Dlaczego będąc w ciąży nie nazywam dziecka Fasolką?

fot. Patrick Demarchelier

Dziś o dwóch typach kobiet w ciąży: Sentymentalnych i Nierozczulających Się.

Widząc, że przekaz płynący do nas z mediów, blogów, książek, seriali przesycony jest trendem pt. „Mega Wzruszenie Ciążą” wpadło mi do głowy, że kobiety, które odczuwają to nieco inaczej, mogą poczuć się nieswojo i zacząć mieć wyrzuty sumienia. Ten tekst jest więc słowem otuchy skierowanym w ich stronę. 

Żudit zwierzyła mi się:

–  Wiesz, jak byłam na badaniu USG, to widząc obraz dziecka, nie byłam wzruszona.

–  Cieszysz się, że jesteś w ciąży?

–  Tak. Ale podczas USG bez roztkliwień i uniesień. Zastanawiałam się, czy może następnym razem powinnam, patrząc na monitor, zacząć z rozrzewnieniem wzdychać „ach i och”? Bo, wiesz, co lekarz sobie o mnie pomyśli. Haha.

–  Nie przejmuj się, mam tak samo. Obraz z USG jest dla mnie niczym czarno-biały film z lat 30., którego fabuły raczej nie ogarniam. Owszem, świadomość, że moje dziecko sobie tam we mnie żyje i rozwija się, jest bardzo przyjemna, ale gdy dzięki aparaturze mogę je podglądać, nie wywołuje to lawiny emocji. Co więcej, jest to dla mnie trochę creepy. Ten mały kosmita, który we mnie siedzi i wygląda, nie oszukujmy się, dziwnie.

– Kosmita, powiadasz? Wiesz, jak ja nazywam swojego przybysza? Alien.

Porównywanie się do innych jest naturalną skłonnością człowieka. Gdy wychodzisz za mąż, przypatrujesz się innym nieszczęśliwcom szczęśliwcom zmieniającym stan cywilny. Gdy urządzasz dom, zaczynasz interesować się magazynami wnętrzarskimi. Gdy jesteś w ciąży, lubisz co jakiś czas podejrzeć inne ciężarne.

Czasem, gdy zastanawiam się, czy za aktualny rozmiar mojego brzucha odpowiada stan, w którym się znajduję czy może jednak nadmierna ilość jedzenia, jakie ostatnio pochłaniam, podglądam inne panie. Wpisuję wtedy na instagramie hasztag, np. #19tc i monitoruję inne przedstawicielki Stanu Brzemiennego.

I właśnie na podstawie takich przeglądów internetów, które czasem sobie urządzam, mogę skonfrontować nasze postawy wobec ciąży. Gdybym miała wyodrębnić dwie, nazwałabym je: 

Mega Wzruszenie Ciążą, czyli Ciężarna Sentymentalna
versus
Zimna i Opanowana, czyli Ciężarna Nierozczulająca się

Należę do tej drugiej grupy. Zanim to wyjaśnię, muszę wyraźnie coś podkreślić:

Nie odbierajcie mojego tekstu jako krytyki lub wyśmiewania się z obcych mi postaw. W żadnym momencie nie sugeruję, że moje podejście jest lepsze, zdrowsze, słuszniejsze. Co więcej, zakładam, że może być wprost przeciwnie! Po prostu szczerze piszę, jak jest. Pamiętajmy: żadna z nas nie ma monopolu na prawdę. Szanujmy swoje wobec ciąży postawy. 🙂

A więc lecimy.

Nie nazywam dziecka Fasolką

Z dala od metafor warzywnych i owocowych. Ani nie wzruszają ani nie przemawiają do mnie określenia, których pełne są ciążowe poradniki i aplikacje, nazywające dziecko Truskawką, wróć: Truskaweczką, Jabłuszkiem, Pomarańczką i Arbuzikiem. I najpopularniejsza: Fasolka.

Fasolka, która wkrótce wykiełkuje ♥.
I którą jakiś czas temu zasiał we mnie, na naszej glebie, mój ukochany partner ♥.

Nie, nie, nie. Jestem po prostu: w ciąży. Kilka miesięcy temu doszło do zapłodnienia. Zdecydowanie bliżej mi do określeń zygota, zarodek i płód niż truskaweczka, fasolka i kartofelek.

Półtora miesiąca temu, gdy z Sarą Ferreirą ucinałyśmy sobie na fejsbukowym czacie pogaduchy, w pewnym momencie spod palców mojej rozmówczyni padło sakramentalne:

– Jak się czujesz? 

Byłam wtedy w 13 tygodniu ciąży, który to stan był owiany ogromną tajemnicą, nawet Wy, drodzy czytelnicy, o tym jeszcze nie wiedzieliście, nawet Wy! 🙂

  Czuję się super, zero mdłości. Aż dziś poszłam na USG, żeby sprawdzić, czy ciąża jest żywa, bo nic nie czuję, żadnych dolegliwości ani objawów. Ale spoko, żywa. 🙂

– Czy ciąża jest żywa! Ty chyba nie kochasz tego dziecka, toż to Rozkoszna Fasola! Może w ogóle „płód”, co?

– Wyobraź sobie post na fejsbuku: „Poszłam dziś sprawdzić, czy ciąża jest żywa. Żywa.”

– Taaaaaaak! Zrób to! 🙂

Byłoby hardkorowo, gdybym tak napisała, co?

Moim stałym Czytelnikom zapewne to by się spodobało. Przeczuwam jednak, że z różnych stron internetu przybyłyby osoby oburzone moim postem, zarzucające mi bezduszność, nieczułość, obojętność. Tymczasem przecież fakt, iż poszłam na USG oznaczał, że byłam zaniepokojona, czuwałam nad ciążą i w trosce o dziecko, które w sobie noszę, poszłam na badania. Wszystko jest kwestią nazewnictwa i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że „mniej kocham swoje dziecko”.

Będąc w ciąży nigdy nie mówię o „nas” w liczbie mnogiej

Jeżeli kiedykolwiek padnie z moich realnych lub wirtualnych ust określenie: „rośniemy”, „jemy”, „tyjemy”, „idziemy spać”, „czujemy się dobrze”, „jesteśmy w ciąży” będzie to oznaczać, że zostałam porwana. Ratujcie mnie wtedy! Sama z siebie nigdy bym tak nie powiedziała. Jestem JA nosząca w sobie moje dziecko. Jestem ja, jest dziecko. Razem, ale osobno. 😉

Mąż nie chodzi ze mną na badania USG

Ostatnio uświadomiłam sobie, że wszystkie badania ciążowe, które w życiu przeszłam, przeszłam sama, samusieńka jak palec. 🙁

W gabinecie lekarskim tylko ja, ginekolog, sroga biel gabinetu i mroczne czarno-białe zdjęcia mojego wnętrza emitowane przez aparat ultrasonograficzny. Nie cieszą się popularnością i dużą ilością odsłon: oglądamy je tylko ja i doktor, nikt więcej. On wszystko rozumie i tłumaczy mi, że tu proszę pani jest serduszko, tu nóżka, tu główka. A ja, mimo, że wytężam wzrok, widzę Niezidentyfikowanego Kosmitę. Może gdyby był wtedy przy mnie mąż, dysponujący doskonałą wyobraźnią przestrzenną, więcej bym kumała? Może byśmy mogli razem stwierdzić, do kogo nasz syn jest podobny?

