Ojcowie, weźcie się do roboty i spędzajcie czas ze swoimi dziećmi!

fot. Mały Kadr

„Współczuję Ci. Kiedyś, za kilkanaście lat, gdy uświadomisz sobie jak niewiele czasu spędziłeś z dziećmi, zrobi ci się przykro, a czasu już nie cofniesz.” – oto fragment listu, który napisałam dwa miesiące temu do męża.

*

Moja starsza córka podeszła do brata niemowlaka i rozanielona jego widokiem, zachwycona rzekła:

– Ale jesteś śliczny, ale jesteś uroczy, mój najukochańszy braciszek, tak bardzo cię kocham, tak dziś za tobą tęskniłam! A kto się tak ładnie uśmiecha, a kto tak uroczo patrzy na siostrę?

(5 minut później)

– Okej, spadam stąd, właśnie minęło moje codzienne 5 minut czasu dla brata.

To taki, wiecie, żarcik w jej stylu, ale tak naprawdę ma dużo wspólnego z rzeczywistością. Tak jak młodsza córka uwielbia spędzać z bratem czas i często do nas przychodzi, zagaduje, zaczepia i pyta, czy może wziąć go do swojego pokoju i się z nim pobawić, tak starsza mimo, że kocha, nie jest nim specjalnie zainteresowana. I ma do tego prawo, w końcu jest jego siostrą, a nie matką.

Bardziej niepokojące jest to, że podobnie do starszej córki zachowuje się wobec swojego syna jego ojciec! Owszem, gdy widzi synka twarz mu promienieje, zagaduje do niego rozanielony, ale gdy wręczam mu dziedzica na ręce, po pięciu minutach mówi:

– Natka, słuchaj, muszę iść i (w zależności od pory dnia należy wstawić odpowiedni „argument”) wysłać ważny mejl do konstruktora / iść do kotłowni sprawdzić, jak pracuje piec / zrobić sobie kolację, bo jestem bardzo głodny / odpocząć, bo miałem naprawdę ciężki dzień / itd.

Gdy pewnego dnia kolejny raz usłyszałam o ODPOCZYWANIU, trafił mnie szlag i wysmarowałam do męża następujący list. Wiedzcie, że pisząc go waliłam w klawiaturę jak szalona i pospiesznie wycierałam z policzków łzy, by mi nie zalały komputera.

Wiem, że jesteś zapracowany i zmęczony.
 
Jednak nie potrafię zrozumieć, jak można traktować spędzanie czasu z dziećmi, zwłaszcza z pogodnym niemowlęciem,  jako coś równie męczącego jak praca. Jak można nie chcieć budować z nim więzi i woleć „odpocząć” od pracy surfowaniem po internecie. Codziennie rano i codziennie po południu, w ramach relaksu przed lub po pracy, wolisz spędzać czas przed czarnym monitorkiem niż poświęcić go na rozmowę z dziećmi. Twój syn ma już cztery miesiące, a czas, w którym poświęciłeś mu ciągiem więcej niż 20 minut można by policzyć na palcach dwóch rąk.
 
Czasem czuję się, jakby byłam samotną matką. Gdy muszę załatwić jakąś sprawę, nie biorę ciebie, jako tego, który z nim zostanie nawet pod uwagę (na szczęście mam dwie babcie chętnie do opieki nad wnuczkiem), bo wiem, że nie trafię w Twój grafik.  Bo jak nie pracujesz, to musisz odpoczywać od pracowania – a przecież bycie z synem, pójście z nim na spacer, zabawa, na pewno nie zrelaksuje cię tak, jak newsy z internetu lub drzemka!
 
Współczuję Ci. Kiedyś, za kilkanaście lat, gdy  uświadomisz sobie jak niewiele czasu spędziłeś z dziećmi, jak słabo je znasz, zrobi ci się przykro, a czasu już nie cofniesz.

 

Owszem, przyznam, trochę w tym liście przesadziłam, aż takim wyrodnym ojcem nie jest. Pamiętam, że gdy pisałam tę treść, widziałam wszystko w czarno-białych kolorach, czułam się totalnie wściekła i rozczarowana i chciałam uderzyć jak najmocniej.
 
Wiem jednak, że nie jestem, jako „samotna matka” w swoim odczuciu osamotniona.

Z badań wynika, że ojcowie na całym świecie poświęcają swoim dzieciom nie więcej niż godzinę dziennie. Ojcowie amerykańscy i australijscy zeznali, że poświęcają swoim dzieciom średnio 60 minut dziennie, hiszpańscy 43 minuty, niemieccy 37 minut, francuscy 27, a polscy: 40.

– To całkiem niezły wynik! – pomyślałam, czytając to.

Jednak okazało się, że był to czas deklarowany. A więc siedzenie z dzieckiem przy stole bądź wyjście na plac zabaw, kiedy w tym samym czasie ojciec ciągle też zerka na ekran swojego telefonu, również było wliczane jako „poświęcanie dziecku czasu”. A tymczasem tak im się tylko WYDAJE. Dlatego naukowcy przyjęli te dane z ostrożnością i wymyślili badania, w których sprawdzą, ile minut uwaga ojców jest skupiona tylko i wyłącznie na dziecku. W eksperymencie udział wzięło 1700 brytyjskich ojców. Przyczepiono im do ubrań mikrofony oraz minikamery, dzięki którym można było dokonać pomiarów liczących, ile czasu tato poświęcił dziecku uwagę w PEŁNI i z UWAŻNOŚCIĄ. Nie uwierzycie, jaki był wynik. 40 sekund. Czterdzieści. Sekund. Przykre, prawda?

Na zdjęciu ja, mój syn i ojciec dziecka 😉

Angażujmy ojców w opiekę nad dziećmi od pierwszych chwil ich życia!

Wiem, że za taki stan rzeczy odpowiadam w dużej mierze ja we własnej osobie. Przy córkach (które dziś są nastolatkami) robiłam wszystko sama. Przejęłam na siebie, głupia, większość obowiązków rodzicielskich. Przewijałam, kąpałam, ubierałam, karmiłam, organizowałam jedzenie, chodziłam na spacer itd. Owszem, mąż potrafił przewinąć i ubrać, bo co najmniej dwa razy w tygodniu zostawał z niemowlęciem, gdy ja chodziłam za zajęcia na uczelnię, ale i ja i on traktowaliśmy to chyba jako pewnego rodzaju bonus. Gdy wracałam do domu, znów byłam tylko ja, niczym główny i jedyny opiekun, a ojciec niczym wynajęta na godziny niania. Uważałam, że wszystko sama zrobię najlepiej i odwzorowywałam znany mi podział obowiązków: czyli gros z nich spoczywające na kobiecie. Dlaczego on nie protestował? Bo odwzorowywał znany mu podział obowiązków, czyli taki, w którym większość spoczywała na kobiecie.

Owszem, mógł się temu sprzeciwić i krzyknąć:

– Kochanie, nie godzę się na to, żebyś robiła wszystko przy dzieciach sama! Stanowczo protestuję, to niesprawiedliwe! Mimo, że nie znam innego modelu, moja mama też wszystko robiła sama, i babcia, i ciocie, wyjdę teraz z tego schematu!

