How young are you? Nishka idzie z córką na kurs angielskiego


Nie wiem jak Wy, ale ja przebywając za granicą i mając powiedzieć coś po angielsku, zamykam się w sobie. Z głowy wypadają mi wszystkie angielskie słowa świata i chcąc powiedzieć po angielsku do kelnera:

– Posiłek był wyśmienity, zwłaszcza ten pieczony w ziołach pstrąg. Doprawdy, raj dla podniebienia! A deser? Niebo w gębie! Z przyjemnością wrócimy do państwa restauracji podczas następnej wizyty w tym miasteczku i będziemy głosić dobre słowo wszem i wobec.

mówię tylko:

– It was very good. Thank you.

Jest to dla mnie krępujące, bo jestem dość gadatliwym typem i lubię ubierać w słowo strumień, który przepływa przez moją świadomość, i gdy okazuje się, że mam do dyspozycji ograniczony repertuar słów, którymi nie jestem w stanie wyrazić swoich myśli, zacinam się, mam kłopoty ze składnią i z każdą kolejną chwilą coraz bardziej zamykam się w sobie.

Kilkusekundowy filmik ukazujący moje umiejętności językowe:

Błądzić jest rzeczą ludzką 🙂 🔥🙈🙊#podróżnishka #poliglotka #empikschool #fastflexi #nishkamo

A post shared by Nishka Natalia Tur (@nishka.pl) on

Z moją starszą córką jest podobnie. Po polsku gaduła, po angielsku niemowa. Gdy byłyśmy w Chorwacji w sklepie, na targu, w restauracji czy na statku, milczała i czasem tylko szeptała mi do ucha:

– Mamo, spytaj, czy te bułki są z dżemem wiśniowym czy malinowym.

– Sama spytaj.

– Mamo, błagam! Nie potrafię!

– Potrafisz, potrafisz.

– Dziękuję za pomoc, w takim razie nie chcę żadnej bułki, będę głodna. Głodzisz dzieci 🙁

Co ciekawe, na świadectwie szkolnym od lat ma z angielskiego piątki. Bardzo dobrze pisze testy sprawdzające wiedzę, zna gramatykę i radzi sobie z pisaniem wypracowań. Co z tego, skoro wszystko to teoria, a gdy przychodzi do praktyki, zapomina języka w gębie.

nishka komiks

Dacie wiarę, że Polacy należą do czołówki państw, jeżeli chodzi o znajomość języka angielskiego? Tak wynika z badań przeprowadzanych przez EF English Proficienty Index. Rok temu ekscytowaliśmy się 8-mym miejscem, w tym roku jest jeszcze lepiej: spośród 63 badanych krajów, mamy 6-te miejsce! Więcej o badaniu możecie przeczytać tutaj.

Obawiam się jednak, że zarówno ja, jak i moja córka równie dobrze wypadłybyśmy w tym teście. Gramatykę mamy dość obcykaną, znamy czasy, konstrukcje gramatyczne, strony czynne, bierne. Filmy i seriale oglądamy po angielsku i rozumiemy około 70% treści. Co z tego, skoro rozmawiając z właścicielem mieszkania, które wynajęliśmy w Chorwacji zamiast powiedzieć:

– Mieszkało nam się bardzo dobrze, świetna okolica, wspaniałe warunki, miła atmosfera. Na pewno wystawimy wam pozytywną opinię. Swoją drogą, trudno uwierzyć, jak mogliśmy nie wiedzieć wcześniej o airbnb, dzięki któremu natrafiliśmy na wasze mieszkanie. Jutro rano wyruszamy do Polski, czeka nas długa wyprawa, zwłaszcza, że mieszkamy na samym krańcu kraju. Dlatego spakowaliśmy się już dziś, by nie tracić jutro rano cennych minut. Do zobaczenia! 

Mówię tylko:

– It was very nice to live in your apartment, thank you and goodbye.