Szczerze? Ani mnie ani ojca dziecka specjalnie nie interesuje, jak teraz wygląda nasze dziecko. Nie oszukujmy się: nie wygląda teraz dobrze. 🙂 Badanie USG traktuję wyłącznie jako badanie lekarskie mające stwierdzić, czy ciąża rozwija się prawidłowo, a nie po to, żeby pooglądać tego Brzydala, kochanego, ale brzydala.

I tak jak po każdym badaniu telefonuję do męża z informacją o stanie zdrowia jego potomka, tak nie widzę potrzeby, żeby w trakcie tychże siedział i trzymał mnie za rękę i „przeżywał to razem ze mną.” To szczęście, że mamy podobne podejście, bo gdyby zależało mi na towarzystwie męża, a on robiłby to bez przekonania i pasji – sprawiałoby mi to pewnie przykrość.

Na szczęście dobraliśmy się: oboje tacy zimni, bez krztyny ckliwości i sentymentalizmu. 🙂

Myślicie może, że to dlatego, że to już moja kolejna ciąża. Nie, 10 i 15 lat temu też go na badania nie zapraszałam, a on wcale nie martwił się z tego powodu.

Mąż będzie przy porodzie, ale nie dlatego, że to „piękna chwila”

Będzie, tak jak i był przy poprzednich dwóch porodach, bo zanudziłabym się sama przez te kilkanaście godzin na śmierć. 🙂

(ale jakby nie chciał być, bo bałby się tego, zaakceptowałabym to i uszanowała).

A po drugie i najważniejsze: będzie, bo to moment, w którym na świecie pojawi się nasze dziecko, na które teraz czekamy i dla którego uruchomimy pokłady czułości i miłości.

Z dzieckiem, z którym jestem teraz w ciąży ciężko mi złapać kontakt, wszystko sprowadza się raczej do wyobrażenia i wizualizacji człowieczka, który do nas przybędzie. Nie mogę go przytulić, dotknąć,  pocałować. Owszem, dbam o siebie jak mogę: chodzę na spacery, zdrowo się odżywiam, łykam witaminy, definitywnie wyeliminowałam wszystkie używki, nawet kawę ograniczyłam tylko do jednej dziennie (co było nie lada poświęceniem, bo przed ciążą piłam cztery filiżanki). Staram się nie narażać na stresujące sytuacje i ciężkie emocje.

Kocham je, a raczej moje wyobrażenie o nim. Bo prawdziwa przygoda zacznie się, gdy się narodzi. Teraz pozostaję Nieckliwą i Niesentymentalną Brzemienną. 😉

Komentarze:

  • http://www.okularnica.com/ Okularnica

    Poczekaj, poczekaj, poczekaj… za dużo wrażeń jak na jedną zwykłą środę. Czy ja właśnie przeczytałam, Nishko, że jesteś w ciąży i będzies miała syna? :):)

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Tak 🙂
      Ha! I wyszło szydło z worka, kto tu nie czyta na bieżąco mojego blogaska! 🙂

      • http://www.okularnica.com/ Okularnica

        Wow! Gratuluje! Wspaniala wiadomosc 🙂 podzielisz sie ktory miesiac, czy na razie nie chcesz nic ujawniac?:):)

        • http://www.nishka.pl/ Nishka

          19 tydzień, czyli albo 4-ty miesiąc albo 5-ty, nie ogarniam 🙂

          • http://szafaskrajnej.blogspot.com/ Gosia Skrajna

            O matko!!!!!!!….jak Ja też mogłam to przegapic…choc czułam, że przez to parentingowe blogowanie zaowocuje czymś-kimś więcej…
            Kochana Natalio…szczere gratulacje…u mnie zawór już zakręcony. tym bardziej kibicuje młodym mamom.

          • Magda

            O, to tak jak ja 🙂 Mam termin na 17 sierpnia 🙂

      • http://www.okularnica.com/ Okularnica

        Kurcze, no wlasnie bylam pewna, ze jestem na biezaco. Nie mam pojecia jak mi umknela ta informacja. 🙁

  • karjola

    JA to zdecydowanie jestem pośrodku: ani sentymentalna na pewno, ale myślałam też,że jestem ta nierozczulająca się,ale wychodzi na to,że też nie:) Na USG latam z mężem, a jak w 19tg zobaczyłam na USG jak Mała macha nóżką, to się wzruszyłam:)to był jedyny obraz jaki rozpoznałam,ale było mega rozczulające:)no i mówię,że rośniemy,ale również po drugim USG nazywałam ją Obcy kontra Predator, bo tak właśnie wyglądała:)
    Ale jednak postawa nierozczulająca się jest mi chyba bliższa.
    Pozdrawiam i muszę powiedzieć,że jak napisałaś o ciąży po raz pierwszy, to pomyślałam sobie,że jesteś Nishka-Zartownishka i nas wkręcasz. Za co teraz bardzo przepraszam i chylę czoła:)

  • http://www.dziewczynazobrazka.pl/ Magdalena Śpiewak

    Przy pierwszej ciąży szalałam. Jak zobaczyłam na USG stópkę (tak stópkę, nie stopę) syna, która wyglądąła jak stopa, to prawie się łzami zalałam. Nie mogłam się doczekać porodu. Głaskałam brzuch, puszczałam do brzucha pozytywkę i inne takie wariactwa. Natomiast przy drugiej ciąży bardzo często nie wiedziałam, w którym tygodniu ciąży tak naprawdę jestem, na ostatnią chwilę przypominałam sobie o wizytach u lekarza, a nawet zdarzyło mi się zapomnieć na kiedy mam termin porodu. Ogólnie przy drugiej ciąży chciałam po prostu urodzić i mieć już święty spokój.
    Przy obu ciążach nie określałam dzieci fasolkami czy innymi warzywami, mówiłam zwyczajnie „moje dziecko” i mówiłam o sobie w liczbie pojedynczej.

