Mąż pomaga w domu? Jaki wspaniały bohater!

fot. Miles Aldridge

W moim domu panuje partnerski podział obowiązków. Ja gotuję, a mąż je posiłki. Ja piorę ubrania, za to on wrzuca je do kosza na brudną bieliznę. 

Staramy się, by wszystko przebiegało sprawiedliwie: skoro to ja nakładam domownikom obiad na talerze, ja też je potem myję. Skoro to ja produkuję największą ilość śmieci, ja też zajmuję się ich segregacją i sortowaniem. Skoro to zwykle mąż prowadzi auto, ja je myję. Skoro on wybiera ze sklepowej półki produkty, gruntownie analizując ich skład i cenę, ja za nie przy kasie płacę.

Skoro mąż codziennie dba o mój rozwój intelektualny, na bieżąco dzieląc się ze mną wyśledzonymi informacjami politycznymi, gospodarczymi oraz dostarcza mi rozrywki czytając na głos śmieszne memy, ja dbam o sprawy bieżące typu czysta podłoga i okna.

Ha ha ha, hi hi hi, tak sobie pożartowałam. A tak naprawdę, w pewnym sensie właśnie taki układ funkcjonował w naszym w domu przez kilka lat! Ten jest oczywiście nieco przerysowany, ale tylko nieco. 

Otóż przez pierwszą połowę naszego małżeństwa, a jesteśmy nim już ponad 15 lat (?!), przejęłam na siebie, głupia, większość obowiązków domowych.

Gotowałam, sprzątałam, opiekowałam się dziećmi, kąpałam je, przygotowywałam im ubrania, prałam, prasowałam. Mąż miał jedno zadanie: odkurzał i pomagał mi w sprzątaniu w łazience. I tu pies pogrzebany. Odbierałam to jako POMOC. Sama tak sobie określiłam rzeczywistość: traktowałam obowiązki jako MOJE, w których on mnie wyręczał. 

Pamiętam ten stan, mojego marudzenia: że wszystko na mojej głowie. Słowem: byłam Kobietą Udręczoną(Rozmaite gry małżeńskie opisywałam w TYM CYKLU – zapraszam!).

kobieta udręczona

fot. Bartek Goldyn

Ale po pierwsze:

  1. Nie dopuszczałam go do tych czynności.
  2. Sądziłam, że „zrobię to lepiej”.
  3. Nie mówiłam wprost, czego oczekuję. Zamiast powiedzieć: „Przejmij ode mnie na stałe temat prania”, wciąż tkwiłam w roli Praczki Cierpiętnicy.
  4. Chcąc uzyskać wparcie, wydawałam mężowi polecenia i rozkazy: „Posprzątałbyś!! Zrobiłbyś coś wreszcie!”, co na nikogo raczej nie oddziałuje pozytywnie.

Dlaczego tak postępowałam? Odwzorowywałam znany mi podział obowiązków: czyli gros z nich spoczywające na kobiecie. Dlaczego on nie protestował? Bo odwzorowywał znany mu podział obowiązków. I w jego i w moim domu panował tzw. „tradycyjny podział obowiązków”, czyli większość z nich spoczywała na kobiecie.

Podejrzewam, że większość z Was, czyli dzieci rodziców urodzonych około lat 50. dorastało właśnie w takiej wizji świata, Krzątającej Się Pani Pani Domu i Obserwującego To Pana Domu.

Często jest tak, że mężczyźni nie angażują się w prace domowe nie z powodu braku chęci, lecz braku nawyku i przygotowania. Bo tatusiowe nie świecili przykładem, a mamusie ich we wszystkim wyręczały. Bo nawet jeżeli rodzice angażowali swoje dzieci w obowiązki domowe, to większa część spadała na córki. Synkowie mieli łatwej.

Ja np. absolutnie planuję włączać syna we wszystkie sprawy, chcę, żeby uczył się sprzątać, gotować i żeby nic, co związane z domem nie było mu obce! 🙂

W pewnym momencie przejrzałam na oczy i rozpoczęłam gruntowną pracę nad zmianą naszych nawyków. Mąż również na szczęście okazał się światłym człowiekiem i zrozumiał, że sytuacja, w której utknęliśmy jest niesprawiedliwa. Oczywiście to wszystko nie zadziało się w kilka dni, to był dość długi proces, w którym oboje musieliśmy przełamać schematy, którymi nasiąkliśmy w dzieciństwie, wyjść z ról, w których tkwiliśmy od lat: ja, Matki Żony Polki Cierpiętnicy, on Ojca Męża Wygodnego.

Mam nadzieję, że pokolenie naszych dzieci i wnuków, słowem „tradycyjny” określi równy podział obowiązków. Że będą mówić:

– U nas panuje tradycyjny podział obowiązków. Zgodnie z naszą tradycją na mamie i tacie spoczywa równa ilość obowiązków.

I że tzw. partnerski podział obowiązków będzie wyglądał niekoniecznie tak, jak we wstępie mojego tekstu. 🙂

Jeszcze jedno. Wiecie, jaki mam sposób na to, żeby było naprawdę sprawiedliwie? Sprawdzenie, kto ma więcej wolnego czasu. Bo u nas nie każdy dzień wygląda tak samo. Jeżeli mój mąż pracował dziś 8 godzin, potem wrócił do domu i musiał zrobić jeszcze kosztorys, co zajęło mu 3 godziny i to jego kolejne popołudnie, które tak wygląda, a ja tymczasem miałam lekki dzień i od trzech godzin czytam książkę, to wydaje mi się słabym sugerowanie, żeby poodkurzał i zrobił obiad. Czasem z kolei bywa odwrotnie: ja mam ciężkie dni a mąż lżejsze i wtedy to na nim spoczywa dbałość o domowe sprawy.

*

Pamiętam że kiedyś, już po naszej „obowiązkowej domowej rewolucji”, odwiedziła nas znajoma. Po wizycie zatelefonowała do mnie podekscytowana:

– Jaki ten twój mąż jest wspaniały!
– Dlaczego?  – spytałam, chcąc wybić jej to z głowy. 😉
– Taki zaangażowany! Sprzątał ze stołu, wkładał naczynia ze zmywarki, proponował herbatę i kawę.
– Dlaczego mnie nigdy nie pochwaliłaś, gdy to robiłam?! – udzieliłam jej reprymendy.
– Masz rację, Nishka, masz rację. Dziś czeka mnie z mężem i samą sobą poważna rozmowa!

Komentarze:

  • Z męża nic nie będzie to może jeszcze syna uratujesz;) Jakiś czas temu sam o tym napisałem, ale nie wiem jak reagujesz na kryptoreklamę w komentarzach więc link pozostanie tajemnicą (tytuł za to czarodziejski, bo „Co na obiad?” Czyli jak teściowa pościele tak synowa się wyśpi). I uważam, że za ten stan rzeczy są obecnie odpowiedzialne matki swoich synów. To one czynią z naszego męskiego rodu pokraki życiowe, a tym samym doprowadzają do służalczości kolejne pokolenie kobiet. Coraz więcej, drogie panie, z Was się wyłamuje, ale i tak stanowicie mniejszość.
    I nie wińcie mężczyzn za ten stan rzeczy. Jeżeli same ich przyzwyczajacie do takich sytuacji to nie wypada mieć później pretensji:) Facet odpowiednio wychowany nie pozwoli Wam robić za służącą.
    A jeżeli którakolwiek z pań chce zmienić podejście męża to niech tylko nie robi tego w stylu Magdy Gessler i jej kuchennych rewolucji, bo ten może zrobić abordaż do kuchni swojej mamy;) Tu trzeba trochę socjotechniki i chwilę czasu:)
    Pozdrawiam:)

  • Adam Słomka

    tak z ciekawości – ile mąż musi zarabiać więcej od żony żeby temat pomocy w domu był niebyły?

    • W mojej ocenie – nie ma takiej kwoty :D. Chyba że wystarcza na pokrycie osób, które zrobią to za Was :).

      • Adam Słomka

        No to jest czy nie jest? bo z drugiej części Twojej wypowiedzi wnioskuję że te natchnione teksty o partnerstwie to jedna wielka ściema 🙂 pierwszej nawet nie będę komentował…
        Dla wyjaśnienia chodzi mi o przypadek tradycyjny, gdzie budżet domowy jest całkowicie wspólny, a nie że ustalamy sobie kwotę wspólną, a co z tego zostanie to wydajemy na siebie.

        • Wysokość zarobków nie ma najmniejszego znaczenia jeżleli chodzi o podział obowiązków. Kluczowe jest, jaką ilością wolnego czasu dysponują małżonkowie.

          • Adam Słomka

            A ponieważ czas to pieniądz, wysokość zarobków ma jak najbardziej znaczenie

          • Iza

            Dla Ciebie ma to znaczenie. Dla Nishki, dla mnie i wielu innych nie ma.

          • Adam Słomka

            przypominam że rozważamy sytuację znacznej różnicy w zarobkach. Związek partnerski przy podobnych zarobkach jest dużo łatwiejszy do wybronienia i co ważniejsze jest wg mnie zupełnie słuszną koncepcją.

          • Iza

            Dziękuję za przypomnienie. Nadal: dla Ciebie roznica w zarobkach ma znaczenie, dla mnie nie. Związek ma byc przede wszystkim szczęśliwy dla obojga.

          • Iza

            Ps. Jeszcze tak dodam, ze ja twoje podejście rozumiem w ten sposob:
            Mąż pracuje 8-16 zarabia 10 tys wraca z pracy i leży
            Żona pracuje 8-16 zarabia 2,5 tys – ogarnia cała chałupę bo musi nadrobić 7,5 tys różnicy 😀 (najdroższa sprzątaczka swiata)

            Dla mnie to nie jest partnerstwo. Natomiast jezeli moaz na te 10 tys pracowałby po 12h na dobę to myśle, ze żona mogłaby robic ciut wiecej. Natomiast wyznacznikiem jest tu czas, jak pisała nishka, a nie kasa.

          • Adam Słomka

            czy byłabyś skłonna przyznać że przy takiej różnicy zarobków, praca zarobkowa żony (lub męża jeśli odwrócić sytuację) jest bezsensowna, dodając do tego fakt że przy takich zarobkach wpadają w drugi próg podatkowy i pod koniec roku będą mieć do dopłaty trochę podatków?

          • Ja też mogę odpowiedzieć 😉
            Nie, ponieważ: 1. Zysk z pracy zarobkowej to najczęściej nie tylko pieniądze. 2. W razie, gdyby ten ‚mezalians’ się jednak rozpadł, np. z braku, jak pisałeś, rownowagi, to lepiej wylądować z ‚[wstaw rodzaj pracownika]’ w życiorysie niż jako ex domowy mąż/żona 🙂

          • Iza

            Nie byłabym. Ponieważ praca zawodowa zapewnia żonie lub mężowi poczucie bezpieczeństwa i ucina nić całkowitej zależności od drugiej osoby. Da niektórych to ważne. Po za tym przy takich zarobkach czy żona pracuje, czy nie mąż jest w drugim progu. A wspolne rozliczenie jest przywilejem a nie obowiązkiem, wiec zona moze sie rozliczyc sama pozostajac w pierwszym progu i nieczego nie dopłacajac.

          • Pionierka

            To inaczej.
            Osoba 1 (celowo pomijam płeć, bez znaczenia) dysponuje znaczącym majątkiem (zasoby rodzinne, spadek, nieruchomości), nie pracuje, bo nie musi.
            Osoba 2. Pracuje, rozwija się zawodowo, zarabia przyzwoicie, ale nie tyle, co Osoba 1. generuje ze swojego majątku.

            W tej sytuacji Osoba 2. powinna jeszcze dodatkowo wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za obowiązki domowe?

        • Jeśli wypłata którejkolwiek ze stron pozwala na wynajęcie kogoś, kto porządki zrobi za Was, to to jest w mojej ocenie ta kwota graniczna. Jak wysoka zależy od poziomu życia ;).
          Przyznaję, że trochę nie rozumiem problemu. Dlaczego z drugiej części wynika, że teksty o partnerstwie to ściema?

          • Adam Słomka

            ponieważ zakłada że przy wysokich zarobkach jednej ze stron druga może najwyraźniej leżeć i ładnie pachnieć bo służba się wszystkim zajmie. A to moim zdaniem nie jest partnerstwo.

          • Partnerstwo jest wtedy, gdy na dane rozwiązanie zgadzają się obie strony i którym żadna ze stron nie będzie sfrustrowana. A jak się podzielą obowiązkami, to już nie mnie rozsądzać. Jak dla mnie to kobieta może chodzić do pracy i zarabiać miliony, a mąż gotować. Może też mąż pachnieć, gdy kobieta te miliony zarabia. Partnerstwo jest wtedy, gdy oboje dane rozwiązanie przegadali, zgodzili się na nie i obojgu pasuje.

          • Adam Słomka

            piękna definicja ale nie występuje w naturze. Przynajmniej nie w tych ekstremalnych przykładach o które mi chodzi. A może nawet w żadnej bo nawet w najbardziej zgranych związkach frustracje będą występować.

          • U mnie zachodziła :).
            Nie chodziło w mojej wypowiedzi o frustracje w ogóle, a o frustrację spowodowaną podziałem obowiązków. Nie ma rzeczy idealnych i nawet Twoja wymarzona praca Cię może wkurzać czasami. Co nie oznacza, że jest zła i jej nie lubisz. Odróżnijmy regułę od wyjątku…

    • A z mojej ciekawości – jeżeli żona zarabia dużo więcej od męża to ma prawo poprosić go aby tylko on był „gospodarzem domu”? Prał, gotował i mył okna?

      • Adam Słomka

        ma dokładnie takie samo prawo jak w sytuacji odwrotnej 🙂 w zasadzie to prosić ma każdy prawo niezależnie od sytuacji, ale rozumiem że chodziło Ci o słowo „wymagać”

        • Pionierka

          Ej, to jest niezłe. Od dzisiaj palcem w domu nie ruszę, będę wymagać pełnej obsługi. Bo tak na logikę: mój partner zarabia nieco więcej ode mnie, ale ma dwójkę dzieci, więc jego zarobki dzielimy na trzy a moje w całości przypadają na mnie. A przy takim liczeniu to już ja zarabiam więcej. Fajnie, koniec z samodzielnym szykowaniem kanapek do pracy 🙂

          • Adam Słomka

            na samym początku dyskusji zaznaczyłem że dzieci wyrzucamy z równania bo tego „kosztu” nie da się wycenić. Jeśli masz wątpliwości co do swojej sytuacji to ja Ci w niej nie pomogę bo jest dużo bardziej skomplikowana od tego co jestem skłonny rozważać 🙂

          • Pionierka

            Ale jak jedna strona ma dzieci, a druga nie to dlaczego strona bezdzietna miałaby ponosić jakieś koszty?
            Osoba 1 ma 2 dzieci = dzielimy dochody na 3 i mamy kwotę X.
            Osoba dwa nie ma dzieci = wszystkie jej dochody to kwota X.
            Porównywanie samych zarobków byłoby niesprawiedliwe.
            I wbrew temu co piszesz „koszt” dzieci jak najbardziej można wycenić. Poza emocjami i sferą niematerialną jest bardzo dużo jak najbardziej materialnych i policzalnych wydatków.

          • Adam Słomka

            moim zdaniem nieprzespanych nocy nie da się policzyć i tyle 🙂 poza tym zakładam że skoro pakujesz się w związek z dziećmi które już są, to z domysłu akceptujesz je jako swoje. Jeśli tak nie jest to bardzo mi ich żal.

          • Pionierka

            Równie dobrze można powiedzieć: skoro pakujesz się w związek z nauczycielką to akceptujesz niskie zarobki, czyż nie? 😉 Albo idziemy w logikę uczuć albo idziemy w logikę ekonomiczną.

          • Adam Słomka

            nie zgodzę się. Pracę można zmienić/przerwać. Dzieci nie.

          • Pionierka

            Jak wchodzisz w związek to chyba z konkretną osobą, jaką poznałeś, a nie z kimś, kim mogłaby być? Albo to akceptujesz albo nie. Oczekiwanie zamiany pracy jest bez sensu, szczególnie jeśli wiesz, że ktoś ma pracę, która jest ważną częścią jego życia. Wiele partnerek żołnierzy się na tym wykłada.

