Tabloidy zaczęły snuć domysły, że przytyłam. Musiałam zdementować te plotki. Zadzwoniłam do Erika i umówiliśmy się pod najlepszym pod słońcem sklepem z ubrankami i akcesoriami dla dzieci. W obcisłej sukience, uwydatniającej mój brzuch (i żadnych innych zbędnych kilogramów, podkreślam) przeglądałam niemowlęce kaftaniki, a on mnie z ukrycia fotografował. Zdjęcia nie udały się, ponieważ fotograf zapomniał aparatu. Dlatego do publikacji w prasie dałam swoje pierwsze lepsze zdjęcie, zrobione rano, tuż po przebudzeniu:

nishka3

Redakcja poprosiła, żebym wymyśliła coś oryginalnego, coś co, uwzględnione w tytule, przykuje uwagę czytelnika. Wymyśliliśmy z mężem: „Nishka TYLKO U NAS W CIĄŻY! Wybrała uniwersalne imię dla dziecka, niezależnie od tego czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka!”

Podczas urlopowego obiadu pod gruszą rozmawialiśmy o filmach Wojciecha Smarzowskiego („Dom zły”, „Drogówka”) i ktoś powiedział, że nie lubi jego filmów, bo czuje po nich smutek, który nie jest mu do niczego potrzebny. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że mnie smutek jest potrzebny. Po filmach Smarzowskiego chodzę przez kilka godzin jak walnięta łomem i trudno mi się przez jakiś czas wydobyć z tej mrocznej krainy, ale dla mnie jest to doświadczenie katharsis.

Lubię obserwować nieznajomych. Lubię zgadywać, jakie jest ich życie. Jadąc w pociągu czy stojąc w długiej kolejce, poluję na kogoś i opowiadam sobie w myślach jego historię. Jakież jest moje zdziwienie, gdy bohater nagle odbiera telefon i zaczyna mówić! To ona jest nieśmiała i niepewna siebie? To on ma żonę, do której tak czule się zwraca?  Jak to możliwe, przecież…

A czasami po prostu ludzi podsłuchuję słucham (skoro tak głośno mówią!). Tak było wczoraj w restauracji.