  • http://www.mummysworld.pl Kasia Harężlak

    Ja jnie lubiłam opowiadać o swojej ciąży, tak, jak teraz nie zaczynam każdego dnia relacją „A moje dziecko…”, ale na każdym USG uroniłam łezkę. Może bardziej z nerwów, bo zdrowie synka było dla mnie najważniejsze. W tej opozycji jestem chyba gdzieś pomiędzy.
    PS A Tobie Nishko serdecznie gratuluję, aż wstyd, że mam takie zaległości!

  • Magda – Dobrze Zorganizowana

    Gratulacje!
    Ja, będąc w ciąży, swoje dziecko nazywałam Ktosiem 😉

  • http://zudit.pl/ zudit.pl

    Bombowy wpis! :*

  • joy

    Uff jestem normalna. Płakałam tylko kilka minut po pozytywnym wyniku testu ciążowego, bo dziecko jet długo wyczekiwane. Miałam wyrzuty sumienia z powodu braku wzruszenia na pierwszym USG a potem na kolejnych. Moje Maleństwo w kształcie żelka oglądałam uczuciem, że to postać z jakiejś kreskówki. To będzie pierwsze z terminem 30 lipca. Pozdrowienia!

  • Ola

    wreszcie ktoś o podobnym podejściu 🙂 mimo, że dziecko długo wyczekiwane (30 miesięcy starań) to USG totalnie mnie nie ruszały, jedyne co chciałam wiedzieć to czy wszystko jest w porządku. USG 3D – nie dla mnie. teraz 14 tyg urwis w domu,a ja wciąż nie wiem, czemu powinnam się wzruszać jak tylko widzę dziecko moje czy inne. Jest normalnie, urodził się, idealnie wpasował w naszą rodzinę i jest.

  • http://katsunetka.nl/ Jola | Katsunetka

    Podoba mi się Twoje podejście.

  • zabieganamama

    Nie płaczesz na widok Fasolki, ale i nie twierdzisz, że to jest złe. Nie oceniasz, że Niesentymentalne Brzemienne to są cool i absolutny hit tej wiosny, a Przyszłe Mamusie Rzygające Tęczą, to tylko zapaść się pod ziemię ze wstydu 😉 [Mi akurat chyba bliżej do tej drugiej grupy]
    I za to, między innymi, tak Cię lubię!
    A że jeszcze nie gratulowałam, to GRATULUJĘ!
    Rośnijcie… tfu..liczba mnoga!… Niech synek ROŚNIE zdrowo 🙂 :*

  • Asia

    Myśle ze percepcja zmienia sie w zależności czy łatwo w ciąże sie zaszło czy raczej nie. My staramy sie już ponad 2 lata i nic. Nie zmienia to faktu, ze nie mam zamiaru mowić o sobie w liczbie mnogiej jednak określenie „żywa ciąża” w 12 tyg mnie trochę zmroziło.

    Gratuluje jeszcze raz 🙂

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dziękuję i trzymam kciuki, żeby udało Wam się zrealizować plan 🙂

  • http://matkatylkojedna.pl/ Joanna Jaskółka

    Jestem tak samo nie tkliwa, nie wzruszająca się i zimna jak ty 😀 I pierwszy syn też był Kosmitą [heh, tak KOSMitą]. A drugi był po prostu „Drugim”.

    • http://matkatylkojedna.pl/ Joanna Jaskółka

      A tak jeszcze od siebie dodam, bo może jakaś przyszła mama pierwszego dziecka to czyta, że takie wydawałoby się „zimne” podejście bardzo dobrze przygotowuje do późniejszych zdarzeń. Czasem po prostu trzeba wyjść z siebie, stanąć obok i ze spokojem, bez nadmiernych emocji i rozczuleń, wszystko przemyśleć 🙂

  • https://tianlandia.wordpress.com Tianzi

    Żywa ciąża <3
    Powiedz jeszcze, masz BRZUCH czy BRZUSZEK?

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      brzuch!!!
      brzuszek to może mieć niemowlę, ale ciężarna tylko i wyłącznie brzuch, a wręcz brzuszysko 😀

      • Paulina D.

        O nie, nie!! Ja tez z tych „wyrodnych” co to nie „my w ciaży”, a „ja”, ale mialam „brzuszek”. Z zawartością 4,950, ale „brzuszek”. 😀

  • Polin

    Świetny wpis, ja jeszcze dodam do tego, że nie lubię jak ktoś pyta mnie: „Jak się czujecie?”, „Rośniecie?” itd. Wogóle nie lubię mówić o swojej ciąży i zagłębiać się w tematy dzieci, porodów itp. Mogę o tym rozmawiać tylko z ojcem dziecka. Myślałam, że jestem dziwna, ale widzę, że jest nas więcej, kamień z serca 😉

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Ja też za bardzo nie lubię tych pytań, choć z drugiej strony wiem, że są one wyrazem troski i zainteresowania ludzi, więc nie mam im tego za złe. Co więcej samej mi zawsze, gdy spotykałam kobietę w ciąży aż nasuwało się to sławne: „Jak się czujesz?” Mamy chyba wszyscy jakąś głęboką atawistycznie zakorzenioną troskę o brzemienne i suma summarum to miłe 🙂

  • http://andanowa.pl AnuŚka Bąbik-Daniło

    Myślę, że Twoje podejście jest mi zupełnie nieznane i takim pozostanie, bo ja jestem z natury mocno ckliwa i wzruszająca się. Ale w sumie w ciąży jeszcze nie byłam, więc kto wie, może też uznam, że to kosmita 😀

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Każde podejście będzie dobre, nic na siłę 🙂

  • zuzuzaziza

    wygląda na to, że jestem bardziej rozczulona Nishkową ciążą niż ona sama :O

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Haha 🙂

  • Alice

    Ja też nigdy nie mówię ,,rośniemy”, ,,jemy” itp. Zamiast tego zawsze mówię mężowi, że np. ,,dziecko chce zjeść czekoladę”. Dzięki temu zawsze wychodzi po tą czekoladę do sklepu, bo mi mógłby odmówić, no ale przecież dziecku, które rozwija się w moim brzuchu nie może tego zrobić. 😀 Polecam ten sposób wszystkim złym żonom. 😉

    Też nie potrafię rozczulać się ciążą. Razem z mężem jesteśmy takimi trochę żartownisiami i zamiast się wzruszać, wolimy mówić znajomym, że jeśli płeć dziecka nie będzie nam pasować to podmienimy w szpitalu na inne, albo mówimy, że nadamy dziecku jakieś dziwaczne imię, co często wywołuje przerażenie na twarzach. ;D

    I nie widzę nic złego w nazywaniu dziecka małym kosmitą, płodem, czy z drugiej strony fasolką. Niech każdy nazywa jak chce. Jeśli ktoś chce nosić w sobie kochanieńką fasoleczkę to jest ok. I tak samo jeśli ktoś woli mieć w sobie po prostu płód to też jest ok.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dobry sposób z tą czekoladą, której domaga się dziecko! 🙂

      • S

        Wiem, że to już stary wpis, ale u mnie był mały „pasożytek”. Często żartowałam sobie, że targam go, a on mi jeszcze kradnie wszystkie witaminy (miałam duże problemy z zębami w trakcie ciąży, wypadały mi włosy). Czasem bywał „terrorystą”, który domagał się czekolady albo lodów. O „obcym”, „alienie” czy „wybrednym szkodniku” już nie wspomnę. szybko nauczyłam się, że te żarty to lepiej po cichu, bo kilka razy mało mnie nie koleżanki z pracy nie pobiły, bo wiesz „to stan błogosławiony” i moja odpowiedź, że błogosławiona jest wtedy winda, czekolada pod ręką i toaleta w zasięgu wzroku to słyszałam, że to wina hormonów.

