Rodzicu, chwal mnie za to, jaka jestem, a nie za to, co osiągnęłam

Jak wychowawczyni mojej córki, mimo że jej zadaniem jest szkolne wychowawstwo naszych dzieci, spróbowała wychować i nas, rodziców. I słusznie.

Dziś wybieram się na szkolne zebranie i przypomniało mi się, co wychowawczyni powiedziała nam na ostatnim spotkaniu.  Jest to na tyle ważna refleksja, że już wiem, że to będzie – przynajmniej dla mnie – jeden z ważniejszych blogowych tekstów.

Zacznę jednak od tego, że jestem pod wrażeniem nowej wychowawczyni mojej młodszej córki. Nowej, bo córka kilka miesięcy temu skończyła etap tzw. „nauczania początkowego” i rozpoczęła naukę w IV klasie.

Wychowawczyni ma na pierwszy rzut oka dość „groźny” styl zachowania, jest pewna siebie, wymagająca, ale też dowcipna, czasem ni stąd ni zowąd tak zażartuje, że hej. Ma duży posłuch wśród dzieci. Są w nią wpatrzone jak w obraz: jest tak, jak pani mówi. Ma jasne zasady, jest konsekwentna. Przykładowo, nie można rozmawiać na lekcjach i koniec. Pani nie krzyczy, pani wyraźnie artykułuje, czego wymaga i jakie są jej oczekiwania i nikt nie ma co do tego wątpliwości. Inną ważną cechą jest to, że jest sprawiedliwa: nie faworyzuje nikogo, nie ma swoich „pupilków”.

Uczniowie słuchają nauczycielki, bo ją szanują, a nie dlatego, że jej się boją. To jest moim zdaniem klucz do bycia autorytetem. Dziecko wie, czego może się po dorosłym (nauczycielu i rodzicu) spodziewać, zasady gry są wyraźnie określone. Dorosły jest przewidywalny.

Starsza córka miała w podstawówce, zarówno w klasach I-III, jak i  IV-VI bardzo podobne wychowawczynie i wspominam okres współpracy z nimi bardzo dobrze. (w gimnazjum jest niestety nieco inaczej, ale to już inny temat :). Wiedziałam, że jeżeli narzekają na zachowanie mojej córki to mają ku temu powód: coś w jej sprawowaniu rzeczywiście wymaga naprawienia, a nie dzieje się tak z powodu osobistych antypatii nauczycielki do ucznia. Czułam się przy nich bezpiecznie i ufałam im. Cieszę się, że moja młodsza córka też wreszcie trafiła na taką wychowawczynię.

Pani ma jeszcze taką sympatyczną cechę, że nie bawi się w konwenanse, jakieś tam co wypada a co nie, jest bardzo szczera i prostolinijna, mówi prosto w mostu, co myśli. Nawet jeżeli ma być to udzielenie reprymendy rodzicom. 🙂 I właśnie o tym miał być dzisiejszy tekst.

Otóż na grudniowej wywiadówce wychowawczyni, omówiwszy kilka spraw formalnych, w pewnym momencie zmierzyła nas, rodziców siedzących w szkolnych ławkach wzrokiem i wypaliła:

 

– Drodzy państwo. Czy moglibyście dać swoim dzieciom spokój, jeżeli chodzi o oceny? To, co się dzieje w tej klasie, to po prostu tragedia. Dostanie uczennica „4+” i płacze. Dostanie „5” i chce poprawiać na „6”. Skąd one biorą takie postawy? Niech państwo sobie teraz uczciwie przed sobą odpowiedzą na pytanie:

Czy jak dziecko wraca do domu z informacją, że dostało z klasówki czwórkę, to czy przypadkiem nie reagujecie słowami:

„- Dlaczego nie piątkę?”

Bo skądś to muszą znać. Tę pogoń za naj-lep-szy-mi ocenami!

Czy naprawdę chcecie wpędzić swoje dzieci w wyścig szczurów i zafundować im życie na takich zasadach?

Czy mogliby państwo wreszcie zrozumieć, że „4” to, jak sama nazwa tej oceny wskazuje, ocena „dobra”? Dobra. Nie zła, lecz dobra. A trójka to „dostateczna”? Dos-ta-tecz-na, czyli zgodnie z definicją słownika języka polskiego: wystarczająca, zadowalająca.

I ta rywalizacja między dziećmi, której przejawy dochodzą czasem do mnie, gdy spaceruję na przerwie po szkolnym korytarzu:

„Co dostałaś z testu?” – pyta koleżanka koleżankę.
„Piątkę” – odpowiada z dumą.
„A ja szóstkę” – przebija tę pierwszą.
„Aha..” – odpowiada druga, już swoją piątką zawiedziona, bo koleżanka wypadła lepiej.

Znacie mnie państwo już kilka miesięcy i wiecie, że jestem wymagająca. Uważam, że trzeba się uczyć i traktować szkołę poważnie. Odrabiać lekcje, robić na bieżąco zadania, ćwiczyć, przygotowywać się do klasówek, testów. Ale odczepcie się już od tych ocen. Poza tym zrozumcie i zaakceptujcie fakt, że niektóre dzieci mają zdolności w przedmiotach ścisłych, a inne nie. Niektóre pięknie mówią i piszą, a inne nie. Nie można być ze wszystkiego najlepszym, a nawet dobrym. Wyluzujcie, bo wasze dzieci będą wiecznie nieszczęśliwe.

Wszyscy zaniemówili, nikt nie odważył się z panią dyskutować. O ile dobrze pamiętam, nikt nic nie dodał, bo co tu dodawać? Uważam, że nauczycielka miała absolutną rację. I mimo że jej zadaniem jest szkolne wychowawstwo naszych dzieci, spróbowała – i słusznie – wychować i nas, rodziców.

