją traktowałam. Z uwagi na problemy w domu musiałam błyskawicznie dorosnąć i podejmować bardzo trudne decyzje, w tym wszystkie te związane ze mną – samodzielnie. Jeździłam na wakacje z przyjaciółmi kiedy mialam 15 lat, wychodziłam na całe noce jeszcze w gimnazjum i wcześnie zaczęłam naprawdę imprezować. Z umiarem, ale bez kontroli.

    Wydaje mi się, że wyrosłam na w miarę fajnego człowieka. Ale nie zmienia to faktu, że mam potworne poczucie braku tej stabilizacji w życiu i towarzyszy mi świadomość, że dom nie jest żadnym oparciem, że mogę liczyć głównie na siebie i przyjaciół, nie na rodzinę. Ta kojarzy mi się z ciepłem i bliskością, ale nie z opieką i nie z poczuciem bezpieczeństwa. Tych ciągle szukam. I uważam, że za swoją wolność zapłaciłam cholernie wysoką cenę.

    Jesteś świetna, mała. Robisz mi mętlik w głowie 🙂 Kocham Cię za to.

  • zabazgrana

    Zgadzam się, ale też i trochę nie. W pewnym sensie zgodzę się z tym, że nie można wprowadzać dziecka w swoje problemy i dylematy życiowe. Jeszcze nie posiadam dzieci, ale gdyby pojawiły się na świecie chciałabym stworzyć im pełny dom w którym nie muszą się przejmować problemami dorosłych. Jednak życie czasami płata figle – tak jak u mojej mamy w życiu. Mój ojciec zostawił ją gdy byłam w brzuchu, nigdy więcej się nie pojawił, a jej mama a moja babcia w niczym nie ułatwiała jej sytuacji, wręcz przeciwnie – ciągle doprowadzała do kolejnych kłótni. Mama miała wokół siebie najlepszą przyjaciółkę, która okazała się totalnie fałszywa. No i jest jeszcze jej rodzony brat, który mieszka w Kanadzie. Po pewnym czasie pojawił się mój ojczym, który jest prostym człowiekiem i nie należy do tych ludzi, którzy dają ogromne wsparcie. Zostałam ja. Ja, która dorastając widziałam jej płacz, zmartwienia ale też widziałam silną kobietę. Ja, która mając 18 lat byłam dla niej największym oparciem i najlepszą przyjaciółką. I ja – 23 letnia obecnie do której mama dzwoni, radzi się, dzieli problemami. Równie często jak ja do niej – codziennie. Często słyszę, że mi dziękuje, że gdyby nie ja to nie wiem co. Dlatego nie zgodzę się z tym, że nie rodzic nie może liczyć na dziecko. (zależy też o jakim wieku mówimy). Ja uważam, że może a nawet powinien (mówie o wieku 18 wzwyż). Może moje dzieciństwo nie było sielankowe, ale dorosłam o wiele szybciej i potrafie sobie poradzić ze swoimi problemami. Moja bańka pękła dawno, ale nie żałuje.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dobrze, że dałaś radę, bo na pewno nie było Ci łatwo, musiałaś bardzo szybko dorosnąć..
      Pozdrawiam ciepło.

  • Kamil

    „Nie wypowiadajmy się o innych dorosłych
    w sposób szyderczy, nie krytykujmy nauczycieli, nie obgadujmy sąsiadów,
    nie kpijmy z teściów i dziadków. Kiedy razem z dzieckiem odzieramy z
    szacunku autorytety nie dziwmy się jeżeli sami zostaniemy go
    pozostawieni.” Bardzo mądre przemyślenie. Ono dokładnie opisuje skąd między innymi w internecie jest tyle nienawiści. To nasi rodzice przelewają na nas swoje animozje i gorycz, a my nieświadomie stajemy się tacy sami i to jest przykre.. wychowanie to ciężki kawał chleba i ciągle musimy sobie patrzeć „na ręce”.
    Pierwszy raz jestem na Twoim blogu i bardzo pozytywne wrażenie. Zapewne wrócę.

  • szykwszafie.pl

    Wpadam tu często, czytam twoje teksty z uwagą. Zazdroszczę genów oczywiście, ale o tym innym razem, albo jak zechcę zahejtować 🙂 Dziś chciałabym zostawić ślad 🙂 Od dawna przyglądam się temu, jak my dorosli, skupilismy sie na dzieciach bezgranicznie. czytamy poradniki, chodzimy na kursy, staramy sie juz od pierwszych dni zycia dzieci wdrażać jakieś idee, żyć według podręczników i innych scenariuszy. Nie ma już takiego spontanicznego macierzyństwa, coraz częsciej pojawiaja się „style” wychowania. Kurcze, każde dziecko inne jest! Jako matka trójki, wciąż zmieniam swój wychowawczy „styl”, ale nie łamie kręgosłupa. A ten kregosłup to zbiór zasad postawowych, „spisanych” przeze mnie i dlam mnie. Jedną z nich jest „niebycie przyjacielem” 🙂 Jestem matką-staram się być wspierająca, obecna, uważna, słuchająca, lubię jej koleżanki, ale nie przesiaduję z nimi w pokoju. Nie obarczam jej swoimi problemami, oszczędzam przykrych szcegółw, nie prosze o radę. Od tego mam -moją mamę!
    Rozmowa z moją córką;
    – Kocham Cię mała
    – mogłabyś nie mówić, jak ziewasz? wiesz jak mnie to wkurza
    -? sorki
    – (przewraca oczami) też Cie kocham

  • Solhem

    Największą nagroda dla mnie było by gdyby moje dzieci widziały we mnie przyjaciela kiedy już dorosną. Sam mam to szczęście ze moja mama jest moja najlepsza przyjaciółką. I do pewnego wieku funkcjonowało to w jedna stronę dlatego miałam cudowne dzieciństwo. Pozdrawiam

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Świetnie to ujęłaś!
      „Największą nagroda dla mnie było by gdyby moje dzieci widziały we mnie
      przyjaciela kiedy już dorosną. Sam mam to szczęście ze moja mama jest
      moja najlepsza przyjaciółką.”
      A Twoja Mama miała pewnie przyjaciółkę w Twojej Babci 🙂

  • http://www.matkaprezesa.pl/ Matka Prezesa

    Przyznam, że dałaś mi do myślenia. Między mną a moim dzieckiem jest 18 lat różnicy. Wydaje mi się, że zbyt mało bym mogła pewne decyzje bardziej obiektywnie podjąć. Już dawno (nie ja jedna zresztą) zauważyłam, że traktuje go na równi ze sobą, a kiedy był etap, że mówił do mnie po imieniu nie miałam nic przeciwko. Dopiero interwencja PT uświadomiła mnie, że nie tędy droga.
    Nie obciążam go problemami. Uwielbiam jego beztroskę i oby trwała jak najdłużej. Ale w pewnym strefach traktuje go jak kumpla.
    Refleksja dla mnie po przeczytaniu tego postu …