Jest to o tyle niepokojące, że moja starsza córka opracowała już plan na życie: chce zostać lekarzem w USA 🙂 Przygotowując się do emigracji do Stanów, przegląda różne strony internetowe, analizuje, porównuje, wyszukuje itd. Niedawno podzieliła się ze mną ciekawostką:

(podekscytowana) Wiesz mamo, że średnio płatny ortopeda w USA może przez około 2,5 miesiąca zarobić tyle, że stać byłoby go na kupienie naszego domu?!! (rozmarzona) A pielęgniarka przez miesiąc pracy może kupić sobie słodycze o wartości 20 tysięcy zł…

Wszystko gra, bardzo dobrze uczy się, po II klasie gimnazjum uzyskała średnią z ocen 5,5, nie ma problemów z żadnymi przedmiotami, świetnie ogarnia biologię, chemię.. ale cóż z tego, skoro angielski tylko na poziomie szkolnym = przeciętnym i nijakim.

Polski system nauczania w szkołach skupia się przede wszystkim na gramatyce. Potrafimy śpiewająco wymienić angielskie czasy, ale już z opisaniem, co czujemy lub myślimy, gdy się ich uczymy, mamy problemy. Nie potrafimy rozmawiać, wstyd przed popełnieniem gafy językowej paraliżuje nas. Blokada psychiczna kosi nasze umysły z angielskich słówek.

Kiedy więc empik school zwrócił się do mnie z propozycją współpracy i zaprosił mnie i starszą córkę na kurs języka angielskiego, nie miałam żadnych wątpliwości. I to nie tylko dlatego, że znam tę markę od lat.

Wstyd się przyznać, ale ani ja, ani starsza córka nie chodzimy na dodatkowe zajęcia języka angielskiego, przez co czuję się nie dość, że złą matką (jak córka ma zostać „lekarzem w USA”, skoro będzie krępowała się „spytać pacjenta, co mu dolega”?), to jeszcze niedouczoną Nishką, która nie potrafi w Chorwacji dogadać się, na poziomie na jakim marzyłaby, a część dialogów pochodzących z seriali lub programu Saturday Night Live, który tak uwielbia oglądać z mężem, musi dopowiadać w swojej wyobraźni!

Wisienką na torcie podczas rozmów z empik school okazała się obecność w kampanii jednej z moich ulubionych postaci internetowych: Arleny Witt, autorki bloga wittamina.pl, a od kilkunastu dni twórczyni kanału na Youtube Po cudzemu. Bardzo polecam jej twórczość, obejrzyjcie sobie filmiki Arleny! My oglądamy je całą rodziną, bo Wittamina to taka kobieta, za którą idą i starzy i młodzi, i wyluzowani i drętwi 😉

Empik school zaprosił mnie i moją starszą córkę na kurs Fast&Flexi. Tym, co wyróżnia ów kurs od innych dostępnych na polskim rynku kursów, jest połączenie kursu stacjonarnego z internetowym.

Zapraszam Was na krótki wywiad, który przeprowadziłam sama ze sobą 🙂 O kursie, z pozycji eksperta pisze również Wittamina w tekście Angielski dla dorosłych: da się?

Nishko, czy Fast&Flexi jest kursem „na żywo”, czyli stacjonarnym?

Nishko, tak. Raz w tygodniu 120 minut lub 2 razy w tygodniu po 60 minut kursanci spotykają się na żywo w lektorem. Z tego co wiem, częstotliwość zajęć stacjonarnych może być większa – w zależności od możliwości czasowych Słuchaczy.

Na czym polega „internetowość” tego kursu?

Każdy uczestnik kursu otrzymuje dostęp do internetowej platformy z ćwiczeniami językowymi skomponowanymi przez lektora indywidualnie dla każdego z uczestników, na bazie jego dotychczasowych efektów i tempa nauki języka obcego.

Dostęp do platformy jest nieograniczony i można korzystać zeń w dowolnym momencie. Kursanci nie muszą czekać na wyniki ćwiczeń, bo­ system sprawdza je automatycznie, dodatkowo kursant ma możliwość omówienia wyników z lektorem na spotkaniu lub poprzez platformę. Na platformie znajdują się materiały treningowe i informacje o wynikach nauki.