Ja akurat co do ocen nigdy nie wywierałam na córki presji (choć przyznam, że mają bardzo dobre oceny, mam nadzieję, że nie jest to powód do niepokoju :)). Co więcej, częściej jest odwrotnie: to ja pocieszam je, gdy dostaną gorszą ocenę i próbuję wybić im z głowy tę momentami przesadną ambicję. Zastanawiam się jednak teraz, czy przypadkiem zbyt nie naciskam na „osiągi” – chwaląc dzieci za osiągnięcia: szkolne, sportowe, krasomówcze, porządkowe, towarzyskie, dowcipne itd. Czy nie powinnam chwalić ich za całokształt, przede wszystkim za to, że są i jakie są, a nie za to, co osiągnęły i zrobiły?

Znam ludzi, którzy dziś, będąc dorosłymi, mimo że osiągnęli szczyt: zawodowy, finansowy, „towarzysko-rodzinny” to wciąż nie mogą poczuć się z siebie, tak po prostu, zwyczajnie zadowoleni, bo gdzieś z tyłu głowy wciąż rozbrzmiewają w nich (często nieuświadomione) słowa rodzica:

– Mogłeś się bardziej postarać.

Komentarze:

  • Jakiś czas temu czytałem biografię Gordona Ramseya. I on również, mimo wszystkiego co osiągnął w sporcie, a później (po kontuzji) w świecie kulinariów, miał zawsze z tyłu głowy ten właśnie głos ojca, który nidgy, ale to nigdy syna otwarcie nie docenił. Zawsze coś było źle, zawsze coś, co można było zrobić lepiej. To był dziesiątki lat temu, ojciec Ramseya już dawno nie żyje, a ten głos nie zniknął.

    To tylko dodatkowo uświadomiło mi, jak silnie takie negatywne komentarze wpływają nie tylko na okres dziecięcy, ale i na całe późniejsze życie.

    • WTF is wrong with you world?!

      Tylko jest różnica między niedocenianiem osiągnięć dziecka a bezpodstawnym chwaleniem go. Z resztą sam tytuł wpisu jest mylący bo sugeruje zupełnie co innego niż zawiera treść.

      • „Zupełnie co innego?” – bez przesady 🙂
        Nie rozumiem też, dlaczego zwracasz uwagę na „bezpodstawne chwalenie”, bo ani ja ani Blog Ojciec o tym nie wspomniał. Ja w tekście miałam na myśli chwalenie wyłącznie za osiągnięcia, nie sugerując, że jest bezpodstawne.

        • WTF is wrong with you world?!

          ‚Rozkraczyłem’ się komentarzem między tytułem artykułu (chwal dziecko za to jakie jest, co sugeruje coś w stylu ‚chwal rybę za to że oddycha pod wodą’, a nie za to co osiągnęło) a komentarzem p. Kamila o tym że ojciec Gordona widział zawsze niedoskonałości w tym co Gordon robił.

          • Kasia Żądło

            Niedawno czytalam kilka publikacji na temat chwalenia dzieci. I raczej kazda z nich sugerowala chwalenie za zrobienie czegos dobrze a nie wlasnie za bycie kim sie jest np. jaka jestes madra coreczki, jaka ladna. Mimo wszystko dzieci opuszczaja rodzicow i stykaja sie z brutalnym swiatem. Lepiej chyba docenic ze dziecko potrafi cos zrobic dobrze niz ze jest po prostu ogolnie madre i zdolne. Tak wydaje mi sie mozna budowac jego poczucie wlasnej wartosci. Jednak nie mam tu zupelnie na mysli wywieranie presji na dziecku poprzez wymaganie lepszych/najlepszych wynikow. Warto pochwalic za ladny rysunek, za dobry pomysl. Warto chwalic czesto.

          • Mim

            Ja też jestem zdania, że za osiągnięcia trzeba chwalić. Bo przecież dziecko włożylo jakąś pracę w to, żeby coś osiągnąć. I to właśnie ta praca powinna być pochwalona. Ale uwaga! Czasem mimo ciężkiej pracy nie udaje się zdać na 6. Nieszkodzi! Jeżeli dziecko sumiennie przełożyło się do zadania, to przecież już sukces. Widziałeś/as, że dziecko ciężko pracowało, to pochwal jego postawę, a nie ocenę. Oceny, punkty, rubryki, wyniki….. To niestety kolejny sposób na zaszufladkowanie naszego dziecka i próba umiejscowienia go w grupie z nalepka taka czy inna. Zupełnie niepotrzebna, głupia próba. Ale swoją drogą, czapka z głowy dla wychowawczyni córki Nishki. Oby więcej takich w szkołach. Fajny tekst.

          • Warto dostrzegać starania, a nie oceniać wynik. Np. widzę, że włożyłeś dużo pracy w ten rysunek – zamiast „pięknie namalowałeś”.

          • chyba lepiej by pasowało „spędziłeś tak dużo czasu nad tym rysunkiem! Chodźmy powiesić go na lodówce i potem pokażemy tacie”. Ponieważ nie wiemy, czy dziecko rzeczywiście włożyło dużo pracy w rysunek, czy może było to proste jak bułka dla niego.

        • Chwalić trzeba za osiągnięcia. Dzięki temu dajemy dziecku sygnał, że jesteśmy z niego dumni. Dzięki temu będzie rosło w poczuciu własnej wartości i z wiarą w swoje możliwości.

        • Olga Werner

          Wydaje mi się, że wiem o co chodzi autorce artykułu, tylko zostało to opatrzone niefortunnie tytułem. Uważam, że powinniśmy chwalić dzieci za ich osiągnięcia, ale w tych pochwałach powinny się pojawiać słowa typu: zachowałeś się mądrze, gdy…; Twoja postawa była super… itp. Innymi słowy chwaląc odwoływać się do cech charakteru, pozytywnych postaw i zachowań.