        Maż był ze mną na pierwszy USG i autentycznie się wzruszył, ale uszanował moją decyzję, że ja jednak rodzić to chcę z przyjaciółką. Taka jestem zimna sucz! 🙂 Ale dzieci swoje kocham nad życie! 🙂

  • http://www.konfabula.pl/ Monika Kilijańska

    Dla mnie USG było w pewnym sensie powodem do pytań. Bardzo mnie interesowało co ten lekarz w tych kropkach widzi i zadawałam masę pytań. A emocjonowałam się, owszem, ale najbardziej przepływami serca 😉 Ale 3D zrobiliśmy – z czystej ciekawości. W końcu tylko będąc w ciąży mogę sobie takie zrobić.

  • http://kreatywa.net/ Klaudyna Maciąg

    Przybijam wirtualną piątkę, bo w ciąży miałam podobnie. Żadnych fasolek, żadnych roztkliwiań nad wydrukami USG, żadnego targania ze sobą męża do gabinetu. Jak już ktoś chciał koniecznie zobaczyć USG, pokazywałam, podkreślając, że dzieciak i tak wygląda jak kosmita, więc nie ma na się czym zachwycać. Bo niestety, ale najbardziej mnie rozbraja, jak ktoś wrzuca na fejsa zdjęcie z USG, na którym totalnie nic nie widać (albo widać jakieś gluty), ale że znajduje się tam podpis: „nasz kochany skarb”, to zaraz wszyscy sadzą komentarze: „ojej, jaki śliczny”.

    Do porodu męża nie wołałam, choć był taki plan. Teraz się z tego cieszę, bo poszło dobrze i sprawnie, a nawoływania położnych zachęcających do parcia tekstem: „rób kupę, rób kupę” z pewnością nie byłyby dla chłopa miłym wspomnieniem 😉

    • Agata Ceglarek

      łączę sie w pełni.super! i tak, potwierdzam: najgorsze idiotki na fb sikające pod sweet fociami brzucholi kolezaneczek i noworodkow.

    • http://www.widzimisia.pl WidziMisia

      Tak, zdjęcia USG na fejsiku wymiatają…

  • Agnieszka Makowska

    Bardzo Nishkowo – jak zwykle pochłonęłam jednym tchem 🙂

  • http://bilykralik.blogspot.com/ pia

    Ja myślałam o dzieciach jako o fasolkach, ale to nie z czułości, tylko dlatego że to jeszcze do niczego normalnego niepodobne – najwyżej do fasolki. A tu się okazuje, że tak…

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Czasem dziecko pozostaje fasolką aż do dziewiątego miesiąca 🙂

  • Matke w Kratkę

    Przypomniały mi się te chwile, kiedy siedziałam w poczekalniach lekarskich, wokół mnie same pary, a ja z książką:) Przy moim Najmłodszym nawet sama odwiozłam się do szpitala na poród:) Choć tu dwie kwestie muszę wyjaśnić – 1) było to planowane cc 2) mąż później dojechał i nosił za mną torby (tak, to racja, mąż albo inna bliska osoba, która nosi rzeczy, pomaga i czuwa, bardzo przydaje się w szpitalu w momencie porodu; niekoniecznie musi wytrwać w samej sali do końca).

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Zuch dziewczyna 🙂
      Tak, to prawda, zwykle w poczekalniach są pary i najbardziej oburza mnie, gdy ci tatusiowie nie ustępują miejsca innym ciężarnym!!

  • Bisu

    Natalia propos żywej ciąży przypomniało mi się pierwsze USG mego Stefka, na którym wyglądał już człekokształtnie, a nie jak czarna plamka. Ledwo wyszłam z gabinetu, zadzwoniła do mnie siostra, która wtedy moją ciążę przeżywała chyba bardziej niż ja. I co – zapytała. No jest. Rączki, nóżki i JAJKA – powiedziałam zawiedziona, bo chciałam dziewczynkę. – A jaki ma wielki łeb – dodałam. – Jaki łeb, główka, przecież to malutkie dziecko, jak możesz tak mówić – zawołała oburzona siostra. – No łeb, wielki jak u kosmity – sprecyzowałam. Ale co do nazywania samego dziecka, ani w pierwszej ciąży, ani teraz nie przyszło mi do głowy, żeby nazywać małe „żywą ciążą” 🙂 Nie mówiłam fasolka, truskaweczka`itp., ale postanowiłam do dziecka zwracać się po imieniu. Stefan, który do tego usg był Helenką, miał być imieniem roboczym. Podejrzewam, że z obecnym Igim będzie podobnie.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Ja też nie mówię o małym żywa ciąża, haha :)))) Ale w pierwszym trymestrze tak mi się własnie jawiła 🙂
      Teraz już jest po prostu: syn 🙂

  • Ula

    Fajny wpis. Mnie teraz bardzo irytuje parcie na to, żeby mąż byl przy porodzie. My się przy pierwszej ciąży oszukiwaliśmy, że to dla nas dobrze będzie, a jak się poród zaczął, to mąż dostał moje pozwolenie na wyjście i wrócił ‚na gotowe’. Bardzo dobrze nam obojgu z tym było. Teraz rodze za tydzień i już się nie oszukujemy. Każdy ma własną wrażliwość i nie można robić ani mówić nic na siłę 😃

  • Dot

    Fajnie to napisałaś :)) Myślę dokładnie tak samo jak Ty choć w ciąży jeszcze nie byłam.
    Powodzenia w znanej Ci już roli, ale z nowym potomkiem. I fajnie, że to chłopczyk 🙂

  • Magda

    Dokładnie tak! Najbardziej unikałam godzin gdzie mój doktor przyjmował najwięcej pacjentek, zawsze starałam się iść gdy już nie było nikogo. Nienawidziłam tych rozmowek przyszłych mam między sobą!