Do kiedy można zapisywać się na kurs?

Zapisy trwają cały rok, na kurs można zapisać się w dowolnym momencie, ważne, żeby była grupa chętnych 5 osób. My zapisujemy się już od września.

Ile osób liczą grupy?

Nie więcej niż 6.

Gdzie można znaleźć więcej informacji o kursie Fast&Flexi?

Tutaj 🙂

Na co położony jest największy nacisk podczas kursu?

Największy nacisk położony jest na intensywną komunikację werbalną. Oprócz mówienia kursanci rozwijają się również w pisaniu, słuchaniu, czytaniu, poprawnym komunikowaniu (gramatyce) i poszerzaniu słownictwa.

Dlaczego w kursie weźmie udział tylko starsza córka Nishki? A co z młodszą?

Bo kurs Fast&Flexi przeznaczony jest dla osób powyżej 14 roku życia. A młodsza córka Nishki jest młodsza. She’s 10 years young. 🙂

Komentarze:

  • Pingback: Angielski dla dorosłych – da się? | wittamina - najzdrowszy rozsądek()

  • Mam dokładnie ten sam problem! Pomijam fakt, że od kilku lat nie mam jakiegoś większego kontaktu z językiem – zawsze potrafiłam lepiej pisać, niż mówić i jak bardzo jest to upierdliwe przekonałam się wyjeżdżając zagranico. Czekam na wrażenia z kursu! Kto wie, może jak skończę kurs przewodnika i odzyskam życie, to sama się zapiszę?

    • Dam znać! A w Twoim przypadku, kiedy chcesz zdobywać świat (widziałam Twoją stronę 🙂 – swoboda w angielskim bardzo by się przydała, więc trzymam kciuki 🙂

      • No właśnie od jakiegoś czasu skupiam się głównie na Polsce, która coraz bardziej mnie zachwyca, więc też nie mam na razie jakiejś super motywacji (i czasu), by skupiać się na angielskim. A mają inne języki? Bo mi się rosyjski marzy. Tam, gdzie najbardziej bym chciała pojechać, jeżeli chodzi o świat, i tak po angielskiemu się nie dogadam.

  • W Chorwacji spokojnie można się dogadać bez znajomości żadnego języka obcego 🙂 Wystarczy ciepły wieczór i rakija 🙂

    • Poza tym tam jest mnóstwo Polaków 🙂

  • Mam to samo! Nawet książki czytam po angielsku, a jak przyjdzie co do czego… cichociemna dupa wołowa 🙁

    • Przybij piątkę 🙂 Choć ja książek nie czytam po angielsku, a może warto, (artykuły owszem). Może polecisz jakąś książkę? 🙂

      • Poleciłabym, ale to propozycje wydawnicze, które jeszcze w ogóle nie pojawiły się na rynku 😛

        Ale wydaje mi się, że obojętnie co weźmiesz po angielsku, będzie dobrze 😉

        • Anna

          Dobrze jest zacząć od czegoś, co już się czytało po polsku. Przeczytanie lubianej książki w języku oryginalnym może być zupełnie nowym doświadczeniem, a też jest łatwiej, bo zna się już historię.

  • Mój problem z językiem rozwiązała przeprowadzka do Anglii ;). Pierwsze dni w ogóle nic nie rozumiałam, nasze okolice słyną z „najgorszego” dla obcokrajowców, akcentu. Potem rozumiałam, ale za długo myślałam nad tym, żeby powiedzieć coś poprawnie. Niedługo minie 8 miesięcy i problemu z dogadaniem się i spokojną konwersacja nie mam żadnego, ale jeszcze czekam aż rozmowy telefoniczne staną się łatwiejsze :D.