Jakoś tak się złożyło, że tak nie zrobił. A ja tego wcale nie żądałam. I tak sobie żyliśmy.

Przy synu, będąc o co najmniej dziesięć lat starsza i mądrzejsza, postanowiłam, że będzie inaczej. Jeszcze będąc w ciąży zapowiedziałam mężowi, że to on będzie kąpał malucha. I nawet gdy czasem zdarza się, że wraca zmęczony z pracy, podaję mu bobasa. Sama kąpałam syna może trzy razy w życiu, a kąpiemy go codziennie, traktując to jako rytuał dobrze oddziałujący na psychikę maluszka, który potrzebuje powtarzalności i regularności. Oczywiście tym rytuałem mogłaby być np. wieczorna zabawa czy śpiewanie piosenek, jednak mi bardzo zależało na tym, że była to jakaś ceremonia, w której mógłby uczestniczyć tylko ojciec dziecka.

I oczywiście niech nie kończy się tylko na kąpieli, ale i na innych wspólnych czynnościach, stąd mój list do męża! Wracając do tego wątku: byłam pewna, że mąż obrazi się na list, a tymczasem chwilę po lekturze wszedł poruszony do sypialni i wziął syna w ramiona. I od tej pory, owszem, nie jest „tatą na pełen etat”, ale jakość jego kontaktu z dziećmi poprawiła się. Dlatego polecam „wstrząsanie” mężami, jak macie ochotę możecie skopiować mój list. 😉

Przy okazji bardzo polecam świetny tekst Gdzie ojciec nie może tam matkę pośle Sary Ferreiry.

I na koniec zdanie, którego nie mogło zabraknąć. Oczywiście, że z nami matkami i jakością czasu, który poświęcamy naszym dzieciom, też wcale nie jest idealnie. Ale wiecie, łatwiej jest napisać tekst opierniczający ojców. 😉

Komentarze:

  • Pionierka

    Cwany plan na po urodzeniu Juniorki zakłada: „kochanie, ty zrób, bo ty już to wszystko umiesz:) I tym sposobem nie będzie miał wyjścia. Ja oczywiście będę dzielnie pomagać 🙂

  • Marta Mal

    Ja jestem zbyt wygodna, żeby być „zosią -samosią” i ojca angażuje bardzo. Mój jest z tych chętnychi naprawde poświęca czas na wyłączność, bez telefonu, tabletu itd. Jak sie bawi to sie bawi i za to uwielbia go starszy syn, młodszy jeszcze dobrze nie kuma. Jednakże weszło to u nas w domu w taki podział ról, ze ja jestem od tych nudnych, obowiązkowych spraw, przypominania o lekarstwie, kąpieli, konieczności odejścia od komputera, posprzątnia pokoju- ja to ta zrzęda(muszę z tym trochę przystopować, wiem), a tatuś jest od zabawy. Kiedyś przeczytałam, że dzieci wolą „bawić się” z ojcami, bo Oni im poświęcają czas na wyłączność, a matka ma zawsze czymś głowę nabitą i robi kilka innych rzeczy na raz (co mężczyznom jest obce), bo matka sprawdza w międzyczasie: czy ziemniaki nie wykipiały, czy lista zakupów kompletna, czy ser jest w lodówce itp.Druga kwestia to taka, że czasami (chyba!) ciężko wymagać od faceta, który pracuje kilkanaście godzin dziennie bardzo wyczerpująco, aby jeszcze szalał z dziećmi w domu po powrocie(gdy jest np. jedynym żywicielem rodziny). U nas akurat mąż pracuje osiem godz dziennie podobnie jak ja, praca o porównywalnym wysiłku intelektualnym. Jest czas dla rodziny, ale nie ma np. pieniędzy na to, żeby jechać na dwa tygodnie na wakacje i na dwa tygodnie na ferie. Coś za coś. Tak to wizę, choć nie generalizuję, że zawsze tak jest

    • Kate

      Prawda tylko dziecko to nie zabawka ze rzuci sie w kat jak sie znudzi. Sa mamy ktore również pracuja na caly etat a do tego dom dzieci itp. I musza miec sily na to wszystko a maz pilnuje tylko jednej pracy jednej rzeczy wiec nic mu sie nie stanie jak poswieci czas dziecku. Lub samotne matki ktore muszo WSZYSTKO ogarnac same. Takim mysleniem to tez matki musialy by nie miec czasu dla dziecka a musza np.odrobic lekcje polozyc do spania nakarmic itd. Tatusiow nic nie zwalnia z obowiazku byc tata dla dziecka. Kazdy musi brac odpowiedzialnosc za swoje zycie. A w tym wypadku nie tylko za swoje. Zdecydowales sie na dziecko to teraz nie zostawiaj je samemu sobie lub tylko mamie.

      • marta mal

        jestem daleka od zwalniania tatusiów z obowiązku. Sama akurat mam dużą pomoc, ale przypuszczam, że byłaby ona mniejsza, gdyby mąż pracował nie po 8 godz. dziennie, a np. 13 i wracał jak dzieci już spią. No bo nie czarujmy się: w weekendy nie nadrobią straconego czasu. A samotne matki podziwiam i chylę im czoła, bo myślę o nich każdego dnia, a szczególnie kiedy dzieci chorują.

  • Tomasz | Tasty Way of Life

    List w punkt. Ja chyba taki dostałem i od żony i od córki jeszcze w czasie ciąży. Za długo czekałem na pierwsze dziecko, żeby robić uniki. Dlatego wziąłem macierzyński od żony, która pracuje z domu i przez niemal cały 2017 będziemy razem. Myślę, że uda się podkręcić średnią 😉

  • MARTA

    Ehhh… Ileż to razy tłumaczyłam i tłumaczyłam. Chwilę jest ok, a później znów dziecko musi się cieszyć z tych skrawków poświęconego przez tatę czasu bo telefon, bo do łazienki, bo spać idź już. Prześlę mu to 😉 Może te kulki w łysej głowie się wreszcie zetkną 😉

    • Magdalena Butkiewicz

      nie sądzę,ja swojemu mężowi już nie jeden artykuł pokazałam ,to zawsze,że sie czepiam.Ok niech mu będzie ale potem żeby nie żałował.Po prostu jak widzę,siedzi z córcią w pokoju,niby razem rysują a mąż cały czas wpatrzony w tv to mnie cholera bierze.,Córka mówi do niego ,coś pyta a tu cisza,ogląda.I twierdzi,ze czas spędza z dzieckiem.Porażka.