  • kasia

    ten wpis oraz poprzedni ( najwieksze lęki kobiet w ciąży..) bardzo ale to bardzoo pozytywnie wpływa na mnie i moje podejście do niezaplanowanej i niechcianej ciąży do której powoli się przyzwyczajam i akceptuje. Nigdy nieukrywałam przed najbliższymi mojego nastawienia to tej niespodzianki – zreszta ciężko ukryć załamanie nerwowe:) jednak gdzieś czułam presje ze strony tych słodkich obrazków i określeń o błogosławionym stanie, przez co czułam się ze sobą jeszcze gorzej. Teraz po kilku miesiącach czuje sie lepiej i nawet cieszę się tematem macieżyństwa ( choć nadal miewam napady lęku). Dzieki tym co piszesz jeszcze mocniej stoje na moich czasem spuchniętych stopach 🙂

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Kasia, bardzo się cieszę, że mogę jakoś Cię wesprzeć. Pamiętaj, że jak masz ochotę możesz pisać do mnie (w mejlu lub tu w komentarzach, dostaję powiadomienie o każdym i zawsze wszystkie czytam) o tym, co Cię wkurza lub niepokoi lub zastanawia itd. Śmiało, czasem dobrze jest tak się komuś wypisać 🙂

      • kasia

        dziekuje 🙂 akurat jeststem w podrozy po Azji i ciezko u mnie z internetem ale jak juz tylko go mam to odrazu wchodze na twojego bloga ! Bede pisac !! I ty tez dalej pisz i nigdy nie przestawaj ! 🙂

    • marchew

      Och, jak Cię rozumiem! Nam wpadka przekreśliła półroczny wolontariat w kirgistanie, zmieniła mocno plany życiowe. Załamania nie było, ale będąc w 26 tc. wciąż nie odnajduję w sobie żadnych pokładów czułości dla naszego „little monkey”, mój chłopak miesiąc po poznaniu płci wciąż wzdycha, że wolałby dziewczynkę ;D i całkowicie do furii doprowadzają mnie wszystkie ograniczenia: „nie powinnaś jeździć na rowerze”, „nie możesz malować farba”, „nie podnoś więcej niż 5 kilo”, podczas gdy jestem okazem bezobjawowo przechodzonej ciąży (odpukać :)). Modlę się tylko o zdrowie dla naszego dzieciaka i żywię nadzieję, że pojawią mi się jakieś uczucia po porodzie ;P

    • Jula

      Dziewczyny to zabezpieczajcie się! A nie póżniej „niespodzianka” która „rujnuje” plany. Ile macie lat?!

      • Justyna Lisicka

        Problem jest taki, że nie da się zabezpieczyć w 100%.

        • S

          Da. Nie uprawiaj seksu, a jak już uprawiasz to miej świadomość, co może z tego być. Proste.

          • Justyna Lisicka

            Wstrzemięźliwość to nie jest forma zabezpieczenia, a świadomość konsekwencji seksu to nie to samo, co ich doświadczenie…

  • Magda

    To ja chyba jestem gdzieś pomiędzy jednym a drugim typem… Jestem ja i jest moje dziecko (i nie jakaś tam fasolka- zdecydowanie nie urodzę warzywa lub owocu..), jest dystans, są różne obawy (tym bardziej, że to moja pierwsza ciąża), ale jednak mam też takie krótkie, pojedyncze chwile, w których się troszkę (ale tylko troszkę…) rozczulam… 🙂 A biorąc pod uwagę, że zawsze łatwo się wzruszałam, wszystko bardzo emocjonalnie przeżywałam, dodatkowo przez lata pracowałam z dziećmi w świetlicy i jako opiekunka i uwielbiam dzieciaki to jestem troszkę zdziwiona tym swoim „wyluzowanym” podejściem. Zawsze myślałam, że będę zdecydowanie pierwszym typem, ciężarnej sentymentalnej a tu proszę… 🙂

    • KoT

      Mam podobnie, jestem gdzieś pomiędzy z przechyłem na Nierozczulającą się. I miałam takie pojedyncze, krótkie chwile rozczulenia, ale szybko mijają 😉
      Uff, nie jestem sama 😉

  • Ilona Magdalena Anna Glajc

    To ja raczej jestem tą rooozczulajjącą się, mimo,że ciąza daje mi popalić

  • http://ronja.pl/ Renia Hanolajnen | Ronja

    Nasza córka to „Panna Kijanka”, czyli coś pośredniego pomiędzy żabim skrzekiem a ropuszką. A w obydwu ciążach, kiedy dzieci wyjątkowo mocno ruszały się w brzuchu, tak jak Ty nazywaliśmy je z mężem alienami. Piąteczka, zimna mamo! 🙂

  • greeneyekitty22

    ja się wzruszałam na usg – wyobrażałam sobie, że ten ufoludek to mój synuś/córeczka..mimo to jak byli w brzuchu to nazywałam ich pasożyty /nieźle mnie wyniszczały/ a teraz gdy są po drugiej stronie przeistoczyły się w małych terrorystów – nie są to piękne terminy, ale taka jest prawda!

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Haha, zgadzam się! 🙂

  • Gaba

    Droga Nishko, czytam Twojego bloga od niedawna (jakieś 3-4 miesiące) dość regularnie. i tak jak inni tutaj zgromadzeni uwielbiam Cię i Twoje poczucie humoru 😉 Tylko kurza noga jakoś przegapiłam moment, w którym przyznałaś się, że jesteś w ciąży. Nie wiem czemu tak się dzieje, bo w ogóle się nie znamy (tzn. ja Cię poznałam trochę przez to, że piszesz, ale Ty mnie wcale nie znasz), ale bardzo się cieszę, że rodzina się powiększy i życzę Ci dużo zdrowia, sił i radości z obcowania z nowym przybyszem 🙂 Jesteśmy w podobnym wieku (ja mam 32 lata), ale dopiero jedno dziecko i już jestem wykończona 😉 ale nie poddaję się, planuję następne! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i Wesołych Świąt.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Gaba, bardzo mi miło, że do mnie zawitałaś i żywisz do mnie pozytywne uczucia – dziękuję serdecznie! 🙂

  • Gaba

    I dziękuję Ci za ten wpis, bo już myślałam, że ze mną coś nie tak, gdy podczas pierwszego badania usg (i kolejnych w sumie też) nie wzruszyłam się ani przez chwilę 🙂

  • http://dwaplusdwablog.pl Magda Dwa Plus Dwa

    Och, a ja pamiętam swoją wściekłość na moją teściową, gdy będąc już w 7 miesiącu ciąży usłyszałam, ze powinnam coś tam jeść, bo to jest dobre dla mojego płodu!, brrr. Też się nigdy nad ciążami nie roztkliwiałam, ale jednak wszyscy już wtedy wiedzieli jaka jest płeć i mówili o ‚małym’ albo o Maksiu’ bo tak miał się nazywać. Mówienie płód o moim dziecku było takie jakieś zbyt „medyczne”. A z ust przyszłej babci to brzmiało wręcz niestosownie. Taka teściowa mi się trafiła 😉

  • http://turkusowakropka.com/ Tedi

    A już myślałam, że tylko ja mam tego typu odczucia ;-).