    • Gratuluję! 🙂 I tak też myślę, mimo, że nie mam doświadczeń, że przebywanie w gronie obcojęczynych musi bardzo, pewnie najbardziej, pomagać w nauce tegoż obcego języka 🙂

    • Dziś pewnie nawet na weekend można skoczyć całkiem niskim kosztem. I mówić, mówić, mówić. Jak poszedłem do pracy, częstotliwość mówienia po angielsku zwiększyła mi się o kilkaset procent. Kilka tygodni wystarczyło żeby płynnie wylewać z siebie myśli.

  • Droga Nishko, a czy ten kurs jest skierowany tylko do takich „naumianych” teoretyków językowych jak Ty i Twoja córka czy może taki ktoś kto nadal ma problemy z czasami i gramatyką też może się na niego zapisać? 🙂

    • Tak, zdecydowanie! Mogą nań zacząć chodzić nawet zieloni, jest kilkanaście poziomów 🙂 Istotą tego kursu jest FAST, czyli szybko i FLEXI, czyli elastycznie 🙂 Czyli każdy, z każdym poziomem, ważne że CHCĄCY i zaangażowany może nauczyć się języka, a narzędzie platformy z ćwiczeniami ma mu w tym pomóc. Jednak wiadomo, sama platforma nie wystarczy, bo ludzie zwykle bywają leniwi, więc spotkania na żywo z lektorem mają ich mobilizować i motywować 🙂 Zapisz się razem z nami, Anuśka! Przeżyjmy to razem! 🙂

      • Jakbyście chodziły do szkoły w Lublinie to nie wahałabym się ani sekundy…;) Ale przemyślę, dałaś mi kopa do pokonania potworka o imieniu angielski! 🙂

  • Aleksandra Radzio

    Też tak miałam kiedyś i z angielskim, i hiszpańskim, i każdym językiem jakiego się uczyłam 🙂 Gramatyka i pisanie na medal, a straszna bariera językowa w mówieniu, jeszcze na maturze z ang się męczyłam i stresowałam, mimo że pisemną zdałam na 100%… A potem wyjechałam sama za granicę, spotkałam różnych ludzi i byłam zmuszona, żeby mówić w obcym języku. I bariera zniknęła całkowicie 🙂 chyba nie ma lepszego sposobu niż wyjechać na jakiś czas i musieć mówić w danym języku, także nie martw się Nishko, zdobyta teoria na pewno zaowocuje najpóźniej jak córka pójdzie na studia i wyjedzie na erasmusa 😉

    • Na to liczę i w duchu zazdroszczę jej erasmusa 🙂 Ja nie miałam okazji, bo … od pierwszych miesięcy studiów miałam tąże właśnie córkę ze sobą przy boku 🙂

  • Jesus, toż to o mnie! Jak ja się głupio czułam w Norwegii, gdy moja 4-letnia (!) córka w asyście ojca rozmawiała z przemiłą sprzedawczynią w jednym ze sklepów, a ja stałam w kącie nieśmiało się uśmiechając i nie wydukałam z siebie ani jednego słowa!

    • Olga, zapisuj się z nami! Też przecież mieszkamy w tym samym mieście 🙂
      A numer z Twoją 4-letnią córką, która lepiej sobie radziła niż mama, niezły 🙂

      • Myślałam o tym, ale jestem bardzo rozczarowana Empikiem. W lipcu miałam brać udział w jednym z kursów (język norweski, a co!), który został odwołany na dwa dni przed rozpoczęciem, a wyjaśnienia, które otrzymałam były śmiechu warte i przedstawiły szkołę w bardzo niekorzystnym świetle (z mojego punktu widzenia).

