Gimnazjaliści to nasz skarb narodowy – nie likwidujcie ich!

a girl with a camera and her friend smile for the camera in front of light blue brick wall

Co sądzę o likwidacji gimnazjów? Przy okazji, żadne tam „wygaszanie”, jak twierdzi MEN, nazywajmy sprawy po imieniu. Mam dwie córki, które w listopadzie skończą odpowiednio: 11 i 16 lat. W sierpniu rodzę syna. Każde z moich dzieci będzie najprawdopodobniej uczyć się w innym systemie szkolnym. Oto, co myślę o planie likwidacji gimnazjów.

Jako mama 11-latki, która do gimnazjum nie pójdzie

Od jakiegoś czasu coraz więcej znajomych rodziców dopytywało mnie:

– Do którego gimnazjum pójdzie za dwa lata twoja córka? Myślałaś już o tym?

Dowiedziawszy się kilka dni temu o planach MEN, ucieszyłam się, że nie muszę już się nad tym zastanawiać, dokonywać wyborów, analizować szkół. Odetchnęłam z ulgą, że córka jeszcze przez cztery lata zostanie w swojej klasie w podstawówce i że nie będzie musiała rozpoczynać nauki w nowej szkole.

(Co ciekawe, córka, mimo, że lubi swoją klasę i wychowawczynię, ku mojemu zaskoczeniu zmartwiła się, że nie pójdzie do gimnazjum. Na pytanie, dlaczego tak ją to martwi, odparła: „Bo lubię zmiany.”).

W każdym razie ja się cieszę, bo będę mieć święty spokój.

To jednak poziom indywidualny, mój własny kawałek podwórka, moje ciepełko. Bo gdy patrzę na to z szerszej perspektywy, gdy wznoszę się ponad moje ja, własną wygodę i komfort, kolejne fundamentalne zmiany w polskiej edukacji nie podobają mi się i niepokoją mnie.

Jako obywatelka Polski, w której reforma szkolna goni reformę

Nie podoba mi się, że polską szkołę czeka kolejna reforma, zmiana, zawirowanie. Nie podoba mi się, że polski system edukacji jest nieustannie modyfikowany, przez co coraz bardziej pogrążony w chaosie.

Rodzice są coraz bardziej zagubieni. Wielu z nich żałuje, że wysłało swojej 6-letnie pociechy do szkoły wcześniej, inni żałują, że tego nie zrobili, nikt nie wie, co dla dziecka-ucznia jest najlepsze.

Nie podoba mi się, że w związku z reformą znów będą tworzone nowe podstawy programowe i podręczniki, co jest nie dość, że kosztowne, to jeszcze niepokojące. Może to świetna okazja, by przemycić tam nowe katolickie-narodowe treści? Nową, tradycyjną wizję rodziny? I wiele innych: światopoglądowych, a nie naukowych myśli?

Nie podoba mi się, że szkolnictwo stało się terenem walki politycznej.

Nie podoba mi się, że podstawówka – ze swoimi ośmioma klasami (a nie sześcioma, jak przez ostatnie kilkanaście lat) znów stanie się molochem.

Jako mama 7-latka, który będzie uczył się w jednej szkole z 14-latkami

Z perspektywy mamy młodszej córki: wkrótce uczennicy siódmej i ósmej klasy (na razie piątej), będzie w porządku, wszak to ona będzie w najstarszym gronie. Ale gdy pomyślę o moim synku, który mając 6 czy 7 lat (mam nadzieję, że sześć, że w 2022 roku normą będą 6-latki w szkołach, a nie przedszkolach. O tym, dlaczego, pisałam w tekście Hu-hu-ha szkoła dla 6-latków zła). W każdym razie wizja, w której mój kilkulatek przekracza próg szkolnego molocha i spotyka się na korytarzach z nastoletnimi bykami (a w toaletach wyczuwa zapach ich papierosów) – nie brzmi optymistycznie.