          • Nie zgadzam się:) Raczej powinniśmy stwierdzac fakty np. jeśli dziecko zrobi zadanie domowe od razu po szkole i wszystko będzie dobrze nie mówić „Ale jesteś mądry, wszystko już umiesz”, bo nie wiemy czy dziecko tak się czuję, nie wiemy, czy było łatwo to zrobic i nie wiemy, czy dziecko wszystko już umie, takie wypowiedzi mogą wywołać presję, że następnym razem, jak nie zrobi to będzie głupie i jest to również sugerowanie komuś jego osobowości. Należy stwierdzac fakty np. „Siedziałeś nad swoim zadaniem domowym 3 godziny i wszystko zrobiłeś perfekcyjnie, teraz masz dużo wolnego czasu, na który zasłużyłeś! Co powiesz na lody z bitą śmietaną, żeby trochę odetchnąć?”

          • gość123

            Zgadzam się. Chwalenie za to „jakie jest” to trochę takie etykietowanie. Przypisywanie dziecku łatek. A etykiety, zarówno te negatywne jak i pozytywne mają zgubny wpływ nie tylko na dziecko, ale na naszą całą osobowość i relacje społeczne. Przypisywanie komuś jakichś cech na podstawie np. pojedynczego zachowanie powoduje np. że później oceniamy innych pochopnie bez zwracania uwagi na kontekst i sytuację, która do niego doprowadziła. Łatwo szufladkujemy innych na podstawie pierwszego wrażenia nic o nich nie wiedząc.
            Pozdrawiam

  • Nieszczęsne przedmioty ścisłe i moja wieczna udręka, by stanąć na wysokości zadania i dostać przynajmniej ten dostateczny…
    Bardzo fajna wychowawczyni, uwielbiam takie osoby – będące pewne siebie, charyzmatyczne i mądre. Przy takich osobach człowiek czuje się pewnie, chce się więcej i bardziej ale nie dlatego, że trzeba, ale dlatego że ma się do tego chęci. To ustawia młode osoby na przyszłość, uczy postawy i charakteru. Dobrze, że zwróciła na to uwagę i nie owijając w bawełnę, powiedziała w czym rzecz. Twoja córka jest w dobrych rękach 🙂

    Diana

    • Alicee

      Dla mnie też przedmioty ścisłe to jakaś masakra. Nigdy ich nie zrozumiem 🙁

      • Witajcie w klubie, ja też nie rozumiałam przedmiotów ścisłych 🙂 Tym bardziej więc jestem w szoku, że moje córki je uwielbiają! No ale to po tatusiu takie zamiłowanie 🙂 Ja jestem totalnie LEWA 🙂

  • Bardzo mądra nauczycielka 🙂 ja niestety w swoim życiu spotkałam tylko jedną taką.

  • Alicee

    Chociaż nie jestem rodzicem, zgadzam się, że mój tata nie powinien mi mówić ze na próbnym z matmy powinnam się bardziej postarać, chociaż jestem lepsza z polskiego. Bardzo mądre posty Pani pisze 🙂 😊

  • Byłam dzieckiem, które wyło wniebogłosy gdy dostawało jedynkę. Taki stan rzeczy utrzymywał się do gimnazjum. Powód? Nie wiem. Rodzice za jedynki nigdy nie karcili, nie krzyczeli, nie bili. Nie wymagali samych piątek, choć byłam piątkową uczennicą. A mimo to panicznie bałam się powiedzieć im o słabszej ocenie (pisałam listy z przeprosinami za złe oceny – sic!). Rodzicom nie mogę nic zarzucić – owszem, kazali się uczyć i pilnowali jakie oceny przynoszę do domu, ale trója to nie była tragedia, za jedynkę świat się nie walił. Więc nie wiem czy to aż taka wina ze strony rodziców. Choć przyznam, miałam w klasie koleżankę, której ojciec po zebraniu powiedział, że więcej na wywiadówkę nie pójdzie, bo nie zamierza się za nią wstydzić (dziewczyna w dzienniku od góry do dołu piątki i szóstki, komentarz dotyczył jednej czy dwóch trój, które jej się zdarzyło zdobyć). Do dziś mnie to szokuje i zrozumieć nie umiem.

    • Wiesz, można przyjąć, że jedynką rzeczywiście można się zmartwić, bo gorszej oceny już nie ma. 🙂 Możesz czułaś smutek, a wręcz rozpacz, bo nie czułaś się tak, że już zupełnie nie wiesz NIC – na co wskazywałaby ocena. Ważne, żebyś nie rozpaczała tak była z powodu trójki 🙂

      • Moje jedynki najczęściej były za brak zadań domowych 🙂 Może więc rozpaczałam nad własną głupotą i zapominalstwem 😉

    • Kasia Żądło

      Moi rodzice tez nigdy nie wywierali presji a ja mimo wszystko zazdroscilam lepszych ocen innym. Nie plakalam po dostaniu 5 zamiast 6 ale wolalam zeby nikt inny 6 nie dostal. Dzis mieszkam w Niemczech gdzie najlepsza ocena jest 1 a najgorsza 6. Pomyslcie jakie oni maja miny jak widza moje polskie swiadectwo 😀

  • Świetny tekst. Krótki, dosadny, mądry. Gatuluję, Nishka! Na pewno zapamiętam go na długo. 🙂