          • Adam Słomka

            widzę tu nieme założenie że do końca życia pozostajemy tacy sami i nic się nie zmienia, więc pomiędzy partnerami również nic nie trzeba zmieniać. To założenie wydaje mi się z reguły fałszywe. Żołnierze to zupełnie oddzielny przypadek od omawianego. No chyba że mówimy o sytuacji gdzie właścicielka kilku restauracji wiąże się z żołnierzem 😉 Ale to nadal wydaje mi się przypadek szczególny. Większość ludzi nie ma zamiłowania do pracy którą wykonuje i czyni to głównie z ekonomicznych pobudek. A ci którzy nawet twierdzą że lubią swoją pracę, najczęściej jako powód podają że ze względu na ludzi więc praca nabiera charakteru wyjścia towarzyskiego

          • Pionierka

            Czym innym jest zaakceptowanie tego, że ludzie się zmieniają i jest to naturalny proces, a czym innym wymaganie od drugiej strony zmieniania się, „bo ja tak chce”. To jest zwyczajnie nieuczciwe. Żołnierze to nie jest osobny przypadek – to specyficzna praca, bardzo wymagająca. Sporo kobiet wiąże się z żołnierzami, a potem się zaczyna: a czemu cię tyle w domu nie ma, a dlaczego wyjeżdżasz, a dlaczego nie zarabiasz więcej, a zmień pracę. To bez sensu.
            Owszem, jak komuś bez różnicy, co robi to nic nie stoi na przeszkodzie, by zmienić pracę, ale jakoś dziwne mi się wydaje wywieranie w tej kwestii nacisku na partnera. Ja bym czegoś takiego nie robiła.
            Jednak są też ludzie, którzy poza pobudkami ekonomicznymi pracują z innych powodów i ta praca jest dla nich ważna. Trudno o udany związek, jeśli druga strona tego nie szanuje

          • Adam Słomka

            Ale ja cały czas staram się pokazać że w rzeczywistości mamy trzy przypadki. Albo się zmieniamy, na własne życzenie lub nie. Albo zostajemy w tyle i staramy się być jak najbardziej pożyteczni tym którzy chcą iść do przodu, dzięki czemu sami też odnosimy korzyści, albo żyjemy de facto na ich koszt i moim zdaniem to właśnie jest nieuczciwe.
            Żołnierz to jest klasyczny Red Herring dla celów tej dyskusji. Odsyłam do oryginalnego pytania i definicji w wikipedii 🙂

          • Pionierka

            Zamiast żołnierza wstaw sobie dowolną inną służbę, wstaw sobie też nauczycieli czy pomocniczy personel medyczny. To wszystko są bardzo ważne profesje, ale z określonym pułapem zarobków. I niekoniecznie ci ludzie chcą rzucać swoją pracę, bo jak nie zarobią 20 tysi miesięcznie to ich praca nie ma sensu.
            Nie uważam, że albo się zmieniam albo żyję na czyjś koszt. Żyję z kimś, kto akceptuje mnie i moją pracę, a ja akceptuję jego i jego pracę.

          • Adam Słomka

            ważność profesji czy niechęć rzucenia nie mają nic do rzeczy w tej dyskusji.
            Może nie uważasz ale obiektywnie to nic nie zmienia. I niepotrzebnie odnosisz to do siebie, chyba że znajdujesz się w takiej sytuacji.

          • Pionierka

            Mają wiele. Ty widzisz jedną opcję: jak człowiek ma pracę, w której zarabia połowę tego co partner/partnerka to powinien ją zmienić na lepiej płatną albo z niej zrezygnować, żeby zająć się pracami domowymi, by lepiej zarabiająca strona mogła zarabiać jeszcze lepiej. Dla mnie to absurd.

          • Adam Słomka

            tak, wg mnie jest to uczciwe podejście przy założeniu wspólnego budżetu i tego że oboje mają do siebie równy szacunek i równie mocno się kochają (o ile takie założenie można w ogóle spełnić).

          • Pionierka

            A moim zdaniem zmiana pracy to jest do poważnego rozważenia, jak się nie spina wspólny budżet, a nie dla zasady, bo druga strona zarabia więcej. Po cholerę? Pozbawiać człowieka ważnego dla niego zajęcia, doświadczenia zawodowego i własnych pieniędzy tylko po to, żeby dołożyć jeszcze trochę kasy na kupkę? Ja kocham i szanuję mojego partnera, a to oznacza również szacunek dla jego pracy i zrozumienie, że stanowi ważną część jego życia. I oczekuję tego samego.

          • Adam Słomka

            Czy uważasz że Twój partner kocha Cię tak samo niejako wymuszając na Tobie wykonywanie prac domowych kiedy mogłabyś zrobić coś bardziej produktywnego?

          • Pionierka

            Tak. Oboje na sobie wymuszamy, bo jakoś tak się składa, że jak oboje pogrążamy się w naszych kreatywnych i produktywnych zajęciach to nam krasnoludki nie chcą sprzątać. Najbardziej nieszczęśliwe są dzieci, bo one są ZAWSZE przekonane, że czas jaki spędzają na tak obrzydliwych czynnościach jak opróżnianie zmywarki czy sprzątanie ze stołu można by wykorzystać tysiąc razy lepiej.

          • Adam Słomka

            U Ciebie w ogóle jest bardziej skomplikowana sytuacja i nie mam ochoty bawić się w sędziego ale mimo wszystko uważam że jeśli czas jednej osoby jest bardziej wartościowy to ciężko mi uwierzyć w równość uczuć (o ile coś takiego istnieje) jeśli druga wymusza na tej pierwszej marnowanie go. I nie twierdzę że to u Ciebie w jakikolwiek sposób zachodzi bo z dziećmi w grze to rozumowanie traci sens.

          • Pionierka

            Dla nas najbardziej wartościowy jest czas, jaki możemy spędzić razem. Zgodnie z Twoją zasadą maksymalizacji zysków dążymy więc do tego, by było go jak najwięcej. Na drugim miejscu jest osobista satysfakcja z życia każdego z nas, której elementem jest również realizowanie się w pracy. Dopiero na trzecim miejscu są kwestie finansowe, przy czym priorytetem jest „wystarczająco dużo” a nie „coraz więcej”. Konkretna sytuacja (dużo bardziej skomplikowana niż to co opisałam, bo jest więcej czynników) jest mniej istotna od podejścia do życia. Po prostu Ty masz kompletnie inne potrzeby, cele i poglądy niż ja. Nie znaczy, że gorsze od moich, bo jestem przekonana, że możesz być bardzo szczęśliwy żyjąc według swoich zasad. Ale ja nie byłabym szczęśliwa, gdybym miała tak żyć.

          • Adam Słomka

            Po raz już ostatni wytknę Ci błąd logiczny – gdyby czas wspólnie spędzony był priorytetem to najwięcej go będziecie mieć kiedy jedna osoba ogarnie dom w czasie gdy druga zarabia pieniądze. Inaczej czas wspólny jest co najwyżej ex aequo z realizacją w pracy 🙂

          • Pionierka

            Nie jest to błąd logiczny. Przykładowo: od 8 do 14 oboje zajmujemy się kwestiami zawodowymi. Później przez godzinę wspólnie ogarniamy dom. To też jakaś forma spędzania razem czasu, bo w tym czasie gadamy. A nawet jak jesteśmy w różnych pomieszczeniach to od 15 mamy czas dla siebie.
            Dla odmiany: ja pracuję 8-14, on w tym czasie ogarnia dom (6 godzin? Serio? To chyba z malowaniem ścian). O 14 nie kończę pracy tylko pracuję dalej, żeby nadrobić to, że on nie pracuje. Powiedzmy, że to dodatkowe 3 godziny. W efekcie czas dla siebie mamy od 17. Czyli mamy dla siebie dwie godziny mniej, w dodatku on jest wypoczęty a ja wykończona pracą. To bardzo dziękuję za taki układ.

          • Adam Słomka

            Szczerze mówiąc to nie brałem pod uwagę scenariusza gdzie musisz odrabiać to że druga strona nie pracuje, tylko gdzie tak czy siak jedna osoba pracuje 8 godzin. Jeśli musisz odrabiać brak pracy drugiej osoby to chyba nie zachodzi warunek że zarabiasz wystarczająco dużo.

          • Pionierka

            Jak zrozumiałam chodziło Ci o to, żeby jedna strona specjalizowała się w zajmowaniu domem a druga w pracy zawodowej, gdzie ma się żyłować, żeby standard życia był taki sam lub wyższy. Poza tym za taką sytuację uznałeś każdą, w której jedna osoba zarabia dwa razy więcej od drugiej – cały czas pisałeś o proporcjach a nie o konkretnych kwotach. Załóżmy, że ja zarabiam 8 a partner 4 tysiące. Jak on zrezygnuje z pracy to mamy 8 tysięcy, więc żeby nie pogarszać standardu życia ja muszę te brakujące cztery wygenerować, to logiczne. Nie jestem w stanie pracować dokładnie tyle samo i zarabiać o połowę więcej.

          • Adam Słomka

            Ale w sytuacji gdzie zarabiacie razem 12 tys, wracacie do domu i jeszcze czeka Was jakaś praca, natomiast przy tylko 8 przychodzisz do domu i już wszystko jest zrobione. A dzięki temu że od razu po powrocie masz labę, jesteś bardziej efektywna w ciągu tych 8 godzin w pracy co na dłuższą metę przełoży się na zwiększenie dochodów. Dodatkowo dochodzi jeszcze kwestia podatków gdzie pod koniec roku dostaniecie prezent w postaci zwrotu.

          • Pionierka

            Nie dostaniemy żadnego zwrotu podatku bo nie jesteśmy małżeństwem 🙂 Poza tym nie w każdej pracy to tak działa: nie sprzątasz = rośnie efektywność = rosną zarobki i to o połowę. Zresztą nawet gdyby tak było nie byłoby to warte z jednej strony poczucia, że jak coś mi się stanie to partner nie da rady nas utrzymać bo odwykł od pracy zawodowej, a z drugiej poczucia, że on się frustruje tym, że nie może realizować się zawodowo.
            Układ o jakim piszesz jest moim zdaniem fajny i udany tylko w sytuacji, gdy JEDNOCZEŚNIE spełnione są dwa warunki: jedna osoba jest w stanie utrzymać rodzinę, a druga chce przejąć pełną odpowiedzialność za dom i nie ma ambicji realizowania się zawodowe. W innych przypadkach to przepis na porażkę.
            Inna sprawa, że nie rozumiem całej histerii wokół obowiązków domowych. ileż tej roboty jest na dwie dorosłe osoby? 40 minut dziennie? Spaceru z psem nie liczę bo to relaks.

          • Zostanę oskarżona o pedofilię, bo moja praca ma charakter wyjścia towarzyskiego z nieletnimi?

          • Adam Słomka

            nie oO chociaż samo zadanie tego pytania wiele mówi o Twojej psychice

          • Napisałeś, że jeśli chodzi się do słabo płatnej pracy, a taką jest praca nauczyciela, ze względu na ludzi, to ma to charakter wyjścia towarzyskiego.

          • Adam Słomka

            nie wiem jakie Ty masz wyjścia towarzyskie ale moje niekoniecznie wiążą się z seksem czy nawet flirtem oO często w zupełności wystarcza mi pogadać.

          • To inaczej. Osoba lubiąca pracę z dziećmi (słabo płatna) też chodzi na wyjścia towarzyskie, tyle, że w klasie?
            Nie rozumiem porównania przyjemności ze słabo płatnej pracy (ze względu na ludzi) do wyjścia towarzyskiego.

          • Adam Słomka

            tylko w przypadku kiedy druga połówka zarabia na tyle dużo że zarobki tej pierwszej są w zasadzie zbędne. Wobec tego praca tej pierwszej z perspektywy związku również jest zbędna, a ma konsekwencje w postaci tego że obie połówki po powrocie ze swoich prac muszą się jeszcze zajmować sprzątaniem domu.

    • A co do podziału obowiązków domowych ma wysokość zarobków?
      Moim zdaniem NIC.
      Jedyne, co może być brane tu pod uwagę to ilość wolnego czasu. Bo jeżeli kobieta zarabia 1500 zł a pracuje 9 godzin, a facet 5000 zł a pracuje 6 godzin dziennie, to z jakiej racji ma nie odkurzać i nie gotować??

      • Adam Słomka

        Z tej racji że każda praca w jakiś sposób przekłada się na mianownik wspólny czyli pieniądze. Liczy się suma tego co się wnosi sobą do związku, a nie ma do tego lepszego środka porównawczego niż pieniądze. Jeśli kobieta wnosi do związku finansowo mniej od mężczyzny, to dla równowagi w związku, bez której związek prędzej czy później się rozpadnie, musi gdzieś indziej nadrabiać tę kwestię. W przypadku który podałaś miałoby nawet sens żeby kobieta zrezygnowała z pracy, albo ewentualnie podniosła swoje kwalifikacje. Analogicznie nie miałoby sensu żeby oboje zajmowali się np odkurzaniem, jeśli jedno z nich w danej chwili potrafi to zrobić dajmy na to 4x szybciej przy zachowaniu tej samej jakości. To byłoby marnowanie zasobów 🙂
        Oczywiście pod tą regułę nie podchodzi wychowywanie dzieci, którego nie da się wycenić.

        • Moim zdaniem taki układ jest niesprawiedliwy. Czasem nie jest winą kobiety, ze mało zarabia a jednocześnie nie ma ochoty rezygnować przez to z pracy. Funkcja zarobkowa nie jest jedyną funkcją pracy.

          • Adam Słomka

            to jest bardzo wygodne podejście, które jednakowoż niszczy mit o tym że kobiety pragną partnerstwa 🙂 to czy jest winą czy nie jest kompletnie bez znaczenia bo liczy się rzeczywistość. I tylko w oparciu o nią można mieć nadzieję na sprawiedliwość. Jeśli jedna ze stron ma ponosić ciężar, niedociągnięć drugiej, zamierzonych czy nie, to taki związek będzie narażony na niezaistnienie lub co gorsza rozpad po pewnym czasie.
            Zresztą bardzo ciekawe jest to wywnioskowanie pewnika „nie jest sprawiedliwy” na podstawie niepewnika „czasami nie jest winą”. Innymi słowy ustalanie zasad na podstawie wyjątków.
            To czy funkcją pracy jest czy nie, jedynie zarobek może być zdecydowane indywidualnie jedynie w przypadku bycia singlem. W związku takie decyzje podejmowane są wspólnie i żadna ze stron nie ma prawa do pretensji w przypadku konfliktu.

          • Kris

            Opowiedz teraz o swojej partnerce. Czy jest żoną? Jak się kształtują wasze relacje finansowe? Macie dzieci? A może jesteś sam? Jak tam Twoje byłe związki? Ciekawe co na Twój temat by powiedziały obecna lub byłe. Oo to nie ma nic do rzeczy? Ależ ma. Nie powiesz chyba, że mówisz o czystej teorii. Jeśli masz lub miałeś partnerkę z którą żyjesz według tego co napisałeś to gratuluję dobrania. Jeśli nie to powodzenia w przyszłości. Nie oceniam Ciebie i nie będę ale bez odpowiedzi na powyższe pytania nie możemy dyskutować. Teoria swoją droga praktyka swoją. Kalkulator to kiepska podstawa związku.. ale każdy „liczy” po swojemu ;).
            Nishka, hi5!

          • Adam Słomka

            Ad personam to nie jest nawet poziom przedszkolny jeśli chodzi o dyskusję. Zadałem proste jakby się wydawało pytanie na które uzyskałem dwie odpowiedzi, co do których wyraziłem swoje wątpliwości. Nie bardzo rozumiem co moja sytuacja życiowa ma do słuszności lub nie wytoczonych argumentów, ale jeśli Cię to bardzo interesuje to jestem szczęśliwie żonaty z dwójką dzieci, w zasadzie bez poprzednich poważnych związków. Co mi jesteś w stanie z tego wywróżyć ? 🙂

        • Paweł Tadejko

          „Jeśli kobieta wnosi do związku finansowo mniej od mężczyzny, to dla równowagi w związku, bez której związek prędzej czy później się rozpadnie, musi gdzieś indziej nadrabiać tę kwestię.”
          Tiaaaaaaaaa. To się nazywa dopiero patologia! Nie da się tego inaczej skomentować!

          • Paweł, zgadzam sie!

          • Adam Słomka

            Może jednak Pan spróbuje. Na pewno inteligentny człowiek jest w stanie z siebie wykrzesać coś więcej niż jedno słowo. Inaczej to wygląda jak stara dobra taktyka : jeśli brak co argumentów, krzycz faszysta 🙂

          • Adam Słomka

            Rozumiem że Pan również wpisuje się w tok myślenia że w hipotetycznym związku milionera i sprzątaczki, ta druga ma pełne prawo dąsać się do męża o to że nie poodkurzał w domu? 🙂
            Argument o uczuciach jest bardzo piękny dopóki nie odwrócimy sytuacji. Jakie uczucia żywi kobieta w tej hipotetycznej sytuacji.
            Ja z kolei współczuje komuś kto myśli że związek oparty tylko na uczuciach przy rażącej różnicy tego ile wnosi jedna ze stron ma szanse na długotrwałą egzystencję. Chciałbym również zauważyć że nigdzie nie twierdziłem że pieniądze są najważniejsze. Zadałem konkretne pytanie i uzyskałem, jak mi się wydaje absurdalną odpowiedź i trochę wycieczek osobistych.