O ile dobrze pamiętam: jednym z głównych argumentów z końca lat 90. gdy zapadała decyzja o powstaniu gimnazjów, było odseparowanie małych dzieci od dorastającej młodzieży. I moim zdaniem to świetny argument. 

Wolę, żeby zbuntowane i dojrzewające 14-latki uczyły się w gimnazjum, a nie z maluchami w podstawówce. I tak nawet, jak to zdanie, pierwotnie brzmiał tytuł mojego tekstu.

Jako 35-latka, która nie uczyła się w gimnazjum

Uczyłam się w systemie szkolnym, który ma wkrótce znów wrócić, czyli pozbawionym gimnazjów. Czy było lepiej? Nie. Czy było gorzej? Nie. To nie ma znaczenia, bo to nie o system szkolny chodzi. W siódmej i ósmej klasie szkoły podstawowej, które dziś mają wrócić zamiast gimnazjów, mniej więcej połowa moich rówieśników była „problematyczna”: dokonywała tak zwanych inicjacji: sięgała po pierwsze papierosy, piwa, wina, dżointy, wagarowała, wdawała się w bójki, wielu eksperymentowało ze swoją seksualnością. I nie miało specjalnego znaczenia, czy grono ich kolegów i koleżanek z klasy towarzyszyło im od kilku lat czy dopiero od roku. Po prostu w pewnym momencie dziecko staje się młodzieżą i zaczyna testować życie.
Na szczęście wciąż mniej więcej co drugi nastolatek, ceniąc sobie swój mózg, nie niszczy go używkami i ceniąc sobie swoją reputację i posiadając umiejętności tzw. asertywności seksualnej rozważnie dokonuje inicjacji seksualnej (czyli odsuwa ją w czasie) – ale od tego są rodzice i mądrze prowadzone zajęcia z edukacji seksualnej (vide: Edukacja seksualna: jak to się robi w Polsce, wywiad z Anką Grzywacz). To, jak podzielone są poszczególne etapy szkolnej edukacji, nie ma tu specjalnego znaczenia.

Jako mama 16-latki, która uczyła się w gimnazjum 

Trzy lata temu, gdy moja starsza córka kończyła podstawówkę i wybierała się do gimnazjum, bałam się. Napisałam nawet na blogu tekst Gimnazjum? Nie, dziękuję, którego fragmenty pozwolę sobie poniżej przypomnieć:

„Niczego tak się w życiu nie boję jak wszystkiego. Wróć. Niczego tak się w życiu nie boję jak momentu, w którym moja córka pójdzie do gimnazjum. Gdybym mogła, zamknęłabym ją na te trzy lata w domu i kazała przeczekać.

– Córciu, siedź z nami w domu i nie wychodź. Dziś jeszcze nie wiesz, że mam rację, ale kiedyś mi ją przyznasz: lepiej będzie jak przeczekamy twoje gimnazjum. Czas szybko minie, głowa do góry!

Co mogę? Mogę dbać o naszą relację. Mogę rozmawiać i słuchać. Czasami nie jest to proste. (….) Zwłaszcza, że jest przekonane, że jest co najmniej trzydzieści pięć razy od ciebie mądrzejsze. Ale dzielnie słucham. Czasami zdarzają się opowieści lekkie, dowcipne i przyjemne. Czasami – przerażające. (…) Lubię słuchać tych historii. Mam dzięki temu poczucie, że mogę wejść do świata swoich dzieci i być bliżej nich. Może tym sposobem uda mi się zepsuć przepis na zepsutą młodzież.”

I to jest właśnie klucz, Moi Drodzy.

To nie jest tak, że gdy znikną gimnazja, zniknie całe zło, które z nimi wiązaliśmy. Bo to nie gimnazjum jest niedobre, lecz młodzież tam ucząca się jest w trudnym wieku.