  • Aneta Jaworska

    No to mamy kwestię do przemyślenia. Z pierwszą częścią zgadzam się w całej rozciągłości i bez mrugnięcia okiem. Ale co do podsumowania mam wątpliwości. W moim przeświadczeniu jakoś się utarło, że dziecko należy chwalić właśnie za osiągi, bo dzięki temu w późniejszym okresie będzie potrafiło w oparciu o obserwację własnych postępów w rozwoju budować silną samoocenę. Tak samo zresztą jak komentując zachowania niepożądane skupiamy się właśnie na zachowaniu, nie szufladkujemy dziecka w jakiejś cesze (leniwy, niegrzeczny itd). Dzięki temu kiedy dziecku nawet i się powinie noga, może wyciągnąć wniosek, że coś trzeba poprawić, ale nie narusza to jego wiary we własne możliwości, bo obraz siebie zbudowany i ugruntowany wcześniej jest stabilny. Dziecko wie, że jest kochane i akceptowane nawet jak mu raz czy dwa nie wyjdzie. Wydaje mi się, że takie stanowisko prezentuje też literatura pedagogiczna. Ale muszę w takim razie zrewidować ten pogląd.

    • Aga

      Ja też mam takie przemyślenia. Niedawno przeczytałam kilka tekstów z odwrotną tezą: chwal dziecko za to, co robi, jak robi, jak się stara, a nie za to jakie jest (mądre, sprytne itp.) Myślę, że teorie teoriami, a tu trzeba jakoś wypośrodkować i że każdy rodzic, któremu zależy na dobrostanie psychicznym swojego dziecka czuje, jak z nim rozmawiać, żeby to służyło jego rozwojowi. Przede wszystkim należy pamiętać, że każde dziecko jest inne i na każde działa co innego.

      • Paula

        Trafne spostrzeżenia obu Pań. Wszystko ma dwie strony.
        Myślę jednak, że należy rozróżnić dwa rodzaje pochwały za to, co dziecko robi. Przecież między chwaleniem za zachowanie/starania a zwróceniem uwagi na sam wynik (i to nie byle jaki!) jest jednak spora przepaść. To drugie rodzi właśnie chore dążenie do perfekcji, a pierwsze jest w porządku, ukierunkowuje na proces, podejmowanie prób i uwzględnia możliwość popełniania błędów.
        Obraz siebie na czymś też musi być zbudowany. Jeśli składa się z samych osiągnięć to siłą rzeczy porażka będzie podburzać poczucie własnej wartości, więc moim zdaniem to nie wystarczy. Może właśnie do tego celu mają służyć pozytywne komunikaty o tym, jakie dziecko jest, a nie tylko o tym, co zrobiło. Pokazują, że jest po prostu ważne i wartościowe samo w sobie.
        Fakt, najlepiej znaleźć w tym wszystkim złoty środek i dostosować swoje metody do konkretnego dziecka.

        • Aneta, Aga, Paula – bardzo fajnie, że dzielicie się swoimi spostrzeżeniami. Ja tę drugą, niby podsumowującą część wpisu wstawiłam na podstawie wyłącznie własnych przemyśleń, nie skonsultowanych z lekarzem ani farmaceutą 😉 jestem więc jak najbardziej otwarta na dyskusję.
          Rzeczywiście, chwalenie za osiągnięcia samo w sobie nie jest złe, ale wydaje mi się, że nie może to być jedyna forma pochwały – bo wtedy buduje w dziecku (a potem w dorosłym człowieku) poczucie, że jest „wart tyle, ile osiągnął.”. Oprócz pochwał z powodu sukcesów, warto żeby pojawiły się też takie pochwały „bezinteresowane”: ot, za to że jesteś, że jesteś taki fajny, ot po prostu. :))

          • Morrrigan

            przede wszystkim doceniać starania, zaangażowanie, chęci, a wynik już drugorzędny 🙂

  • Patrycja Bikowska

    Ja jestem właśnie tym „dzieckiem” które wiecznie słyszało „Piątka? A czemu nie 6?”. Dziś mam 25 lat, nie mam już rodziców na głowie, osiągnęłam bardzo wiele jak na tak młody wiek i mam baaaardzo dużo problem z radością z tych sukcesów, bo ciągle słyszę w głowie „co tak słabo?”. Ciągle udowadniam sobie jak wiele jeszcze potrafię i wstydzę się przed innymi rozmawiać o swoich dokonaniach, o pracy, o zarobkach, bojąc się krytyki właśnie. Wiem, że tylko ktoś kto nic nie robi nie popełnia błędów, ale uraz z przeszłości sprawia że coraz częściej wolę być bierna w życiu. I nie jest mi z tym dobrze. Dlatego cieszę się Nishko, że Twoje dziecko ma taką mądrą panią wychowawczynią, a jeszcze bardziej cieszę się, że dzielisz się tą historią dla reszty rodziców. Mam nadzieję że ustrzeże to chociaż część dzieci przed „klątwą ambitnych rodziców”.

  • Paula

    Perfekcjonizm to podstępny diabeł, którego do umysłu najczęściej wpuszczają rodzice. Trudno się tego pozbyć, nawet będąc już na studiach. Co prawda wyluzowałam wreszcie w kwestii ocen, już nie daję z siebie 200%, bo i tak cyferki na dyplomie nie zwrócą mi włożonego w to wysiłku ani, tym bardziej, zdrowia. Ale mimo tego, gdzieś z tyłu głowy pojawia się ciągle ta paskudna myśl: „mogłaś się bardziej postarać” albo: „dlaczego nie lepiej?”. I wtedy zamiast być dumna z siebie, skupiam się wyłącznie na tym, że jestem wciąż niedoskonała. Może kiedyś te głosy przycichną całkowicie – mam nadzieję.
    To prawda, nigdy nie usłyszałam od rodziców, że cieszą się z tego, jakim jestem człowiekiem. Można było im zaimponować wyłącznie osiągnięciami, którymi mogliby się pochwalić znajomym i dalszej rodzinie. Dziecko jako trofeum… Przykre.
    PS Wspaniała nauczycielka. Życzyłabym sobie takich pedagogów w każdej szkole.