          • Iza

            Jak wytłumaczysz fakt, ze sa związki osob zdrowych, dobrze zarabiających i ogarniających wszystkie obowiązki domowe z osobami z niepełnosprawnościami, które nie robią w domu za wiele a na dodatek generują dodatkowe koszty?
            A odpowiedz na twoje pytanie jest bardzo prosta. Taka granica leży tam, gdzie ty i twoja żona ja sobie ustalicie.

          • Adam Słomka

            jedna jaskółka wiosny nie czyni. Takie związki to zdecydowanie wyjątku od reguły, chlubne ale nadal wyjątki. Co do odpowiedzi to dziękuję i proszę o więcej 😉

          • Kasia Żądło

            Sprzątaczka ma sprzątać w swoim domu? No chyba Pan zartuje; trzeba oddzielić prace zawodowa od sfery prywatnej

          • Adam Słomka

            może być jakikolwiek inny nisko opłacany zawód.

          • milionera to chyba stać na zatrudnienie pomocy domowej, kucharki, ogrodnika i niani do dzieci c’nie?

        • ‚Jeśli kobieta wnosi do związku finansowo mniej od mężczyzny, to dla równowagi w związku, bez której związek prędzej czy później się rozpadnie, musi gdzieś indziej nadrabiać tę kwestię.’
          …Kochanie, musisz wyrobić 20h tygodniowo biegania ze szmatą, żeby zapracować na to, żebym z tobą był.

          • Adam Słomka

            Kochanie, wiem że jesteś prezesem spółki, ale masz tak dużo czasu wolnego między spotkaniami, a ja się muszę realizować zawodowo na kasie w biedronce, więc myślę że z miłą chęcią odciążysz mnie troszkę w domu 🙂

          • Jeśli ‚odciążysz’, to znaczy, że już zdążyła zrobić błąd, biorąc to na siebie 😉

            Sytuacja, w której jedna ze stron ma status ubogiego krewnego i de facto bierze dodatkowy etat sprzątacza/sprzątaczki, żeby zasłużyć na mieszkanie w domu, na który Pan/i i Władca/Władczyni przynosi większość pieniędzy i nie daje o tym zapomnieć, wydaje mi się… poniżająca? I to dla obu stron, bo nie chciałabym też patrzeć, jak ktoś biega ze szmatką dookoła mnie, żeby nadrobić swój niższy status społeczny (nie wspominając o tym, że to raczej nie sprzyja jego ew. rozwojowi kariery).

          • Adam Słomka

            Zastanawiają mnie trzy kwestie:
            1.Praca w domu jest poniżająca?

            2.Oczekiwanie od kogoś kto Cię praktycznie utrzymuje dodatkowej pracy jest pełne godności?
            3.Dodatkowy etat – czy w wypadku takiej różnicy zarobków można traktować tę gorzej płatną pracę jako zbędną rozrywkę skoro oboje mogą się utrzymać na podobnym poziomie z jednej pensji przy mniejszej ilości sumarycznej pracy?

          • Pionierka

            Są jeszcze inne kwestie: strona lepiej zarabiająca mówi pewnego dnia; pa pa, koniec. I co wtedy?
            Strona gorzej zarabiająca niekoniecznie jeździ na szmacie po supermarkecie, może wykonywać pracę rozwijającą i ważną społecznie. Dlaczego miałaby z niej rezygnować? W życiu nie rzuciłabym mojej pracy niezależnie od sytuacji finansowej, bo to jest coś, co po prostu chcę robić w życiu.

          • 1. Jeśli ma być dodatkowym etatem na, ee, nadrobienie swojej nieadekwatności finansowej, to tak.
            2. ‚Dodatkowej’? Innymi słowy, żeniąc się/wychodząc za mąż za osobę gorzej sytuowaną zatrudnił/a sprzątacza i teraz płcai-wymaga?
            3. Nie. Patrz mój post gdzieś niżej.

            Z Twojej logiki wynika, że zarabiając np. 2,5k mogę pójść za mąż za kogoś o podobnych zarobkach, natomiast jeśli zachce mi się prezesa wyciagającego 10k, to muszę wziąć na niego dodatkowy – domowy – etat. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której wracałabym zniszczona po całym dniu z hipotetycznej Biedronki i zastawała w domu wypoczętego męża, który jeszcze czekałby, aż wszystko w domu się samo zrobi. Jeśli dla niego byłoby nie do pomyślenia, że nie mam ochoty odpracowywać bycia jego żoną podawaniem mu kapci – goodbye, good riddance, dla obu stron. Widać nie pasowaliśmy do siebie nie tylko pod względem finansowym.

            Natomiast jako ta bogatsza strona przyjrzałabym się przyczynom sytuacji, dla której mój mąż niewiele zarabia – jeśli byłby leniwy i spoglądał roszczeniowo na moją sakiewkę, to oczywiście źle. Natomiast w sytuacji, w której a. z jakiegoś powodu nie byłby chwilowo poprawić swojej sytuacji finansowej, b. wykonywał wartościową, choć gorzej płatną pracę, ktorej nie chciałby rzucać z innych powodów niż finanse – nie oczekiwałabym, że będzie dorabiać na swoje utrzymanie jako mój lokaj.

          • Adam Słomka

            1. Nieadekwatność finansowa jest faktem, poniżające może być to co się zdecydujemy z nią zrobić. Moim zdaniem dużo bardziej poniżające jest wymaganie dzielenia prostych czynności w sytuacji gdy czas drugiej osoby może być efektywniej wykorzystany dla dobra obojga, ale najwyraźniej to kwestia gustu.
            2.To rozumowanie można odwrócić i wtedy brzmi zupełnie odmiennie. Wychodzi gold digger. Nie rozumiem tego nacisku że praca w domu jest czymś negatywnym. Mi się wydaje że jest po prostu naturalną konsekwencją poprzednich wyborów i tyle.
            3.Daj linka bo ta kwestia chyba nie była wyżej poruszana.

          • 1. No to w momencie, kiedy oboje wracają z pracy o podobnej godzinie, bardziej efektywnym wykorzystaniem czasu dla dobra obojga będzie podzielenie obowiązków domowych, a potem wspólny relaks niż zrzucenie ich na jedno, kiedy drugie leży, prawda?

            2. Jeśli dla kogoś jest czymś pozytywnym, to jaki jest problem? (poza ewentualnym ryzykiem, że małżonkowie będą sobie wyrywać odkurzacz) Wielu ludzi jednak nie uważa mycia podłogi za najbardziej wartościowe chwile swojego życia i często woli je spędzić wykonując dającą im satysfakcję pracę, nawet jeśli nie generuje ona kokosów.

            Gdybym chciała dostawać pieniądze za sprzątanie, po prostu zatrudniłabym się jako sprzątaczka. Gdybym chciała komuś płacić za sprzątanie mi domu, to zatrudniłabym pomoc domową. Oczywiście, są osoby, które chętnie zostaną domową żoną/mężem, ale niestety nie jest to funkcja domyślna każdego mniej zarabiającego partnera.

            3. https://disqus.com/home/discussion/nishka/maz_pomaga_w_domu_jaki_wspaniay_bohater/#comment-2666916706

          • Adam Słomka

            1. Tylko jeśli oboje zarabiają podobnie. W sytuacji o którą mi chodzi od samego początku, a wszystkie panie mają tendencję do zgrabnego pomijania, zarobki jednej ze stron nie wnoszą znaczącej wartości do sumy zarobków wobec czego ta praca jest w pewnym sensie szkodliwa bo zwiększa sumaryczną ilość pracy jaka musi być wykonana.
            2. No i o to całe wolenie rozbija się cała dyskusja. Czy realizacja zawodowa sama z siebie jest wystarczającym argumentem za poświęceniem czasu i w ogólności zasobów drugiej osoby?
            3. Jakoś mi umknęła ta wypowiedź i muszę przyznać że to pierwszy sensowny argument w tej dyskusji jaki usłyszałem. Zresztą sam go też już rozważałem ale nie jestem w stanie oszacować jego wartości wobec pozostałych 😐 Trochę się rozbija o kwestię czy związek przetrwa do końca czy nie . Bo w drugim przypadku ma wartość zdecydowanie większą. Ja przyjąłem nieme założenie że jeśli związek powstaje to po to żeby przetrwać. To trochę podobna kwestia do intercyzy.

          • 1. Wszystkie panie, na ile przejrzałam temat, zaznaczają również, że to działa niezależnie od płci, więc myślę, że powinieneś sobie darować tego rodzaju złośliwości. A argument o sumarycznej pracy da się zbić zatrzudnieniem pomocy domowej, której przypuszczalnie trzeba zapłacić jeszcze mniej niż tę niewiele wnoszącą sumę, którą uboższa strona związku przynosi do domu.

            2. Ponownie – niech bogata strona wyda te wnoszone w związek pieniądze na pomoc domową zamiast kupować żonie perły/mężowi diamentowe zegarki. Chodzi o wkład zasobów, prawda?

            Poza tym uważam, że jeśli biedniejsza strona zarabia wystarczająco dużo, żeby się utrzymać, nie ma żadnego obowiązku przepraszać bogatszej strony za to, że tamta wnosi więcej zasobów. Nauczycielka ma pełne prawo cenić wyżej swoją pracę niż perspektywę złotego sedesu w domu i nie uważać, że musi ‚równać’ do prezesa (pomijając tę oczywistość, że odkurzaniem mieszkania niewątpliwie nie wyrówna).

            Btw, czy maksymalizacją zysków w związku nie jest szczęście obojga? To ma związek z pieniędzmi, ale ma też związek z ogólnym zadowoleniem z życia (tutaj wchodzi realizacja zawodowa) i nie spychaniem się wzajemnie do ról, których się nie ma ochoty pełnić. Jeśli oboje czują się źle z nierównością zasobów (jedno ‚wykorzystywane’, a drugie pod presją, że ‚powinno nadrobić’), to niech się kulturalnie rozejdą. Może prezes będzie szczęśliwszy z prezeską, a nauczycielka z nauczycielem.

          • Adam Słomka

            1. Myślałem że już wystarczająco dużo razy zaznaczyłem iż kwestia tego która z płci zarabia więcej mnie nie interesuje. Przytyk dotyczył pomijania kwestii dużej różnicy w zarobkach, bo w wypadku jej braku faktycznie występuje równy podział obowiązków i w tej sytuacji nie ma żadnej dyskusji. Zatrudnienie sprzątaczki nic nie zmienia bo dalej procentowo więcej płaci za nią strona która zarabia więcej.
            2. j.w. i tu nie chodzi o przepraszanie tylko o wniesienie do związku parnerskiego (który ja swoją drogą osobiście uważam za bzdurę co być może uda mi się wykazać przez rygorystyczne stosowanie się do jego definicji) analogicznej wartości. Problemu tego moim zdaniem nie da się rozwiązać inaczej niż jak już tu wcześniej pisałem.
            Szczęście obojga to bardzo dobra maksymalizacja. Ale mało kwantyfikowalna nawet dla pojedynczej osoby. Uczciwie byłoby żeby obie strony były szczęśliwe tak samo. Tylko jak to sprawdzić?
            Rozejście się to jest jakieś rozwiązanie ale jednocześnie porażka. Być może w takiej sytuacji nie ma wyjścia z wygraną. Albo związek partnerski to ściema 😉

          • 1. Zatrudnienie pomocy domowej w sytuacji, gdy finansowa beta związku przynosi do domu więcej niż wynosi pensja pomocy domowej sprawia, że wychodzi się pieniężnie na plus, nie?

            Strona więcej zarabiająca zapłaci procentowo więcej za dokładnie wszystko (przy założeniu wspólnego budżetu). Osoby, dla których to jest nie do przyjęcia, powinny po prostu szukać patnera w swoich ‚widełkach’ finansowych.

            2. Również jw. Jeśli ‚rygorystycznie’ definiujesz związek partnerski jako wnoszenie tych samych zasobów finansowych lub ich równowartość w pracy pomocy domowej, to oczywiście, że nie ma szans zaistnieć w przypadku, kiedy jedna osób zarabia o pensję pomocy domowej więcej.

            Inni (w tym i ja) definiują to pojęcie w oparciu o poświęcany czas i energię oraz dążenie do równego zaspokajania potrzeb (oczywiście nie tych w rodzaju czterdzieste szóste buty) obu stron.

            Przepraszać w myśli (kompleksy), mowie i uczynku. To ostatnie obejmuje potrzebę odpracowywania bycia ‚dłużnikiem’ bogatszej strony, poświęcania się, zgoda na bycie tą osobą drugiej kategorii.

            Jeśli ktoś się nie nadawał na naszego partnera, np. z powodu fundamentalnie różnych wartości i podejścia do życia, to nie widzę tego w kategoriach porażki. Niby widziały gały, co brały, ale a. na początku człowiek może być zaślepiony, b. pewne rzeczy wychodzą dopiero z czasem.

          • Adam Słomka

            1. I dlatego wydaje mi się że w takim przypadku oczekiwanie pracy po pracy wobec takiej osoby jest nie na miejscu 🙂 Sam bym tego nie robił będąc betą, ale być może to jest charakterystyczne dla mnie że biorę odpowiedzialność za swoje życie.
            2. W Twojej definicji raczej ciężko o jakąkolwiek wymierność. A jest takie przysłowie w mętnej wodzie dobrze ryby łowić 🙂

          • Pionierka

            A jeśli jedna osoba zarabia bardzo dobrze, ale poświęca na to 8 godzin plus dojazdy, a druga ma taką samą kwotę z dochodu pasywnego to rozumiem, że ta pierwsza ma po 10 godzinach wracać do domu i odwalać równiutko połowę obowiązków domowych, a ta z dochodem pasywnym leży i się przygląda?

          • Adam Słomka

            z pewnością między dwójką obcych ludzi byłoby to uczciwe podejście. W przypadku dwójki kochających się ludzi ta pasywna, nie leżałaby do góry brzuchem tylko pracowałaby nad zwiększeniem -> ich wspólnego <- dochodu pasywnego. I skoro doszła już do takiego, to zaryzykuję stwierdzenie że byłby to czas lepiej spożytkowany niż na sprzątanie mieszkania.

          • mat

            Uwaga jeszcze jedna: Większość ludzi w Polsce nie zarabia 10 ani 20 tys.
            Nawet przy średnich zarobkach 3 i 6 tysięcy to nie jest jakaś spektakularnie wielka kwota pozwalająca bezproblemowo zrezygnować z pracy jednej osobie, zeby mogła się zająć odkurzaniem i gotowaniem.
            Większość osób jednak jest bliżej zarabiania 1,5 i 3 i nie mają żadnego dylematu, kto ma się zająć zarabianiem a kto domowym ogniskiem bo ledwo wiążą koniec z końcem.

          • Adam Słomka

            powtarzałem już do znudzenia że interesują mnie właśnie takie skrajne przypadki. Jak już sobie ustalimy co sie dzieje w skrajnych przypadkach to łatwiej będzie odpowiedzieć sobie gdzie leży granica.

          • mat

            cytując Ciebie: Pojedyncze przypadki nie dowodzą słuszności twierdzenia 🙂

            zdecyduj sie, albo matematyczno-statystyczne podejście, odchylenie standardowe, odpowiednia duża próba albo skrajne przypadki i osobiste historie.

          • Adam Słomka

            to już również ustaliliśmy że skrajne != pojedyncze. 1% najbogatszych polaków jest jak najbardziej skrajną grupą, ale to nie są pojedyncze przypadki i jak najbardziej można stosować do nich podejście statystyczne. Tyle że wnioski na ich temat niekoniecznie bedą się dały zastosować do pozostałych.

          • Kasia Żądło

            Upiersz się ze praca w domu nie jest ponizajaca a o pracy w biedronce piszesz juz jakoś tak deprecjonujaco.

          • Adam Słomka

            Chyba nie będziemy tu bronić tezy że praca w biedronce jest czymś czym można się pochwalić? Wg mnie jest to smutna życiowa konieczność dla wielu ludzi którzy gdyby mieli możliwość wybraliby znacznie ciekawszy zawód. Natomiast w sytuacji gdzie tej konieczności nie ma bo druga połówka jest w stanie utrzymać oboje na wysokim standardzie, upieranie się na taką pracę uważam za czystej wody głupotę.