Pisząc trzy lata temu o tym, że uczniowie gimnazjów są w najtrudniejszym momencie:

„wtedy bowiem:
– będą nimi wstrząsały burze hormonów
– do głowy przychodzić im będą najgłupsze pomysły, mające moc zarażania
– chęć przypodobania się rówieśnikom silniejsza będzie niż zdrowy rozsądek
– dorosły jawić im się będzie jako nudny, nieżyciowy i nic nie rozumiejący Obcy
– znalazłszy się w nowym środowisku, próbować będą nowych wrażeń i doświadczać najróżniejszych inicjacji… „

zrzuciłam niepokój na gimnazjalny system szkolny, tymczasem to są uniwersalne lęki rodzica nastolatka. Łatwo je utożsamić ze szkołą – a one nie znikną po likwidacji gimnazjów! Zabieramy się do tego nie od tej strony, co trzeba, Drodzy Rodzice i Pani Minister Edukacji.

Rodziców nastolatków zainteresowanych, od jakiej strony warto się zabrać, zapraszam do moich tekstów:

→ Dlaczego nastolatki buntuja się?
 Dla dziecka ważniejsi są znajomi. Pogódź się z tym, rodzicu
 Czy potrafisz wymienić pięcioro dobrych znajomych Twojego dziecka?
 Rozmowa o depresji dzieci i młodzieży
*

– Nishko, zwracasz uwagę tylko na kwestie związane z dojrzewaniem młodzieży, skłonnościami do inicjacji, burzy hormonalnych itd. Zupełnie pomijasz aspekt edukacyjny – mógłby mi ktoś zwrócić uwagę. – Tymczasem poziom nauki w gimnazjach na pewno zasługuje na poprawę i reformę! Chyba nie zaprzeczysz, że tępe gimbusy są naszym powszechnym problemem?!

– Czyżby?  – odparłabym. – A co powiecie na to, że polscy gimnazjaliści są w czołówce młodzieży pod względem umiejętności 15-latków z matematyki i przedmiotów ścisłych? W międzynarodowych badaniach PISA (nie mylić z PISem 😉 ) – PISA, czyli Programme for International Student Assesment, Polska zajęła 11. miejsce na całym świecie, w Europie wyprzedziła nas tylko tylko Finlandia, Estonia, Szwajcaria i Holandia! (wyniki z 2015 roku, od 2012 roku jesteśmy w czołówce). Bardzo więc proszę odczepić się od naszego skarbu narodowego, jakim jest nasza polska inteligentna gimbaza! 🙂

Komentarze:

  • Byłam w gimnazjum, gdy razem z moją 30-osobową klasą dyskutowaliśmy na temat tego, czy kiedyś w systemie 8-klasowym było lepiej, czy gorzej. I mimo wszystkich cudowności i tego, że to był cudowny czas, a III klasę wspominam jako najlepszy rok mojego życia, już wtedy świadomie i zgodnie wszyscy uważalismy, że byłoby lepiej, gdyby gimnazja nie istniały. Nishka, proszę cię. Skoro 15-latkowie mają już trochę oleju w głowie i są w stanie myśleć rozsądnie, i uważają, że nagła zmiana środowiska w 12., 13. roku życia jest szkodliwa i potęguje ten ciężki okres buntu, to wierz mi – reszta dyskusji nie ma sensu…

    • Sens dyskusji zawsze jest 🙂 Ty, jako gimnazjalistka byłaś przeciwna gimnazjom, a np. moja starsza córka uważa, że ich likwidowanie jest złe. Ja natomiast uważam, że robimy zbędne zamieszanie, tworzymy niepotrzebny chaos, a powinniśmy gdzie indziej uderzyć, żeby poprawić los 13-16-latków. Skoro gimnazjum potęguje ciężki okres buntu: dostarczmy im zajeć/lekcji z mądrymi psychologami. prowadźmy zajęcia z edukacji seksualnej. dajmy dostęp do warsztatów itd. A nie likwidujmy gimnazja. Nie tędy droga – przynajmniej moim zdaniem. Jestem oczywiście otwarta na dyskusję 🙂