  • Luiza

    Zdecydowanie też jestem za nie wplątywaniem dziecka w sprawy rodziców. Co prawda mieszać się zaczęłam sama gdy w końcu nie wytrzymałam i wybuchłam słysząc po raz kolejny jak mój ojciec poniża moją mamę ” wyzywając ją od różnych ” . Kłóciłam się z nim przez 4 lata, ponieważ moja mama nie odzywała się nic i dawała się poniżać. Została nawet przy nim kiedy przyznał sie najpierw do mnie że ma kochankę ( po 3-4 msc. po zadeklarowaniu odejścia nadal mieszkał z nami ale spotykał się z tamtą ,rozstali się nagle. I został z nami . ) mama podsłuchała przez drzwi. Skończyło się na tym nie że znienawidziłam Ojca , co dzień awantury , kto normalny może to wytrzymać? Ucieczki z domu. Ciężka depresja,leczenie się. Po pewnym czasie mama zaczęła mnie traktować jak ”przyjaciółkę” , po pewnym czasie również zaczęła traktować mnie jak wroga bo sugeruje jej odejście od Ojca i na nią napieram bo mam dość tego więzienia. W końcu zaczęłam awantury i z nią. Pewnego razu usiadłam z mamą mojej przyjaciółki przy stole, było koło 3 w nocy, zaczęłam jej wszystko streszczać od samego dzieciństwa. Kazała mi uciekać do dziadków, gdziekolwiek. Chociaż na pare dni. Nie zostawiłam, nie potrafiłam, za bardzo się bałam. Chłopak też starał mi się pomóc no ale nie chciałam się wyprowadzać. W końcu Pani Mama ( tak mówię na mamę mojej przyjaciółki ;p ) kazała mi załatwić mojego ojca ” dobrem ” i przede wszystkim nie odzywać się , Ojciec wyzywa matkę? Ona się daje? Jej sprawa. Postanowiłam spróbować. W końcu jeszcze tylko 3klasa. Gdy się kłócili , zamykałam drzwi/wychodziłam z domu. Aktualnie jestem w klasie maturalnej, czyli pomęczę się do matury. Z Ojcem mam dobry kontakt , z mamą też. Nie wtrącam się w ich kłótnie a gdy mama przy awanturze z Ojcem mówi do mnie ” i widzisz jak mi ubliża? ” kituje krótkim ” ja się nie wtrącam. ” nic więcej nie mówi. Mam dość bycia niańką skoro to nie przynosi żadnych rezultatów i wszystko obracało się przeciwko mnie. Mam dopiero 18 lat, a tyle przeżyłam że każdy się zdumiewa że wyszłam z tego i potrafię żyć. Pewnie droga Nishko jeśli to przeczytałaś domyśliłaś się że jestem DDA , mimo tego że Ojciec nie pije już tak jak pił bo ma poważniejszą robotę to i tak ubliża . Ale to już brocha mojej mamy. Na szczęście chłopaka mam ” ogarniętego ” który wspiera mnie jak tylko może, pracuje by móc wynająć jakieś mieszkanie i zabrać mnie stąd. Ja też niedługo pójdę do pracy więc myślę że nam się uda. Do czego zmierzam, czasem bywa tak że dziecko samo zmuszone jest do wtrącenia się w sprawy rodziców, na początku nie do końca świadomie. Później zaczyna walczyć i nienawidzić osoby która na dobrą sprawę powinna być dla niej oparciem. W życiu nie pozwolę aby moje dziecko doświadczyło takiego horroru. Między moją mamą a mną jest 20 lat różnicy , a niekiedy wyglądało to tak jakbym to ja była matką a ona moją córką. Tak Nishko w pewnym momencie tak się czułam. Jakbym miała duże dziecko, ja odpieram ataki i je chronię a ono siedzi w koncie zapłakane. Dziecko nie powinno mieszać się nawet w najdrobniejsze kłotnie rodziców ale też oboje rodzice powinni być jak najbardziej dla niego wsparciem. Bo czasem brak zwykłego ” Kocham Cię ” zamiast ” Mam problem że Cię zrobiłem ” potrafi wyrządzić wielką bliznę.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Luizo, dziękuję bardzo, że zechciałaś podzielić się tu częścią swojej historii. Widać, że jesteś mądrą i dzielną dziewczyną. Trzymaj tak dalej, a jak masz ochotę pisz do mnie 🙂

    • Ilona

      Duza czesc rodzicow niestety nie zdaje sobie sprawy jak dziecko postrzega ich relacje i problemy. Nie wspomne juz, jak obrzucaja sie wzajemnie blotem, a Ty jestes uwieziona miedzy nimi, bo z jednej strony bronisz kazdego z nich odbierajac sens atakom, byleby wieksza awantura z tego nie wyszla, a z drugiej widzisz ze granica zostala juz dawno przekroczona i rodzice maja Cie za sedziego przekonujac do swojej racji. Mozna by powiedziec, ze po co sie mieszac, ale jak kazda rozmowa z rodzicem, zarowno z Ojcem jak i Matka, kazdy problem dziecka jest obracany w problemy rodzicow, to ostatecznie sam czujesz sie jak problem rodzicow. Nie raz uslyszalam, ze wiele podstawowych potrzeb nie moge zaspokoic, jak zakup zwyklych srodkow higieny osobistej, bo jest mi to niepotrzebne, bo sa wazniejsze problemy. Wiele razy uslyszalam tez od matki, ze zaluje ze mnie urodzila. Nie wiem czy jest gorsze uczucie jakiego mozna doswiadczyc. Kiedy dojdziesz do etapu, ze praktycznie zyjesz problemami rodzicow, zwracasz im uwage na brak racjonalnosci w tych klotniach, na swoje potrzeby przede wszystkim, a ktore sa sprowadzane na bok, kosztem tego jest nie tylko Twoja niska samoocena, ale brak poczucia ze Twoje istnienie ma jakakolwiek racje bytu. Nie jestem DDA, ale cale zycie czulam sie jak problem dla moich rodzicow, zbedny aspekt ich ycia. Zawsze bylam cicha, bezproblemowa, dobrze sie uczylam. Zwracali na mnie uwage tylko gdy klocili sie o swoje sprawy, a ja majac dosc wysluchiwania ich problemow, krzyczalam to, uciekalam, kiedy dowiedzieli sie ze zaczelam palic papierosy, kiedy pojawialy sie problemy, male, ale jakims cudem zdecydowalam sie o nich powiedziec, kiedy popelnialam ich zdaniem bledy, ktore dla mnie byly po prostu inna niz ich decyzja. Doroslam, wyprowadzilam sie, nabralam dystansu do ich zycia i swojego tez. Nie mam oparcia w rodzicach. Nie mam go w nikim. Nie czuje, zebym w kiedykolwiek mogla sobie na to pozwolic, skoro najblizsi tak mnie zawiedli. Mam mlodsza siostre, ze wzgledu na ktora zawsze trzymalam sie twardo, zeby i ona mogla zaczac swoje zycie, zebym mogla zrobic wszystko aby jej pomoc. Za szybko doroslam, nie mialam dziecinstwa, dzis kazdy znajomy twierdzi, ze jestem chodzacym racjonalizmem, bez luzu. Nie chce dla nikogo cos znaczyc, mam wrazenie ze nie mam juz uczuc. Wiem co to bol, ale dzis go juz nie ma, nie ma nikogo kto moglby mnie skrzywdzic, zadnych bliskich znajomosci. Nie potrafie inaczej niz powierzchownie wspolzyc z ludzmi, nie lubie gdy ktos sie o mnie troszczy. O dziwo znajomi maja mnie za najweselsza osobe jaka kiedykolwiek znali. To dlatego, ze gdy sie smieje nikt nie widzi, ze cos jest nie tak, nie pyta, a ja nie lubie jak ktos wyraza zainteresowanie moim zyciem. Nikt mnie tak naprawde nie zna, to ja kreuje obraz osoby, za jaka maja mnie postrzegac. Gram. Nie zamykajcie nigdy zwoich dzieci swoimi problemami. Nigdy nie wiecie gdzie ich umysl powedruje i psychika.