          • Pionierka

            A sądzisz, że naprawdę wiele osób pracuje w Biedronce mając świetnie zarabiającego partnera? Pewnie tyle samo, co jest sklepowych ochroniarzy – partnerów świetnie zarabiających kobiet. Choć pojęcia mezaliansu się nie używa, ludzie dobierają się w pary mniej więcej w obrębie jednej klasy społecznej. Dlatego myślę, że rozważasz jakiś czysto hipotetyczny wariant, który praktycznie nie występuje w rzeczywistości. Choć raz się z tym zetknąłeś?
            Występuje natomiast coś innego – zawody ciekawe, prace którymi pochwalić się jak najbardziej można, ale przy tym niskopłatne, a przynajmniej bez możliwości zarobienia dużych pieniędzy. Nie rozumiałabym, dlaczego mój partner tyra jako ochroniarz, jak ja dobrze zarabiam. Ale nie ośmieliłabym się oczekiwać, żeby zrezygnował np. z bycia pedagogiem w ośrodku socjoterapeutycznym, bo ja na tyle dobrze zarabiam, że bez jego pensji sobie poradzimy.

          • Pionierka

            Przypuszczam, że dla wielu osób konieczność samodzielnego sprzątania, pucowania, prania i zmywania też jest smutną życiową koniecznością. Gdyby tak nie było to bogaci nie zlecaliby tego innym ludziom.

          • Kasia Żądło

            Praca w Biedronce nie jest też niczym czego należałoby się wstydzic, nawet gdy małżonek byłby bogatym kimkolwiek.

        • WesołyRomek

          Typowo patologiczne myślenie! JA ZARABIAM – JESTEM PREZESEM TO MASZ MI SŁUŻYĆ BO JESTEŚ KASJERKĄ?
          CHORE!!!! Współczuję Twojej przyszłej żonie!!

          Nie wierzę w co czytam. Załamałeś mnie.

          • Adam Słomka

            utrzymywnaia drugiej osoby na wysokim standardzie nie jest służbą?

          • Kasia Żądło

            Nie jest sluzba, jest wyborem.

          • Adam Słomka

            i ten wybór można w każdej chwili cofnąć

        • Kasia Żądło

          O matko jaka dyskusja. Gdyby dało się w życiu tak wszystko dokładnie wyliczyc, podać człowiekowi w procentach ile ma w domu pracowac, ile spędzać czas z mężem, ile mniej lub więcej zarabiac to byśmy mieli przepis na idealne zycie. Tylko żeby się dało to zrealizować to jeszcze byśmy musieli żyć w raju żeby nie chorowac, nie mieć gorszego dnia. Bo przecież jak zachoruje to mi mąż prezes nie posprzata domu.

          • Adam Słomka

            tak więc nic się nie da ustalić i nie ma sensu o niczym dyskutować 🙂

        • mat

          „Jeśli kobieta wnosi do związku finansowo mniej od mężczyzny, to dla równowagi w związku, bez której związek prędzej czy później się rozpadnie, musi gdzieś indziej nadrabiać tę kwestię.”

          Układ o którym mówisz to nie małżeństwo tylko sponsoring.

          • Adam Słomka

            sugerujesz że w małżeństwie nie ma miejsca na dyskusję o uczciwym podziale obowiązków? Sponsoring to jest relacja przejściowa, a małżeństwo z założenia nie więc tym ważniejsze jest by w małżeństwie obie strony były w miarę równo usatysfakcjonowane

          • mat

            Ty nie mówisz o dyskusji tylko o decyzji jednej osoby bo sobie wyliczyła.

            Odpowiadając na pierwotne pytanie: nie ma takiej kwoty, ludzie wchodzą w różne układy, różne rzeczy są dla nich wazne i nie ma algorytmu. Deal with it.

          • Adam Słomka

            ależ oczywiście że jest algorytm, ewentualnie wiele algorytmów. Dlatego zadałem pytanie żeby każdy mógł wypowiedzieć swoją opinię. Ale jak do tej pory przeważały właśnie takie jak Twoja, które imho sa bez sensu, co starałem się wykazać w innych wątkach więc daruj że nie będę się powtarzać 🙂

        • Kasia Z

          Po zapoznaniu się z dyskusją pod tym postem:
          Parafrazując Piotrze Twoje pytanie: za ile mąż może zakupić od swojej żony pełną obsługę domową? Jak w ogóle można zadać takie pytanie w kontekście związku?
          Chyba małżeństwo/związek to nie jest relacja w której należałoby cokolwiek kupować od swojego partnera? Dlaczego rozważasz związek dwojga ludzi, który powstał w oparciu o uczucie, a więc coś zupełnie nieekonomicznego i niekwantyfikowalnego za pomocą wielkości ekonomicznych? Związek to nie jest biznes, tu nie chodzi o to, żeby była jakakolwiek równowaga zasobów, zysk, itp. nie chodzi o zwrot na inwestycji. Zresztą ta dyskusja w ogóle nie powinna mieć miejsca z prostej przyczyny:
          1. Jeśli żona lubi sprzątać i ma do tego chęć/czas, to i tak będzie to robiła, bo kocha swojego męża i chce o niego dbać i sprawia jej to przyjemność i nie ma dla niej znaczenia czy ten mąż jej za to w jakiś sposób „odpłaca”.
          2. Jeśli żona nie lubi sprzątać, a lubi za to swoją pracę, czy też z jakiegoś powodu zależy jej na pracy zachowaniu, pomimo niskich zarobków, to niezależnie od tego ile ten mąż by jej „zapłacił” za sprzątanie, nie byłaby szczęśliwa w układzie kiedy ona sprząta (kosztem swojej pracy) a on nic nie robi.
          3. Jeśli mąż jest taki bogaty a żona tak nie lubi sprzątać to dlaczego po prostu nie wynajmą gosposi/sprzątaczki?
          W dodatku jest tu jeszcze dodatkowy aspekt pracy żony: zrezygnowanie z tej pracy, wbrew pozorom jest poświęceniem. Bo co jeśli nagle mężowi znudzi się ten układ i postanowi zakończyć ten związek – z czym wtedy zostanie żona? Bez pieniędzy i bez pracy, w dodatku z dużo gorszą pozycją wejścia na rynek pracy, bo od x lat nie pracowała, nie ma doświadczenia (a mogłaby tymczasem przez te X lat awansować z kasjerki w Biedronce na kierownika zmiany/sklepu?). I co? Osobiście uważam też, że każda forma zależności w związku powoduje niezdrowe relacje między partnerami – a ta własna praca i własne pieniądze dają właśnie kobiecie jakąś tam chociaż minimalną niezależność.
          I w ogóle nie mieści mi się w głowie jak kochający mąż mógłby siedzieć w fotelu i patrzeć jak jego żona urabia się po łokcie i czuć się z tym ok, bo „zapłacił” za to? Tak powinien wyglądać związek?

        • mandinka

          Bardzo logiczna argumentacja, niestety tym paniom nie przetłumaczysz 😉 Pozdrawiam 🙂

      • mandinka

        Pewnie, trzeba go ukarać za to, że ma wyższe kwalifikacje! Ukarzmy go za to, że chciało mu się kształcić! Boże, jestem kobietą, a tej Twojej „logiki” nie rozumiem.

    • Pionierka

      tak z ciekawości – rozumiem, że działa też w drugą stronę. Ile żona musi zarabiać więcej od męża, żeby nie musiała mu pomagać w domu?

      • Adam Słomka

        Oczywiście, ale w praktyce takie związki występują bardzo rzadko. I słusznie 🙂 Mi osobiście sensowną granicą wydaje się dwukrotność zarobków ale chętnie poznam Twoją opinię.

        • Pionierka

          Moja opinia jest podobna jak Nishki – ludzie sobie sami ustalają zasady, a najbardziej logiczne jest branie pod uwagę ilości wolnego czasu. Średnio sobie wyobrażam, że mój partner akurat jest zarobiony tak, że nie ma chwili oddechu, a ja przychodzę z wyciągiem z konta i mówię; kochanie, wprawdzie wpadłeś do domu na 5 godzin po trzech dniach i za chwilę jedziesz na kolejne trzy dni, ale łap się za mopa, bo ja ostatnio zarobiłam dwa razy tyle, więc nie licz, że coś posprzątam. W drugą stronę też sobie nie wyobrażam, żeby w okresie naprawdę ostrego zasuwu w pracy wyliczał złotówki i na tej podstawie ustalał co mam zrobić w domu po 15 godzinach pracy.

          • Adam Słomka

            po raz kolejny czas wymienia się na pieniądz. Czy sytuacja gdzie jedno pracuje 4x mniej bo tak też zarabia i pomaga równo w domu ma wg Ciebie sens ? Czy może powinna z tytułu że ma więcej czasu robić więcej w domu?

          • Pionierka

            Jeżeli ktoś pracuje mniej to jasne, że może wziąć na siebie większą część obowiązków domowych, bo jak te obowiązki domowe weźmie na siebie osoba pracująca więcej to się wykończy. I zarobki są tu kompletnie nieistotne.
            Jak ja mam względny luz, a partner roboty po uszy to nie jest istotne, kto zarabia więcej – ja zakasuję rękawy i ogarniam dom.
            Jak ja czołgam się ze zmęczenia, a on ma względny luz to bierze na siebie wszystko, łącznie z szykowaniem mi ubrania do pracy.
            Inne postępowanie byłoby idiotyczne i świadczyło o kompletnym braku uczuć między nami. Oczywiście jazda zaczyna się wtedy, kiedy oboje jesteśmy zawaleni robotą, ale to już inna kwestia, kumulacje zdarzają się rzadko 😉

          • Adam Słomka

            mi nie chodzi o sytuacje nadzwyczajne tylko o stabilną sytuację, miesiąc w miesiąc. Specjalnie staram się upraszczać żeby właśnie uniknąć wdawania się w jakieś szczegółowe dywagacje.
            Abstrahując od słuszności Twojego rozumowania, myślisz że takie poglądy u mniej zarabiającej połówki przyczynią się do tego żeby ta druga starała się rozwijać i jeszcze bardziej powiększać różnicę, co ostatecznie przyczyni się do większego dobrobytu dla ich obojga, czy może stwierdzi że jest dobrze tak jak jest i nie ma sensu się żyłować?

          • Pionierka

            Nie za bardzo rozumiem, o co ci chodzi.
            Sytuacja nr 1. Ja zarabiam 10 tysięcy, mój partner zarabia 4 tysiące. Oboje pracujemy tyle samo. W takiej sytuacji zajmujemy się domem po równo. Jest OK.
            Sytuacja nr 2. Ja zarabiam 10 tysięcy, mój partner zarabia 4 tysiące. Ja pracuję dwa razy więcej niż on, więc on bierze na siebie dwa razy więcej obowiązków domowych. Jest OK.
            Sytuacja nr 3. Ja zarabiam 10 tysięcy, mój partner zarabia 4 tysiące. On pracuje dwa razy więcej niż ja, więc ja biorę na siebie dwa razy więcej obowiązków domowych. Jest OK.
            Analogicznie jeśli to on jest stroną lepiej zarabiającą.

            I pojęcia nie mam, co ma do tego żyłowanie się. Przy czym ja generalnie nie jestem zwolenniczką żyłowania się, byle tylko mieć więcej. Nie jestem perfekcjonistką i maksymalistką, wolę wystarczająco dobrze i wystarczająco dużo. Nie wiem też o co Ci chodzi z rozwijaniem się. Jeśli obie strony mają tyle samo czasu wolnego i czasu na odpoczynek to obie mogą w takim samym stopniu się rozwijać. Przy czym rozwój nie zawsze przekłada się na ogromny sukces finansowy, są zawody, w których pewnego poziomu nie przeskoczysz.

          • Adam Słomka

            już tłumaczę:
            Żyłowanie się pracowanie dłużej niż to jest konieczne dla zachowania standardu życia w celu podwyższenia tego standardu.
            Z rozwojem przyjęłaś nieme założenie że obie strony są tak samo uzdolnione i będą się tak samo szybko rozwijać co w sytuacji nierównych zarobków nie jest prawdą z oczywistych powodów. Przyjmujesz też założenie że obie strony chcą się rozwijać, a tak być nie musi.
            Generalnie zadając to pytanie chciałem się dowiedzieć czy istnieje taki układ damsko męski w którym kobieta (a przynajmniej w wersji czytelniczek tego bloga) będzie zadowolona ze swojego życia bez marudzenia na najbliższe otoczenie. Dowiedziałem się natomiast że ważniejsze jest to żeby facet wynosił śmieci niż żeby był bardzo zaradny życiowo. Oraz – nie ważne skarbie ile zarabiasz i tak masz mi odkurzyć w mieszkaniu (chociaż tu mam przeczucie że takie związki nie dochodzą do skutku) Generalnie ciekawie 🙂

          • Pionierka

            Ja jestem ze swojego życia bardzo zadowolona i nie marudzę na najbliższe otoczenie. Więc taki układ damsko-męski jak najbardziej istnieje.
            Sytuacja nierównych zarobków nie mówi absolutnie nic o uzdolnieniach i chęci rozwoju. Super uzdolniony policjant zatrzyma się na pewnym poziomie zarobków i koniec. To samo dotyczy wielu innych zawodów. Wiem, wiem, ci ludzie powinni zmienić pracę, bo zarobki najważniejsze 😉 Chęci rozwoju wiadomo, że są różne. Przy czym niekoniecznie strona lepiej zarabiająca musi być zainteresowana rozwojem.
            U Ciebie widzę podstawowy błąd ” nie ważne skarbie ile zarabiasz i tak masz MI odkurzyć w mieszkaniu”. Nie, mój partner nie odkurza MI, nie wynosi śmieci MI. On po prostu wspólnie ze mną dba o NASZ dom. Bo to jest nasz dom a nie mój. To naturalne, że dorosły człowiek dba o swój dom. Mało tego – dzieci też mają swoje obowiązki, bo to wspólna przestrzeń.
            Zaradność życiowa jest ważna. Ja jestem bardzo zaradna życiowo, ale to nie znaczy, że wszyscy mają wokół mnie skakać a ja sobie rąk nie skalam posprzątaniem czy wyniesieniem JEMU śmieci.
            Inna sprawa, że tak jak napisałam, da mnie wieczne podwyższanie standardu życia kosztem dłuższej pracy jest bez sensu, bo człowiek nie żyje tylko po to, żeby pracować i zarabiać. Kiedyś trzeba się jeszcze tym co się zarobiło nacieszyć.

          • @Pionierka, dziękuję za zaangażowanie w dyskusję, podpisuję się pod Twoimi poglądami i przemyśleniami!

          • Adam Słomka

            Pojedyncze przypadki nie dowodzą słuszności twierdzenia 🙂 Zwróć uwagę że ja nie mówię o swojej sytuacji bo ona też nie ma znaczenia dla tej dyskusji.

            Super uzdolniony policjant mnie rozbawił. Ktoś kto jest super uzdolniony nie marnuje swoich talentów na bycie policjantem. Oczywiście istnieją wyjątki które potwierdzają regułę, ale wyjątki nie stanowią dowodu na słuszność twierdzenia.

            Nie chodzi o wysokość zarobków tylko o uzyskanie pewnego standardu życia przy minilizacji włożonej w to pracy przez oboje ludzi w związku.
            Skoro macie wyrównane zarobki to nie jesteście podmiotem tej dyskusji

            No i tu właśnie wchodzi kwestia że jeśli jesteś bardziej zaradna życiowo od swojego partnera to większy sens ma żebyś Ty pracowała zarobokowo, a parner zajął się resztą, tak żebyś nie marnowała swojego cenniejszego czasu na pierdoły które może wykonać ktoś inny.

          • Iza

            „Ktoś kto jest super uzdolniony nie marnuje swoich talentów na bycie policjantem” Dlaczego uważasz, że ktoś kto ma uzdolnienia w kierunku bycia najlepszym policjantem, marnuje je?

          • Adam Słomka

            Dlatego że niemal każdy człowiek dąży do maksymalizacji swoich szeroko pojętych zysków, tym bardziej jest to słuszne wobec rzadko spotykanych, a wysoko cenionych zdolnych ludzi. Praca policjanta nie oferuje dużo korzyści, w zamian za to wiąże się z dużą liczbą niedogodności. Wobec czego zdolni ludzie statystycznie unikają pracy w policji bo jest cała masa alternatyw gdzie mogą się realizować lepiej. Co wcale nie oznacza że w policji tacy ludzie by się nie przydali. Znasz pojęcie kosztu alternatywnego?

          • Iza

            „Dlatego że niemal każdy człowiek dąży do maksymalizacji swoich szeroko
            pojętych zysków” o jakich szeroko pojętych zyskach mówisz? skąd masz wiedzę, że niemal każdy człowiek do nich dąży?