      • Kiedyś wylądowałam na dywaniku u pani pedagog za artykuł, który opublikowałam w lokalnej gazecie na temat zajęć profilaktycznych. Uważałam, że są bezsensowne, bo wysyła się na nie tylko te najlepsze klasy – mat-fizy, biol-chemy, a w gimnazjum – te „A” i „B”, bo tam są dzieci, które „potrafią się zachować i nie przyniosą wstydu przed zaproszonym gościem”. Mówiłam o tym, ze nie uderza się tam, gdzie jest istotny problem – w gorzej uczących się nastolatków, których problemy w szkole mogą właśnie wynikać z trudnej sytuacji rodzinnej, co prowadzi do niechcianej ciąży/narkotyków itp. Nie wierzę w to, że obca, dwadzieścia lat starsza osoba jest w stanie dotrzeć do młodych ludzi. Do mnie nigdy nikt taki nie dotarł, nie sądzę więc, że ktoś z zewnątrz może pomóc poprawić trudną sytuację nastolatków. Wierzę natomiast w to, że nastolatkowie sami są w stanie dojść do pewnych wniosków, postępować rozsądnie i nie posuwać się do obłędu – jeśli stworzy się im ku temu odpowiednie warunki i da wsparcie w postaci poczucia bezpieczeństwa w dobrze znanym środowisku.

      • Anna

        Droga Nishko, bardzo cenię sobie Twoje wpisy i szanuję poglądy. Jak zauważyłaś, jednym reforma przypada do gustu innym nie. I tak jak sam temat wywołuje obecnie burzę emocji, wytaczane są argumenty za i przeciw, tak nad jednym z Twoich argumentów zatrzymałam się i zrobiło mi się zywczajnie smutno… Od kiedy to katolickie-narodowe treści są dla nas (mówię o Polakach) nowe, droga Nishko? I czy uważasz, że katolickie i narodowe są złe????? Wybacz, ale tradycja z nowością też się raczej wyklucza, a nowa tradycyjna wizja rodziny zakrawa dla mnie komediowym tonem nowej świeckiej tradyjcji rodem od Barei! Wytłumacz mi proszę od kiedy nauka i swiatopogląd nie mogą iść w parze? Rozumiem, że ostatnio to taki nowy trend (trend w odróżnieniu od tradycji może być nowy ;). Droga Nishko, a propos postulatu o to żeby dzieci miały wiecej edukacji seksualnej – zapewne wiesz o czym mówisz, co człowiek to inne potrzeby, szkoda, że odrzucasz przy tym kształowanie światopoglądu, bo jedno na drugie może mieć znaczący pozytywny wpływ.
        Pozdrawiam serdecznie
        Ania

        • Aniu, otóż to rolą rodziny, rodziców jest wychowanie rozumiane jako przekazywanie wartości, przekonań, światopoglądu, spojrzenia na ludzką seksualność, ludzkie związki, rolę małżeństwa itp. Natomiast rolą szkoły jest edukacja: przekazywanie wiedzy i umiejętności: np. asertywnych, komunikacyjnych, stawiania granic rozumienia granic. I kiedy np. nauczycielka w gimnazjum mojej córki powiedziała uczniom, że homoseksualizm to choroba (bo wg jej światopoglądu to choroba) to zaprostestowałam i powiedziałam, że jako nauczyciel może przekazywać uczniom informacje zgodne z wiedzą naukową, a nie swoim światopoglądem.