  • Magdzik

    Świetny tekst. Dużą winę za stosunek Panów do angażowania się w obowiązki domowe i przy dzieciach ponoszą nasze kochane teściowe, babcie…nawet mamy. Mój mąż sam zadecydował, że będzie kąpał córcię – od pierwszego dnia jej pojawienia się w domu. Moja teściowa do dziś nie może mi tego darować. Jak to…on kąpie dziecko? Toż to zbrodnia największa na Świecie!! Ona nie miała tak dobrze i musiała swoje dzieci kąpać sama. Do tej pory nie może się nadziwić, że umie ubrać córcię, przewinąć pieluchę, kupić odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji….zna się na rozmiarach ubranek. Trudno…jej stosunku do Świata nie zmienię. Za to moje 2-letnie dziecko Ojca wprost uwielbia. Opłacał się wysiłek, aby nawiązać z malutką silną więź. Tylko cóż w tym nadzwyczajnego z drugiej strony…nas mam nikt nie chwali za to co robimy…a robimy naprawdę duużo….więcej niż tatusiowie – nawet Ci, którzy bardzo się starają ….do tego pracujemy bo mało która rodzina może sobie pozwolić teraz na jednego żywiciela rodziny.

    • Kate

      Dokladnie. Zarowno mamy jak i tatusiowie maja obowiazek wychowywac dziecko. A nie traktować jako zlo konieczne. Moj maz od malego kapal i robił co trzeba naprawde mial dobra wiez z corka ale jak mala poszla do szkoly to nawe 5 min.nie znaduje dla niej czasu 🙁

  • Mam ten sam problem, jednak wynikający z tego, że mój mąż pracuje ciągle w delegacji i jest w domu tylko na weekend. Ale spędza wtedy z dziećmi czas ile się da. Nie zawsze jest to czas produktywny, bo na przykład siedzą i oglądają telewizję, ale jest. Najgorzej jest ze starszymi dziećmi, które potrafią już zająć się same sobą i tu uważam, że jest duży problem nie tylko ze strony ojców, ale w ogóle rodziców. Mamy wtedy czas, żeby zasiedzieć się w pracy, telefony przyrosły nam do rąk, od komputerów trudno się oderwać, a dzieciak siedzi w pokoju i albo gry, albo internet, albo… no właśnie – samotność.

  • Nishka, na pierwszy rzut oka wydaje się, że tekst jest spoko, trochę feministyczny, że kierunek partnerstwo i że ojciec zaangażowany. A potem napisałaś, że to Twoja wina, że on był/jest takim sporadycznym rodzicem. To teraz wyobraź sobie taką sytuację: Ojciec mówi: – Moja żona spędza mało czasu z naszym dzieckiem, to moja wina. Powinienem był ją bardzoej angażować od pierwszych dni życia dziecka. To w końcu rola mężczyzny, mądrze zachęcić kobietę i zaproponować jej jak mogłaby brać udział w życiu rodziny.
    Czujesz jak to brzmi? Niedorzecznie!
    Już abstrachując od przypadku Twojego Męża, ale w ogole myślenie, że kobiety muszą same sobie tłumaczyć niedojrzałość swoich partnerów, pokazuje jak zniewolone ciągle są nasze umysły. To nie Twoja wina, że partner nie rozumie jaki to wysiłek wychować dziecko. Mężczyzna jest naprawdę zaradną istotą i potrafi ogarniać cudowne rzeczy. Jakby chciał, to by ogarniał i dzieciaka. Jednak popieran rozmowy, pisanie listów czy wszelkie formy kontaktu, które by mężczyznom naświetliły problem. Czasami mogą go być nieświadomi. Ale to nadal nie jest wina kobiety.
    Wow, ale się rozpisałam! 🙂

    • Sonne Kern

      Zgadzam z tym całkowicie „ale w ogole myślenie, że kobiety muszą same sobie tłumaczyć niedojrzałość swoich partnerów, pokazuje jak zniewolone ciągle są nasze umysły.”
      A przede wszystkim kobiety muszą przestać myśleć, że ich partnerzy są niedojrzali i jeszcze jak by im pozwolić ( i dzieciakom również) samodzielnie myśleć.
      Parafrazując:
      „-Ale ma Pani samodzielnego męża. Jak pani to robi?
      -Pozwalam mu”

    • Aniversum, Sonne, macie rację, dziewczyny. Chodziło mi jednak o to, że nie sztuką jest marudzić na system (bo ja oczywiście 10 i 15 lat temu trochę marudziłam), trzeba też zacząć działać i angażować ojców, bo wielu z nich samych z siebie tego nie zrobi. W teorii rozumiem, że słowo POMAGAĆ przy dziecku jest niedorzeczne (tak jak i pomagać przy sprzątaniu, o czym pisałam w tym tekście: http://www.nishka.pl/maz-pomaga-w-domu-jaki-wspanialy-bohater/), bo przecież to nasze wspólne zadanie i dziecko, jednak w praktyce wygląda to nieco inaczej. W pierwszych miesiącach życia to kobieta ma pokarm i jest mega silnie oksyctocyną związana z dzieckiem i łatwiej jest jej budować więź. Tak, wiem, że istnieją mężczyźni, którzy od początku, od pierwszych chwil życia dziecka wstają do niego w nocy, karmią butelką i budzą w sobie silny instynkt tacierzyński itd, ale to nie jest reguła. Ja np. mogłam przez pierwsze 3 miesiące życia dziecka NON STOP być weń wgapiona i nie rozstawać się na krok, bo tak mnie zaprogramowała natura. Ojców raczej programuje kultura i właśnie te oczekujące wsparcia matki bądź ich – ojców – życiowa mądrość, empatia, rozumienie wagi partnerstwa, wzory z dzieciństwa i zaangażowany w wychowanie tato itd.

      • To chyba troche krzywdzące dla ojców, mówienie, że programuje ich kultura. Nie mówiąc już, że seksistowskie, jak diabli.

        • Serio, krzywdzące? Seksistowskie?? Heloooł. Każdego z nas programuje i natura i kultura 🙂

          • Zgodnie z tym, co powiedziałaś, ojców – w przeciwieństwie do matek programuje kultura. Czyli co, matki dbają o dzieci, bo tak mają, a ojcowie z nasięku? Rozumiem Twój punkt widzenia, bo pamiętam, że jesteś socjologiem i inaczej z patrzysz na zachowania jednostki. Ja jestem psychologiem – obserwuję świat przez inną dziurę w drzwiach. Gdybym była ojcem, któremu nikt nie musiał dać w łeb, żeby się zajmował własnym dzieckiem, pękłoby mi serce po przeczytaniu tego, że robię to, bo tak mnie kultura ukształtowała. Czy tu trwa jakaś kampania odczłowieczająca mężczyzn?

          • O rany, jedziesz po bandzie 😉 Może więc przeczytaj mój komentarz jeszcze raz i dostrzeżesz, że napisałam tam „RACZEJ” kultura, a potem dodałam „oraz właśnie te oczekujące wsparcia matki bądź ich – ojców – życiowa mądrość, empatia, rozumienie wagi partnerstwa, wzory z dzieciństwa i zaangażowany w wychowanie tato itd.”

            więc nie wymieniłam tylko kultury! Swoją drogą, pisząc kultura miała na myśli wzorce postępowania, co w tym ODCZŁOWIECZAJĄCEGO MĘŻCZYZN, heloooou? 🙂

          • Sonne Kern

            Niestety aniversum ma racje.
            Zabolało

          • Kurcze, przykro mi, nie miałam złych intencji. I niestety nie rozumiem, co tu może boleć.