            „….tym bardziej jest to słuszne wobec rzadko spotykanych, a
            wysoko cenionych zdolnych ludzi.” – rzadko spotykanych? Nie mówmy o wyjątkach, przecież pojedyncze przypadki nie dowodzą słuszności twierdzenia- jak już sam zauważyłeś.

          • Adam Słomka

            rzadko spotykany to określenie w odniesieniu do ogółu populacji i może ale nie musi być równoważne z określeniem pojedynczy. w 40 milionowym narodzie 1% ludzi można określić pojęciem rzadko spotykany, natomiast w żaden sposób nie nazwałbym pojedynczym przypadkiem 400 tysięcy ludzi. Mało które badania naukowe operują na takiej próbie.

          • Iza

            Nie odpowiedziałeś na pytanie.skąd masz wiedzę, że niemal każdy człowiek do nich dąży?

          • Adam Słomka

            https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludzkie_dzia%C5%82anie
            gdybyśmy tego nie mieli w genach to nadal mieszkalibyśmy na drzewach.

          • Iza

            Dziękuję za odpowiedź. Nadal nie wiem na czym opierasz swoją hipotezę, że niemal każdy człowiek dąży do „szeroko rozumianych zysków” nadal nie wiem też co one dla Ciebie oznaczają (te zyski, domyślam się, ze chodzi o wymierne korzyści finansowe)?

          • Adam Słomka

            Zysk w tym kontekście jest zdefiniowany jako dowolna sytuacja lepsza od obecnej.

          • Iza

            Zatem, policjant pozostając policjantem może poprawiać swoją sytuację na lepszą, jeżeli codziennie czuje większą satysfakcję z pracy. I raczej nie ma poczucia zmarnowanego życia.
            Życie to nie ekonomia.
            Lecę sprzątać. Zarabiam czterokrotnie mniej od męża – muszę nadrobić, bo jeszcze będzie mi kazał robotę rzucić.

          • Adam Słomka

            Zadam pytanie inaczej. Czy uważasz że zatrudnienie Einsteina na stanowisku policjanta byłoby dobrym pomysłem? Ekonomia to nauka o ludzkim działaniu więc jak najbardziej mają ze sobą wiele wspólnego.
            Więc sama jesteś w sytuacji, którą ja uważam za sensowne wykorzystanie zasobów ludzkich w związku dwojga ludzi :> Czy będę bardzo bezczelny jeśli spytam czy mąż Ci jakoś wynagrodzi to że z niego zdjęłaś obowiązek pracy w domu i dzięki temu może Wam zapewnić lepsze warunki zycia? W sumie nie musisz odpowiadać, tylko się nad tym zastanów.

          • Iza

            Jeżeli EINSTEINA by to satysfakcjonowało, oczywiście, że tak!

            Nie jesteś bezczelny, to był żart. Mąż mimo wyższych zarobków chętnie podejmuje się swojej części domowych obowiązków, dzięki temu wieczory mamy dla siebie i wynagradzamy sobie wzajemnie to co dla siebie robimy. ALe nie mogę powiedzieć jak 🙂

            Pozdrawiam

          • Adam Słomka

            Zakładam że nie zdajesz sobie sprawy z konsekwencji takiego podejścia. Zaryzykuję stwierdzenie że Einstein swoim wkładem w naukę uratował życie i zdrowie dużo większej ilości osób niż byłby w stanie jako policjant.

            Więc sumarycznie mąż wkłada do związku więcej od Ciebie (jeśli pominąć kwestię wynagradzania bo jej nie oszacujemy :)) Zgadzasz się?

          • Iza

            Błędne założenie. Ryzykowne stwierdzenie rowniez bez dowodów.

            Ale czego wkłada wiecej? Pieniędzy? Oczywiscie, ze tak.

          • Adam Słomka

            Błędne założenie – gdzie? brak dowodów? Na odkryciach Einsteina bazuje m.in. zasada działania GPS które niejednokrotnie przyczyniły się do odnalezienia ofiar porwań, zaginionych dzieci itp itd. Case closed. To wydawało mi się tak oczywiste że nawet nie przyszło mi do głowy że trzeba to udowadniać…

            Więc skoro w pozostałych kwestiach wkład macie podobny to sumarycznie do związku również wkłada więcej. Zgadzasz się?

          • Iza

            błędne założenie tam, gdzie napisałeśś, że nie zdaję sobie sprawy z konsekwencji takiego podejścia. Skąd u Ciebie pewność, że gdyby Einstein ustąpił miejsca w swojej dziedzinie to nie zajął by tego miejsca ktoś kto może zrobił by dla ludzkości więcej, inaczej, lepiej??
            Odpowiedź na ostatnie pytanie brzmi NIE. Pójdę nawet dalej, gdyby żoną mojego męża był ktoś inny to myślę, że nie byłby w tym miejscu w którym jest teraz. Wspólnie zbudowaliśmy to co mamy i dzielimy się tym równo na trzy. Bo tyle osób liczy nasza rodzina.

            I dodam, że nie mówię tu o pieniądzach bo jak już pisałam, same w sobie nie mają ŻADNEJ wartości.

          • Adam Słomka

            Skąd pewność? z rachunku prawdopodobieństwa 🙂
            Może byłby dalej ?
            ps1 odsyłam do definicji pieniądza 🙂 Spróbuj bez nich żyć a przekonasz się jakie są bezwartościowe
            ps2 ja Cię do niczego nie zmuszam. Aczkolwiek chciałbym dyskutować na bazie logiki bo inaczej to możemy nawet przyjąć że jesteś osobą bez której Twój mąż nie byłby w stanie oddychać 🙂

          • Iza

            Ciekawa jestem w jaki sposob zastosowałeś rachunek rawdoppdobienstwa w tym przypadku…

            Odsyłam do historii powstania pieniądza, tego czym był i czym jest, skad sie wziął . Znamy czasy kiedy zarabialiśmy w milionach a nie mieliśmy co kupować. Utozsamiasz pieniądz z jego siła nabywcza. Mówisz zebym spróbowała żyć bez pieniędzy i sie przekonała. Jestem pewna ze przeżyje. Znam za to sporo przypadków osob, które miały miliony i juz nie żyją.
            Jak chcesz dyskutować na bazie logiki to sie jej naucz i stosuj.

          • Adam Słomka

            Bardzo prosto – geniusze rodzą się bardzo rzadko. A żeby dokonać wiekopomnego odkrycia nie wystarczy nawet bycie geniuszem. W zasadzie to nawet dziś nie jesteśmy w stanie wyjaśnić wielu odkryć inaczej niż szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

            Niczego nie mylę. Funkcja pieniądza może równie dobrze być pełniona bez związku z przyjętą jednostką. Równie dobrze można płacić groszami co i milionami złotych, pod warunkiem że ta wartość się nie zmienia drastycznie. A co do stosowania logiki to chyba sama musisz się jej poduczyć bo nie argumentuje się zjawiska powszechnego na podstawie odizolowanych przypadków. Przyczyny hiperinflacji w Polsce są dobrze znane i nie zachodzą powszechnie na świecie więc funkcja pieniądza, nawet mimo że w długiej perspektywie jego siła nabywcza może się zmieniać, pozostaje spełniona

            Alternatywą do pieniądza jest barter, ale to już przerabialiśmy i to naprawdę się nie sprawdza na dłuższą metę.

          • Pionierka

            Po pierwsze – czy związek ma polegać na tym, że w każdym momencie obie strony wkładają do niego sumarycznie tyle samo? Dla mnie to się mija z ideą jakichkolwiek relacji między ludźmi. Ważne, żeby relacja była dla obu stron satysfakcjonująca, żeby nikt nie czuł się wykorzystywany. To naturalne, że czasem jedna strona wkłada więcej, a czasem druga. Kiedy moja przyjaciółka nie miała pracy to ja fundowałam kawę czy piwo w czasie naszych wyjść. A potem nadszedł czas, że ona stanęła na nogi, a u mnie było krucho z kasą. Gdyby nie jej wsparcie nie miałabym co na siebie założyć.

            Po drugie – jeśli zakładasz, że w związku sumarycznie wkład musi być identyczny (swoją drogą – jaki okres rozliczeniowy przyjmujesz? Miesiąc?) to strach pomyśleć co będzie, jeśli w takim związku jedna ze stron będzie np. miała wypadek. To koniec relacji, bo nie jest wstanie „odrobić” swojego wkładu? Dla mnie to koszmar nie związek.

            Po trzecie – nie wszystko da się wycenić. Nie umiem przeliczyć na pieniądze wsparcia, jakie daje mi mój partner, tego, że zawsze stoi murem, że daje mi bezwarunkową akceptację, dopinguje we wszystkim, co robię, jest moim zapleczem. Rodzina to jest zespół. Odwołam się do mojej ulubionej dziedziny, czyli wojska 😉 Trzech specjalsów zdjęło terrorystę, ale wszyscy wiedzą, że to nie jest tylko sukces tych trzech. Bo za ich sukcesem stoi snajper, który ich ubezpieczał, stoi logistyk, stoi wielu ludzi. Nikt nie wylicza czy „sumaryczny wkład w akcję’ jest identyczny, bo to nie do policzenia. Wiadomo tylko, że każde ogniwo jest absolutnie niezbędne, żeby łańcuch działał.

          • Adam Słomka

            1. Przypominam że cały czas rozmawiamy o sytuacji w której jedna ze stron finansowo wkłada znacząco więcej od drugiej.
            2. Miesięcznie nie ale w długim okresie byłoby fajnie gdyby to się jakoś wyrównywało
            3. Dlatego do uproszczenia dyskusji przyjmijmy że wszystkie inne parametry są na tyle równe na ile się da. A nawet jeśli nie są równe to i tak nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić więc nie ma sensu sobie nimi zawracać głowy.

          • Pionierka

            Dobrze, jedna osoba zarabia 4 tysiące, druga 10. Ale co to zmienia? Jak osoba zarabiająca 4 tysiące dostanie podwyżkę to oczywiście proporcjonalnie ubywa jej obowiązków pozazawodowych? Nie jesteś w stanie przewidzieć wszystkiego w długim okresie. Np.osoba X dziś zarabia mało, a dzięki temu, że partner nie oczekuje odrobienia brakującej kasy w pracach domowych może się rozwijać i w przyszłości będzie zarabiać więcej. Nadal pozostaje kwestia np. wypadku. Co wtedy, kiedy ktoś przestaje cokolwiek wnosić do związku (finansowo) a tylko z niego czerpie? W Twoim rozumowaniu to chyba tylko się rozstać.
            Dla mnie takie fiksowanie się na finansach w życiu rodzinnym jest bezsensowne. Kompletnie nie wiem, czemu to ma służyć. Przekształceniu rodziny w biznes?

          • Pionierka

            A dobry policjant uratuje więcej osób, niż by uratował jako szef firmy ochroniarskiej. Szach mat zatem 😉

          • Adam Słomka

            to jest kwestia do dyskusji. Bez danych statystycznych nie do rozstrzygnięcia. Ale przy założeniu że właściciel firmy ochroniarskiej ponosi odpowiedzialność za wszystkie uratowane osoby przez jego pracowników, bo bez niego firma by nie istniała to myślę że każdy policjant odpada 🙂 a jeszcze można by do tego dodać chyba słuszne założenie że każda prywatna firma jest efektywniejsza niż analogiczna państwowa. To tak jakbyś miała ochotę porównywać właściciela firmy do komendanta.

            Więc ja bym jednak mata jeszcze nie wyrokował 🙂

          • Pionierka

            Firmy ochroniarskie ratujące ludziom życie? Wizja taka bardzo hollywoodzka, ale daleka od rzeczywistości, szczególnie polskiej. Jeśli nawet masz na myśli ochroniarską elitę to na czele firm (zresztą pracowników też to dotyczy) stoją byli żołnierze i funkcjonariusze elitarnych jednostek. Wniosek – gdyby zamiast iść do wojska/policji zakładali firmę to byliby cienkimi bolkami a nie żadną elitą. Zresztą agencje ochroniarskie, nawet najlepsze, mają inne zadania niż np. zwalczanie mafii, łapanie morderców, gwałcicieli i członków gangów. Nie da się porównać efektywności dwóch podmiotów o tak różnych celach.

          • Pionierka

            Nie, bo jego osobowość kompletnie się do tego nie nadawała. Zatrudnienie wybitnego fizyka jako policjanta jest bez sensu, bo to inne profesje i wymagają innych umiejętności. A czy uważasz, że człowiek o znakomitych zdolnościach analitycznych i innych cechach, które sprawiają, że jest świetnym policjantem powinien rzucić to w cholerę i otworzyć sieć kebabowni, bo zarobi wtedy 5 razy więcej?

          • Adam Słomka

            kebabowni może niekoniecznie ale już np agencji ochroniarskiej lub detektywistycznej czemu nie. Zależy co dokładnie by robił w jednym i drugim przypadku. Na pewno bycie krawężnikiem nie zapewaniłoby wykorzystania potencjału takiego człowieka.

          • aaaaanaaa

            Dorosły człowiek, wg mnie, powinien umieć przygotować sobie jedzenie, wyprać ubrania, posprzątać i nie jest to uzależnione od wysokości zarobków. Jeśli nie ma ochoty tego robić zatrudnia osobę, która zrobi to za niego i płaci tej osobie wynagrodzenie. Partner nie ma obowiązku prać moich skarpet, tak jak rodzice nie mają obowiązku prać skarpet dorosłym dzieciom. I tak jak dzieci nie muszą wynagradzać rodzicom faktu, że je wydali na świat, tak partner nie musi wynagradzać mi tego, że więcej zarabiam, ponieważ dobrowolnie weszłam z nim w związek. Układ – płacę, więc mnie obsługuj, nazywa się inaczej niż ‚małżeństwo’, czy ‚związek partnerski’ 😉

          • Aaaanaaa, w punkt!
            I oczywiscie nieustannie podpisuję się pod Pionierką. I Izą i Tianzi.

          • Adam Słomka

            Nie musi. Ale przy takim podejściu jedynym uczciwym rozwiązaniem jest wyznaczyć wspólny budżet, a pozostałe zarobki wydajemy na siebie 🙂

          • Pionierka

            A dlaczego nie? Jeśli obu stronom to pasuje to jest to jedna z możliwości gospodarowania finansami.

          • Adam Słomka

            hm wychodzi na to że to jedyne uczciwe rozwiązanie przy przyjętych założeniach?

          • aaaaanaaa

            To jedno z rozwiązań, na pewno nie „jedyne uczciwe” 🙂 Nie wszyscy przeliczają wszystko na pieniądze oraz na szczęście nie wszyscy cały czas za czymś gonią. Owszem, dobrze mieć ambicje, ale rozwój to nie tylko zmiana pracy na lepiej płatną albo rozkręcanie własnego biznesu. Mogłabym zarabiać więcej niż zarabiam, ale za bardzo cenię sobie wolny czas, który mam i który właśnie spędzam między innymi z rodziną czy realizując swoją pasję. Układaj sobie życie jak chcesz, ale mi Twój model całkowicie nie pasuje – nie chciałabym być w związku, w którym partner wzbudzałby we mnie jakieś poczucie winy, że zarabiam za mało czy mam mało ambitną pracę…nie chciałabym też mieć partnera, który oczekiwałby ode mnie wyręczania go w obowiązkach nie dlatego, że ma mniej czasu ode mnie, tylko dla samej zasady: „zarabiasz mniej, więc jakoś musisz nadrobić!”. Mamy totalnie różne podejście do życia 🙂

          • Pionierka

            Swoją drogą ciekawe czy taki partner wymagający wyręczania w obowiązkach sam pokornie rzuciłby swoją pracę i zajął się domem, gdyby się okazało, że nagle partnerka zarabia znacznie lepiej od niego 🙂

          • Adam Słomka

            to tylko mnie utwierdza w przekonaniu że równouprawnienie i związki parnerskie to jedna wielka ściema 🙂

          • Pionierka

            Dlaczego? Za związek partnerski uważasz taki, w którym w tabelce precyzyjnie wylicza się wkład każdej ze stron, potem wyciąga średnią z ostatnich sześciu miesięcy a następnie renegocjuje warunki współpracy, biorąc pod uwagę wynik?

          • Adam Słomka

            Dlatego że statystycznie przewaga finansowa między płciami występuje głównie w jedną stronę (i wcale nie twierdzę że jest to złe) natomiast ideę związków partnerskich promują głównie kobiety które raczej rzadko biorą pod swoje skrzydła gorzej zarabiających partnerów. I jest to uzasadnione przez naturę. Kobieta która ma wziąć na siebie ciężar porodu nie ma pożytku z kogoś kto będzie dla niej obciążeniem. Ale wobec tego idea związku partnerskiego nie jest możliwa do zrealizowania.