          • Anna

            Droga Nishko, masz rację, co do roli rodziny i przekazywania wartości kolejnym pokoleniom. Osobiście chciałabym, zeby szkoła wspomagała ten proces, żeby dziecko w szkole i rodzinie słyszło jeden głos. Co do świeckości Polski, trudno nam odmówić kultury zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie Polaków. Większość z nas deklaruje wiarę katolicką, obchodzi święta i chrzci dzieci. Tak więc państwo, w którym znaczna większość obywateli deklaruje jedno wyznanie, nie może być państwem świeckim, bo religia to styl życia, którego nie można ograniczyć do czterech ścianach, przekłada się na każdą płaszczyznę życia. Nauka nie stoi w sprzeczności z Bogiem i nie ma świeckiego ani katolickiego programu nauczania. Bo jeśli Bóg to miłość, dobro i sprawiedliwość, to środowisku wyznającym te Wartości najcudowniej w świecie powinien czuć się każy człowiek niezależnie od wyznania. W żadnym miejscu w Piśmie Świętym nie jest napisane, ze homoseksualizm to choroba 🙂 stawianie nieudolnej nauczycielki Twojej Córki jako przykład nauczyciela o skrystalizowanym światopoglądzie i to jeszcze katolickim (domniemam!) jest na miarę stwierdzenia, ze wszyscy Muzułmanie biegają z pasami szahida ;))), no i nadal przeciwstawiasz światopogląd nauce – w konsekwencji wychodzi katolik idiota – agnostyk intelektualista, z czym kompletnie nie mogę się zgodzić. Chciałabym dla naszych dzieci programu, który obfituje w wiedzię (nie ma innej niż naukowa ;), przkazywaną w środowisku, które żyje zgodnie z takimi wartościami jak prawda, sprawiedliwość, dobro i piękno. Katolicy widzą te wartości w Bogu, ludzie nie podzielający tej wiary, czerpią je z innych źródeł. Chyba nic w tym złego, prawda? 🙂
            Bardzo lubię Twoje lekkie pióro 🙂
            Serdecznie Cię pozdrawiam
            Ania

  • O_l_l_i_e

    Mnie martwi jeszcze jedna rzecz. Jak przystosowane do rzeczywistości będą te dzieci, które spędzą 8 lat w tym samym otoczeniu, pod opieką tych samych nauczycieli? Nie można zapominać, że młodzież powinniśmy uczyć tego, co im się przyda poza szkołą, a w cyfrowym, dynamicznym świecie będą się coraz bardziej liczyły umiejętności miękkie. Mimo wszystko dziecko, które co 3 lata musi zmieniać szkołę/klasę, poznawać nowych kolegów i koleżanki, dogadać się z nowymi nauczycielami, automatycznie przyswaja – bo mu to potrzebne – umiejętność prowadzenia dialogu, prezentacji opinii, radzenia sobie ze stresem (jasne, zmiana szkoły/klasy to stres, ale stres TRZEBA przetrenować, żeby go okiełznać! to dopiero będzie stres, jak pierwszy raz wyleci się spod parasola w wieku 15 lat!), nawiązywania przyjaźni, akceptowania różnorodności, tolerancji itd. I to są wszystko umiejętności absolutnie NIEZBĘDNE w życiu pozaszkolnym, a już na pewno w dorosłym.

    Trochę się boję, że wychowamy sobie pokolenie rozleniwionych, wygodnickich dzieci, zupełnie nieradzących sobie ze zmianami i nieumiejących elastycznie reagować na niespotykane sytuacje i nowych ludzi.

    • O_l_l_i_e

      O, i jeszcze mi się przypomniało, bo ostatnio czytałam na ten temat. Uczeń ostatniej klasy czteroletniego liceum a kwestia prawna. Będzie w systemie kształcącycm dzieci (bo najmłodsi licealiści w świetle prawa będą dziećmi), a sam będzie już dorosłym. To jest MNÓSTWO problemów. Rzecznik praw dziecka będzie się opowiadał za tym, że obowiązują go prawa dziecka, bo jest jako dziecko kształcony, a rzecznik praw obywatelskich, że prawa dorosłego (i to wydaje się sensowniejsze i jednak bardziej w zgodzie z literą prawa, w końcu metryka decyduje). A co to w praktyce oznacza? A no na przykład to, że może sobie nie życzyć, żeby nauczyciel informował rodziców o jego ocenach. Albo wzywał ich do szkoły. Albo w ogóle rozmawiał z nimi na jego temat. Nie zazdroszczę nauczycielom, którym przyjdzie się z takimi problemami wychowawczymi mierzyć…