    • Paula, życzę Ci, żebyś znalazła równowagę. Zresztą sobie też jej życzę, bo też mam niestety w kilku sferach do tego skłonności..

    • Morrrigan

      jest perfekcjonizm zdrowy, a jest perfekcjonizm chory 🙂 myślę że warto dążyć do poprawienia wyników, samodoskonalić się w pewnym obranym przez siebie (nie narzuconym!) kierunku. Ale wiele osób faktycznie ma tak jak Ty, że dotykają je porażki, czują się źle nie osiągnąwszy celu, często tak naprawdę nie własnego, nie jakiegoś marzenia, a mimowolnie tlącego się w głowie jako pozostałość z lat dziecięcych, gdzie trzeba było mieć 5 ze wszystkiego i bez dyskusji. i tak teraz niektórzy chcą być najlepsi „bo tak”, a nie dlatego, że naprawdę tego chcą. To duży problem. Spróbuj może wybrać jakiś własny cel, dąż do spełnienia swojego marzenia, to będzie prawdziwie pozytywna motywacja, może konkurencyjna dla uporczywych „głosów”? nie jestem psychoterapeutą, ale taki pomysł wydaje mi się logiczny. możesz spróbować poszukać wsparcia coacha, to dość nowoczesna profesja, ale taki ktoś naprawdę może mądrze pomóc. jedyny minus to często niebagatelny koszt…

      • Paula

        Myślę, że perfekcjonizmu nie da się tak podzielić, aczkolwiek mamy widocznie różne opinie na ten temat. Czasem to po prostu kwestia znaczenia słów. Dla mnie perfekcjonizm jest nacechowany wyłącznie negatywnie. Stanowi właśnie, jak w nazwie, dążenie do perfekcji. Problem w tym, że ta perfekcja nigdy nie zostaje osiągnięta, co prowadzi do różnych przykrych konsekwencji: stałej pogoni za ideałem z jednoczesnym poczuciem niespełnienia, a w skrajnych przypadkach: depresji, strachu przed podejmowaniem jakichkolwiek działań. To, o czym napisałaś np. dążenie do poprawy wyników jest dla mnie po prostu chęcią rozwoju, poszerzania horyzontów. Perfekcjonizm zaś – nastawieniem nie na rozwój, a na osiągnięcie ideału.
        Dziękuję też za rady. Z myślami wciąż walczę i mam nadzieję, że udami się wygrać z nimi w przyszłości. Własny cel, związany z moją pasją, również mam i dążę do niego, nie goniąc za osiągnięciem doskonałości.

        • Morrrigan

          W moim odczuciu perfekcjonizm polega na tym, żeby nie robić nic byle jak, stawiać dokładność na pierwszym miejscu. Nie da się ukryć, że wedle tej definicji perfekcjonizm jest czymś pozytywnym. Myślę, że ten perfekcjonizm jest dla Ciebie czymś strasznym i kojarzy się niefajnie przez Twoje osobiste przykre doświadczenia, ale również przez rozmaite uproszczenia w mediach. Oczywiście w działania perfekcjonisty jest też wpisane udoskonalanie się, jednak do poziomu satysfakcji, grunt aby nie postawić go za wysoko. Bardzo wiele cech które człowiek może mieć, ma to do siebie, że można przesadzić. Np. szczerość, na ogół uznawana za cechę pozytywną, w wersji przesadzonej może stać się usprawiedliwieniem hejtu, tzw. „szczerość do bólu”.

          • Paula

            Masz rację odnośnie moich doświadczeń. Na pewno to one definiują moje poglądy i przez ich pryzmat m.in. postrzegam różne pojęcia. Co do uproszczeń w mediach to nie spotkałam się z czymś takim, o swoim problemie czytałam w książce nt. zaburzeń nastroju, gdzie nie było tego rozróżnienia, aczkolwiek mogłam go też nie wyłapać. Jakkolwiek bym tego nie nazwała, ważne jest dla mnie to, że dążę do bycia lepszą, a nie (jak kiedyś) najlepszą.

  • Jest tez drugs strong medalj, rodzice, ktorzy nigdy nie komentuja sukcesow, za to as pierwsi to proroctwa „nic w zyciu nie osiagniesz” az dziecko zaczyna w to wierzyc i przestaje sie starac

    • Tak, to bardzo smutne.

  • Mój mąż miał takiego wymagającego ojca i żniwa tego podejścia odbieram teraz ja hehe. Masakra.

  • Bardzo, bardzo mądra wychowawczyni! Oby było takich jak najwięcej. Mam nadzieję tylko, że faktycznie wszyscy rodzice zrozumieli jej słowa i wzięli do siebie. Bo z doświadczenia wiem, że często osoby, które są najbardziej krytyczne wobec własnych dzieci to niekoniecznie dostrzegają własne błędy (również a może przede wszystkim wychowawcze). Więc niech ten tekst się niesie i dociera do świadomości jak największej ilości osób, bardzo temu kibicuję!

  • Kurcze, chciałam skomentować krótko i zwieźle moją historią, ale zaczął wychodzić z tego elaborat, więc napiszę tylko, że nauczycielka ma cudowne podejście i każdy powinien się od niej uczyć.

    • Jak masz ochotę, pisz! 🙂

  • Bardzo mądre podejście nauczycielki! Fajnie, że o tym napisałaś. Miałam w szkole matematyka, króry oceny miał idealnie rozpisane od 0 co 0,1 aż do 5 … nigdy nie zapomnę miny wychowawczyni, która oniemiała, gdy koleżanka z klasy poszła wykłócać się z matematykiem, że źle policzył jej punkty i ona powinna dostać pełną 1, a nie 0,8 :-).