      • Karolina

        Cześć! Po przeczytaniu Waszych historii, Twojej Luizo i Twojej Ilono odnalazłam wiele podobnych elementów z mojego życia. Opowiem i moją historię z nadzieją że jej finisz komuś rozjaśni życie. Moi rodzice żyli w niezgodzie od kiedy pamiętam. Przez pierwsze 12 lat mojego życia mieszkaliśmy w bloku, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią i łazienką. Mój ojciec spał w dużym pokoju na rozkładanej kanapie, moja mama ze mną, potem jeszcze z siostrą w sypialni. Relacje moich rodziców były dosyć chłodne i żyli w dużym dystansie do siebie. Ojciec sporo pracował a moja mama robiła wszystko by mu dogodzić. Zaczęło się „powodzić”, rodzice postanowili, że wybudują dom. Ten pomysł już gdy byłam dzieckiem wydał mi się dziwny. Po co nam ogromny dom dla rodziny w której nie ma rodzinnej atmosfery? Wszystko wtedy wydawało mi się na pokaz, by wszyscy wokół myśleli, że taka zgrana z nas rodzina. Gdy się wprowadziliśmy, wszystko było nowe i duże. Ku zaskoczeniu miedzy moimi rodzicami się polepszyło, nawet mówili sobie cześć na powitanie i pożegnanie! A raz nawet widziałam buziaka w policzek!! To trwało miesiąc. Jedyny taki miesiąc w moim życiu. Potem było coraz gorzej… Mój ojciec „zamieszkał” w pokoju komputerowym. Moja mama została w sypialni. Ich stosunki były bardzo chłodne, mówili do siebie z pogardą w głosie i obrażali się co chwilę. Po latach atmosfera zrobiła sie tak ciężka że wszyscy byliśmy jak tykające bomby zegarowe. Jeśli tylko pojawiało się choć małe spięcie, ktoś wybuchał. Awantury i płacz były na porządku dziennym. Moja mama była znerwicowana a ojciec chłodny jak lód. Rodzice praktycznie przestali już ze sobą rozmawiać, robili to tylko wtedy kiedy już na prawde trzeba było. Bardzo mi się to wszystko nie podobało. Podrosłam troszke, zrobiłam sie bardziej waleczna i w gimnazjum postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczęłam z nimi rozmawiać o tym dlaczego miedzy nimi tak właściwie jest. Niestety nie dowiedziałam się. Mimo to usilnie próbowałam ich pogodzić. Zaczęłam wiec rozmawiać za nich. Były czasy, że jako nastolatka siedziałam z nimi na kanapie i słowa mojego ojca przekładałam na spokojniejszy język i przekazywałam mamie, i na odwrót. Zaczęłam czuć się jak niania dużych i rozwrzeszczanych dzieci. Interweniowałam w prawie każdym nieporozumieniu. Te wszystkie lata odbiły sie na mnie dosyć mocno, do 13 roku życia każdego wieczoru płakałam przed snem. W gimnazjum zaczęłam regularnie palić i pić. Starałam się przebywać w domu jak najmniej czasu. Wolałam by ten budynek nie istniał, nienawidziłam go. W liceum było tylko gorzej. Przez pierwsze lata przejmowałam się tym wszystkim dosyć mocno i zawsze dusiłam to w sobie. Musze zaznaczyć że tak jak Ty Ilono nie pokazywałam na zewnątrz jaka jestem. W szkole byłam zawsze tą najmilszą, najbardziej uśmiechniętą i najpomocniejszą dziewczyną. Uchodziłam za pozytywną osobe która zawsze ma dobry humor i niczym się nie przejmuje. Z tego wszystkie powstały moje trzy wydania. Uśmiechnięta w szkole, waleczna w domu, smutna w pokoju. Po latach walki o porozumienie, poddałam się. Zauważyłam, że mój wysiłek idzie na marne. Że za nie mam już siły, że to nie są moje problemy wiec ja jako dziecko ich nie rozwiążę. Zaczęłam się odcinać od tego co jest między nimi. Mimo tego te wszystkie lata odbiły sie na mnie dosyć mocno a kulminacyjny moment nastąpił w klasie maturalnej. Popadłam w depresje i totalny życiowy marazm. Nie byłam w stanie robić nic. Nie umiałam w nocy zasypiać a rano nie chciałam wracać do rzeczywistości co skutkowało wieloma opuszczonymi lekcjami. Miałam ogromny problem z koncentracją. Byłam apatyczna. I gdyby nie pomoc nauczycielki i moja własna decyzja o zażywaniu leków antydepresyjnych, pewnie nie wstałabym na mature.
        Wtedy nadszedł rewolucyjny moment. Moja mama oświadczyła mi że chce się rozwieść. Na początku byłam zmieszana i nie wiedziałam co o tym myśleć ale w końcu zaczęło mnie to cieszyć. Moja mama od kilku lat chciała to zrobić, musiała niestety odczekać by wybić się finansowo na tyle by mieć móc zacząć życie na własną ręke. Z moją siostrą wiedziałyśmy o tym dużo wcześniej niż nasz ojciec. Przyszedł dzień w którym powiedział nam o tym że mama ma takie właśnie plany, i co ciekawe, powiedział że nie chce sie na to zgodzić. Byłam w szoku i oznajmiłam mu, że będzie to najlepsza decyzja jaką może w życiu podjąć. I wtedy uświadomiłam sobie że trzymał naszą rodzine w kupie żyjąc z przeświadczeniem że rodzina w całości jest lepsza niż w rozsypce. A ta rozsypka okazała się być zbawieniem dla nas wszystkich. Moja mama znalazła swoje mieszkanie. Moja siostra po rozwodzie przez lata była tydzień u mamy, tydzień u taty. Ja wyprowadziłam się z domu i zaczęłam studiować w Krakowie. Przez kolejne lata każdy z nas stawał powoli na nogi. Na studiach czułam się jak na wakacjach po 19 latach życia. Wyszalałam się. Dojrzałam. Finalnie postawiłam w końcu na siebie. Zrozumiałam że nie mogę rozwiązywać problemów innych ludzi bo zaniedbuję przez to sama siebie. Te lata pozostawiły wielką rane która właśnie się zagoiła, a blizna pozostała ale jest już niebolesna. Zaczęłam o siebie dbać. Zaczęłam nad soba pracować. Pokochałam się. Pokochałam innego człowieka. Jestem szczęśliwa z samą sobą. Wiem, że nikt nie zadba o mnie lepiej niż ja sama! A moi rodzice? Mój ojciec został sam z dwoma psami w wielkim domu. Nawet moja młodsza siostra z którą przez lata żył bardzo blisko, straciła już siły w tym by mu pomóc. Straciła je własnie dlatego że traktował ją jak przyjaciółkę obarczając swoimi problemami i humorami. Siostra ma teraz 18 lat i całe życie przed sobą, obie wyprowadziłyśmy się do mamy. A mama? Wybudowała swój własny dom i jest teraz w rewelacyjnej formie! Nieznam równie energicznej, pozytywnej i silnej osoby! Uwolniła się i zadbała o siebie. Po latach dogadzania mężowi któremu wszystko nie pasowało postawiła na siebie.
        Także dziewczyny! Zamknijcie ten rodział i otwórzcie własny. Wiem że może banalnie to zabrzmi ale takie to własnie jest! Żyjcie własnym życiem i kreujcie własny ścieżki. Odnajdźcie siebie w sobie! Polecam również książkę, która rozjaśniła mi wiele i odpowiedziała na nurtujące pytania. A co najważniejsze pomogła znaleźć stabilność we mnie samej. „O sztuce miłości” Ericha Fromma. Szczerze, to według mnie lektura obowiązkowa dla każdego. Trzymajcie się mocno!
        Nishka, piękny wpis. Wiem że moja historia odbiega dosyć od Twojego tematu aczkolwiek bardzo zrozumiałam o co Ci chodzi. Mam 24 lata i za kilka lat chce założyć własną rodzinę z ukochaną mi osobą. I bardzo ale to bardzo dobrze że to wszystko napisałaś. Będę pamiętać o tym wpisie i zostanę mamą na medal!
        Pozdrawiam i życzę miłości!