          • Sonne Kern

            Nie zakładam wcale, że twoje intencje były złe
            Ale stwierdzenia Ojców programuje kultura, Matki programuje natura, są takie…
            …. takie mechaniczne

          • Morrrigan

            Pogubiłam się o co wam właściwie chodzi. To kobiety są winne czy mężczyźni? To że jesteśmy zaprogramowani jest prawdziwe niestety. Taki jest świat. Psychologia ewolucyjna wyraża się jasno – matki mają pewne naturalne odruchy względem dzieci, których ojcowie muszą się nauczyć. Może stare modele rodziny nie są dobre – nawet na pewno nie są i bardzo dobrze że ruszamy do przodu. Ale skądś się wzięły, m.in. z naturalnych predyspozycji przedstawicieli obu płci. Jest coś takiego w naturze jak inwestycja rodzicielska. Kobieca inwestycja zawsze była wyższa i tak jest u większości gatunków na Ziemi. Nie rozumiem oburzenia. Nishka słusznie obwinia się za zaistniałą sytuację, bo to jej wina że nie skomunikowała się z mężem i nie chciała tak naprawdę jego pomocy. Oczywiście mąż też powinien walczyć o to, by spędzać czas ze swoim dzieckiem. W praktyce niestety dość skromna populacja ojców czuje taką wewnętrzną potrzebę, pozostali cieszą się, że kobieta odwala brudną robotę. Takie są niestety fakty. Nie widzę tu nigdzie seksizmu.

          • Masz rację, niepotrzebnie przedramatyzowałam z tym odczłowieczaniem. A chodzi mi jedynie o to, że mężczyzna podejmuje swoje decyzje tak samo świadomie jak kobieta. Nie trzeba krucjaty organizować, kobieta nie musi mu robić miejsca w życiu. To nie jest jej zadanie. Fajnie jest otwarcie rozmawiać i ustalać wspólnie reguły związku i wychowania dziecka. Mam wewnętrzny imperatyw niezgody na to, żeby kobieta czuła się winna temu, że facet nie potrafi ogarnąć, że dziecko też jest jego. Trzeba mówić: Panie, to też twoje potomstwo. A nie: To moja wina, że on nie umie zmienić pieluchy. Tak jakby ktoś mógł Ciebie wykluczyć z opieki nad synem.
            Być może ojcostwo się zmienia i to jest zmiana kulturowa. Ale to trzeba cisnąć chłopaki, bo wyginiecie, jak nie dogonicie. 😉

          • Aniversum! „Mam wewnętrzny imperatyw niezgody na to, żeby kobieta czuła się winna temu, że facet nie potrafi ogarnąć, że dziecko też jest jego. Trzeba mówić: Panie, to też twoje potomstwo. A nie: To moja wina, że on nie umie zmienić pieluchy.” pewnie, że tak! ja tez się z tym zgadzam, niefortunnie to w tekście opisałam Chcałam tylko napisać, że mam do siebie żal, że 10 i 15 lat temu byłam taką d..pą wołową, że zamiast mu to powiedzieć, robiłam z siebie cierpiętnicę i nieomalże nie dopuszczałam go do dzieci „bo ja zrobię wszystko najlepiej”. Owszem, mogę tez mieć żal do niego! Ale do siebie też mam. Choć oczywiście teraz też dramatyzuję, bo to stare dzieje. 🙂

          • Iza

            Moze i kobieta nie MUSI robic miejsca w życiu mężczyźnie. Wystarczy zeby CHCIAŁA. A niestety po porodzie dzieją sie z nami kobietami rozne dziwne rzeczy i często (niestety) to jednak nasza wina ze tata dziecka jest zepchnięty na dalszy tor. I gdy ta burza emocjonalna juz w nas mija to wtedy trzeba sie walnąc w pierś i zniechęconego tatę zaprosić na nowo. Gdybys była ojcem mojego dziecka, uwierz mi, mimo najszczerszych chęci i mega rozwiniętego instynktu tacierzynskiego balabys sie podejść do dziecka po tygodniu z przekonaniem, ze dając mu całusa mozesz go zabić 🙂

      • Sonne Kern

        „Ojców raczej programuje kultura.”
        To nie tak do końca, wielu młodych ojców garnie się do opieki nad dziećmi ale potem odbijają się od matczynego imperatywu.
        W wielu rodzinach jakie znam schemat jest podobny.
        Ona ogarnia i wie wszystko, jest kucharką, sprzątaczka, kierowcą zaopatrzeniowcem, opiekunką, nauczycielką, matką i ojcem.
        To Ona wie co dla dziecka jest najlepsze.
        To Ona wie jak powinien zachowywać ojciec bo nie ważne czy robi to źle czy robi to dobrze ważne by robić tak jak Ona chce.
        A Panowie często dla świętego spokoju wycofują się w cień. Instynkt „tacierzyński” zanika.
        I bach nagle przychodzi zmęczenie materiału.”Dlaczego ja muszę wszystko robić sama? Też jesteś rodzicem a nie, że ja tak sama, wszystko sama.”
        I kto winien? Oczywiście, że mąż no bo kto?
        Bo on taki niedojrzały.
        No tak tylko Ona nie pozwoliła mu dorosnąć,

        • Sonne, ale to że ojcowie się garną nie przeczy temu, że może to być wynikiem oddziaływania przede wszystkim kultury, czyli wzorów postępowania – np. chcą żyć w partnerskim związku, chcą być dobrym tatą, chcą żeby było sprawiedliwie itd.

          • Sonne Kern

            Ciężko jest mi się pogodzić z tym, że moja miłość do dzieci, żony rodziny została zaprogramowana kulturowo, genetycznie czy jakkolwiek inaczej.
            Bo wymaga tego środowisko? Bo taki trend? Bo aktywni i czynni ojcowie są teraz w modzie?
            Nie przyjmuje tego i nie godzę się na to.
            Ot tak poprostu.

          • SONNE KERN, moje tezy w komentarzu są uproszczone i mechaniczne fakt, ale Twoje ich interpretacje też. 🙂 Kochasz swoją rodzinę: żonę i dziec, bo jesteś dobrym i mądrym ojcem i mężem, nie wątpię w to! Jak będę miała potem więcej czasu postaram się wyjaśnić, co miałam na myśli.

  • Sonne Kern

    „Przy synu, będąc o co najmniej dziesięć lat starsza i mądrzejsza, POSTANOWIŁAM, że będzie inaczej. Jeszcze będąc w ciąży ZAPOWIEDZIAŁAM mężowi, że to on będzie kąpał malucha. (…) Oczywiście tym rytuałem mogłaby być np. wieczorna zabawa czy śpiewanie piosenek, jednak MI BARDZO ZALEŻAŁO na tym, że była to jakaś ceremonia, w której mógłby uczestniczyć tylko ojciec dziecka.”

    Pozostawiam do przemyślenia.

    • Tak, niestety wyszło to ode mnie, to ja to zainicjowałam, a tekst jest wynikiem tych przemyśleń. Na szczęście mąż przystał na moją propozycję i wreszcie, przy trzecim dziecku, uważa się współodpowiedzialnym za sferę higieniczno-obsługową dziecka.