          • Pionierka

            Luka płacowa w generalnych statystykach to jedno, natomiast relacje między konkretnymi osobami to drugie. Jest sporo związków, w których to kobieta zarabia więcej, świat się zmienił nieco od lat 50. ubiegłego stulecia 😉 Co do idei związku partnerskiego to nie wiem dlaczego uważasz, że związki partnerskie to coś, czego chcą tylko kobiety. Coraz więcej mężczyzn chce równouprawnienia, bo np. rozumieją, że związek partnerski daje większe szanse na realizowanie się w relacji z dziećmi i wcale nie chcą żyć pod presją bycia jedynym dostarczycielem pieniędzy w rodzinie. Poza tym wielu mężczyzn rozumie, że kobiety mają też swoje ambicje, swoje plany zawodowe i nie mają z tym problemu.
            Co do bycia z gorzej zarabiającym partnerem to nie uważam, żeby to oznaczało bycie dla kobiety obciążeniem. Jak kobieta zarabia 2 tysiące a partner zero to jest problem. Jak kobieta zarabia 10 tysięcy a mężczyzna 3 to problemu nie ma żadnego bo sytuacja finansowa jest niezła. Ja np. nie miałam żadnego problemu z utrzymywaniem bezrobotnego partnera, nie wyliczałam mu tego, nie traktowałam jak obciążenia. Wszystko jest kwestią podejścia. I idea związku partnerskiego jest jak najbardziej do zrealizowania, ale nie każdy musi chcieć ją realizować w formie układu biznesowego.

          • Adam Słomka

            Jeśli generalna statystyka wskazuje na jakieś zjawisko to jak najbardziej znajdzie ono odniesienie w większości pojedynczych przypadków. Słowo sporo nie zostawia miejsca do dyskusji bo nie wiadomo w stosunku do czego i jak bardzo sporo 😛

            jeśli związek partnerski nie ma żadnej definicji i w zasadzie każdy układ można pod niego podpiąć to jego używanie jest bezwartościowe a być może nawet szkodliwe. Słowo partner ma jednoznaczne konotacje z układem gdzie występuje równy podział wartości wkładanej. Jeśli taka sytuacja nie występuje to na czym polega to partnerstwo?

          • Pionierka

            Partnerstwo «równe traktowanie siebie nawzajem» – definicja słownikowa. Dla mnie równe traktowanie siebie nawzajem oznacza również, a może i przede wszystkim uznanie, że oboje mamy równe prawa do odpoczynku, do samorealizacji, do zabezpieczenia finansowego na przyszłość, do rozwijani się w dziedzinach ,w jakich chcemy się rozwijać. Ja czuję się traktowana po partnersku, kiedy te wszystkie warunki są spełnione, a nie po podliczeniu w tabelce, czy przypadkiem nie włożyłam do związku za dużo.
            Zresztą każdy określa to sobie indywidualnie. Związek jest partnerski wtedy, jeśli obie osoby czują, że są w tym związku partnerami i nikt nie czuje się wykorzystywany i nadużywany w żaden sposób. A na to poczucie składa się masa niematerialnych rzeczy. Np. jeśli zrealizuję projekt który przyniesie mi duży dochód to zamiast gnać partnera do mopa na najbliższe miesiące, dopóki nie „odrobi” mojego wkładu, uznam to za nasz wspólny sukces, bo wiem, jakie znaczenie w moich sukcesach mają wszystkie nasze rozmowy, wsparcie, jego niezachwiana wiara we mnie, jak ja mam chwile zwątpienia a czasem tak zwyczajnie donoszenie mi kolejnych kanapek do biurka przy którym pracuję.

          • Adam Słomka

            Pozostaje mi tylko pogratulować udanego związku 🙂

          • Pionierka

            A dlaczego inne są nieuczciwe? Nieuczciwe są piramidy finansowe.

          • Adam Słomka

            w tym sensie że wtedy obie strony wrzucają do wspólnego worka tyle samo

          • Pionierka

            Nie bierzesz pod uwagę, że człowiek może mieć sytuację jak najbardziej satysfakcjonującą i nie potrzebować lepszej? Kierując się Twoimi zasadami to największy zysk mają osoby uzależnione od operacji plastycznych – każda kolejna nawet najbardziej bezsensowna zmienia sytuację na lepszą niż obecna.

          • Adam Słomka

            chyba nie widziałaś wyników tylu operacji. Kompletnie nie trafiona analogia.
            satysfakcja i potrzeba lepszej sytuacji również nie mają tu nic do rzeczy. Jedyne z czym się mogę zgodzić to to że satysfakcja jednej strony związku do pewnego stopnia przekłada się na satysfakcję drugiej. Ale w jakim stopniu nie potrafię oszacować. Intuicyjnie mi się wydaje że im większa różnica w zarobkach tym ten stopień jest mniejszy.

          • Pionierka

            Chodzi mi o to, że kompletnie nie rozumiem podejścia, że zawsze należy poprawiać sytuację na lepszą niż jest. Dla mnie sensowne jest ustalenie celu, który nas satysfakcjonuje i po jego osiągnięciu cieszenie się tym, a nie wieczna pogoń za więcej i lepiej.

          • Adam Słomka

            kto stoi w miejscu ten się cofa. Może sobie z tego nie zdajesz sprawy ale każde działanie które podejmujesz dobrowolnie z założenia jest poprawianiem sytuacji

          • Pionierka

            Niekoniecznie, może być działaniem na rzecz utrzymania obecnego stanu rzeczy. Zresztą poprawa sytuacji nie ogranicza się do wymiaru finansowego. Robię wiele rzeczy poprawiających moją sytuację, ale niekoniecznie więcej od tego zarabiam. Gdybym chciała znacząco zwiększyć zarobki to zmieniłabym pracę.

          • Adam Słomka

            Wszystko co da się jakoś zmierzyć, da się też przełożyć na pieniądze. Być może odniosłaś wrażenie że mam jakiegoś hopla na punkcie pieniędzy, więc muszę Cię wyprowadzić z błędu. Dla mnie pieniądze są jedynie środkiem porównawczym i tylko dlatego się do nich odnoszę. Również działanie na utrzymanie obecnego stanu rzeczy jest poprawą sytuacji, gdyby w wypadku jego braku sytuacja samoistnie się pogorszyła. Może podchodzę do tego strasznie matematycznie, ale szczerze mówiąc to chyba jedyny sposób żeby jakoś zważyć poszczególne argumenty, bo to że na każdy argument można znaleźć przeciwny to już tu widzieliśmy mnóstwo razy. Ale jeden z nich może mieć większą wagę, a najłatwiej to sprawdzić konwertując oba na pieniądze.

          • Iza

            Pieniądz nie jest dobrym środkiem porównawczym. Jest sztucznym tworem, ktory sam w sobie nie ma żadnej wartosci.

          • Pionierka

            Ale co właściwie chcesz osiągnąć? Chcesz udowodnić, że ludzie szczęśliwi w swoich związkach są w nich nieszczęśliwi, bo tak Ci wychodzi z przeliczenia na pieniądze? Poza tym będąc całkowicie konsekwentnym należałoby na pieniądze przełożyć naprawdę wszystko, a nie tylko sprzątanie. A zatem:
            wspieram partnera w trudnym emocjonalnie momencie – liczymy jak za terapię
            dałam się przejechać na moim rowerze – wypożyczalnia nie jest za darmo
            pomogłam jego dzieciom w lekcjach – stawkę korepetytora poproszę
            partner zawiózł mojej chorej babci zakupy – ooo, to kupa kasy, asystent seniora, spora sumka do zapisania po jego stronie
            partner rozmawia ze mną o moim tekście – przecież kolegia redakcyjne nie są charytatywne, doliczamy.
            Jeśli komuś pasuje takie życie i taki związek – proszę uprzejmie. Ja jednak podziękuję, nie potrzebuję wszystkiego w życiu przeliczać na pieniądze. I nie będę się zastanawiała, czy mój partner „zarobił” w tym miesiącu wystarczająco, żebym przygotowała obiad, jak jest głodny i zmęczony, czy może poczekam jeszcze, aż zasłuży.

          • Adam Słomka

            Słuszna uwaga o tej konsekwencji, ale zwróć uwagę że dotyczy sytuacji wyjątkowych, a cały sens tej dyskusji dotyczy rzeczy które się regularnie powtarzają. Wobec nich opłaca się stosować jakąś optymalizację, bo przy założeniu że pozostaną regularnymi, poprawi to w ogólności komfort życia.
            O szczęściu się nie da dyskutować bo każdy ma swoje i jest to kwestia co najmniej nieobiektywna 🙂
            Co do tego czego jak chcę, to oprócz uzyskania odpowiedzi na moje początkowe pytanie, chodzi mi o wgląd w kobiecy umysł i dowiedzenie się czemu zostanie w domu i zajmowanie się nim w zamian za bezpieczeństwo, wygodne życie, brak konieczności marnowania codziennie dwóch godzin na dojazd do pracy itp itd jest taką straszliwą perspektywą. Ja sam chyba bym się nie oparł jakby mi któraś dała możliwość ogarnięcia domu w 4h dziennie a później np grania w gry przez 6 😛

          • Pionierka

            Nie, to nie są sytuacje wyjątkowe. Codzienność to zdecydowanie więcej niż zarabianie kasy, sprzątanie i gotowanie. Więc jak chcemy uczciwie policzyć wkład każdej strony w związek to liczmy wszystko po cenach rynkowych.
            Ja ci już tłumaczę, dlaczego dla mnie Twoja perspektywa jest straszna – za inne kobiety się nie wypowiem.
            1) Nie lubię zajmować się domem. Niestety oboje nie lubimy, więc uczciwie dzielimy się tymi przykrymi obowiązkami. Gdybyśmy byli bogaci to po prostu zlecilibyśmy to komuś.
            2) Bezpieczeństwo? Wysoka pensja partnera to nie jest bezpieczeństwo. To znaczy dla niego jest, dla mnie nie. W razie rozstania on ma wysoką pensję i doświadczenie zawodowe. Ja mam – nic. Chyba, że mówimy o sytuacji, kiedy na moim koncie leży sobie milion złotych jako zabezpieczenie.
            3) Wygodne życie – mam obecnie bardzo wygodne życie, nie narzekam. Natomiast nie nazwałabym wygodą konieczności codziennego sprzątania i gotowania.
            4) Uwielbiam moją pracę i nieskromnie uważam, że mogę w niej jeszcze wiele ważnych rzeczy zrobić. Zamienić to na 6 godzin jakichś gierek? Nie ma takiej opcji.

            Podsumowując – nawet gdybym miała wyjątkowo dobrą sytuację finansową (moją osobistą, nie partnera), np. wygrała w totka 😉 to nie zrezygnowałabym z pracy. Owszem, zmieniłabym pewnie jej system i zrezygnowała z etatu, ale nie po to, żeby pucować kafelki, bo to byłby dla mnie koszmar. Oczywiście niezależnie od tego, kto z nas zacząłby nagle dysponować dużymi pieniędzmi to zrzucilibyśmy najgorsze obowiązki domowe na kogoś innego. Nie wyobrażam sobie, żebym z racji posiadania sporej kasy przestała cokolwiek robić w domu i zrzuciła to na partnera, bo on zarabia mniej. Za bardzo cenię nasz wspólny czas.

          • Adam Słomka

            Zdradzę Ci sekret że ja w tej dyskusji nie wypowiadam się za siebie bo uważam to za błąd w sztuce. Zaproponowałem eksperyment myślowy z pewnymi być może nierealnymi restrykcjami i ciągle muszę odpierać jakieś zarzuty o patologię i ciągłe odwołania ‚a u mnie to tak nie działa’. Robi się to już lekko męczące bo nie przywykłem do roli rozgryzania cudzych życiorysów, zwłaszcza że mnie mało obchodzą. I mam wrażenie że mielimy w kółko te same argumenty w tym konkretnym wątku więc chyba go zakończymy?

          • Pionierka

            „Chodzi mi o wgląd w kobiecy umysł i dowiedzenie się czemu zostanie w domu i zajmowanie się nim w zamian za bezpieczeństwo, wygodne życie, brak konieczności marnowania codziennie dwóch godzin na dojazd do pracy itp itd jest taką straszliwą perspektywą: – odpisałam Ci bardzo precyzyjnie na Twoje pytanie. Jeśli to problem, że pisałam w pierwszej osobie to przeczytaj sobie to jako: dla pewnej hipotetycznej kobiety może to być straszna perspektywa, bo…

          • aaaaanaaa

            Nie mogłabym zajmować się domem w zamian za bezpieczeństwo i wygodne życie, ponieważ mam potrzebę samodzielności. Chcę mieć własne pieniądze, nie chcę być od nikogo zależna. Jeśli ktoś czerpie radość z zajmowania się domem to proszę bardzo, ja tej przyjemności nie czerpię, sprzątam, bo lubię mieć czysto, a nie dlatego, że kocham sam akt sprzątania. A i nie zgodzę się, że bezpiecznym jest poleganie wyłącznie na wynagrodzeniu drugiej osoby, ponieważ „life is a fickle bitch” 😉

          • Adam Słomka

            No i to jest jedyny sensowny argument który tu już gdzieś padł. Aczkolwiek w takiej sytuacji pozostaje chyba tylko rozdzielić budżet.

          • Pionierka

            Jak utożsamiasz policjanta z krawężnikiem to trudno dyskutować. Krawężnik, jak to lekceważąco nazywasz to najniższy szczebel. I istotnie, pozostawianie na nim zdolnego i ambitnego funkcjonariusza jest marnowaniem jego potencjału. Aha, nie chciałabym żyć w kraju, w którym najlepsi policjanci zakładają agencje ochroniarskie.

          • Pionierka

            Pytanie, co nazywasz zyskiem. Znam ludzi, dla których zyskiem jest to, że bandzior trafi za kratki. I nie, nie są wyjątkami. Może to kwestia tego, że ja się obracam w środowisku ludzi, którzy mają raczej służbę niż pracę, ale znam bardzo wiele osób, dla których szeroko pojęty zysk to znacznie szersze pojęcie niż zera na koncie. Owszem, jest wielu słabych policjantów, ale uwierz, że zdolnych, ambitnych i pracowitych nie brakuje.

          • Pionierka

            Zadałeś pytanie, czy istnieje taki układ damsko – męski w którym kobieta (a przynajmniej w wersji czytelniczek tego bloga) będzie zadowolona ze swojego życia bez marudzenia na najbliższe otoczenie. Więc Ci na to pytanie odpowiedziałam. Odpowiedzi mogą być tylko w formie pojedynczych przypadków. Ale z tego co napisały inne czytelniczki, nie tylko mnie uszczęśliwia układ, w którym obie strony mają tyle samo czasu wolnego. Choć rozumiem, że ludzi uszczęśliwiają różne rzeczy, Ciebie może coś innego niż mnie.

            Bycie świetnym policjantem to nie jest marnowanie talentów tylko wykorzystywanie ich w bardzo ważnym celu i w bardzo dobry sposób. Szczególnie, że dla wielu gliniarzy ta praca to jest pasja i sens życia, czują się w tym spełnieni. Zdefiniuj „pewien standard życia” o jaki Ci chodzi. Dla mnie elementem standardu życia jest też samorealizacja. Ja i mój partner spełniamy się w naszych zawodach i to wpływa na jakość naszego życia.

            U nas trudno powiedzieć, jak jest z zarobkami. Na pewno sumarycznie ja mam większy majątek i ogólnie lepszą sytuację finansową. Patrząc na same dochody to jest różnie. I teraz nie wiem, czy mam sobie te kanapki robić sama czy stanowczo wymagać obsługi 🙁

            Moja zaradność życiowa nie oznacza, że mam wymagać od mojego partnera, żeby zrezygnował z pracy dającej mu satysfakcję. Bo wiem, że to dla niego ważne, tak samo jak moja praca jest ważna dla mnie. Poza tym nie każdy jest robotnikiem wyrabiającym stawkę godzinową. To, że będę pracować dwa razy więcej nie oznacza, że dwa razy więcej zarobię. Mam pracę kreatywną, potrzebuję odpoczynku, żeby być efektywna, nie da się tego robić przez 12 godzin na dobę.

    • acdc

      Każdy człowiek pełni w życiu kilka ról np. szefa, ojca, brata, wujka, męża, kolegi-przyjaciela i w każdej z tych ról ma inne obowiązki/cechy. W pracy może wymagać od sekretarki aby posprzątała po spotkaniu, musi chodzić w garniturze, być poważny – twardy, jako ojciec – może chodzić w rozciągniętej koszulce, tarzać się po podłodze z dziećmi, jako mąż może odkurzyć dywan, być romantyczny, wrażliwy i tak dalej i tak dalej. To, że ktoś jest jakąś szychą w jakiejś firmie wcale nie predestynuje go do tego aby tak samo jak w biurze zachowywać się w domu, czy w gronie przyjaciół

      • Adam Słomka

        Zwróć uwagę że pytanie jest postawione z perspektywy tej mniej zarabiającej strony. Tu nie ma narzucania, jest pytanie.