        • jeanne

          Dziewczyny, trochę odbiegacie od tematu (nie) przyjaźni rodzic-dziecko, ale przeczytałam Wasze wypowiedzi i dorzucę coś od siebie. Dzisiaj mam 24 l. i jestem w podobnym do Karoliny dołku. Moi rodzice po latach prawie codziennych ubliżeń, chłodu i zadręczania psychicznego i fizycznego rozwodzą się. W dzieciństwie wielokrotnie pytałam mamę dlaczego tak musi być, dlaczego ona to znosi, ale fakt faktem, miałam w tym interes, bo mój tato na mnie także odreagowywał „gorsze dni”. Czasem miałam ochotę umrzeć. Cięłam się, wcinałam tabletki jakie popadnie, uciekałam w naukę. Z mamą wiązała mnie szczególna więź, ale z ojcem zawsze było na chłodno. Podobnie jak u Karoliny-każdy rodzic miał oddzielne pokoje. W ciężkim szoku byłam, gdy po 11 latach mojego patrzenia na to wszystko pojawił się mój brat na świecie. Miał być na zgodę…ale krótką zgodę. Mimo więzi z mamą i wzajemnego wsparcia (które ojciec wielokrotnie z premedytacją chciał zniszczyć np. zabraniając nam rozmawiania ze sobą)…gdy tylko pojawiła się okazja w wieku 16 lat wyjechałam do internatu w Krakowie i po raz pierwszy poznałam co to znaczy spokój, wolność (oczywiście kontrolowana przez internat, ale zawsze) i brak obawy o to, czy dzisiaj ojciec ma „gorszy dzień”, który kończy się upokorzeniem mnie i mojej mamy. „Zostawiłam ją” z bratem w wieku 5 lat. Żyli w tym bagnie do tego roku. Dziś mój 13-letni brat przybrał wiele moich cech-niskie poczucie własnej wartości, strach przed ludźmi, brak umiejętności cieszenia się sukcesami, brak wiary w siebie etc…Oczywiście mama podobnie, dlatego zaleciłam jej psychologa i wymusiłam by brata też do niego zabrała. Rodzice przeżywają ciężkie chwile, chcieliby mnie przeciągnąć na którąś stronę. Jak ojciec latami milczał, tak dzisiaj potrafi dzwonić po kilka razy w tygodniu. Ale od zawsze z mamą byłyśmy w bliższej relacji. W styczniu byłam ich mediatorem, gdy ojciec odwiedził mamę po 5 miesiącach jej pobytu w USA i wyrzucił (w USA) z domu (bo uroił sobie kochanka), a mama nie chciała się do niego odzywać. Nie chciała wracać do Polski, po prostu chciała uciec od tyrana kosztem mojego brata. Dzięki naszej relacji przekonałam ją, że mój brat zasługuje na mamę (został w tym czasie w PL pod opieką babci). Jak nie wróci to straci syna. W zasadzie byłam jedyną osobą, która do niej potrafiła dotrzeć i przekonać do nieporzucania dziecka. Dziś mieszkają z bratem u babci, sprawa rozwodowa się toczy, a ja trzymam się na odległość. Nie chcę wracać do domu w ogóle, bo ja przyjadę raz w miesiącu na weekend, a potem żyję tylko ich sprawą i za nic nie mogę się zabrać. Apatia sięga zenitu. Za 2 miesiące mam obronę pracy mgr, a nie potrafię paru zdań po ludzku sklecić. Jedyne wsparcie mam w chłopaku, który na chłodno i obiektywnie prowadzi ze mną dyskusje. W mamie też, ale obecnie 90-95% tematów to tylko rozwód, obgadywanie ojca i złorzeczenia. Wszystkie złe chwile z dzieciństwa wracają do mnie jak bumerang. Śnią mi się po nocach. Dlatego apel do rodziców-Za nic w świecie, nigdy przenigdy nie pozwalajcie na to, by dzieci były świadkami Waszych kłótni i złych emocji. Mój brat widział, gdy rodzice się popychali, kopali, ojciec życzył mamie miłego spadania ze schodów i ubliżał. Widział mamę posiniaczoną. W złości na mamę i mojemu bratu się obrywało. To są rany, których po prostu nie widać. Kto wie, czy gdyby mama nie miała mnie, czy byłaby jeszcze dzisiaj na tym świecie. Uważam, że wzajemnie dajemy sobie siłę i nadzieję na lepsze jutro. Szkoda tylko, że prawie 20 lat mnie nie słuchała, gdy mówiłam jej o terapii lub rozwodzie.
          Nie wiem czy chcę mieć w przyszłości dzieci, bo nigdy nie chciałabym ich skrzywdzić tak jak ja czuję się skrzywdzona.
          Nie mam dobrych wzorców jak należy wychowywać dzieci.
          Nie wiem jak egzekwować posłuszeństwo inaczej niż obrażaniem, straszeniem i upokorzeniami. Sama łapię się, że zaczynam stosować to na moim bracie.
          Wiem, że mój brat nie jest kochany przez mamę tak jak ja, choć wiele więcej razy to usłyszał. Dopiero po wyprowadzce z domu, a w zasadzie jak poszłam na studia pierwszy raz w życiu dostałam od mamy smsa, że mnie kocha. Ojciec nie był zdolny tego wyznać przez 24 lata mojego życia i pewnie tak już zostanie…
          Pozdrawiam i dzięki, jeśli komuś chciało się i udało się to przeczytać.

  • http://jakchcemy.pl justyna q

    Dorośli wchodzą w „przyjacielskie” relacje ze swoimi dziećmi licząc na to, że będą mieć bliskie i dobre relacje z nimi lub z braku bardziej odpowiedniego kandydata na przyjaciela. Nie zdają sobie chyba często sprawy z tego, że zamiast kumpelskie relacji z rodzicem fundują dziecku brak stabilizacji, oparcia i wprowadzają w problemy, które mogą tylko przygnieść.
    To chyba staje się już nudne, ale muszę kolejny raz napisać, że zgadzam się z każdym akapitem tego tekstu.
    „Geny i styl życia pomagają mi utrzymać dość młody wygląd” – z tym, z zazdrością również 😉

  • http://www.prezentujeprezenty.pl/ Asia Prezentuje Prezenty

    Dialog na końcu jest bezbłędny, ale ja o czymś innym.
    Nie o mojej relacji z moją córeczką, ale o mojej relacji z moją mamą. W pewnym sensie miałabym ochotę wysłać jej ten Twój wpis, bo gdy zobaczyłam te fragmenty jego, które pojawiły się na FB od razu pomyślałam o naszej relacji i o tym jak bardzo mnie męczy, że wciąż chce ze mną wszystko konsultować – od rzeczy relatywnie poważnych po absolutne drobiazgi, a czasem wręcz treść tego co ma do kogoś napisać… I tak mnie zastanawia czy uważasz, że jest granica wieku, po przekroczeniu której przez dziecko można już je traktować jak przyjaciela, który udzieli porady na każdy temat…

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Asiu, skoro pytasz odpowiadam. Niezależnie od tego, czy taka granica istnieje czy nie, istotne jest, że sytuacja, w której Twoja Mama wszystko z Tobą konsultuję męczy Cię. Na Twoim miejscu porozmawiałabym z nią o tym otwarcie. Używając oczywiście życzliwego języka, pełnego empatii 🙂 Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Twoja Mama nie zdaje sobie sprawy z tego, że źle się z tym czujesz, dlatego warto żebyś ją w tym uświadomiła.
      Z biegiem lat zaciera się różnica lat, niby jesteśmy gotowi emocjonalnie i intelektualnie przyjąć sprawy osób od nas starszych, ale o jednak wciąż są rodzice. Niektórzy rodzice włączają swoje dorosłe dzieci np. w konflity małzeńskie, sprawy rozwodowe itd i z obserwacji widzę, że dzieci mimo że dorosłe źle się z tym czują. W Twoim przypadku wygląda trochę na to, jakby u Was role odwróciły się i Twoja Mama radziłaby się Ciebie niczym swojego rodzica. Może uświadom Jej to 🙂 Powodzenia 🙂

  • http://lifeissimple.pl/ Patrycja Małachowska

    Gdyby było to możliwe, napisałabym: „Nishko, zostań moją matką!”

  • http://www.usta-usta.eu/ olacom

    Znowu super tekst Nishko! Ja nie zastanawiałam się tak bardzo nad tym tematem jeszcze (w końcu mnie i córkę dzieli jednak 28 lat), ale bardzo podoba mi się Twoje podejście do NIE krytykowania nauczycieli. Ja też to wyniosłam z domu (moja mam jest zresztą nauczycielką – przypadek? hmmm… 😉 i bardzo jestem na to wyczulona, żeby przy dzieciach nie wyrażać się na temat innych dorosłych, a szczególnie pań, kiedyś przedszkolanek, a od tego roku pań nauczycielek. Myślę, że to rozsądny kierunek.

  • Ivva

    jako rodzic w pełni się z Tobą zgadzam, a jako nauczyciel marzyłoby mi się spotykać na swojej drodze więcej takich rodziców

  • http://mamaizonabyc.pl Joanna G.

    Jak zwykle dałaś mi do myślenia. Od początku chciałam być kumplem moich dzieci i chyba jestem. Ale nigdy nie postrzegałam tej przyjaźni właśnie w ten sposób, że opowiadam o problemach i obarczam córki moimi sprawami czy każę podejmować za mnie decyzje. Decyzje podejmujemy wspólnie te które dotyczą rodziny, inne każdy ma prawo podejmować z osobna. Czuję się przyjaciółką moich dzieci ale słowo „przyjaciel” interpretuje inaczej po prostu. I owszem granice istnieją i u nas w domu. Ale jestem przy córkach na dobre i złe. Ale dałaś mi do myślenia i to mocno 🙂

  • http://www.dwapluscztery.pl www.dwapluscztery.pl

    przeczytałam temat – pomyślałam O czym ona mówi? Jak to? przecież na tym właśnie ma to polegać.. TO takie modne – bycie przyjaciółką dla córki czy syna… Tak chciałam i ja…
    Przeczytałam tekst i już tak nie chcę. Zgadzam się z Tobą w 100%…. Obarczanie dzieci problemami — to nie jest wyjście.,, Pozwólmy im być dziećmi własnych rodziców…

  • Misako – matka po japońsku

    Uwielbiam czytać twoje rozważania na temat wychowania.
    Ja moją mamę uważam za przyjaciółkę i tak jak ty uważam, że przyjaźń w relacji matko-dziecka to nie jest przyjaźń w jej słownikowej definicji. W mojej ocenie i pojęciu jest to oparcie, stabilizacja, świadomość, że ja mogę mamie wszystko powiedzieć, że nie będzie mnie oceniać przez pryzmat „wieku, doświadczenia”. Ale nie działa to w drugą stronę. Nie powinno działać.