  • U nas jest bardzo, bardzo równo, jeżeli chodzi o obowiązki przy dziecku – córka ma 18 miesięcy i od urodzenia była dość trudna w obsłudze 😉 Tak więc, żeby nie paść trupem, od początku była obsługiwana przez tatę i mamę, zostało do tej pory. Jesteśmy aktywni zawodowo, tata zaprowadza dziecko do żłobka, mama odbiera, wieczory razem. Kąpiemy córkę razem, przewijamy na zmianę, karmimy na zmianę, wstajemy w nocy na zmianę, bawimy się z małą razem, spacery wspólnie itd. Na szczęście nie było potrzeby tłumaczeń, że musi się angażować, bo przyjął to naturalnie – urodziło się dziecko? Ok, to trzeba się nim zaopiekować – wspólnie 🙂

  • Ewa Firs

    Mój mąż przejął większą część macierzyńskiego – dlatego jest tak mocno związany z naszą córeczką. Sądzę, że warto przemyśleć takie rozwiązanie (chociaż u nas było ono wymuszone przez życie), ponieważ mężczyzna ma równe szanse na budowanie silnej więzi z dzieckiem. Teraz – mała ma 3,5 roku – zawsze ma czas na zabawę z córką, przejawia nawet więcej cierpliwości i kreatywności niż ja. I nigdy, naprawdę, nigdy nie czułam, że jestem z córką sama. Jak będzie przy kolejnym dziecku – nie wiem? Może zupełnie inaczej. Może też będę pisała taki list.
    Generalnie jednak Nishka ma rację – my kobiety nie dopuszczamy mężczyzn do pewnych spraw, myśląc, że same zrobimy coś lepiej: ubierzemy, wykąpiemy, nakarmimy… Same siebie wpędzamy w schemat Matki Polki. Pamietam sytuację, kiedy mąż wziął L4 na chorą córeczkę – panie (sic!) w kadrach powiedziały mu, że to chyba raczej nienormalne, że mężczyzna „siedzi” na zwolnieniu z dzieckiem, a nie matka. Spełecznie nie jesteśmy jeszcze do końca dojrzali, by wpasować się w partnerskie relacje – szczególnie w opiece nad dzieckiem. Dopiero się tego uczymy – nie znam nikogo z równieśników, kto nie wychowywał się w tzw. rodzinie z tradycyjnym podziałem ról. To na nas, rodzicach spoczywa zadanie, by kolejne pokolenie naturalnie wchodziło w takie relacje.

  • Powiedziałbym, że zrealizowałaś książkowy scenariusz. Najpierw dwukrotnie przez etap wczesnego macierzyństwa może nie separujesz, ale reglamentujesz możliwość opieki nad dziećmi, a obecnie oczekujesz, że Mąż natychmiastowo odpali. To tak, jakby zmieniać warunki umowy w trakcie jej obowiązywania.
    Mężczyzna realizuje układ nakreślony często przez same kobiety. Dopiero gdy te nie są w stanie w pojedynkę podołać zadaniu zabawy w wyidealizowaną rodzinę, bo to zbyt pracochłonne, czasochłonne, w końcu męczące dla jednej osoby, oczekują natychmiastowych zmian. Często sama decyzja o posiadaniu potomstwa, nie jest do końca przez partnerów przedyskutowana. Od tego należałoby chyba wyjść. Bo jeżeli mężczyzna twierdzi „Noooo taaaaaa, pewnie, że chcę. Skoro ty chcesz” to powinna zamigotać lampka, że należy rzecz przegadać. Być może ze specjalistą. Bo mały berbeć nie urodzi się w garniturze od armaniego, nie będzie znał trzech języków oraz podstaw fizyki kwantowej, co umożliwiłoby natychmiastowe wysłanie do renomowanej uczelni. To jest konieczność poświęcania czasu i dużo obowiązków. Ale kobiety zdają się nie dostrzegać tej nie całkiem przekonującej mowy mężczyzny w parciu i swojej wizji macierzyństwa. W żadnym wypadku nie opowiadam się za żadną ze stron, ale kij ma dwa końce.

    Oczywiście, uczestnictwa ojca w życiu małego człowieka nie należy traktować jako bonus. A czy dojrzeliśmy społecznie do relacji partnerskich? Należałoby je najpierw zdefiniować, a to chyba nie jest raczej możliwe w pełnym wymiarze. Panuje obecnie moda na ojców zakutanych w chusty, którzy biegają po placach zabaw, bo tak zalecają wszelkie poradniki, kołcze i tryndy. Tylko, że to wpadanie w kolejną skrajność. Zmiana modelu ojcostwa i jego ról to ma być naturalny przepływ i nie wyniknie na przestrzeni jednego pokolenia. Tym bardziej, że to kolejne z działań jakie człowiek sobie aplikuje wbrew własnej naturze. Począwszy od tego, że monogamia nie leży w ludzkiej naturze, tak dziećmi od zawsze zajmowały się kobiety. Te zmiany w jednych społeczeństwach postąpiły szybciej, w naszym, w dalszym ciągu mocno osadzonym na tradycyjnym modelu, postępują opornie. Ale uważam, że kobiety powinny się strzec przed tymi nagłych zwrotami. Ja bym postawił na stopniowe wciąganie partnerów w zajęcia pod tytułem „zajmujemy się dzieckiem”, a nie przerzucanie się nim „ja już od dzisiaj tego nie robię”. Twój list myślę był fajnym pomysłem, bo rozmowa, a list za taką chyba można uznać, to początek drogi do rozwiązania problemu. Zachowania można interpretować na wiele sposobów. Natomiast słowami dużo prościej wyrazić co nas gniecie.

    • OK, ja tu niezamężna i bezdzietna, więc pewnie nie powinnam się wymądrzać, ale te uwagi, że mężczyzna ‚realizuje układ nakreślony przez kobiety’ i cała otoczka sugerująca, że mężów należy wychowywać na równi z dziećmi sprawia, że chyba już taka pozostanę. Mój własny ojciec chodził ze mną na spacery i na sanki (co pamiętam) i prasował moje pieluchy (czego nie pamiętam, ale tak twierdzi), a był to przełom lat 80 i 90. Wszystkie ciocie, sąsiadki oraz mamy i babcie innych dzieci się zachwycały – nie rozumiałam, dlaczego. Teraz rozumiem, choć minęło pokolenie. I mnie to przeraża. I z jednej strony powinnam wystawić Tacie laurkę, a z drugiej chyba przez tę sytuację wyrosłam z głową nabitą dziwnymi poglądami. Na przykład takimi, że mężczyzna jest istotą myślącą, zdaje sobie sprawę, że potomek jest w równym stopniu jego jak i partnerki i powinien być w równym stopniu zaangażowany w rozwój tworu, jakby nie było, własnych genów.