  • Precjoza

    Miałam ten sam problem w liceum, przed maturą. Gramatyka, słownictwo – ok, mówienie – dramat. Wynikało to jednak w dużej części z tego, że mój nauczyciel był fanem osób mówiących biegle po angielsku. Każdy błąd jaki się popełniło, to był szyderczy uśmiech ze strony nauczyciela i nierzadko jakiś głupi komentarz. Zamiast mówić na lekcjach języka angielskiego, to wolałam milczeć. Zapisałam się na dodatkowy angielski – dwie godziny w tygodniu tylko dla mnie. I okazało się, że umiem mówić, ze składaniem zdań i gramatyką nie jest źle. Wiadomo, popełniałam błędy, ale nie były one piętnowane, tylko była zwracana uwaga, że powinno się to powiedzieć inaczej. Od tego czasu zaczęłam mówić, nie martwiąc się o nadmierną poprawność. Maturę ustną zdałam na 100%. W trakcie wakacji odwiedziła mnie grupa Brytyjczyków, ja odwiedziłam znajomą Amerykankę i dogadywaliśmy się doskonale. Okazało się, że podstawą dobrego porozumienia nie jest podręcznikowy i wyszukany język, ale ten najprostszy – codzienny 🙂

    • Okropny ten nauczyciel! Pomyśleć, ile osób trafiwszy na złych belfrów może się zniechęcić i zablokować na zawsze.. Jak dobrze, że nie poddałaś się i wzięłaś sprawy w swoje ręce. Gratuluję miejsca, w którym teraz się znajdujesz 🙂

      • Precjoza

        Zgadza się, dzisiaj nawet rozważam rozpoczęcie od przyszłego roku doktoratu w USA 🙂 Nishko, trzymam kciuki za Ciebie i Twoją córkę – czekam na efekty waszej nauki!

  • To był też mój problem jeszcze parę lat temu. Blokada przed mówieniem minęła gdy zmusiłam się do używania języka angielskiego w praktyce. Najgorszy był pierwszy raz podczas rozmowy z obcokrajowcem. Gdy wciągnęłam się w rozmowę nagle okazało się, że potrafię mówić i obcokrajowcy mnie rozumieją. Zgadzam się z Tobą Nishko. System edukacji w Polsce stawia na teorię i gramatykę, a praktyczne użycie języka jest w ogóle nie ćwiczone.

  • Natalia wi

    Ja mam zupełnie odwrotnie niż ty. Na lekcji „eeee… yyyy… potato?”, a jak byłam w Londynie w zeszłym roku to po po dwóch dniach gadałam z moja irańską gospodynią o rewolucji w 1979. Z tym, że ja raczej używam prostych słów i konstrukcji, bo z nauką angielskiego mam wyjątkowy problem i nawet podstawy są dla mnie trudne.

  • dobrymjud

    Czuję potrzebę poczynienia #wyznania 😀
    Do niedawna nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wdzięczna jestem rodzicom właśnie w kwestii języków. Podróżowaliśmy po Europie odkąd skończyłam trzy lata. To były czasy, kiedy mało kto w ogóle jeździł za granicę: moim rodzicom kojarzyło się to jeszcze bardziej z jeżdżeniem na handel z ich rodzicami, moimi dziadkami, niż wakacjami. Większość Polaków – gdy mogła – wybierała wczasy nad naszym morzem. Jeśli jeździło się już za granicę, były to tylko wycieczki zorganizowane (jeszcze autokarami, chyba nikt nie myślał w ogóle o samolocie) w jakieś względnie bezpieczne miejsca – wojna na terenie Jugosławii skutecznie chłodziła zapał jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, a my właśnie w tamtym czasie rozpoczęliśmy podbój Bałkanów, Grecji, Bułgarii, Rumunii… i tak naprawdę całej tej „wschodniej” części Europy. Tym sposobem odkąd skończyłam trzy lata miałam okazję patrzeć i doświadczać, jak to moim rodzicom przyszło dogadywać się z ludźmi, których języków nawet nie mieli szans poznać. Jasne, znali rosyjski i niemiecki, ale w tamtym czasie niewiele to dawało. Kiedy skończyłam siedem lat zaczęłam prywatnie uczyć się angielskiego, tak więc kiedy jechaliśmy na wakacje, to mnie, kilkulatce, przychodziło być tłumaczem. Jasne – pewnie wtedy nie potrafiłam zbyt wiele, ale zawsze starczało. Z dzisiejszej perspektywy to może wydawać się oburzające, ale wiesz co? Nigdy, mając siedem czy osiem lat, nie czułam się skrępowana – pewnie właśnie przez to, że od zawsze widziałam rodziców, którzy może nie znali odpowiedniego języka, ale koniec końców i tak udawało się im dogadać.
    Wiesz, czemu to wszystko piszę? Do niedawna jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy. W zeszłym roku, z przyjaciółką, która studiuje w Anglii, wybrałyśmy się na parę dni do Pragi. Stałyśmy w sklepie, kupując bułki czy inne drobiazgi na śniadanie, kiedy ona (mieszkająca i ucząca się w Londynie!) poprosiła mnie: „Ej, spytaj się, czy jest cola light”. Spytałam i nie zauważyłam w tym nic dziwnego. Godzinę później kupowałam bilety autobusowe, pytałam przechodniów o drogę i dopiero po którejś prośbie przyjaciółki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kiedy spytałam się jej, czemu sama nie zamówi sobie pizzy i skoro ona chce przymierzyć większe buty, czemu sama o to nie poprosi, odpowiedź była jedna: wstydzę się.
    Więc tak. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom za to, że dzięki im nigdy nie wiedziałam nawet, czym jest lęk przed mówieniem w innym języku 😉