    • mat

      jeśli mąż zarabia miliony a żona nic to w taki razie to jest JEGO dom i to ONA pomaga JEMU.

      mam nadzieję, że pomogłam.

  • Niestety w wielu domach się tak przyjęło. Ja nie mam żony, ale mieszkam z dziewczyną. Mamy podział obowiązków. Gdy przychodzą goście, to ja najczęściej gotuję, a później wspólnie zmywamy. Ja odkurzam w mieszkaniu i zmywam podłogi, ona sprząta kuchnie. Ja rano ścielę, ona wieczorem i szereg czynności, którymi się podzieliliśmy. Z tym niedopuszczaniem do obowiązków to nie tylko w związkach się zdarza, ale również w rodzicielstwie. Kolega opowiadał mi jak to on nie wywierci dziury w ścianie, bo się boi, bo kiedyś tata mu nie pozwalał pomagać, a jak już pozwolił to krytykował.

  • U mnie w domu w zasadzie tego typu obowiązki spoczywaja tylko na mnie. Ja sprzątam, piorę,gotuje i zaprowadzam i odbieram starszgeo syna ze szkoły. Mąż czyści kuwety kotom, zmywa naczynia, wyrzuca śmieci i zaprowadza i odbiera młodszego syna z przedszkola. Sprawiedliwie? Dla mnie owszem, bo jak zauważyłaś w pod koniec swojego tekstu to też kwestia tego kto ile ma czasu i jakie obowiązki zawodowe. Ja zajmuję się bardziej domem, bo mąż zajmuje sie bardziej zarabianiem pieniędzy i to nie bylo odgórnie ustalone, tylko tak jakoś wyszło. Najwazniejsze jendka dla mnie jest to,z ę się sobie wzajemnie w ovbowiazki nei wtrącamy i bnikt nikomu nie mówi, że ma coś zrobić, bo kazdy dobrze wie co do niego należy i sam zdecyduje kiedy to zrobi.

    • Ale jako mąż wierzę głęboko, że to się zmieni. Żona będzie zarabiać, a mąż – gotować, sprzątać. A skoro mam zawodowo co nieco wspólnego z programowaniem, to może nawet pralkę zaprogramuję? A co! 🙂

  • M

    Polecam przesłuchać i pooglądać teledysk do najnowszej piosenki Jennifer Lopez „I ain’t your mama”, do tego tekstu pasuje jak ulał 🙂

  • Wiesz co Nishka, zupełnie niedawno wpadłam na Twojego bloga. To znaczy już kiedyś go widziałam, ale nie pamiętam dobrze, chyba trafiłam na kilka pod rząd tekstów o dzieciach, a takie blogi raczej omijam. Poszłam sobie i ostatnio wróciłam! Czytałam nowe i te starsze posty, i wiesz co….? Ten tekst jest genialny, jak większość Twoich. Podoba mi się Twoje zdystansowane podejście do życia. Super!!!!!!
    A tekst podaję dalej :))

    • Dziękuję! 🙂

    • Paweł Tadejko

      Będę cytował 😉 „Ten tekst jest genialny, jak większość Twoich. Podoba mi się Twoje zdystansowane podejście do życia. Super!!!!!!”

  • Agnieszka Krupińska

    W naszym domu też mamy partnerski podział obowiązków: mąż pracuje zawodowo, a ja zajmuje się domem i dziećmi ;))))
    Osobiście bardzo nie lubię tego określenia, że mąż pomaga mi w domu. To jest nasz wspólny dom, nie tylko mój. A jeśli kobieta pracuje zawodowo, to znaczy że pomaga mężczyźnie w zapewnieniu finansowego dobrobytu swojej rodzinie? Trochę zażartowałam na początku mojej wypowiedzi, ale to jest dokładnie tak jak piszesz: to że ja zajmuje sie domem wynika z tego, że nie pracuje zawodowo, wiec mam więcej czasu na obowiązki domowe. Ale tylko z tego powodu, a nie dlatego że wyznajemy tradycyjny model rodziny 😉

  • „Tradycyjny podział ról” to nieco zwodnicze pojęcie. Bo według jakiej tradycji należy ten podział rozpatrywać? W zasadzie w każdym społeczeństwie panuje inny – czasem bardziej, czasem mniej – układ ról i podziału obowiązków. Który uznać za tradycyjny? Myślę, że chodzi o silnie zakorzeniony w polskim społeczeństwie układ patriarchalny z całym szeregiem cech mu przyporządkowanych.

    Kilka lat temu wpadł mi w ręce konspekt z konferencji gdzie kulturoznawcy, socjologowie (czy socjolodzy?) debatowali nad zmianami obyczajowymi i mentalnymi polskiego społeczeństwa. Otóż jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych uważano, że przy ówczesnym tempie zmian zachodzących w mentalności społecznej potrzeba czasu czterech pokoleń (pokolenie = 25 lat) by układ patriarchalny w Polsce został zachwiany, zdestabilizowany. Pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku ten okres wydłużył się już do siedmiu pokoleń. A więc by zauważyć trwałe zmiany w obyczajowości, potrzeba niemalże dwustu lat. No, nogi się pod człowiekiem uginają. Dlatego walcz, bo może uda Ci się choć o jedno pokolenie zbić ten czas. To będzie Twój mały sukces.
    Należy pamiętać, że społeczeństwa, które stawiamy sobie za przykład, chociażby Holandia, wypracowywały swój model przez setki lat. My chcemy dokonać zmian w kilka. To w sensie globalnym.

    A lokalnie? Jak można wypracować organizację podziału ról wewnątrz związku, skoro wiele par nie potrafi się ze sobą komunikować w najprostszych sprawach? Poza tym, funkcjonowanie oparte na licytacji „ja dzisiaj zrobiłem to, to ty robisz tamto” albo „ja wczoraj zmywałem, ty dzisiaj odkurzasz” itp. chyba nie będzie wciąż idealnym rozwiązaniem. Lepiej jeśli przyjmie reguły bazujące na zdrowym rozsądku, ale to wymaga umiejętności komunikacji, czytania partnera i zrozumienia. Dom to nie jest kolejne miejsce pracy, do którego przychodzimy wykonywać wcześniej nakreślone zadania.

    Czasem przerażam sam siebie, kiedy czytam, to co napisałem. Chociaż napawa mnie też dumą ilość mądrego i elokwentnego słownictwa jakie znam. Skąd ja to wszystko wiem?

  • Dlatego ja od początku starałam się wprowadzić taki rozsądny podział obowiązków. Ja mam wolne, a mężulek w pracy – ja ogarniam domostwo. Ja w pracy, od w domu – on sprząta albo chociaż obiad zrobi. Jak oboje jesteśmy równo zapracowani, to jedno łapie za miotłę, drugie za pranie i działamy wspólnie. To nasz wspólny dom, więc wspólnie musimy o niego dbać 😉

  • Pionierka

    Ja jestem dobra dziewczyna i staram się pomagać mojemu partnerowi w domu 😉 Czasami sprzątam, bywa że coś ugotuję, a nawet zakupy przytargam. Wiadomo, że on ma więcej roboty, bo dzieci ma. Ale i przy dzieciach nieraz pomogę, a co!

  • U nas oboje pracujemy, sprzątamy, gotujemy, zajmujemy się dziećmi. Dzielimy się po równo i tak da się żyć. Czasami słyszę jednak od koleżanek jak po 11 godzinach w pracy wraca taka do domu i pierwsze co słyszy, to co dzisiaj na kolację. Również jeśli kobieta nie pracuje zarobkowo, to zajmowanie się dziećmi i domem również jest bardzo męczące, a odpoczynek i chwila dla siebie należy się każdemu. Świetny tekst 😉

  • Po pierwszej połowie tekstu stwierdziłam: „Uffff, dobrze, że mój wyrzuca śmieci!”, a tak serio to u nas też jest raczej sprawiedliwie. Raczej, ale jesteśmy małżeństwem dopiero dwa lata, więc jeszcze trochę czasu nam zostało na osiągnięcie Waszej perfekcji… 😉

  • Ola

    Najgorsze jest to, że niektóre kobiety same biorą na siebie wszystkie obowiązki i nie chcą ich nikomu przydzielić. Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która pracuje na cały etat, dokładnie tak jak jej mąż. Znajoma narzeka, że nie ma nawet kiedy książki przeczytać, bo tylko pranie, sprzątanie, gotowanie itd. Na moją sugestię, że może powinni podzielić się obowiązkami po połowie, słyszę „On??? Przecież on nawet ziemniaków nie umie ugotować!” Hmm… Może dlatego, że nikt go nie nauczył?
    Nigdy nie pozwoliłabym sobie na „tradycyjny” podział obowiązków w moim związku, czyli ja sprzątam, on leży. Oboje pracujemy przy komputerze 8 godzin dziennie, więc nie ma, że ktoś się bardziej napracował. U nas wygląda to tak, że ustalamy: trzeba posprzątać to, to, to i to. Konkubent wybiera to i to, a ja tamto i tamto, każdy robi swoje i jest posprzątane <3

  • hihi tak się uśmiecham pod nosem jak to czytam, bo u nas od początku jest bardzo podobnie 🙂 dzielimy się obowiązkami już tak na czuja i nikomu nie spada korona z głowy, czasem jest „po równo”, czasem mój mąż zapiernicza jak ja mam dużo pracy, czasem jest na odwrót. Odkąd zamieszkaliśmy w Polsce obserwuję sobie jak te wszystkie ciocie – babcie jeszcze parę lat temu mocno biadolące nad moim kiepskim losem (mąż – Turek, to nie tylko nie pomoże, ale i w domu będzie zamykał 😀 ) teraz się tylko przyglądają jak Fab krząta się w kuchni po równo ze mną, ciasto zrobi, herbatę poda 🙂 jak się chce to można 🙂

  • Ja też bardzo się staram aby nasz dom był „partnerski” czasem pomogę mężowi zbierając suche pranie, od czasu do czasu odkurze…powyciągam ze zmywarki :))
    Prawda jest taka, że trafił mi się egzemplarz, w którym jako dziecko czynnie uczestniczył w porządkach domowych, natomiast mama była odpowiedzialna za zakupy i posiłki, zabawy z dziecmi, jego tato ogarniał cały dom. łącznie z myciem okien. jeśli dużo prawdy jest w tym, ze mężowie wybierają na wzór matek to poniekąd podobny układ panuje u nas i bardzo mi to odpowiada…choc czasami się „buntuje” i wysyłam męża na dwór z córką, a ja odpoczywam – sprzątając 🙂

  • Kasia

    Doskonale to znam. Wprawdzie mam dopiero 21 lat, ale mam starszych rodziców i u nas od zawsze tak było, że mama wszystko robi, tato odpoczywa. I teraz gdy mama pracuje, ja wszystko robię, moi bracia nic nie pomogą. Ale męża sobie za to wychowam 😀

    • Akurat

      Lepiej weź wychowanego bo samej będzie Ci trudno

    • Kasia Żądło

      U nas było zupełnie odwrotnie. Mama zarabiała a tata był z dziećmi w domu. Ale jak byli w domu jednocześnie to oboje coś robili. Nigdy nie widziałam mamy która by robiła wszystko. Na pewno lepiej sprzątala od taty, za to on o wiele lepiej gotowal i naprawial zepsute rzeczy. Mimo że to było 30 lat temu ( i trwa do dzis) rodzice żyli dość postepowo.

      • Super! Aż miło się czyta taki komentarz 🙂

        • Kasia Żądło

          Musze przyznać ze na to jaki tata był i jest miało duzy wpływ wychowanie. Był najstarszym synem i bratem siedmiorga rodzenstwa. Często opowiadał ze musiał wstawać codziennie rano i szykowac dla wszystkich sniadanie. Nie było jakichś duzych podziałów wg płci jeśli chodzi o podział obowiazkow. Wszyscy jednakowo pracowali w polu. Ciocie tez jeździły traktorem, tata i wujkowie tez gotowali i sprzatali. Tata był dla swoich 3 córek przykładem mezczyzny, który potrafi się zająć domem i szanuje kobiety.

    • Aguaya

      Lepiej poszukaj sobie takiego już wychowanego! 😉

  • Mam to szczęście, że mój facet kocha gotować i gotuje bardzo dobrze. Gorzej ze sprzątaniem po gotowaniu, ale za to co tworzy na talerzy przyjmuje to na klatę. 😉 Jeśli chodzi o porządki, poproszony o pomoc nigdy nie odmawia. Pracuje jednak dużo więcej ode mnie, więc to ja więcej czasu spędzam w domu na codziennych obowiązkach. Jeśli na przykład wychodzi na piwo z kolegami, to wraz z błogosławieństwem przy drzwiach dostaje do ręki worek ze śmieciami. Ja nie mam poczucia, że robię w domu wszystko, jemu też chyba nie przeszkadza, że czasem wyniesie śmieci czy zamiecie balkon. Korzystamy oboje, sprzątamy oboje. Nie czuję się niewolnicą wiadra i mopa i chyba to jest najważniejsze? 🙂

    • Aguaya

      A musi DOSTAWAĆ przy drzwiach ten worek ze śmieciami? Nie może sam wziąć i wyrzucić?

      • Cierpi na taką przypadłość, że jak nie usłyszy słowa „śmieci” to nie idzie do kuchni sprawdzić czy aby nie są wyniesione. Tak, ja jak wychodzę z domu to je wyrzucam, bo jako kobieta myślę wielozadaniowo – idę do sklepu, mijam śmietnik, aha, mogę zabrać śmieci. Facet jak wychodzi z domu to za cel obiera…swój cel, nie analizuje co może zrobić po drodze. Jak idzie wynieść śmieci, to je wynosi. Jak gotuje, to gotuje. Dlatego też czasem pomagam mu delegując zadania. 🙂

  • Ja przez pierwszą cześć małżeństwa ( patrz u nas tez 15 lat ) żartowałam, że u nas jest równy podział praw i obowiązków znaczy on ma prawa ja obowiązki . W końcu powiedziałam basta i okazało sie że mąż wspaniale ogarnia dania mięsne , a jak sie mu palcem pokarze co trzeba zrobić – jedynie muszę dokładnie określić termin, ze JUZ , bo inaczej trzeba bedzie co pół roku przypominać 😂

  • Początek – genialny. Uśmiałam się. Punkty, które wymieniasz (szczególnie 3 i 4), są takie prawdziwe. Tak łatwo jest powiedzieć, zrób to i to, a jednak tak rzadko mówimy wprost czego oczekujemy. I faktycznie mężczyznę chwali się za rzeczy, które dla nas kobiet są taką codziennością :-). Ja stosuję listę zadań i dla dzieci i dla męża. To działa. Polecam.

    • Aguaya

      A nie sądzisz, że jak dajesz mężowi listę zadań do zrobienia, to traktujesz go trochę jak dziecko? Przecież to dorosły człowiek, który powinien wiedzieć, że dom to przestrzeń wspólna, a skoro jest wspólna, to trzeba o nią wspólnie zadbać. I robić to dlatego, żeby wszystkim się lepiej żyło, a nie dlatego, że ktoś komuś napisał to na kartce.

      • Niestety to w naszym przypadku nie działa. Mój mąż zrobi sam od siebie wiele rzeczy np. ogórki małosolne, weźmie ze sobą śmieci, zrobi zakupy. Ale jest mnóstwo rzeczy, które najchętniej by pominął, może ich nie widzi? A ponieważ dom to wspólna przestrzeń i trzeba o nią dbać wspólnie, to mąż dostaje niektóre rzeczy na kartce :-). I całkiem mu to odpowiada 🙂

  • Czytam właśnie książkę Pauliny Młynarskiej „Jeszcze czego!”, w której opisuje model polskiego mężczyzny i nie jest to bynajmniej optymistyczna ocena płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie, porusza w niej wiele tematów dotyczących nie tylko mężczyzn ale również tego jaką my, kobiety przyjmujemy wobec nich postawę. Otwiera bardzo oczy na wiele spraw damsko-męskich, również dotyczących spraw domowych. Tak mi się skojarzyło z Twoim postem. Pozdrawiam.