    • Pionierka

      Dlaczego uważasz, że ojciec nosi dziecko i chodzi na plac zabaw, bo takie są trendy i poradniki? Są ojcowie, którzy po prostu chcą mieć dzieci i chcą się nimi zajmować. Pójście na plac zabaw jako skrajność? Mój partner dwoje swoich dzieci nosił w nosidełku, bo tak chciał, bo chciał z nimi spędzać czas i pokazywać im świat. Brał urlopy wypoczynkowe, żeby być przy nich po narodzinach, bo wtedy nie było jeszcze urlopów rodzicielskich. Dla niego jest oczywiste, że naszym dzieckiem będziemy zajmować się wspólnie. Przecież chciał tego dziecka tak samo jak ja. W dodatku jestem debiutantką, a on doświadczonym ojcem, więc wiele rzeczy będzie mi pokazywał.

      Z jednym masz rację – wiele działań jest wbrew naszej naturze. Na przykład nie rzucamy się do gardła osobie, która ma więcej, tylko po to,żeby przejąć jej zasoby. Nie zagryzamy najsłabszego potomka. W sumie całe życie społeczne to jest poskramianie naszej natury.

      • Oczywiście to co napisałem, to spore uogólnienie. Jednak bez uogólnień nie byłoby mowy o badaniu zjawisk społecznych. Jesteś oburzona, pewnie dziesiątki kobiet kipiałoby po przeczytaniu moich słów. Jestem przekonany, że i Ty, i one, w swoich przypadkach mają rację. Lecz w szerszym kontekście to łapanie za słowa. Egzystujemy obecnie w epoce, ja bym ją nazwał, poradników. Kierujemy się tym co wyczytamy w poradnikach, a nie zdrowym rozumem.
        Mężczyzn zawsze można było spotkać na placach zabaw. To nic nowego. Teraz jednak, przybrało to w niektórych przypadkach formę wyścigu. Kto fajniejszy. Tyle się mówi o tych związkach partnerskich, że każdy, bądź wielu, trochę na oślep chciałoby się zbliżyć do definicji pojęcia. Tylko, że ona nie ma sztywnych ram i czasem to poszukiwanie przybiera karykaturalną formę. Stąd naigrywanie się z ojców „chustowych”, którzy za Boga tego nie czują, ale owijają się, bo tak jest modnie w tym sezonie.

        Skakanie do gardeł wciąż chyba uprawiamy, ale nauczyliśmy się robić to subtelniej. Przynajmniej nad wywoływaniem kolejnych wojen potrafimy się trochę zastanowić. Aczkolwiek, to już w oderwaniu, patrząc na to, co dzieje się na świecie, można by sądzić, że się uwsteczniamy. Coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że w przeciągu 40-50 lat dojdzie do dużego konfliktu zbrojnego.

        • Pionierka

          Ale to są dwie różne rzeczy. Owszem, pewnie niektórzy noszą dziecko w chuście bo to modne. Pewnie niektóre matki też. Choć nie wiem, jak chciałbyś to ocenić z zewnątrz, ja się nie podejmuję. inna sprawa, że moda nie musi być zła. Jak ktoś nie bije dziecka, bo „taka moda i głupio przy ludziach wyskoczyć z pasem” to tylko lepiej. Tak samo, jak ktoś z powodu mody rzuci palenie, choć wolałby sobie jarać przy kawie.
          A co do konfliktu zbrojnego to pełna zgoda, z tym, że obstawiam zdecydowanie krótszy czas.

          • Z poślizgiem, ale życie mnie przygniotło, a chciałem jeszcze trzy grosze dorzucić. Rozumiem koncepcję. Moda, nawet jeśli śmieszna, gdy przyświeca dobremu celowi, nie jest zła. Owszem, bez dwóch zdań. A ocena… no właśnie. Jeżeli ktoś nie „nie przyłoży” dziecku przy ludziach, bo głupio i nie wypada, to już sama argumentacja zdaje się być wystarczająco idiotyczna. Bo w domu, kiedy nikt nie widzi i nie jest wystawiony na ocenę moralności, już sobie może pozwolić. To definicja przemocy domowej, bo przecież mąż także nie naparza żony przy świadkach.
            Jeżeli ojciec zabiera dziecko na plac zabaw w chuście, nosidełku, bo tak podejrzał w ilustrowanych magazynach bądź wyczytał, że tak właśnie wygląda katalogowy katalogowy ojciec, mąż, partner ze związku partnerskiego, a jednocześnie nie czuje tego nosidełka, chusty, to jest obecny ciałem, nie duchem. Brak w tym emocji. Wygląda jakby, przepraszam za określenie, miał kupę w nosidełku, a nie dziecko.
            Ojciec, który wybiera się z córką na rower. Ojciec swoim super fajnym rowerem miejskim, być może nawet z koszykiem. Córka rowerkiem dla dzieci. Po paru minutach ojciec irytuje się, bo córka swoim małym rowerkiem nie może za nim nadążyć i przejażdżka nie jest już tak idealna jak na zdjęciach z kolorowych pism sprzedających dobre rady.
            Obserwacja rodziców na placach zabaw, to materiał na interesujący wykład, bywa, że mocno zabawny. Jako społeczeństwo, powiedziałbym, że wciąż naśladujemy, porównujemy się niestety zbyt często, brak nam własnej tożsamości i pewności siebie. Może się wydawać mocno powiedziane w kontekście tematu, ale diabeł tkwi w szczegółach.
            Pewnie rację masz Ty, rację mam ja, a prawda leży po środku. Nie dojdziemy do niej wymieniając tych kilka zdań tutaj.
            Wojna zaś…, chciałem sobie poprawić nastrój. Tak naprawdę też sądzę, że można się jej spodziewać wcześniej. Stanem naturalnym człowieka jest wojna.

          • Pionierka

            Ja uważam, że jak ktoś w 10 programach tv usłyszy, że klapsy to zło, jak zobaczy dezaprobatę znajomych, jak ktoś przyłozy dziecku to jest spora szansa, że zinternalizuje to podejście. Jasne, nie działa to zawsze i u każdego, ale moda na pozytywne zachowania może mieć spory wpływ na społeczeństwo. Mnie naprawdę nie interesuje, czy sasiad sprzata po swoim psie z głębokiej potrzeby, czy pod wpływem mody i presji społecznej. Po prostu cieszę się, że nie wdeptuję w kupę 🙂

            A co do tego co piszesz o ojcach… to jest po prostu normalne. Naprawdę nie jest tak, ze matki wszystko wokół dzieci robia z pełnym aangażowaniem, pasją i z głębokiej potrzeby. Też często są poirytowane i nei każda przejażdżka rowerowa z dzieckiem jest udana. ale jak będziesz z dzieckiem na ten rower wychodzić to jest szansa, że przynajmniej co któreś wyjście będzie udane. A to buduje więzi. I warto sobie na to budowanie więzi dać szansę.

            Ja dziecko będę miała niedługo. Wcale nie jestem taka przekonana, że za każdym razem owinięcie się w chustę będzie mistycznym doznaniem 😉 Nie jestem pewna, ze bede leciała na plac zabaw jak na skrzydłach, a setna babka nie będzie mnie nudzić. Pewnie nie raz i nie dwa odpłynę myślami, słuchając dziecięcego nawijania. Bo jestem tylko człowiekiem. Ale to nie znaczy, że mam odpuścić, nie nosić, nie chodzić na plac zabaw.