  • Tianzi

    Internet jest po angielsku i Gra o Tron (a także inne seriale) jest po angielsku. Tym dwóm faktom więcej zawdzięczam w kwestii nauczenia mnie tego języka niż długiej i bolesnej edukacji szkolnej 🙂

  • Problem ten sam, tylko dramat większy, bom anglistką z wykształcenia. Taki polskie system nauczania, że w Londynie, dopiero po pary dniach zaczęłam się rozkręcać, a dopiero po kilku tygodniach mogłam swobodnie rozmawiać IN English. Uczę dzieciarnię i przyznaję się do winy: nauczyciele muszą realizować program i przygotować pod egzaminy. Ja baaardzo chciałabym, żeby moi uczniowie mogli właśnie na wakacjach się bez problemu dogadać, ale co z tego, skoro ja muszę lecieć z programem, bo mnie dyrekcja umieści na czarnej liście, co z tego że chętnie bym prowadziła z uczniami konwersacje, skoro muszę im wbijać do głowy słówka i zasady gramatyczne, aby nie zawalili egzaminu. Tam mówienia nie ma (podst. i gim.), a szkoły chcą dobrze wypaść na egzaminie. Jestem ofiarą systemu, po każdej stronie biurka.

  • Swietnie ze idziecie na kurs-wiedzy nigdy za wiele. Jesli zas chodzi o plynnosc jezykowa i odblokowanie sie- jedynym moim zdaniem jest zycie wsrod native’ów (bez Polaków wokól). Ja po roku w UK myslalam juz nawet po angielsku. Takze corka niech sie nie worruje bo po wyjezdzie bedzie szprykach ingliszem jak rodowita amerykanka 😉

  • Magdalena Sz…

    I również ja mam problem z mówieniem w obcym języku. Czytam różne książki, blogi, artykuły z chemii po angielsku, oglądam seriale, a mówienie to wieeeelki stres! Na szczęście nie dawno zaczęłam wolontariat w miejscu, gdzie przychodzi wielu turystów- głównie z USA, Australii, Izraela i przekonałam się, że z moim angielskim nie ma tak źle i faktycznie mówić umiem. 😉 Choć czasem jest problem by kogoś zrozumieć ze względu na akcent…
    Co do medycyny w USA to trzymam kciuki za Pani córkę by się jej udało, choć raczej długa droga jest przed dostaniem się tam na medycynę, bo trzeba zdawać te amerykańskie egzaminy z tego co wiem. 😉 Good luck! 🙂