  • pestki

    Tylko taki partnerski podział obowiązków nie każdy rozumie. Moja teściowa powiedziała kiedyś mojemu meżowi a jej synowi, że mi współczuje, bo chowa naczynia do zmywarki ☺️. Generalnie ja więcej obowiązków domowych wykonuję bo „siedzę” w domu z dwujką maluchów. Ale są takie rzeczy, których nie robię typu wyrzucanie śmieci czy zakupy, jemu po prostu łatwiej zrobić to samemu niż mnie z dziećmi. Aczkolwiek nie ukrywam, że zarówno we mnie jak i w nim siedzi takie przeświadczenie, że ja mam więcej czasu wolnego bo jestem w domu i tylko dzieci pilnuję to w międzyczasie mogę, posprzątać, wyprać, wyprasować, poskładać, ugotować itp. ☺️ Czasem czuję się jak ta cierpiętnica. Ciekawa jestem tylko jak to będzie jak wrócę do pracy, czy nadal jednak większość obowiązków będę wykonywała sama ☺️ Choć może dzieci już mi pomogą.

  • recenzjedomi

    Ja to najbardziej lubię tekst „Mąż pomaga mi przy dzieciach”. Dla mnie brzmi to tak, jakby mąż to był jakiś pan, co wpada z obwoźnym cyrkiem raz na dwa tygodnie na godzinę w ramach występów gościnnych. Nie słyszałam w życiu żadnego faceta mówiącego, że „żona pomaga mi przy dzieciach”.

    • Kasia Żądło

      To jest dokładnie jak z tymi tekstami: beczysz jak dziewczyna, rzucasz jak dziewczyna, biegasz jak dziewczyna itp.

  • MamaSpace

    Moja teściowa żyła z 3 facetami tzn. mężem i 2 synami i nauczyli się w domu, że kobiecie się pomaga. Dzięki temu mam dobrego męża ☺

  • mia

    ja mam luźne podejście do tego, mój facet nabałagani, bardzo proszę, czekam aż mu to wszystko zgnije ^^ albo wreszcie sam posprząta hahaha ;-P jesli chodzi o gotowanie to od pierwszego dania jakie zrobiliśmy jest podział 50:50, a nawet czasem mój facet sam coś robi, ale uwaga musze byc mało wymagająca, bo zwykle jest niedoprawione ^^ ale trudno lepiej niech on coś zrobi niż żebym ja miała robić wszystko idealnie, po prostu godze sie na to że mój facet zrobi gorzej ode mnie, ale lepsze to niz żeby nic nie robił ^^ 🙂 jestem z niego bardzo dumna jak posprząta etc i go chwalę wtedy ^^ haha w kwestiach mycia samochodu, uganiania się za muchami w domu jestem nieporadna i mój kochany musi to załatwić ^^ jak jestesmy sami to tak jest, a przy znajomych ojej! mój kochany zaczyna udawać, że on w domu nic nie robi, że nie wie gdzie jest patelnia i pokrywka. woła mnie i pyta się gdzie to leży ^^ a to cwaniak, żeby tylko koledzy się nie domyslili 🙂 ach ci faceci ^^ ale duza rolę w tym, że jest taki pomocny odgrywa jego mama, której czesto w domu nie było, pracowała nie miała czasu wiele i mój facet sam musiał wszystko robić i musiał sie jakoś ogarnąc ^^ 🙂

  • Barbarra

    ostatnio gdy poprosiłam męża, by pomógł mi w sprzątaniu, to podszedł do mnie i powiedział ‚ pod warunkiem, ze kupisz mi na urodziny zabawkę na https://www.hobby4men.com/. No myślałam, ze zwariuje :)) poprosiłam żeby mi pokazał te zabawkę, bo i tak jakiś prezent urodzinowy kupić mu muszę, ale na pewno nie za pomoc w sprzątaniu wspólnego dniazda!

    • Aguaya

      Fajna reklama portalu. Ile ci płacą za taki spam?

  • Barbarra

    Mój mąz nie należy do osób, które chętnie pomagaja w domu… Ostatnio jak go poprosiłam, zeby pomogł mi sprzatac w mieszkaniu, to usłyszalam, że pod warunkiem, ze kupie mu zabawke na https://www.hobby4men.com/ 🙂 a ja sie zgodziłam, bo na dniach miał udzonych a mi podsunal pomysl na pezent 🙂 zabawke dostał, ale na urodziny a nie za pomoc :)))

  • Pingback: 6 typów mężów, których nie chcę mieć ;) - Nishka()

  • mandinka

    Jedno pytanie. Jak wygląda procentowy udział Waszych zarobków w budżecie domowym? Kto ile wkłada?

    • Sara

      A możesz wyjaśnić, co ma procentowy udział zarobkowy w budżecie domowym do dzielenia się obowiązkami? Wyjdźmy z założenia, że oboje pracują na pełen etat.

      • mandinka

        Jeśli chcemy równego wkładu w związek, to jeśli między ich zarobkami są duże dysproporcje, tzn. on na przykład zarabia dwa razy więcej niż ona, to ona aby mieć równy (a przynajmniej jak najbliższy równemu) wkład powinna pracować w domu – piorąc, gotując, sprzątając. Wszelka pomoc ze strony mężczyzny jest wówczas aktem dobrej woli, a nie obowiązkiem.

        • Casta

          Zakładasz, że jej praca jest mniej wartościowa. A może pracują w różnych branżach, mają różne ścieżki zawodowe, ona nie dostała podwyżki, bo była na macierzyńskim, a może po prostu dostaje mniej bo jest kobietą (statystyki wciąż pokazują nierówności płac za tę samą pracę przy tych samych kwalifikacjach!).
          Fakty są takie, że oboje ciągną po 8h dziennie. Oboje są zmęczeni. I ona ma jeszcze usługiwać panu i władcy, bo jej zmęczenie jest warte np. 500 zł mniej niż jego? To on niech spada i za tę nadwyżkę wynajmie sobie sprzątaczkę.

          • Celina Anna ‚Asmena’ Zygarłows

            Casta, tak bardzo lubię ten komentarz! <3 Akt dobrej woli, no śmiechu warte… U mnie do niedawna była duża dysproporcja- zarabiałam cztery razy więcej niż mój partner. Korona mi z głowy nie spadła przez to, że musiałam posprzątać. To, że jego zarobki były o wiele mniejsze, nie oznacza, że on przez te kilkanaście godzin pracy dziennie nie był zmęczony. Ba, niekiedy pracował więcej i dłużej niż ja, był bardziej zmęczony, więc oczywistym dla mnie było to, że w taki dzień ja ogarniam dom, a nie leżę i pachnę, bo zarabiam więcej. Ludzie…

          • mandinka

            I to, że sprzątałaś to był Twój akt dobrej woli. Proste 🙂

          • Pionierka

            Sprzątanie jest zawsze aktem dobrej woli, przecież nie ma przymusu.

          • Celina Anna ‚Asmena’ Zygarłows

            Nie, to nie był żaden akt dobrej woli tylko mój obowiązek i tyle. W domu robi ten, kto ma czas i jest mniej zmęczony, a nie ten, kto zarabia mniej. Jeśli w Twoim związku zarobki są tak ważną sprawą, to pozostaje mi współczuć.
            Poza tym z jakiej paki podział obowiązków ma być czymś roszczeniowym?… To nasz wspólny dom, wspólnie na niego pracujemy, więc wspólnie się nim opiekujemy. Roszczeniowa jest osoba, która z racji zarobków uważa, że należy jej się inne traktowanie i tyle.

          • mandinka

            No to jednak nie chcecie równości tylko uprzywilejowania. Kobiety dostają mniej pieniędzy za TĘ SAMĄ pracę? Śmiech na sali, który pracodawca mając do wyboru tak samo skutecznego pracownika woli zatrudnić tego, któremu będzie musiał zapłacić więcej? Ano żaden. Widocznie skoro kobiety mniej zarabiają na tych samych stanowiskach, to nie są w pracy tak wydajne jak mężczyźni. Dla Ciebie życie na koszt faceta (bo jego pensja przekłada się na wyższy standard życia obojga) jest normalne? Gratuluję moralności 🙂

          • Casta

            Mam taki sam dochód jak mój facet (różnica 100 złotych, szaleństwo!), wcześniej przez ponad rok miałam dwa razy większy od niego, więc wycieczki personalne proszę kierować gdzie indziej. I co, on żył „na mój koszt”? To się nazywa proza życia, są różne sytuacje (przejściowe lub mniej) gdzie jedna strona ma kłopoty. I rolą związku jest się wzajemnie wspierać, a nie trzymać kalkulator w ręku i mówić „no, kochanie, zarobiłeś w tym miesiącu mniej. Albo sprzątasz cały dom, albo wypad pasożycie”. Parafrazując Twoją wcześniejszą wypowiedź – gratuluję podejścia do związku 🙂

            Jeśli chodzi o wydajność – nie, jesteśmy tak samo wydajne. Czasem nawet bardziej, bo staramy się za wszelką cenę udowodnić, że „dorastamy do poziomu mężczyzn” (jakbyśmy domyślnie były czymś gorszym). Płace to wynik tej chorej mentalności, według której kobietę można wykorzystać, zapłacić jej mniej, dać podwyżkę rzadziej niż mężczyźnie, bo przecież „facet się ceni, a baba nie upomni”, a jak się upomni, to się mętnie odmawia albo da marne grosze. Bo kobieta od razu musi uciec na zwolnienie w ciąży (no serio, ile procent kobiet tak robi?), a w ogóle to powinna stać przy garach…
            Ta mentalność się powoli zmienia, dysproporcja zarobków jest mniejsza niż kiedyś, ale wciąż za duża. I w cyferkach to widać.

            A już największą patologią jest dla mnie to, że moja ciotka pracowała godzinowo o wiele więcej niż mój wujek, wypłatę miała też większą, a po pracy musiała w domu robić WSZYSTKO. I podczas dyskusji usłyszała „a bo to takie trudne podać talerz zupy?”. To dlaczego przez 30 lat on jej tej zupy ani razu nie ugotował? Wyjaśnisz mi tu, kto żył na czyj koszt i gdzie moralność? Czy wszystko jest ok, bo to przecież kobieta sprzątała?

          • mandinka

            Wyższa pensja mężczyzny była tylko przykładem (bo częściej to on zarabia więcej). Pisałam wyżej, że chodzi o to, że strona której wkład finansowy jest mniejszy, a jednocześnie korzysta z pieniędzy partnera, powinna dążyć do wyrównania wkładu – czyli np. gotując obiady, sprzątając. Dla mnie to oczywiste. I nie chodzi o to, żeby z ołówkiem wyliczać „kto komu i ile”, ale przy dużych dysproporcjach w wynagordzeniach liczyć zazwyczaj nie trzeba. Ponadto ciekawa jestem czy jak kibel się w domu rozwali, to panie też tak się rwą do wymiany spłuczki? Do rozłożenia syfonu w zlewie? Do pospąrzatania w rodzinnym samochodzie? Hm? Tak, pewnie zaraz się zgłoszą te które to robią (sama od czasu do czasu myję samochód męża, chociaż nie jestem kierowcą), ale na ogół kto się tym zajmuje? Ano mężczyźni i jakoś żaden nie biadoli tak jak kobiety, której ciężko pranie nastawić i poświęcić 15 min na rozwieszenie.

          • Casta

            Generalizujesz. Zgłosi się sporo kobiet i nagle okaże się, że ojej! wiele z nich to robi. „Na ogół” brzmi fajnie w dyskusji, ale jak ktoś się kiedyś pokusi o rzetelne badania statystyczne, to wyniki mogą Cię zaskoczyć. Sama potrafię naprawić spłuczkę, ogarnąć syfon, używać wiertarki, wkrętarki i szlifierki, nawet zdjąć pokrywę z piecyka gazowego i zobaczyć co tam się dzieje (naprawy zlecamy panu z uprawnieniami). I nie robię tych rzeczy od święta, tylko od razu jak trzeba. Zepsuło się? Sprawdzę, naprawię, nie będę czekać aż facet przyjdzie, bo po co?
            Mnie ten argument trochę śmieszy, bo sama mam w rodzinie sytuację, gdzie kobieta pracuje (czasowo i pieniężnie wychodzą totalnie na równo), ogarnia dom i jedzenie, a jak coś się psuje to też sama wszystko naprawia, bo mąż zmęczony albo zapomniał. Przez pół roku zapominał. A jak sobie sam kanapkę na śniadanie zrobił, to przez tydzień chodziłam zszokowana.

            Poza tym powiedz szczerze, jak często psuje się spłuczka? Raz na rok. A jak często robimy pranie? Ja średnio raz na tydzień. Dodaj do tego obiadki, prasowanie, odkurzanie, mycie okien, o szorowaniu łazienki nie wspomnę. Drogo się ceni ta męska złota rączka.

            Być może chodzi Ci o sytuację, gdzie jedna strona wyraźnie wykorzystuje drugą. Nie chce pracować, złapie coś dorywczo, doi pieniądze z partnera. Takie związki są złe, ale nie ze względu na pieniądze, tylko w ogóle podejście do siebie. Jeśli obie strony pracują, dając z siebie tyle ile mogą, to nie pieniądze powinny decydować o obowiązkach domowych, a indywidualna umowa partnerów, ilość wolnego czasu i poziom zmęczenia. I jakaś taka zwykła, ludzka empatia.

            I tej empatii życzę kobietom wobec kobiet wyznających inny model partnerstwa. Tobie, sobie i Nishce też.

          • Pionierka

            Jak się kibel rozwali to wzywamy hydraulika, podobnie do rozwalonego zlewu. Samochodu nie mamy to i problem odpada. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi „płacił” za dostęp do konta obiadami czy odkurzaniem, bo nie po to jestem w związku, żeby komuś wyliczać, dla mnie to jakiś absurd. Tak samo jak po otrzymaniu dużego przelewu nie siadam z rączkami pod tyłkiem i nie zgrywam księżniczki, której teraz partner ma składać hołdy, a ja dla zasady nie zrobię nic. Ten robi więcej w domu, kto ma akurat na to więcej czasu i siły, a nie ten, kto odpowiednio zarobił. I nikt nie biadoli, bo normalne, że wspólnym domem zajmujemy się wspólnie.

          • Pionierka

            No ja na przykład dostaję więcej za TĘ SAMĄ pracę, co mój kolega. Czary? Nie, tak się po prostu pensje ułożyły w firmie. Przyszedłby pół roku później i miałby tak samo jak ja.

        • Sara

          Czyli jeśli kobieta zarabia np. 2000 zł i pracuje 8 godzin dziennie, a partner pracując tyle samo godzin zarabia 4000 zł, to w Twoim mniemaniu kobieta powinna jeszcze po pracy zachrzaniać w domu i łatać finansowe braki. AHA.

          • mandinka

            Dokładnie tak uważam. W końcu chcemy równości w związku, prawda? 🙂 Zawsze kobieta może się dokształcić, dostęp do edukacji mamy taki sam. Ale korzystać z pieniędzy faceta (bo umówmy się, tych 4k facet nie wyda tylko na siebie) i jeszcze biadolić, że trzeba mu prać gacie? Bez komentarza 🙂 Roszczeniowe te kobiety dzisiaj.

          • Pionierka

            Przecież to jest prywatna sprawa pary, jak sobie układa kwestie finansowe i jakie jest podejście do pieniędzy, czy to wspólny budżet czy nie.

    • Pionierka

      Zależy od miesiąca. A jakie to ma znaczenie?

  • W sedno. U mnie w domu jest podobnie i również nie zadziało się to w tydzień. Mąż był z tych wyręczanych synusiów. Teraz mogę powiedzieć, że nie tyle mi pomaga, co ma swoje obowiązki w domu. Ja się w nie nie wcinam. Każde z nas wie co ma robić. Oczywiście jak leży chory (tzn. umiera na katar) albo ciągnie nadgodziny to w danym tygodniu ja przejmuję jego obowiązki. Ale to jest u nas oczywiste. Jeśli ja mam gorszy okres, to on również mnie wyręcza. A rzeczami, które robi się rzadziej (np. mycie piekarnika, okien czy przedświąteczne szaleństwo), dzielimy się na bieżąco. Czasem myślę, że mam duże szczęście, że na takiego człowieka trafiłam, a czasem uważam, że to nasza, kobiet wina, że mężowie nic nie robią w domu.

  • U nas tylko z jedną kwestią jest pewien problem. Otóż mężowi memu trudno przyjąć do wiadomości, że po 9h pracy jako opiekunka mogę być tak samo zmęczona, jak on po 8h pracy fizycznej. „Bo moja praca jest lżejsza, bo ja pracuję z dzieckiem, nie muszę się z nikim użerać itd”. Czasem mówię mu – chodź, zamienimy się. Bo to nie jest do końca prawda, że to taka lekka robota. A do tego gotowanie czy ogarnianie bałaganu mam i w pracy i w domu…

  • Justyna

    Sama prawda! U mnie też jest równy podział obowiązków ☺ Pozdrawiam