    • Zgadzam się i super, że zwróciłaś na to uwagę! I właśnie moja młodsza córka intuicyjnie to wyczuwa: mimo, że lubi swoją klasę i wychowawczynię, czuje, że zmiany są dobre. Zwłaszcza, że kadra nauczycieli uczących w danej szkole dziecko jest naprawdę bardzo nierówna: od świetnych pedagogów i nauczycieli do słabych i takich, z którymi chcielibyśmy (jako rodzice i uczniowie) jak najszybciej się rozstać. Wiem, co mówię bo mam już za sobą kilka etapów (trzy u starszej córki + dwa u młodszej). Likwidując gimnazjum ucinamy jeden z takich etapów.

    • ToJa

      Otóż to! Mam 17 lat – i zasadniczo jestem za zachowaniem obecnego „kształtu” edukacji. Dzięki zmianom musiałem ‚nauczyć’ się poznawać nowych ludzi, a jako że nie miałem za dobrej opinii (nieśmiały) w podstawówce, mogłem ją powoli (wraz z moim dorastaniem i coraz większą śmiałością) zmieniać na kolejnych etapach edukacji na nowych ludziach. Dlatego też po gimnazjum i teraz liceum, gdzie już większość klasy stanowią osoby, które mnie wcześniej nie znały mają inne, lepsze wyobrażenie na mój temat.
      To niepopularna opinia, ale póki co uważam, że gimnazja to był mój najlepszy okres w życiu. Ale to tylko osobista opinia.
      Gimnazja pomagają w skupieniu w jednym miejscu osób, które lepiej radzą sobie z dorastającą młodzieżą. A nie nauczycielki wychowania początkowego, które nie umieją matematyki (jak się okazało po badaniach).
      Pozdrawiam 🙂

      • ToJa, bardzo dziękuję za Twój głos! 🙂

    • aaaaanaaa

      Chodziłam 8 lat do jednej szkoły, miałam to samo otoczenie i nie powiedziałabym, że jestem gorzej przystosowana do rzeczywistości niż osoba, która uczęszczała do gimnazjum.Ciągła zmiana szkoły, jak w Twoim przykładzie co 3 lata, to nie są same plusy, dziecko nie będzie wdzięczne za doświadczenie życiowe, bo nie odbiera tego jako wyzwania – dla większości to będzie utrata przyjaciół, ewentualne trudności czy niechęć do nadrabiania zaległości, strach. Ja byłabym bardziej otwarta na nowe w wieku 15 lat właśnie niż jak miałam 12 🙂 jak miałam 12 lat to chciałam bawić się z koleżankami, a nie trenować umiejętność komunikacji. Przypomina mi to rodziców bombardujących dziecko zajęciami pozalekcyjnymi już od przedszkola…

      Nishko, co do argumentu o rozdziale maluchów od nastolatków…w wielu szkołach gimnazja i podstawówki znajdują się w tym samym budynku 😉