  • bazyllia

    tak. ale, że nauczyciel rządzi, a dziecko ma się do niego dostosować – nie. co nie zmienia faktu, że należy mu się szacunek.

    buźka 🙂

  • http://www.primocappuccino.pl/ Ania | PrimoCappuccino

    Ej, nie zgadzam się. Różnica wieku dwoma pokoleniami MA znaczenie. Jeśli ktoś zostaje rodzicem w wieku czterdziestu-kilku lat to weź mi powiedz, ile będzie miał energii, żeby z 7 czy 10 – latkiem poszaleć na sankach, czy przykładowo siły, żeby przez kilka pierwszych lat nie przesypiać nocy. Raczej kiepsko rokuje. Nie wspominając o tym, że szansa na zobaczenie wnuka i podobne z nim szaleństwo w ogóle przestaje wchodzić w rachubę.
    Późne rodzicielstwo ma sens tylko wtedy, gdy to kurna, czwarte, piąte czy tam ósme dziecko. Z wyboru.

    Co do relacji z dzieckiem. Wczoraj nakrzyczałam na potomstwo (z błahego powodu, przyznaję). Na to syn (3) poważnie mnie zapytał:
    – Ale czemu, czemu Ty krzyczysz, jak nie trzeba?
    No i miał rację. Bo tego ich uczę. Potrafię się przyznać do błędu, mimo że to nie mój kumpel. Podejrzewam jednak, że w większości rodzin tłamsi się podobne teksty z ust dzieci, bo „gówniarz nie będzie mi uwagi zwracał” 😉

    • Anna

      Przypomnij sobie tę bzdurę, którą tu napisałaś jak sama będziesz miała 40 i 50 lat, powodzenia.

      • http://www.primocappuccino.pl/ Ania | PrimoCappuccino

        Wrócę na pewno. Jestem pewna, że Nishka będzie jeszcze blogować. I że zachowa ten komentarz 😉
        A Ty masz swoje zdanie, do którego można by się odnieść, czy to tylko niekonstruktywna krytyka?

        • Tianzi

          A co z ludźmi, którzy w wieku 25 i 35 lat nie byli gotowi na/nie chcieli dziecka, a w wieku 45 zachcieli? Piszesz o nich tak, jakby nie mogli dojrzeć i różnili się od swoich trzydziestoletnich wersji tylko tym, że są bardziej zardzewiali. Nie wspominając o tym, że poza wpadką z jednej strony, a problemami z płodnością z drugiej, to zawsze jest kwestia wyboru i mówienie, że rodzicielstwo w jakimś wieku nie ma sensu brzmi dla mnie trochę… niesympatycznie.

          • http://www.primocappuccino.pl/ Ania |primocappuccino

            Wmawianie mi, że powiedziałam coś, o czym tylko Ty pomyślałaś, też jest trochę nie na miejscu, nie uważasz? Opowiadam tylko za to, co napisałam, a nie za Twoje odczucia i refleksje w tym temacie.

            Idąc Twoim tokiem myślenia, jeśli już zaczynasz wątek.. A co, jeśli komuś się jednak, jak to nazwałaś, nie „zachce” dziecka przed pięćdzdziesiątką, to co, zrobimy wymyślimy na menopauzę i będziemy „robić” dzieci po sześćdziesiątce? Czemu się ograniczać tylko do 45 lat. Tylko dlatego, że hormony każą?

          • Tianzi

            Drugie zdanie mojego komentarza: napisałam ‚piszesz tak, jakby’, a nie ‚piszesz, że’, a więc wypowiadam się o sposobie, w jaki ja ten komentarz odebrałam.
            Końcówka ostatniego zdania: napisałaś ‚późne rodzicielstwo ma sens tylko wtedy…’, co logicznie oznacza, że w innych wypadkach nie ma sensu.

            W którym wypadku wmawiam Ci, że coś napisałaś?

            Mężczyznom zdarza się ‚robić dzieci’ po 60 i jestem pewna, że wielu z nich jest dobrymi rodzicami. A motywacja sprowadzona do ‚hormony każą’ wydaje mi się średnia w każdym wieku.

          • Emily Pe

            nikt nie twierdzi, że rodzice po 60-tce są gorszymi rodzicami. a jedynie, że mają mniej energii niż rodzice dużo młodsi. i chociaż od każdej reguły są wyjątki to jednak w większości przypadków jest to faktem.

          • http://www.podroz-wedwoje.pl/ Panna Joanna

            Ej Ej dziewczyny 😀 Moja mama ma 55 lat i jest dziarską babcią. Szaleje z wnukami na sankach, nartach, łyżwach… głośno kibicuje na ich meczach i choć nie jest ich kumpelą, to jest dla nich taką babcią przyjacielem. Ale to chyba kwestia jej temperamentu, który niewątpliwie odziedziczyła po swojej mamie, a mojej babci, która w wieku 76 lat zrobiła szpagat na mojego brata weselu… 😉

            A co do całego tekstu. Uważam, że w zwrocie „taktuje dziecko jak przyjaciela”, nikt nie ma na myśli takiej definicji przyjaźni, a bardziej po prostu takie oblicze przyjaźni z dzieckiem, które mówi mu zawsze możesz na mnie polegać, zawsze możesz przyjść z problemem, zawsze możesz się wyżalić… i mimo to, że ja jestem „dorosły”/ „dorosła”, a Ty jesteś „dzieckiem” obydwoje szanujemy swoje granice: opinie, poglądy, a w odpowiednim wieku wybory… aby w pewnym wieku z tej „przyjaźni” mogło zrodzić się partnertswo, w którym dziecko przestaje pytać czy może, a tylko informuje, że tak zrobi 🙂 – i choć takie poglądy wyrobiłam sobie dopiero na studiach psychologicznych, uważam, że to mądra droga w relacjach z dzieckiem.

            Pozdrawiam ciepło,

            Panna Joanna

    • Lukrecja

      jestem po 40
      mam teraz w domu 5 latka
      i wież mi mam masę sił dla niego
      a nocy nocy od początku ciąży całych nie przesypiam
      a za to mam doświadczenie życiowe
      wiem że świat na mnie poczeka a jak nie poczeka to nic straconego
      wolę po raz 100 czytać z dzieckiem tą samą książkę niż jakiś modny bestseler
      wolę nie iść na imprezę a posiedzieć w domu bo chwile z maluchem są bezcenne
      i ciągle słyszę tekst – ile ty masz cierpliwości do dziecka

  • http://www.nishka.pl/ Nishka

    DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE KOMENTARZE, nie jestem w stanie na wszystkie odpowiedzieć, ale czytam z wielką uwagą. Dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że mój tekst spodobał Wam się. Dziękuję też za dzielenie się swoimi historiami i przemyśleniami, jak zawsze bardzo je sobie cenię!