  • Mała Mi

    A ja bym miliony zapłaciła, żeby mój mąż mógł być na każdym USG, bo niestety nie zawsze ze mną chodził. I niestety byłam sama, kiedy usłyszałam najgorszą wiadomość, wiele dałabym, żeby wtedy był, przytulił, potrzymał za rękę. Następnym razem będę się na zapas rozczulać.

  • http://chicamala.pl/ Chica Mala

    Ja chyba jestem gdzieś po środku. Tzn nie jestem aż tak zimna jak Ty ( 😉) ani i przesadnie sentymentalna. Owocowe określenia mi się podobały, jak jeszcze nie znaliśmy płci. Teraz korzystamy z imienia. Z drugiej jednak nie przeżywam za bardzo i nie wyobrażam sobie dziecka, bo teraz faktycznie nadal jest trochę creepy alienem 😉
    Chociaż trudno mi powiedzieć jak by było, gdybym wcześniej nie poroniła. Mam wrażenie, że większy chłód był u mnie po części zabezpieczeniem, gdyby coś znowu nie wyszło. Z drugiej strony za pierwszym razem też jakoś mega sentymentalna nie byłam. Więc nadal obstawiam środek podejścia 😊

  • http://www.alicjadobry.pl/ Alicja

    Myślę, że ile kobiet, tyle poglądów na ten temat 🙂 Chociaż w większości masz rację – te dwa nurty są najwyraźniejsze. Ja ogólnie jestem sentymentalna i romantyczna (w ciąży jeszcze nie jestem i nie byłam), ale uważam, że nazywanie nienarodzonego dziecka takimi dziwacznymi określeniami jest …mi obce, bo nie powiem gorzej 🙂
    Sama nie będę tego czynić. Nienarodzone dziecko – to dla mnie wnętrze brzucha ciężarnej – i tak będę mówić. ,,Zygota”, ,,płód” też są mi obce, bo takie zbyt chłodne – dla mnie ,,to” jest człowiekiem – ,,nią lub ,,nim” 🙂

    Nie zwracaj, broń Boże, uwagi na to, co mówią inni, bo to bez sensu.
    Zdrowia TOBIE i dziecku życzę 🙂

  • Natka

    Jejku a ja już myślałam, że ze mną jest coś nie tak!!! Przyznam, że strasznie mi głupio gdy moje koleżanki w pracy podekscytowane zasypują mnie pytaniami o stan zdrowia, o samopoczucie, ciążowe zachcianki, zdj. USG i itd. a mnie ten temat jakoś się rusza… Od pół roku jestem mężatką, to moja pierwsza ciąża (18 tc), która w moim przekonaniu nadeszła zbyt „szybko” bo starania o nią trwały tydzień 😛 jestem szczęśliwa, że zostanę mamą (ale nie czuje jeszcze tego). Tak jak Ty dbam o siebie, potrafię pół dnia oglądać ciuszki dla dzieci w Internecie i jestem spokojna gdy lekarz mówi, że z nim/nią wszystko w porządku. Ale na tym koniec. Pierwszy trymestr był dla mnie ciężki, ciągłe mdłości dosłownie na wszystko , wymioty i ogólnie złe samopoczucie. I gdy w święta wyleciałam z tekstem, że dla mnie jak na razie ta ciąża to tylko „mdłości, rzyganie i spanie(bo o godz. 19 zasypiam na stojąco” to jakie było zdziwienie mojej rodziny i oburzenie jak ja o tej kruszynce mogę tak mówić. Ale ja nie mówię tego przeciwko niej!! Ale jestem też ja – czy powinnam i ja o tym zapomnieć? Czy ja się już nie liczę? takie mam czasem wrażenie….

  • martuś

    Hmm a ja myślałam o sobie, że jestem raczej nierozczulająca się, ale czytając twój opis stwierdzam, ze jestem gdzieś po środku z ukierunkowaniem na nierozczulającą się 😉
    To moja pierwsza ciąża, nieplanowana, ale od początku mocno zaakceptowana. Na pierwszym usg potwierdzającym ciążę, zdaje się w 8 tyg, się trochę wzruszyłam (ale nie że płakałam przy lekarzu), bo wcześniej jedynym objawem ciąży był brak okresu i pozytywny wynik testu, więc tu miałam wypisz wymaluj dowód nie do podważenia 🙂 Więc moje wzruszenie polegało bardziej na tym, że wreszcie dowiedziałam się, że to faktycznie ciąża, poczułam w środku takie przyjemne ciepełko, że coś we mnie żyje i rośnie 🙂
    Potem gdzieś w 12 tyg dowiedzieliśmy się, ze prawdopodobnie bedzie chlopczyk, ale jako ze nie chcielismy sie nastawiac do czasu pełnego potwierdzenia, to nazywalismy płód pestką lub pestkiem (gdzieś wyczytaliśmy w internecie, że w którymś tygodniu płód jest wielkości pestki czegośtam – stąd ta nazwa, a co ciekawe na fasolkę nigdy nie natrafiliśmy 😉 ).
    Mówię o nas w liczbie mnogiej, ale bardziej w przypadkach, gdy mówię mężowi, że kochamy go (ja i synek) albo życzymy miłego dnia. Nie, że idziemy do toalety np 😉 No i czasami dostanę do zjedzenia np. większą połówkę owocu, to się śmiejemy, że ten naddatek to dla synka 😉
    Mąż chodzi ze mną na usg, ale na dwóch pierwszych (potwierdzającym w 8tyg i potem w 12tyg) nie był. Myślę, że dla faceta to też fajne przeżycie, bo co innego zobaczyć zdjęcia a co innego uczestniczyć w badaniu. Akurat my nie mamy w ogóle problemu by widzieć na ekranie (i zdjęciach) to co lekarz 😉 A po tych usg zauważyłam zmianę w jego zachowaniu – w końcu my kobiety widzimy jak zmienia się nasze ciało, potem czujemy kopniaki, a mężczyzni są jakby tego pozbawieni, więc muszą miec pewne namacalne dowody, że faktycznie tam w srodku jest dzidziuś – i w 1. etapie usg sprawdza się tu znakomicie, potem ruchy brzucha również robią swoje 🙂
    Podsumowując mój komentarz, myślę, że mam zdrowe podejście do ciąży, bo nie zdrabniam wszystkiego co z nią związane, mam opory w mówieniu do brzucha, nie przejmuje się każdą duperelą – np. jak przez cały dzień nie poczułam ruchów dziecka, to np zasuwałam przed świętami, to nie szukam pocieszenia ani w internecie ani u lekarza czy innych doświadczonych osób etc, bo umiem to sobie racjonalnie wytłumaczyć.