  • Dobrze trafić na mądrą nauczycielkę. Ja miałam takie szczęście przez 5 lat podstawówki. I tylko wtedy rozumiałam i lubilam chemię:) a na wycieczce szkolnej (mieliśmy po 15 lat) pozwoliła nam wypić po piwie bezalkoholowym z okazji moich urodzin (które kupił nam jej mąż:D)

  • Morrrigan

    Myślę, że chwalenie osiągnięć dziecka jest czymś bardzo pożądanym – w końcu motywuje dziecko do samodoskonalenia, nadaje jakiś sens jego działaniom, skoro rodzic mnie chwali to znaczy, że to co robię jest wartościowe. Niektórzy są zdania, że dziecko powinno osiągać sukcesy dla własnej satysfakcji, a nie spełniać rodzicielskie ambicje, i to jest w 100% prawda, ale dziecko niedoceniane odpowiednio przez swoje środowisko może nie mieć motywacji ani świadomości, że warto w coś brnąć (gdyż samo efekty zobaczy nieraz po długim czasie).
    Natomiast ganienie za różnego rodzaju niepowodzenia i bezustanne podwyższanie poprzeczki na pewno jest szkodliwe. Wierzę, że rodzice chcą dobrze, ale nie może być tak, że bardziej zależy im niż dziecku. Być może myślą, że dzięki temu wychowają perfekcjonistów ale tak naprawdę wyrosną z tego raczej osoby niepewne siebie i trudno znoszące porażki. Nie warto.
    Jeżeli już chcemy mieć perfekcjonistę to lepiej motywować inaczej, pomóc w nauce, zorganizować dodatkowe lekcje (o ile dziecko się nie sprzeciwia), a nie strofować…

    • Chwalenie jest chyba zawsze ok, ale ważne zeby nie zapominać, żeby chwalić nie tylko w sytuacji sukcesów. Tak mi się wydaje.

    • fikumiku

      No cóż chwalenie jest tak samo dobre jak karcenie, to ta sama metoda niestety. Odsyłam do bardzo mądrej ksiąźki „Wychowanie bez nagród i kar” Alfie Kohn. Dziecko samo doskonale wie kiedy jest zadowolone ze swojej pracy a kiedy nie. Swoimi ocenami niestety to zaburzamy i stąd ta niepewność i brak wiary w siebie w przyszłości.

      • Morrrigan

        Czyli mamy nic w ogóle dziecku nie mówić? Hmm.. wybacz, ale moim zdaniem uznanie ze strony autorytetu jest nieodzowne. Ja pamiętam jakim dzieckiem byłam, miłe słowa były miodem na moje uszy, dzięki wsparciu rodziców, ich dobremu słowu, jestem tu gdzie jestem i jestem z siebie zadowolona, a jednocześnie nie spoczywam na laurach. Małe dzieci nie znają życia i nie wiedzą co jest wyczynem, czym warto się przejmować a czym nie. Przynajmniej ja nie wiedziałam. Nie uważam, aby chwalenie czy jakaś dezaprobata były tym samym co klasyczne kary i nagrody. Nie chcę tu stawać w kontrze do jakichś autorytetów, guru psychologii i tak dalej, niemniej uważam, że nie warto ślepo za nimi podążać. Jeśli Twoje dziecko jest zadowolone, Ty jesteś zadowolona i jednym słowem metody z tej książki się sprawdzają, droga wolna. Ale trudno mi sobie wyobrazić, aby docenianie dziecięcych osiągnięć, dużych a przede wszystkim małych, miało dziecko krzywdzić, obniżać pewność siebie i było tym samym co piętnowanie porażek. Choć nie przeprowadzałam na ten temat badań – jedynie na zdrowy rozum wydaje mi się to absurdem.
        Nawet dorosły człowiek potrzebuje czasem być pochwalony, przez partnera, szefa… Spróbujmy wyobrazić sobie świat, w którym nikt nie ocenia naszych poczynań, nikt nas nie chwali, czy faktycznie nasza pewność siebie będzie bez szwanku? Czy faktycznie będziemy wiedzieli sami, że kierunek przez nas obrany jest dobry? W TYM świecie, tak dzisiaj skomplikowanym, gdzie trudno znaleźć własne ja? Zobaczmy ile osób szuka uznania wszędzie gdzie się da – czy nie powinni szukać go właśnie u najbliższych osób w pierwszej kolejności? Dla dziecka najbliżsi są rodzice, oni są wzorami, trenerami, mentorami, jaka jest rola trenera? Motywacja, dzielenie się doświadczeniem, dobre słowo, wsparcie w trudnych chwilach. Czy taki trener jest złym rodzicem? Nie wyobrażam sobie nie słyszeć pochwał od najbliższych, zarówno teraz, a tym bardziej będąc dzieckiem przytłoczonym złożonością świata.

        • fikumiku

          No właśnie poprzez chwalenie czy karcenie jest to zaburzone i później w dorosłym życiu tak bardzo potrzeba nam tej pochwały od szefa, sąsiadki itp. I tak bardzo zajeżdżamy się fizycznie i psychicznie byle tylko zdobyć uznanie tego czy tamtego człowieka nie zważając na swoje zdrowie. Np. w pracy szef w ten sposób może łatwo nami manipulować tak jak rodzice kiedy byliśmy mali aby się przypodobać. Tylko do czego to prowadzi? Dziecko trzeba zauważać, jego potrzeby, pomóc mu odróżnić co potrzebuje od tego co jest zbędne. I zamiast chwalić jaki piękny rysunek może po prostu poświęcić mu chwilkę i porozmawiać z nim o jego odczuciach na ten temat, czy jemu się podoba itp.