  • Alicja

    A co, jeśli to dziecko próbuje być przyjacielem swojego rodzica? I czuje się odrzucone, gdy rodzic, w moim przypadku tata, który zawsze dużo czasu i rozmów poświęcał, po prostu zamyka się do 15 minutowego dialogu tygodniowo? Czy on to robi by chronić to dziecko? Chronić siebie, relację? Mam 27 lat, on 64 i tęsknię za nim, za tą relacją, którą kiedyś utworzyliśmy…

  • http://www.ciekawskie.pl/ Agnieszka S. – ciekawskie.pl

    Jakieś 4 miesiące temu pisałam u siebie na ten temat, choć mniej dosadnie 🙂
    Świetnie to ujęłaś….
    Pozwolę sobie przytoczyć moje zdanie w tym temacie:
    Ja dla mojej Córki chcę być MAMĄ!
    Nie przyjacielem, nie koleżanką, nie towarzyszem… mam być przede wszystkim MAMĄ.
    To my dla naszego dziecka mamy być „opoką”, nasz dom ma być jej przystanią… Czasem Rodzice tak bardzo „zaprzyjaźniają się” ze swoimi dziećmi, że stają się dla swoich dzieci ich „dziećmi”. Nie mówię tu o opiece, gdy taka jest potrzebna, ale zachowaniu zdrowej bariery, granicy między tym co dziecko wie, a co powinno wiedzieć i w jakie kwestie jest, a w jakie powinno być wciągane.
    Mówię to, bo wiem, że jako „dziecko”, trudno było mi zrozumieć pewne sprawy, a o niektórych wolałabym w ogóle
    nie słyszeć. Zanim poruszymy pewne tematy z dzieckiem przemyślmy kilka razy, czy to potrzebne, czy o tym akurat aspekcie, o tych wydarzeniach musi wiedzieć, co niby ma to wnieść w jego życie. A może wywoła to zamęt, który wcale nie jest potrzebny?
    Nie traktujmy naszego dziecka jak „przyjaciela”, któremu można zwierzyć się ze wszystkiego, bo mimo jego
    miłości i chęci zrozumienia, może to być dla niego zbyt trudne i wywrzeć negatywne skutki.
    Pamiętajmy także, że to jakie relacje panują w naszym domu, między rodzicami, między dzieckiem a rodzicami, ma
    przeogromny wpływ na życie dziecka. Ono patrzy, chłonie, bierze przykład…

  • http://ja-pasjomatka.blogspot.com/ PasjoMatka

    Bardzo fajny post, myślę, że wart uwagi niejednego rodzica, a zwłaszcza samotnych (w kategorii bez partnera, nawet takiego nie będącego ojcem dziecka) matek. Nie chcę, broń Boże, wrzucać ich wszystkich do jednego worka, ale po prostu im częściej niż innym zdarza się „wygadanie” się dziecku ze swoich problemów, bo czasem zwyczajnie nie umieją ich w sobie, a brak im czasu na umówienie się z koleżanką. Niestety znam takie przypadki z własnego otoczenia, np. niespełna czternastolatek usłyszał od swojej mamy, że zajęto jej środki na koncie i nie mają za co żyć, zadzwonił do swojego taty nie wiedząc co robić, z pytaniem o alimenty (sic!), choć są płacone jak tylko wpływa wypłata (poszłyby za 1-2 dni) i spanikowany, bo przecież do pracy nie pójdzie, bo nie może (a jego matka nie zamierza, bo narobiła masę długów i poluje na nowego bogatego partnera)…

  • http://www.kosmetomama.blogspot.com Adriana Krynicka

    U mnie w domu było tak. moja mama chciała być moją przyjaciółką i mnie tak ciągle traktowała(ja chciałam żeby była mamą, żebym miała jakieś zasady których mogę się trzymać, według których funkcjonować) , ja się czułam odpowiedzialna z moją młodszą siostrę, a sama byłam modą zagubioną nastolatką.pozdrawiam

  • ay

    Mądry tekst.

  • Aleksandra

    Masz absolutną rację. Bycie z dzieckiem blisko nie równa się byciem jego przyjaciółką. Wydaje mi się, że czasem mylnie do tego podchodzimy. Chcemy, by dziecko nam ufało, by było z nami szczere, miało w nas oparcie i twierdzimy, że oznacza to, iż chcemy być jego przyjacielem, a zapominamy, że przyjaźń to przecież relacja obustronna! Nie możemy wymagać od dziecka, by oferowało nam to samo, co my jemu… Po drugie brak poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji, granic i takiego punktu odniesienia, jakim jest jednak autorytet rodzica też przemawia tu na nie. Ja nie chcę byc przyjaciółką swojej córki. Chcę być dla niej jak najlepszą matką.

  • Pingback: Moje wnuki otrzymają w prezencie klocki LEGO DUPLO :) | Nishka()

  • http://www.yo-lk.tumblr.com/ Klaudia

    „– Nie mogę sobie na to w tym miesiącu pozwolić.

    Niż przybitym tonem wprowadzać je w szczegóły twojej tragedii:

    – Nie mam nawet za co zapłacić rachunków. Wiesz, prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co dalej zrobić, jestem załamana.

    Nie chodzi o to, żeby udawać przed dzieckiem, że wszystko gra. Nie, uczciwość zawsze w cenie. Jednak uważam, że od niektórych dorosłych problemów lepiej trzymać dzieci z daleka. Tak jak przyjaciółce mogę pożalić się i wypłakać, tak dziecko lepiej, żeby postrzegało mnie jako człowieka stabilnego emocjonalnie i dojrzałego.”

    czy ja wiem? pochodzę z problematycznej rodziny, problemy były zawsze, były duże, poważne,
    mama nie umiała ich ukryć, nawet nie próbowała, bo rządziły naszym życiem i rzucały nami z kąta w kąt…
    wiedziałam doskonale z czym się zmaga i nosiłam ten bagaż razem z nią
    ona na pewno wini siebie za swoje fatalne decyzje, bo w wieku 9 lat przeżywałam dramaty, jakich nikt dorosły przeżywać nie powinien
    jednak uważam, ze przez ten surwiwal stałam się silniejsza, bardziej świadoma
    nie wierzyła mi gdy mówiłam (jako nastolatka) że wiem co robię, że nie musi martwić się o pijackie wypady, ciąże i tym podobne nastolatkowe tragedie…
    poznałam się na życiu nieco wcześniej, a to dlatego ze nic się przede mna nie ukryło
    może gdybym nie była wdrażana w rodzinne problemy, byłabym szczęśliwsza, może…
    jednak teraz wiem jakich decyzji się wystrzegać, w co się nie pakować i teraz jako 21 latka (w sumie to juz od kilku lat) rozmawiamy z mamą jak rówieśniczki, biorę udział w podejmowaniu jej ważnych decyzji, pomagamy sobie nawzajem… stałyśmy się sobie bliższe, mimo że w dzieciństwie i nieco później byłyśmy od siebie tak oddalone przez to co nas napotykało

  • Pingback: Nie martw się, Nishka: kiedyś cię odkryją! [WYWIAD] | Żudit.pl()

  • Pingback: Jak mi się pracowało w redakcji gazety i dlaczego zostałam blogerką? | Nishka()

  • Maja Gojtowska

    Jeden z moich ulubionych testów Nishko. Bez dwóch zdań. Przeczytałam go będąc jeszcze w ciąży. Teraz jako mama czteromiesięcznej panny modlę sie, by zawsze o nim pamietać. Na szczęście mam dobre wzorce w postaci mojej mamy i jej mamy, a mojej babci.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Kochana Maju, cieszę się i dziękuję o zazdroszczę niemowlęcia 🙂 całusy

      • Maja Gojtowska

        Niemowlę moje da się lubić na szczęście 😉 choć ma również pewne wady, jak to niemowlę. Ale wszystko mija podobno, a problemy rosną wraz z dzieckiem. Więc cieszę się brakiem snu, marudzeniem i wiecznym odbijaniem 😉

  • Pingback: Prawdziwy autorytet rodzica opiera się na sympatii, a nie na szacunku | Nishka()

  • Pingback: Dlaczego nastolatki buntują się? Pozwól dziecku odejść od siebie hen daleko | Nishka()

  • Pingback: Tylko jeden krok | Na poziomie()

  • Dot

    Ale dialog na koniec 😀
    Dobry tekst, myślę, że bardzo potrzebny w obecnych czasach.

  • http://www.superstyler.pl SuperStylerBlog

    Dobrze, że jeszcze raz udostępniłaś ten tekst bo wcześniej nie znałam Twojego bloga a tak… mogłam się przekonać, że uważam tak samo, choć nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam. Moje dziecko ma dopiero 1.5 roku ale już teraz widzę jak wiele z naszych zachowań i słów rozumie. Moi rodzice nigdy nawet nie próbowali się ze mną zaprzyjaźnić czego zazdrościłam moim kolerzankom, równolatkom. Ale dzięki temu potrafili utrzymać mnie w ryzach, mieli na mnie duży wpływ i w gruncie rzeczy jestem im za to bardzo wdzięczna, bo to gdzie teraz jestem i co osiągnęłam w pełni mnie satysfakcjonuje.