  • Pati

    W końcu znalazłam kogoś, kto o ciąży myśli w podobny sposób 🙂 Jestem przyszłą studentką kierunku biologicznego i od kiedy pamiętam wolałam wszystko nazywać po imieniu. Penis to penis, nie ptaszek, zarodek, bo tym jest człowiek do 3msc ciąży to zarodek – a nie fasolka, a następnie płód 🙂

  • http://muffincase.in/ Muffin Case

    Ja za to jestem sentymentalna i sprawia mi to ogromną przyjemność. Wraz z całym internetowym uzewnętrznianiem się i hashtagami #brzuchatka #rodzew2016 #ktorystamtydzien 🙂
    W pierwszej ciąży byłam bardziej powściągliwa i odkryłam, że czegoś mi brakuje. W tej czerpię pociechę z kontaktu z innymi ciężarnymi, choćby nawet przez Insta – zwłaszcza, że jestem uziemiona i to mnie dobija straszliwie.

  • Zofia Bogusławska

    Zaraz sobie przypominam jak czułam się w połowie pierwszej ciąży, kiedy w końcu kupiłam jakieś mikro-ciuszki z nadzieją że w końcu ogarnie mnie chmura matczynej czułości, fala miłości i inne takie. Nic takiego się nie stało i naprawdę długo czułam że coś ze mną nie tak. Dopiero jakiś czas po porodzie stwierdziłam ze na 99% wszystkie te artykuły, poradniki i inne takie to o kant d*&^ za przeproszeniem i zwyczajnie zaczęłam twierdzić że jak ktoś wcześniej nie identyfikował się z pianką marshmalow to i ciężko wymagać żeby nagle się takową stał. I wtedy zaczęłam w końcu czuć się matką-matką na 100% 😉

    Dużo się pisze o tym, że nie jesteś ZŁA jeśli nie poświęcasz każdej sekundy dziecku, nie powinnaś czuć się ZŁA kiedy zostawiasz małego w żłobku, że takie myślenie jest złe. Ale rzadko czytam/słyszę o tym że brak uczuć rodem z waty cukrowej jest całkowicie normalny i że naprawdę sporo kobiet tego po prostu nie ma. Dlatego cieszę się bardzo, że to poruszyłaś 😉

  • http://joannaszymanska.pl/ Joanna Szymańska

    Ja w pierwszej ciąży wciąż myślałam „to dziecko”. Choć dostałam „świra hormonalnego”, co oznacza, że słuchałam Mozarta w imię rozwoju inteligencji dziecka i 2 tygodnie wybierałam na allegro najlepszą z możliwych szczotek do włosów z naturalnym miękkim włosiem i ogólnie byłam wzorową ciężarną, to wciąż było „to dziecko”. Nawet miałam poczucie winy, że nie jakoś nie cieszyłam się z ciąży, bo przyszła ona dość wcześnie i niespodziewanie. Dziś wiem, że to wynikało z tego, że tak naprawdę nie wiedziałam na co czekam i na kogo. Wystarczyło pierwsze spojrzenie na noworodka, by „to dziecko” stało się najcudowniejszym i najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Sama nie mogłam uwierzyć, że urodziłam taki cud! 🙂

  • Agata Ceglarek

    wreszcie ktos normalny. Zawsze wkurzały mnie słodkie idiotki świerkające nad brzuchami i niemowlakami – i to najbardziej te, które gówno wiedzą o dzieciach bo czekają na pierwsze. fajnei wiedziec ze sa tez normalni „nierozczulający się chłodni i opanowani”.

  • http://panipoczytalna.pl/ Marta / Pani Poczytalna

    Gratuluje ciąży 🙂 Ja mam dużo czułości dla moich dzieci, ale w ciążach miałam podobnie. Na USG sama, nie rozplywalam się nad obrazem, na którym trudno mi coś zobaczyć. Żadnych fasolek, żadnych aniołków. Po prostu przymierzalam się do imion i w pewnym dość już zaawansowanym momencie myślałam o dziecku, używając tego imienia. Żadnego rośniemy, blabla, co najwyżej ja w dwupaku. Sam konkret. A taka że mnie bliskosciowa mama, heh. Pozdrawiam, dużo spokoju życzę

  • Karmi

    Ja czułam się w ciąży jak niedorozwinięty intelektualnie inkubator, głownie dlatego, że wszyscy zaczęli mnie tak traktować. Nagle w pracy z dobrego specjalisty stałam się ‚niewidzialną’ ciężarną której już nikt nie pytał o opinię. Przez to całe traktowanie jakbym przestała być sobą przez wiele miesięcy ciąży byłam nieszczęśliwa. Na szczęście dzieciak, który 3 tyg. temu się urodził sprawił że zapomniałam o „piiiiiii” stanie błogosławionym. I już wiem, że nawet najbardziej beznadziejne stany czemuś służą.

  • Pingback: Apel: nie dotykajcie brzuchów kobiet w ciąży, nawet jak Was kuszą! :) | Nishka()

  • Koniczyna

    Ja też mam słabość do określeń konkretnych i „medycznych”. W ciąży wręcz skakałam ze szczęścia bo długo o nią walczyliśmy ale określenia z warzywniaka + dzidzia + bobo powodowały u mnie konsternację. Na wizyty do ginekologa chodziłam sama, czułam sie swietnie i nie widziałam potrzeby aby mąż brał wolne z tego powodu. Wczesne usg nie wywoływały u mnie jakichś skrajnych wzruszeń ale były szalenie ciekawe…bo od zawsze miałam zakręt na biologię i fascynuje mnie nawet budowa pantofelka a co dopiero dziecko i to moje. Chciałam rozumieć wszystko co jest na obrazie i to było w tym o wiele więcej czystej ciekawości niż wzruszenia. Ale na to pierwsze USG prenatalne na lepszym sprzęcie zabrałam męża. Chciałam, żeby je zobaczył, poczuł więź z Istotką jak nazywaliśmy dziecko. Okazało się, że dobrze ze był ze mną bo to była jedna z najgorszych chwil w życiu. Dobrze, ze nie byłam sama.

    Miną rok i czytam inne teksty związane z ciążą, nieco smutniejsze. I znowu to samo, podział na (prawie)matki sentymentmentalne i rzeczowe. Co ńie znaczy, że te rzeczowe czują mniej. Ale tak jak kiedyś słowo „fasolka” doprowadzało mnie do bladej gorączki tak teraz robi to słowo „aniołek”. Albo jeszcze lepiej – „aniołkowa mamusia”, Siedzę cicho i nie komentuję żeby nie sprawić przykrości tym dziewczynom, każdym przezywa to na swój sposób.ale ile razy czytam o aniołkach, np. czuwających nad ich „ziemskimi dżiećmi” mam szczękościśk.