          • I bardzo fajnie, do tego się to wszystko sprowadza. Robić co czujesz. Jeżeli masz ochotę krzyknąć – „jestem zmęczona macierzyństwem!”, „wqrwiona!”, „łeb mi pęka od tego ciągłego hałasu w domu”, to wcale nie znaczy, że nie kochasz swoich dzieci. Jeżeli w czynnościach jest pozerstwo kreowane modą, to zwykle brakuje uczucia, a jest przede wszystkich budowanie sygnału idącego na zewnątrz i czujne baczenie jak jesteśmy odbierani. Czy jest on realizacją wyimaginowanego obrazu.
            Piszę o ojcach, ale mam świadomość, że rzecz dotyczy również matek.

          • Pionierka

            No właśnie rodzicielstwo to nie jest coś, co można robić tylko jak się to czuje! Nie można tak po prostu usiąść i powiedzieć: pier… , dzisiaj nie karmię, nie mam ochoty. Trzeba zacisnąć zęby i jednak dać dziecku jeść. Nie można sobie powiedzieć: chrzanię, nudzą mnie place zabaw, nie czuję tego to nie idę. Bo rodzicielstwo to są obowiązki, a nie tylko robienie tego co się czuje. Mało tego, już posiadanie zwierzaka to jest obowiązek. Myślisz, że jak jest mróz i podła pogoda to ja „czuję” spacerowanie z psem? A guzik, nie mam na to najmniejszej ochoty. Ale trzeba to idę.

          • Masz absolutną rację. Absolutną i nie zamierzam polemizować z tym co powiedziałaś. Nie ukrywam wprawdzie, że Twoje słowa przywołały na moją twarz uśmiech, traktujesz bowiem macierzyństwo z taką powagą, co jest zniewalające. Niemniej nie całkiem się rozumiemy. Należy wprowadzić rozgraniczenie między odpowiedzialnością, która wynika z narzuconych sobie obowiązków, a przybraną pozą kogoś kim w rzeczywistości nie jesteśmy. I to wydaje mi się jest przedmiotem dyskusji. A obie te rzeczy mogą współistnieć ze sobą.

          • Pionierka

            Myślałam, że oburzy Cię, że traktuję macierzyństwo z równą powagą, co zajmowanie się psem 😀 Właśnie wróciłam skostniała ze spaceru z psem i serio, było to ostatnie na co maiłam ochotę. Czysty przymus.

          • No przykro mi, że Cię zawiodłem. Wychodzi na to, że jestem całkowicie nieprzewidywalny. Hmm, dotychczas byłem przekonany, że to typowo kobieca przypadłość. A pies…, też stworzenie. Przynajmniej on lub ona zadowolony. Chyba, że podobnie jak Ty, nie miał ochoty na wychodzenie na tę zimnicę. Wolę się nie domyślać co teraz myśli na Twój temat – „a miało być tak pięknie, miałem leżeć, spać w cieple, to mnie wyciągnęła…”

          • Pionierka

            Futrzak tak samo nieszczęśliwy, ale rozsądek zwyciężył 🙂

  • Już nie wiem co gorsze: małe zaangażowanie czy nadopiekuńczość ze strony ojca… Ja mam to drugie i czasem zazdroszczę mamom, które wszystko mogą zrobić po swojemu. U nas każda nawet błaha zdawałoby się kwestia jest dyskutowana. Pasta do zębów – taka czy siaka, do przedszkola spodnie czy sukienka… Szaleństwo

  • Monika

    też się czasem czuję jak samotna matka!!!!dzieki za ten list..

  • Monika

    śliczny miś

  • Anna Zakrzewska

    Świetnie, że masz takiego rozsądnego męża. Mój się obraził jak napisałam to: http://ototiti.pl/12miesiecylaby-czyliurlopmacierzynski/ Tydzień ze mną nie gadał, choć wszystko to prawda…

  • xxx

    Taa. To rozsądne, aby obydwoje rodziców brało udział w codziennym trudzie opieki i wychowywania swoich dzieci, jednakże to na matce spoczywa większość obowiązków z tym związanych. Tak to już matka natura urządziła w większości gatunków wszelkich istot na Ziemi. Natomiast jak widzę „gorące zwolenniczki” podziału 50/50 obowiązków to proponuję też 50/50 obowiązków innych, zwykle przypadających mężczyźnie (bo są i pseudomężczyźni w rurkach) np. budowa domu, remont mieszkania naprawa cieknącego kranu, zakup i wniesienie opału, proste wbicie gwoździa w ścianę. Jak trzeba wnieść meble na piętro to już nie ma równouprawnienia czy feminizmu, a jest zwykłe tłumaczenie „bo ja jestem kobietą”. W zawodach typowo męskich też kobiety winny być aktywne, tak 50/50 (kierowcy TIR -ów, górnicy, hutnicy, drwale, operatorzy maszyn i urządzeń. Obecni pracodawcy na maxa wykorzystują pracowników, a w domu kolejne obowiązki. Znamienne jest, że w obecnych czasach znaczna część kobiet „matek” nie pracując zawodowo spędza czas w domu jako żona i matka, często mając dodatkowe osoby do pomocy do wszelakich prac, a i tak ciągle marudzą jakie to życie jest niesprawiedliwe, bo inne to nie muszą robić tego czy owego, mają więcej czasu dla siebie, kasy i czego tam jeszcze życie niesie. Czy choć niewielkie grono tak tu aktywnie wypowiadających się kobiet z tym się zgodzi? Ciekawe 🙂

    • Ju

      Zaczne od tego argumentu z wnoszeniem mebli – a jaki facet sam wniesie meble? Jest ich zawsze kilku, tak samo moze byc kilka babek. Ja sama z kolezankami wnosiłam, lżejsze rzeczy w ogole sama – to powinno zalezec od naszych wlasciwosci fizycznej a nie od ‚b jestem kobieta’ ‚bo jestem facetem’. Nie cierpie tego arguemntu w dyskusjach o feminizmie, bo tylko idiota sam wniesie cos ciezkiego po schodach i uszkodzi sobie kregoslup.