  • Marta Łuczak

    Fajny tekst. Też jestem przeciwna stawianiu dzieci w roli przyjaciela rodzica bo to za ciężkie kalibry dla potomka. Ale jestem ostrożna również w tym by dorośli byli szefami tylko dlatego że mają więcej lat. Wielu dorosłych to niestety wyrośnięte dzieciaki i nie widzę potrzeby by byli dla kogokolwiek autorytetem -wręcz tego nie polecam. Młodzi często czują taki fałsz lepiej bo są mniej uwikłani w konwenanse. To może być niełatwe ale za to pozwala być w zgodzie ze sobą.

  • wrka

    Uważam, że w pewnym wieku dziecko samo decyduje o tym czy chce się przyjaźnić z rodzicem. Musi jednak być na to gotowe i odpowiednio dojrzałe, aby podjąć taką decyzję. Oczywiście masz rację, że rodzic nie powinien sam obarczać dziecka problemami. Kwestia różnicy wieku jest istotna, ale z autopsji wiem, że ja jako córka swojej mamy też potrafiłam jej czegoś nauczyć, pokazać inny sposób myślenia i uświadomić w pewnych sprawach.

  • www.kilkuetatowamama.com

    Totalnie się zgadzam. I dokładnie tak samo myślę. Relacja ja – dziecko nigdy nie beda relacją ja-przyjaciółka/przyjaciel. Chce żeby dzieci miały silny kręgosłup rodzinny, żeby wiedziały że mogą do mnie i męża przyjść z każdą rzeczą, że zawsze staniemy po ich stronie, że pomożemy w każdej sytuacji choćby skały srały (przepraszam za wyrażenia). Przyjacielem potencjalnie może być każdy, ale chcę zachować tą unikalną więź dla moich dzieci.

  • http://iw-od-nowa.blogspot.com/ iw

    Bardzo ważny temat podniosłaś i jestem dokładnie takiego samego zdania, mam nadzieję, że współczesne matki są tego bardziej świadome, niż pokolenie wstecz, które często pod płaszczykiem bliskiego porozumienia wydzierało dziecku wszystkie tajemnice oraz powierzało swoje.
    Pozdrawiam serdecznie

  • Liwia

    Ja byłam powiernicą wszystkich problemów mojej mamy i potwierdzam, że było to okropne uczucie, bo jako dziecko nie miałam żadnej mocy sprawczej, a ciągle chodziam struta, przez jej problemy i swoje, tylko że o moich nie chciano już tak słuchać, bo nie były „poważne” 😛

  • http://www.calareszta.pl/ calareszta.pl

    „Jednak to nie działa w drugą stronę: staram się nie czynić córki powiernikiem moich życiowych spraw i trosk”. Tu jest, że tak powiem nieładnie, pies pogrzebany. Bo przecież przyjaciel to też sekret, a więc są często małe grzeszki, nadużycia, kłamstewka, które nam się przydarzyły, a może i zdrady i sprawy, z których nie jesteśmy dumni. Nie chodzi o to, żeby z rodzica robić kryształowego bohatera, ale zdecydowanie są tematy, których nasze dzieci nie powinny dowiedzieć się w pewien sposób, a może nawet w ogóle? Z autopsji wiem, że nic dobrego z tego nie wynika i nauczona doświadczeniem nie będę przyjaciółką swoich dzieci. Dobry tekst.

  • http://www.self-improvement-space.com/ Kasia z self-improvement-space

    Komentarz dziecka na końcu…bezcenny! Zgadzam się w 100% procentach z tym co napisałaś. Jestem mamą trzymiesięcznego dziecka, ale już myślę o tym co mówi się przy dziecku, powoli trzeba wychodzić ze złych nawyków mówienia o wszystkim. Problemy, obgadywanie innych, to powinno być tabu przy dziecku. Jestem nauczycielką i często słyszę co dziecko słucha w domu, wszystko przynosi do szkoły i dzieli się tym na forum. A rodzice -przyjaciele murem stoją za dzieckiem, które wymaga zdyscyplinowania i przypilnowania.

  • http://thehighlifestyle.pl Justyna Kaczor

    Świetny artykuł, dający dużo do myślenia.

  • http://dwaplusdwablog.pl Magda Dwa Plus Dwa

    Rodzice nie są od kumplowania się z dziećmi, ale od wychowywania, wspierania, dawania oparcia, kochania. Co nie zmienia faktu, że marzy mi się, aby moje dzieci miały we mnie przyjaciela, do którego będą chciały i mogły przyjść z każdym problemem, z którym zechcą bez żenady pójść do kina czy na spacer, którego będą po prostu lubić. Ja w nich wciąż chce wiedzieć moje dzieci, które będę wspierać i dawać oparcie nawet gdy będą już dorosłym facetem i dorosłą kobietą.

  • http://vjuliett.com/ Weronika Truszczyńska

    O ile uważam, że w przytoczonym przez Ciebie przykładzie samotnej matki, dziecka i oświadczyn, matka powinna zapytać co córka sądzi o nowym partnerze, czy go lubi itp, to kompletnie nie powinna się kierować tą opinią przy podejmowaniu decyzji o ślubie. Wiadomo, jeżeli dziecko nie ma dobrego kontaktu z nowym partnerem matki, to może warto trochę zaczekać ze ślubem, dać czas na poznanie, oswojenie się z sytuacją czy coś, ale zrywanie z partnerem, którego się kocha, bo dziecko go nie chce (choć tutaj pewnie było bardziej przyzwyczajenie „dobrze nam we dwójkę, po co coś zmieniać”), jest stawaniem się jakimś totalnym męczennikiem w imię dziecka, czego ja nigdy nie zrozumiem.

  • http://pudlo-na-wszystko.blogspot.com/ mama Filipa

    Idealny tekst dla rodziców. Sama jestem świadkiem, gdy tuż obok jest relacja „całkowicie kumpelska” rodziców z jedynym synem. Dochodzi do tego, że syn (już nastoletni) dyryguje swoimi rodzicami, chce być „przywódcą w stadzie” i udaje mu się to. Nie winię go wcale, bo najgorsze w tym wszystkim jest, że ów rodzice chełpią się tym faktem i próbują przekonać innych, że takie wychowanie jest najlepsze. „Zobaczcie jaki on już jest dorosły, potrafi wyrazić swoje zdanie i często mu podlegamy, bo brak nam argumentów. Czy to nie wspaniałe? Będzie idealnym przywódcą” stwierdza na spacerze jego mama, pani psycholog. Do mnie to nie przemawia, za to Twój tekst jak najbardziej.

  • Pingback: Share Week – które blogi szczerze polecam i dlaczego? | Żudit.pl()

  • MatrixHasYou!

    Dobra z Ciebie Mama 🙂 Wychowasz idealnie przystosowanych do systemu niewolników. Tak trzymaj!

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      serio?
      cóż za konkluzja!

  • sikorka

    Nie zgadzam się z tym tekstem. To w jakim wieku mamy dzieci ma istotny wpływ na nasze relacje z dziećmi. Mój tata doczekał się synów w wieku 52 lat,nigdy nie miał z nimi dobrych kontaktów,zwłaszcza,że był powstańcem i był zupełnie inaczej wychowany niż moi bracia którzy urodzili się w latach 70tych. Natomiast mama była nam matką ,przyjaciółką i wszystkim czym się da. Mimo,że mieliśmy relacje przyjacielskie zawsze wiedzieliśmy gdzie jest granica naszej poufałości. Ja urodziłam córkę w wieku 20 lat i mam z nią podobne relacje jak z moją mamą. Dziś moja córka ma 30 lat i cieszę się,że mamy dobry kontakt i możemy na siebie liczyć. To działa w obie strony. Wiem,że jeśli coś mnie trapi,to zawsze mogę na nią liczyć ,a ona na mnie. I w żaden sposób to nie przeszkadza abyśmy obie okazywały sobie szacunek.

  • Barbara Kondraciuk

    Zupełnie się nie zgadzam. Czytając ten artykuł można odnieść wrażenie, że rodzic powinien zachowywać jakiś dystans do dziecka, ze ma ukrywać uczucia, że ma po prostu być jakąś obcą osobą. A przecież przyjaźń jest cnotą, jest czymś pozytywnym, dobrym, wręcz wspaniałym, a ja mam tego nie dzielić z najbliższą mi osobą jaką jest moje dziecko? Totalne bzdury, a przykłady w ogóle nietrafione.