  • Jula

    A dla mnie to trochę przykre co piszesz – jesteś dojrzałą kobietą, masz dzieci i nie potrafisz wykrzesać z siebie czułości w stosunku do własnego dziecka. Może nie można go przytulić, ale możesz pogłaskać sobie brzuch, pogadać z nim, to nie żaden kosmita jak go nazywasz to DZIECKO! Ono już wygląda, ono już jest… Dla mnie ten artykuł jest trochę… pod publiczkę, tak jakbyś na siłę starała się pokazać jaka jesteś inna niż te wszystkie internetowe „mamusie”. W sumie teraz jest moda na egocentryzm, zwłaszcza w blogosferze. Co blogerka to i lepiej „oświecona” i „zdystansowana”. A jak poronisz czy dziecku coś się stanie (czego absolutnie nie życzę!) to wzruszysz ramionami i powiesz – „no trudno i tak nic jeszcze tam nie było”… Daj spokój, nie bądź na siłę zblazowana i „modna”! Pozdrawiam.
    PS. Od razu pozdrawiam też wszelkie Twoje przyjaciółki i obrończynie, które pewnie będą Cię zaciekle bronic..

  • http://www.haniola.com/ Lidia – Haniola

    Zgadzam się. Nie nazywałam Fasolką itp., ale owszem, czasami do córki mówiłam. Ja traktowałam ją jako dziecko, ale wiedziałam, że jest we mnie. Przy pierwszej córce bardziej się na ciąży skupiałam. Przy drugiej – po prostu ciąża. Świetnie, że jest, ale to ciąża. Jak się urodzi, to wtedy zmieni się świat.
    A poród – to po prostu czynność fizjologiczna. Ból, wszystkie odchody, nic magicznego. Tylko to uczucie potem, że jest moje dziecko i jestem mamą.

  • Marysia

    Hehe, ja jak urodziłam wysłałam smsa do rodziny „urodziło się żywe. Sztuk: Jeden.” 🙂

  • http://www.mamapasjioddana.pl Mamapasjioddana.pl blog

    Zupełnie inaczej przechodziłam drugą ciążę, przy bliźniakach wszystko było nowe pełne tajemnicy i nie ukrywam lęku, przy trzeciej córeczce już nie miałam czasu na bycie ciężarną matroną, praca, dzieci 6-letnie i większa dojrzałość. Ckliwa to już nie jestem bo nie ma już na to czasu.

  • Kaede8903

    Nishka, jesteś moim zbawieniem! Mam tak samo jak Ty… Mimo, że na tą ciążę czekałam długo (ponad 4 lata, a tak naprawdę to odkąd dowiedziałam się skąd się biorą dzieci miałam silną potrzebę zostania matką..) i myślałam, że kiedy to w końcu nastąpi to oszaleję z radości, wszystkim będę się chwalić, że oto zostanę matką, przemawiać do brzucha (być może na to jeszcze za wcześnie, bo to „dopiero” 9 tc.), roztkliwiać się nad zdjęciami USG i płakać kiedy usłyszę bicie maleńkiego serduszka… Nic takiego nie nastąpiło…Mimo, że bardzo, bardzo chciałam dziecka i kocham je już teraz nad życie to nie potrafię uronić łzy przy lekarzu. Już mi nawet zarzucił, że się nie cieszę, a ja się cieszę, naprawdę tylko, że..tak bardziej w środku. Chociaż moją pierwszą reakcją było niedowierzanie (tak długo się staraliśmy z moim nie-mężem, że już straciliśmy wszelkie nadzieje),a potem strach, że to jednak już?Czy jesteśmy aby na pewno gotowi (chociaż stare konie już jesteśmy: ja 27, on- 32 ;))? Dopiero po jakimś czasie przyszła radość,ale znów nie taka, że chciałabym wejść na najwyższy szczyt i krzyczeć, że jestem szczęśliwa, tylko takie nieśmiałe ziarno szczęśliwości (jeśli rozumiecie co mam na myśli :)) Tak jak Nishka pisze dbam o siebie, spaceruję, porzuciłam wszelkie używki. Kupuję już ubranka, choć wiem, że to jeszcze za wcześnie 😉 Ale przy innych ludziach nie potrafię okazać emocji… Myślałam,że ze mną jest coś nie tak, że jestem jakaś wybrakowana, zła… Że jednak popełniliśmy błąd i będę złą matką… Ciesze się, że trafiłam na Twój blog Nishko i ciesze się, że jest tutaj tyle sympatycznych ludzi, którzy mają choć troszeczkę zbliżone problemy do moich. Dzięki temu już nie czuję się tak samotna 😉

  • http://popolskunaislandii.blogspot.com/ Polka na Islandii

    Nie jestem ckliwa, ale myślę, że robię się przez moje doświadczenia coraz bardziej. Po drugim już poronieniu mam ochotę walnąć w łeb każdą kobietę, która nie rozczula się nad własnym dzieckiem. Oczywiście wiem, że to głupie. Sama się nie rozczulałam nad synem jak był malutki, ani teraz i nie rozczulam nad każdym bobasem, ale przez ból jaki teraz mnie dotknął i to po raz kolejny, obudziło się we mnie wiele uczuć których nie rozumiem i ich nie chcę, ale są silniejsze ode mnie. Pojawiła się swego rodzaju zazdrość i kłucie w sercu gdy słyszę o kolejnej ciężarnej koleżance. Złość na matki, które nie chcą karmić dzieci piersią bo im cycki będą wisieć i inne narzekające na nieprzespane noce młode siksy, które przebalowały niejedną noc. Czego ja bym nie oddała……

  • Pingback: Stan umysłu kobiety ciężarnej, czyli jak pastwię się nad mężem :) | Nishka()

  • Pingback: Teoria multiplikacji. Co z tą miłością gdy pojawia się drugie dziecko? - MAMORKI.com()

  • http://www.widzimisia.pl WidziMisia

    Rewelacyjny wpis! Ja chyba jestem jakąś hybrydą… Z jednej strony byłam w ciąży strasznie rozanielona i wzdychająca, ale z drugiej nie ciągnęłam partnera na siłę na seans USG, spróbowałam raz, wystarczyło, nie szalałam z zakupami i nie kazałam za siebie wszystkiego robić. 😉 Co do nazewnictwa, nie było fasoli, ale od początku dziecko, nawet jak było tylko plamą (to chyba jeszcze gorzej?!). 🙂

  • Pingback: Jestem w nim totalnie zakochana! Nie w mężu, w synku :) | Nishka()