          • Morrrigan

            Nie wydaje mi się aby był tutaj bezwzględny związek przyczynowo-skutkowy, przynajmniej patrząc z perspektywy dziecka. Czy zawsze pochwalenie dziecka, chcąc mu sprawić po prostu radość, zmotywować, nakierować, ma skutkować tym, że dziecko będzie chciało się tylko przypodobać? Ważne jest to o czym traktuje tekst, aby nie było najważniejsze samo osiągnięcie, lecz najbardziej zaangażowanie, podejście dziecka, jego indywidualne wyjątkowe cechy. Bo kiedy się chwali tylko za to, co ono osiąga, wtedy faktycznie zgadzam się, że dziecko może szukać tylko poklasku i zajeżdża się po to, aby się przypodobać, a nie po to, by szukać swojej życiowej drogi. Ale nie podoba mi się jedynie uogólnienie, że chwalenie w ogóle nie jest dobre. Jest po prostu miłe i jeżeli się bierze pod uwagę całokształt cech dziecka, jego zainteresowania, możliwości, a nie tylko efekty jego ciężkiej pracy, to nie wydaje mi się aby wywołało niepożądane efekty. Ja lubię być chwalona bo to miłe, bo daje mi pozytywnego kopa, bo wtedy mam pewność że jestem dobra w tym co robię. Często nawet dorośli ludzie nie wiedzą jakie mają odczucia na dany temat, potrzebują punktu odniesienia by wiedzieć, czy to co robią ma sens, czy jest z czego być dumnym. A co dopiero dziecko. W niemal wszystkich zawodach ale i w szkole jesteśmy oceniani przez szefów, przełożonych, nauczycieli; efekty naszej pracy są recenzowane. Ci przełożeni tak naprawdę kontaktują nas ze światem rzeczywistym, bo więcej wiedzą na dany temat i są w stanie nam przekazać pewną „świadomość”, sami jej z powietrza nie weźmiemy. Czuję, że rodzic powinien być takim wzorowym dobrodusznym szefem, nauczycielem życia. Nie jestem żadnym autorytetem, ale nikt nie powiedział, że z tezami profesorów może polemizować tylko inny profesor 😉 myślę że każdy ma swój rozum i każdy może się też mylić. Psychologia jest szczególnie śliską dziedziną, bo w zasadzie o podłożu różnych zjawisk i mechanizmów niewiele wiadomo, istnieje jednocześnie wiele teorii, hipotez, sposobów na wychowanie. Są psychologowie, którzy zachwalają metodę kar i nagród, jako najprostszą drogę odwodzącą rodziców od klapsów. Ja ich raczej nie popieram, ale z drugiej strony nie uważam, że klasyczne chwalenie za jakieś zachowanie, bądź potępienie jakiegoś zachowania, jest rodzajem kary lub nagrody. Traktowałabym to raczej jako informację lub punkt odniesienia dla dziecka.

  • Liwia

    O matko, zawsze byłam najlepsza z polskiego w klasie, a z matmy szło mi dobrze tylko w podstawówce, a mimo to ojciec na każdą moją piątkę/szóstkę z polskiego, czy innego przedmiotu mówił „szkoda, że nie z matematyki”. W gimnazjum nad żadnym innym przedmiotem nie siedziałam tyle, jak nad matematyką, a dzisiaj? Przepraszam za wyrażenie, ale niech mnie kopnie w dupę, tyle szans straconych przez rozwodzenie się nad nią i tyle łez wylanych, nie nawidzę jej serdecznie.

  • Zdecydowanie słuszne podejście nauczycielki. Ja sama byłam takim dzieckiem niby dobrym we wszystkim, bo piątkowym, ale… bez jakiegoś głębszego zainteresowania czymkolwiek. Ważne były te piątki, ważne, bo rodzice powtarzali, że szkoła jest najważniejsza. No cóż, piątki szczęścia nie dają, ani nie zapewniają umiejętności radzenia sobie w życiu. Ja wolę, żeby moje dzieci nawet piątek nie miały, ale żeby były dobre w tym co je rzeczywiście interesuje, żeby poświęcały czas na rozwijanie zainteresowań, a nie na wkuwanie czegoś, co je nudzi, albo im nie idzie, tylko dla tej bardzo dobrej oceny. Szkoła jest ważna, ale nie najważniejsza, a same oceny szczęścia nie dają, tylko umiejętności. Chcę, żeby moje dzieci to ode mnie słyszały.

  • Z moich czasów szkolnych: uczeń nie pojechał na szkolną wycieczkę, kiedy jego rodzice na wywiadówce dowiedzieli się, że z jednego przedmiotu ma za nieprzygotowanie do lekcji…

    *werble*

    …nie, nie jedynkę. Wpisane ‚np’.

    I na próżno nauczycielka próbowała im wyjaśnić, że ‚np’ są dwa na semestr i właśnie po to, by uczeń mógł dwa razy bez konsekwencji zgłosić nieprzygotowanie do lekcji, a wyjazd na zieloną szkołę jest ważny, bo nowa klasa i integracja. Chłopak nie pojechał.
    #SkądSięBiorąTacyLudzie

    • Morrrigan

      Tragedia… Pamiętam, że moi rodzice też byli zawsze zainteresowani magicznym „np.” – czy to coś groźnego? Czegoś nie zrobiłaś? Ostrzeżenie? Ale na szczęście łatwo im było wytłumaczyć, że po prostu korzystałam z mojego prawa. Oni też byli tacy, że dosyć interesowali się moimi ocenami, ale nigdy nie karcili za te gorsze, tylko zwykle pomagali poprawić. Sądzę, że wychowawczyni chłopaka powinna zainterweniować jakoś bardziej stanowczo. Rozumiem problemy finansowe chociażby, ale nie puścić dziecka na wycieczkę choćby nawet miało parę gorszych ocen? Masakra