  • http://kocilapka.tumblr.com kocilapka

    Zgodzę się i nie zgodzę.

    Zgodzę się w kwestii tego, że faktycznie obarczanie małych dzieci problemami, które przerastają ich kompetencję (dzieciństwo powinno być bezproblemowe). Kiedyś miałam okresy kiedy się bałam, bo np. była mowa, że „będzie ciężko” i moja głowa tworzyła różne wizje mieszkania pod mostem itd. Wiadomo, że w wieku 11 lat to średnio mogłam z tym cokolwiek zrobić, więc poza spędzaniem mi snu z powiek to ta informacja nic mi nie dała, bo nawet nie mogła.

    Ale nie zgodzę się z tym, że tak musi być zawsze. Dzieci kiedyś dorastają. Obecnie mam prawie 22 lata, a moja mama to jest jedyna osoba, z którą mogę porozmawiać o dorosłych sprawach. Poruszamy także tematy, które zazwyczaj nie są wygodne dla rodzica. Doprowadziła do tego sytuacja, w której nie mogłam dłużej udawać dziecka, a mama, że nie widzi tego, że okres dzieciństwa już minął. Ale to było płynne przejście i moim zdaniem powinno tak być jak najdłużej. Z drugiej strony też pamiętam sytuację kiedy miałam poważne rozmowy z mamą, bo w niektórych kwestiach „dorosłam” szybciej niż chciała. Były awantury, były ciche dni. Teraz mnie przeprosiła, bo wie, że to było głupie. Dzieci ładują się czasem w różne kłopoty także te, którym rodzic chce zapobiec, ale lepiej, żeby dziecko wiedziało, że może rodzicowi powiedzieć wszystko i się nie bać. Żeby mogło zadzwonić, że wypiło ten straszny alkohol i chce do domu, a nie kombinować na mieście (jak niektóre moje koleżanki), które bały się powiedzieć rodzicom, bo będzie szlaban. Żeby mogło poprosić o wizytę u ginekologa, a nie kupowało środki antykoncepcyjne na czarnym rynku. Żeby nawet kiedy dla szpanu weźmie narkotyki nie wahało się zadzwonić do domu i powiedzieć „mamo ratuj”. Bo uważam, że lepiej się nawet pozłościć na dziecko i załamać niż potem zgłaszać zaginięcie czy popełnienie przestępstwa na komisariacie. Niestety wszyscy wiemy, że młodzi ludzie popełniają różne błędy lub podejmują decyzję dla nas niezrozumiałe. Niestety awantury i groźby sprawiają tylko tyle, że dziecko robi to dalej, ale… rodzic o tym po prostu nie wie.

    Co do historii o matce, która spytała się dziecka o to czy może poślubić swojego partnera. Niestety uważam, że od kiedy rodzic ma dziecko to w tej kwestii nie może już sobie pozwalać na samowolkę. Z własnego otoczenia wiem, że takie historie kończą się różnie np.

    Scenariusz 1) Ojczym jest wspaniały, wszyscy razem mieszkają, jest cudownie. Dziecko X jest szczęśliwe.

    Scenariusz 2) Ojczym jest wspaniały, ale… do czasu. W momencie kiedy pojawiają się jego biologiczne dzieci zaczyna je faworyzować, a dziecko X i matka są bezradne. Tymczasem macocha, która także ma już biologiczne dzieci z ojcem dziecka X i postawiła sprawę jasno: tworzymy rodzinę, ale bez dziecka X.

    Scenariusz 3) Rodzina jakoś funkcjonuje, ale dzieci X są rozczarowane decyzją rodzica. Buntują się, denerwuje je, że ktoś jest na miejscu drugiego rodzica, który już z nimi nie mieszka. Dla „uspokojenia” zostają przeniesione do dziadków.

    Scenariusz 4) Połączenie scenariusza 2 i 3. Dziecko X w wyniku kłótni z ojczymem/macochą „to mój dom i ja tu rozkazuję” kontra „nie jesteś moim rodzicem” ląduje u dziadków i zostaje pozbawione cennego kontaktu z rodzicem.

    Także akurat w tej kwestii uważam, że dziecko powinno mieć głos. Chociaż fakt, że można się zapytać inaczej, bez emocjonalnego oddziaływania.

    Co do autorytetów. W moim domu od zawsze panuje zasada, że szacunek się nikomu nie należy tylko trzeba sobie na niego zapracować. W szkole uczniowie nigdy nie wypowiadają się szyderczo o nauczycielu, który traktuje ich w porządku (nawet jeśli jest surowy), ale zawsze obsmarują tego, który ma humory i jak go poniesie to chce się unieść, że „jest autorytetem, bo jest nauczycielem”. Jeśli jest np. krewny który mówi do dziecka „dzieci i ryby głosu nie mają” albo „co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie” (dwa magiczne zaklęcia do błyskawicznego niszczenia sobie kontaktu z dzieckiem) to sam sobie pracuje na to, żeby to dziecko go nie szanowało. To pomaga stworzyć postawę, która bardzo się przydaje w dorosłym życiu.

    Zasady z kolei to kwestia bardzo śliska. Ja nie miałam żadnych. Ale nie wiem czy to dobrze. Wyrosłam na porządnego człowieka, bo mam stabilną i kochającą rodzinę. Dobre kontakty załatwiają moim zdaniem 3/4 problemów związanych z wychowaniem nawet choćby dlatego, że wtedy milczący rodzic jest gorszą karą niż wrzeszczący rodzic 😛

    Nawet jeśli w kilku kwestiach się z Tobą nie zgadzam to bardzo lubię czytać Twoje wypowiedzi Nishko. Jesteś bardzo rozsądna i masz bardzo mądre przemyślenia. Podoba mi się to, że wspierasz rozwój osobowości swoich dzieci i nie tracisz przy tym swojej (a to wydaje mi się częstym problemem u młodych rodziców, którzy chcą jak najlepiej i przez to przesadzają z tym poświęceniem).

  • dropsikmietowy

    Mam 15 letnią córkę i uważam, że relacja typu rodzic-przyjaciel jest możliwa . Oczywiście, że nie jest to taka przyjaźń jaką znamy, to jest przyjaźń rodzicielska . Moja mama nigdy nie była moją „przyjaciółką” ale była fantastyczną osobą i miałam do niej wielki szacunek i respekt zarazem. Miałyśmy bardzo dobry kontakt i wiedziałam, że zawsze mogę z nią porozmawiać . Co prawda moja mama miała prawie 40 kiedy się urodziłam ( mam 14lat starszego brata ) i może ta różnica sprawiła, że nie byłyśmy „przyjaciółkami” ale za to jestem jej wdzięczna . Moja córka wie, że do mnie może ze wszystkim przyjść, jednak nie jak do koleżanki i że na dyskotekę raczej razem nie pójdziemy 🙂 . Jestem mamą, nie koleżanką, ale też mamą-przyjacielem .

  • http://niepowaznieokosmetykach.blogspot.com/ Niepoważnie o Kosmetykach

    Lata świetlne dzielą mnie od tego, co tu napisałaś, ale jednak zdecydowałam się skomentować. Uważam, że rodzic, to pierwszy „prototyp” przyjaciela jaki napotyka dziecko. Jeśli z domu nie wyniesie wzorca przyjaźni, to szczerze wątpię, by w przyszłości w pełni potrafiło się otworzyć przez przyjaciółmi-rówieśnikami czy swoim partnerem. I nie chodzi o to, by dziecku mówić, ile się miało partnerów seksualnych w życiu czy jak-zajebiście-ciężko-o-podwyżkę w pracy, ale o to, by czuło się pewnie w relacji dziecko-rodzic. Ja przez to, że byłam często w dzieciństwie strofowana za byle co, normalne relacje i umiejętność samodzielnego wyrażania zdania osiągnęłam dopiero, gdy wrzucono mnie na głęboką wodę, po dwudziestym roku życia.

  • Dot

    Patrz, Nishka! Jesteś na demotywatorach 🙂 Całe szczęście napisali pod tesktem źródło: nishka.pl
    http://demotywatory.pl/4644971/Dziecko-nie-jest-Twoim-przyjacielem-traktuj-je-wlasciwie