      No tak, ale to, że kobiety nie są takie skore do podziału tego kolejnego 50/50 do tych męskich obowiązków to też jest upchnięcie kulturowe w które sami się wtłaczamy, w które wtłoczyły nas starsze pokolenia. Tutaj też widać po Twoim zdaniu „(bo są i pseudomężczyźni w rurkach)”, że odmawiasz facetowi, tego, że czegoś nie musi robić tylko dlatego, że jest facetem. Dla mnie to, że koleś nie wbija gwoździa, nie rozrobi mi zaprawy murarskiej nie kastruje go. Jestesmy rozni, rozne mamy umiejetnosci. Bylam kiedyś z facetem który był „ultra samcem” ale wolał gotowanie od remontowania – i co? Pseudofacet? Powinniśmy robić to co nam sprawia radość i nie zamykać się w rolach przypisanych do płci, a także to DO CZEGO MAMY PREDYSPOZYCJE FIZYCZNE CZY TEZ PSYCHICZNE. No bo ok, jest wiecej gornikow facetow, raz, że tak „się przyjęło” a dwa, że na pewno jest – nie czarujmy się – wiecej silnch kolesi, bo babki jeszcze nie wiedza, że też mogą być silne. Moja mam np. ma za złe tacie, że on nie robi remontu i za ujmę przyjmuje to, że ONA SAMA MIAŁABY TO ZAŁATWIAĆ.Tłukę jej od lat do głowy, że to żadna ujma. I jak ojciec jest w komitywie ‚po co komu remont’ to jego sprawa, mama chce to może być, bo kasa i warunki po temu by się znalazły. No ale nie, bo jak, bo to FACET POWINIEN. Ale dlaczego powinien niby akurat on? Jak ona też może. Moja mama jest z typu „cierpiętnica” i tłumaczenie jej tego to jak walka z wiatrakami. Ja się sama odbijam od ściany w moim domu – ja CHCĘ umyć samochód, wymienić światła w samochodzie, wbić gwóźdź, pomalować sufit, naprawić kran – bo to są rzeczy które mogą robić ludzie niezależnie od płci – a czasem muszę tę oczywistość tłumaczyć narzeczonemu, bo on też wyszedł z domu o tradycyjnym podziale ról. Potykamy się czasem o te wpojone przekazy. Ja np. kiedyś obraziłam się, bo on nie odkrecił słoika wg mnie „męskim sposobem” (siłą) tylko babskim – zepsuciem nakretki (nożem) – byłam święcie oburzona 😀 dopiero potem sobie uświadomiłam jakie to głupie 🙂 otrzezwialam kiedy powiedzial ” po to mam mozg zeby z niego korzystac,a nie silowac sie ze sloikiem’ 😛 takze to jest praca u podstaw i z wiekszymi ‚zaszlosciami’. A i nie powiedzialabym, ze dzis wiekszosc matek siedzi z dziecmi – ja nie znam ani jednej za to pelno takich w zwiazkach w ktorych tylko one robia wszystko czyli praca+dom+dzieci, a facet tylko robote, w dodatku nie jakas ciezka fizycznie. I tak bylo u mnie w domu i ja sie na to nie zgadzam. Nie wyobrazam sobie, ze w momencie w ktorym i ja i on pracujemy po tyle samo godzin, w porownywalnej umyslowej pract, mialabym miec na glowie wiecej niz on. I nie na zasadzie – ja biore „babskie obowiazki” a on „męskie” – tylko to co umiemy i robimy dobrze. Np. on prasuje, bo ja tego nienawidze a on ronbi to super, a np. myje samochod etc.

    • Pionierka

      Ja się bardzo chętnie podzielę wszystkimi obowiązkami. Naprawdę. Budowa domu? Mój partner jest ekonomistą a nie architektem czy budowlancem, nie będzie niczego budowal, podobnie jak ja, od tego są fachowcy.
      Remont? Lada moment się zacznie. Jak wyżej – ekipa już zamowiona, przecież nie będzie kuł ścian czy wykonywal prac stolarskich. Owszem, jest facetem a nie stolarzem. Ja jestem kobieta a nie zajmuję się tkactwem 🙂
      Wniesienie mebli na piętro? Serio sądzisz, że weźmie szafę na plecy i bedzie targał? 🙂 Od tego jest zamówiona ekipa.
      Nazwanie wbicia gwoździa w ścianę „obowiązkiem” to w ogóle smiech na sali. Chyba nie sądzisz, że jak chce powiesić sobie obrazek to czekam na partnera, żeby wbił gwóźdż. Mało tego, dzieci sobie z tym radzą!

      Co ciekawe to wszystko co nazywasz „męskimi obowiązkami” to są prace fachowe, a nie obowiązki domowe. Tak jakbyś kobietom przypisywał lepienie garnków i szycie odzieży z własnoręcznie utkanego materiału.

      To co robi się normalnie u nas w domu to; zakupy, sprzątanie, gotowanie, pranie, wychodzenie z psem, pomoc dzieciom w lekcjach itp. Nie ma w tym ani jednej czynności, ktorej nie mógłby wykonać on, albo której nie mogłabym wykonać ja. Więc wykonujemy to wszystko oboje, bo dlaczego miałoby byc inaczej.

      A to że część ludzi (bo płeć nie ma tu znaczenia) narzeka nieustannie, ze inni mają lepiej to już zupełnie inna kwestia.

  • Peter Wimsey

    Wiecie co… angażowanie ojców (może pomińmy spory o odpowiedzialność kobiet) oczywiście, kontakt z dzieckiem itp. Ale myślę, że akurat takiej treści wyrzuty są nietrafione. Ktoś to przeczyta i spali mnie na stosie, ale prawdę mówiąc ja nie wiem, co się robi dłużej niż przez 20 minut z niemowlęciem, a już szczególnie jak poświęcać mu pełnię uwagi przez taki czas. To znaczy osobiście umierałam z nudów w towarzystwie malutkiego dziecka i męczyło mnie to znacznie bardziej niż jakakolwiek praca. Rozumiem, że można wymagać poświęcania czasu własnemu dziecku, przejmowania połowy obowiązków przy dziecku. To jest dla mnie oczywistość, i byłam bardzo szczęśliwa, że tak się udało w moim związku. Ale wyrzuty, że ktoś woli odpocząć w necie niż przebywać z niemowlęciem – to dla mnie już trochę absurd. No, dzieci są męczące, małe dzieci ponadto naprawdę nie dla każdego są fascynujące i niespecjalnie jest co z nimi robić i naprawdę nie trzeba lubić spacerków z wózeczkiem. To nie znaczy, że nie trzeba na nie chodzić. Ale naprawdę wątpię, czy za kilka lat będę żałowała, że nie spędziłam jeszcze paru koszmarnych godzin poznając dziecko poprzez snucie się z nim po parku.

  • Nie wiem, czy ktoś poniżej już o tym pisał, ale ojcowie zaczynają bardziej „interesować” sie dziećmi kiedy te sa starsze, kiedy można z nimi pogadać, poszaleć na kanapie, poscigać sie. To co napisałaś to pewnie klasyk w większości domów jednak i ja się zgadzam z tym, znam to niestety z własnego doświadczenia, ale im dziecko przynajmniej moje jest większe tym ojciec z większą chęcią z nim zostaje/zajmuje się nim.Choć mam wciąż sporo obiekcji..niestety
    p.s tez piszę listy do męża:)

  • Oj Natalia, wiem że to zupełnie nie w temacie, ale…wyglądasz przepięknie!

    A teraz wracając do treści: odkąd mamy możliwość pracy w domu, obydwoje doceniamy czas z dziećmi. No może ja bardziej doceniam te chwile bez dzieci :D, ale to, że możemy razem każdego dnia zjeść śniadanie i obiad, spędzić czas na zabawie czy leniuchowaniu i możemy to robić razem jest dla nas bardzo ważne. Wiem, jak mało rodzin spożywa razem posiłki czy spędza wspólnie weekend.

  • Pingback: Magiczne momenty - co zrobić, żeby przydarzały się częściej - Tasty Way of Life()