  • Gdybym miała coś z siebie wydusić po angielsku to też wolałabym być głodna niż poprosić o te cholerne bułki 🙂 Co ciekawe problem znika, kiedy zaczynam gadać po rosyjsku. Waląc błędy w gramatyce, z fatalnym akcentem i wstawiając od czasu do czasu ukraińskie słowa, jak mi się coś pokręci, zasuwam na każdy temat bez najmniejszych oporów. Wniosek? Problem jest w angielskim nie we mnie 🙂

  • weronikakosior

    Nishko! Jeśli córka marzy o zostaniu lekarzem za granicą lub wyjeździe do USA to polecam, żeby sprawdziła ofertę stypendialną Szkół Zjednoczonego Świata (www.uwc.org.pl), ja skończyłam Mahindra UWC w Indiach i teraz studiuję w Nowym Jorku, to wspaniała szansa jeśli na poważnie myśli o wyjeździe. Sprawdźcie polską stronę jak i międzynarodową http://www.uwc.org i jeśli będziecie miały pytania dotyczące aplikacji, śmiało piszcie.

  • Aleksandra Cieplak

    Coś o tym wiem – sama miałam problem z porozumiewaniem się za granicą, chociaż angielskiego uczyłam się od 6 roku życia. Niestety ta nauka skupiała się głównie na gramatyce czy poszerzaniu zasobu słownictwa. Były oczywiście zabawy w sklep czy gra w „zgadnij kto to” po angielsku – niestety było to wciąż za mało, żeby swobodnie rozmawiać na wakacjach. Przekonałam się dopiero do mówienia w wieku lat 11, kiedy to byłam w Egipcie i wzięłam udział w „Piana Party”. Pech chciał, że urządzenie do piany się zepsuło a ja za bilet zapłaciłam z własnego kieszonkowego. Ze „skargą” chodziłam po animatorach, obsłudze, recepcjonistach, aż dotarłam do menagera hotelu – odzyskałam wydane kieszonkowe ; ) Później brałam też wielokrotnie udział w wymianach międzynarodowych organizowanych przez moją szkołę. Wyjazdy do rodzin, a także przyjmowanie u siebie zagranicznych gości pomogło mi swobodnie porozumiewać się w j. angielskim ( i trochę również w j. francuskim, podczas wyjazdów do Francji). Potwierdzeniem tego, że takie wymiany mają duże znaczenie w nauce języka jest na pewno mój wynik z matury ustnej z j. angielskiego – 100% 😉

  • olala

    Oj Nishko. Nawet najlepszy kurs będzie niczym – ponieważ rozmawiasz w warunkach klasowych gdzie nauczyciel narzuca Ci narracje,podsuwa tematy. Kurs angielskiego to nadal strefa komfortu i zupełnie inne warunki używania języka.

    Ja polecam wyjazd – letnia szkola, kurs,wyjazd międzynarodowy. Wtedy jest to naturalne,bo mówisz w innym języku – byleby ekipa była międzynarodowa a nie polska tylko. Nowe znajomości potem znajomi i możliwość jeżdżenia po świecie….;)

    Pozdrawiam właśnie z letniej szkoły w Berlinie gdzie przełamuje swoja strefę komfortu i mam możliwość rozmowy angielsko-niemieckiej mimo dwóch Polaków w grupie. Bo nie wypada mówić w obcym dla innych języku;) i polecam takie rozwiązanie

  • Grażyna

    Super .

  • Aldona

    Ja mam to samo, grama idzie nieźle, słuchanie może też ale mam kompletną blokadę na mówienie i nie wiem jaka szkoła pomogłaby mi to wyćwiczyć. Wiem, że potrzebuję zajęć indywidualnych, a najgorsze, że mieszkam na wiosce i nie chce mi się dwa razy w tygodniu dojeżdżać po 20 km i tracić tyle samo czasu na dojazdy…

  • michha

    Ze względu na dojazdy zdecydowałam się na empik school, w sensie na lekcje online, bo inaczej też by było do bani z dojazdami przez całą warszawę na lekcje. A online jest naprawdę bardzo wygodny, siedzisz sobie, jest kamerka, wszystko można powtórzyć i nikt ci nie przerywa jak w tych grupach.