  • Jestem takim dzieckiem właśnie, które zawsze słyszało: „O! Piątka? A ktoś dostał szóstkę”? Nigdy nie jestem z siebie w 100% zadowolona, nawet wtedy, kiedy robię coś bardzo dobrze. Traktuję to jednak jako plus i dodatni i ujemny. Umiem kopnąć się w tyłek, jestem ambitna, choć ta ambicja nie jest chora, bo umiem odpuszczać. Jak sobie coś wymyślę, umiem stanąć na głowie, nawet wtedy, kiedy inni dawno już zrezygnowali. Nie męczy mnie to, więc uważam, że to plus. Doszłam do wielu rzeczy własną, ciężką pracą. Minus jest taki, że porównuję się do innych, a z tym ciężko żyć. Kultu ocen nie rozumiem, niestety, taki jest system, czy oceny, czy punkty, same porównania. Ważne, aby dzieci chwalić za sam wysiłek i nakłaniać do pracy, aby były najlepszą wersją siebie, nie koniecznie do osiągnięcia tego samego co Ania, czy Tomek.

  • Agnieszka Skiba

    Świetny tekst. Ja ostatnio także spotkałam się z tym problemem, jak córka dostała czwórkę i wpadła w histerię. Jakby ktoś miał ochotę polecam tekst na moim blogu dynamikamysli.blogspot.com pt. „Moja porażka wychowawcza”

  • Joanna t-d

    Zazdroszczę wychowawcy dziecka. Bardzo dobry artykuł. Myślę, że potrzeba nam więcej takich rozsądnych nauczycieli i rodziców. W klasie mojej córki jest chłopiec płaczący, gdy dostanie 5 z klasówki z matmy. Tata księgowy, dziadek księgowy hodują klona. Szkoda dzieciaka.

  • Pingback: #11 Czytaj na zdrowie | Create Your Health()

  • http://swiatmisi.blog.pl/

    Tacy nauczyciele to ogromny skarb. Podejście rewelacyjne, każdy rodzic powinien wspierać i motywować dziecko ale nie w sposób ,,A dlaczego nie 6”. Trzeba dawać dziecku wsparcie. Moja córka w 1 klasie ma nauczycielkę właśnie z takim podejściem

  • Mi jest trochę smutno, że dzieci nie chwali się, że zrobiły coś dobrego dla drugiej osoby, ucząc tym empatii. Większość komplementów i dobrych słów jest skierowana na osiągnięcia szkolne, hobby itp.

  • Ania22

    Zschowanie Rodzicow, świadome lub nie, swoją drogą. Ale moim zdaniem to nie jest do końca ich wina, ze dzieci w ten sposób odbierają stopnie. To raczej wina SAMYCH STOPNI, bo ich natura jest taka, ze dzieli dzieci na lepszych i gorszych. A kto chciałby być gorszy? Jeśli chcemy wyeliminować wyścig szczurów, to może trzeba wyeliminować stopnie?

  • Fajna babka z tej nauczycielki 🙂 czasami mam wrażenie, że choćbyśmy stanęli na głowie i tak nie ustrzeżemy dzieciaków przed tą presją i parciem na wyniki. Sami mamy w domu dopiero pierwszoklasistkę, a już są niezłe z tym cyrki. Choć powtarzamy jak mantrę, przy okazji każdego testu, że jeżeli spróbuje i będzie się starać, to wystarczy w zupełności bo ocena wcale nie jest taka ważna, bo każdy test bez względu na wynik uczy ją czegoś nowego, ona i tak przeżywa, że dostała A, czy A-. Ja nie wiem już sama, licytują się tymi ocenami czy co?

  • To bardzo ważny tekst!
    Tak bym chciała, by moje dziecko w szkole trafiło na takiego właśnie mądrego wychowawcę i obym ja okazała się mądrą mamą, gdy mój syn pójdzie do szkoły.

  • Jakże dobry tekst! I jak wspaniale, że Twoja córka ma taką wychowawczynię. To skarb, zazwyczaj nauczyciele chcą czegoś odwrotnego. A jest tak jak napisałaś, wysłuchiwanie od rodziców dlaczego nie 5+ albo 6, dlaczego nie tak dobrze jak inni sprawia, że zapamiętujemy to bardzo mocno, jakbyśmy mieli to wdrukowane w głowę. Nie tylko nie daje to szczęścia ani wiefzy dzieciom ale także sprawia, że wyrastają na mniej szczęśliwych ludzi, którzy wątpią w swoje możliwości…

    W moim gabinecie czy w szkole, niestety spotykam się zarówno z rodzicami jak i nauczycielami, którzy od pierwszej klasy szkoły podstawowej wtłaczają dzieci w wyścig szczurów…

  • Pingback: Talent show dla dzieci, czyli odpadasz, bo jesteś gorszy! | Nishka()

  • Bardzo podoba mi się postawa nauczycielki i też tak się zachowuje w stosunku do moich uczniów. Nie faworyzować nikogo, dać dzieciom wolność, żeby mogły same siebie zidentyfikować. Rozmawiać z dziećmi w sposób, który zmusi je do myślenia, nie poddawać ocenie i używać otwartych pytań. Np. jeśli dziecko powie, że dostało 3 – odpowiedzciec ” Dostałeś 3 z testu”, stwierdzanie faktów pozwala dzieciom na rozwinięcie myśli. Polecam serdecznie książkę, którą czytam obecnie na zajęciach „How to talk so kids will listen, and how to listen so kids will talk”. Kompletnie zmienia podejście do dzieci i buduje podstawy konwersacji i edukacji dzieci w domu.