  • Adam Słomka

    Argument o oddzieleniu 7-8 klasistów byłby sensowny gdyby nie to że w praktyce tam gdzie nie ma wystarczająco budynków, podstawówka i gimnazja i tak stoją razem. Tam gdzie są warunki starszaki i tak były dobrze oddzielone od dopiero co ochrzczonych uczniów (np w mojej szkole) i interakcje są sprowadzone do minimum. Natomiast minusu w postaci gwałtownej zmiany środowiska w najbardziej delikatnym dla psychiki dziecka momencie nie da rady nie zauważyć. Już nie mówiąc o tym że jeśli chodzi o system edukacji, to niestety zaczynanie nauki w nowej szkole wiaże się z niepotrzebną powtórką materiału np z historii często wraca się do starożytności, podobnie w liceum, dzięki czemu później pod koniec liceum nie ma już czasu na historię nowożytną, która jest kluczowa do zrozumienia co się dzieje na świecie.
    Jeśli chodzi o świetne wyniki gimnazjalistów na arenie międzynarowodowej to byłbym ostrożny w przypisywaniu zasługi nauce w gimnazjach. Bardzo dobrze pamiętam jak w liceum porównywaliśmy poziom wykształcenia na zachodzie i u nas. Już wtedy nasza edukacja była mocno do przodu (jestem ostatnim rocznikiem starego toku nauki).
    Gimnazja były od początku krytykowane w środowisku nauczycielskim jako bezsensowna reforma (jestem synem nauczycielki), nie przynosząca żadnych korzyści dla uczniów, a jedynie zwiększająca ilość posad dyrektorskich dla krewnych i znajomych królika. Oficjalnie podawało się że ma na celu ujednolicić nasz system kształcenia do tego na zachodzie, tylko do dziś nie rozumiem po co, skoro było całkiem jasne, że nasz system był dużo lepszy. Chyba że ktoś chciał go pogorszyć co byśmy nie wprawiali w kompleksy naszych towarzyszy na zachodzie?

    • Ale gimnazja powstawały też przy liceach, jest ich bardzo dużo i to są często b. dobre szkoły.

      Poza tym (jestem córką nauczycielki, sama też uczę choć nie mam nic wspólnego z państwową edukacją ogólną :)), zgadzam się z tym, że gimnazja były krytykowane przez wszystkich. Zyskały fatalną opinię na początku, ciągnie się za nimi do dziś, choć już nie do końca słusznie. Nauczyliśmy się uczyć w tych szkołach. Poza tym program nie jest powtarzany. Historia w gimnazjum kończy się na pewnym etapie, w liceum od niego się zaczyna (z ciekawości oglądałam niedawno dziennik 2 klasy lo, tam był 1918 rok, cała 3 klasa na II wojnę i współczesność).Każdy system potrzebuje planowania, liczenia, szlifowania i doskonalenia. Żadnemu dobrze nie robi rewolucja co kilka lat.

      Co do zmiany otoczenia w „trudnym wieku”, wielu osobom to wychodzi na dobre. Zwłaszcza tym, którzy trafili do słabych klas w podstawówce, w nieciekawe towarzystwo, bądź dostali łatkę idioty. Szybciej mogą sobie układać wszystko od nowa. A ci ogarnięci i tak sobie poradzą.

    • Argument o powtórce materialów jest z kosmosu 🙂 Dwa lata po mnie (czyli w roczniku zaczynającym gimnazjum w 2009) byla reforma, dzięki której teraz w podstawach programowych kazdej ze szkól są inne tematy. Starozytnosć zaczyna się w podstawówce i idzie ciągiem az do konca gimnazjum, kiedy to konczy się bodajze Pierwszą Wojnę Swiatową. Szkola srednia za to zaczyna na okresie międzywojennym.

  • Wiesz, a ja jednak wciąż optuję za zlikwidowaniem gimnazjum. Pamiętam (jeszcze wciąż w miarę dobrze:) moje lata gimbazy i absolutnie zgadzam się z tym, co pisałaś na temat utrzymania dobrych relacji na linii rodzic-dziecko. Ja byłam wśród tych poukładanych dzieci, które raczej niczego nikomu udowadniać nie chciały, ale wystarczyło, by w klasie znalazła się niewielka (bo trzyosobowa) grupka zbuntowanych gimbazjuszy, którzy przeprowadzali między sobą nieustający turniej o miejsce samca alfa w nowym stadzie. Tych kilka osob było w stanie rozwalić każdą lekcję, zepsuć każdą rodzącą się w klasie solidarność i miłą atmosferę i doprowadzić do tego, że żaden z nauczycieli nie był w stanie wypełnić programu nauczania. Jestem na więcej niż 100% przekonana, że przyczynkiem do tego wyścigu były dla nich wszystkich trudności w odnalezieniu się w nowym miejscu i wsród nowych ludzi. Pomijam już fakt, że podstawa programowa w gimnazjum to kpina (po zebraniu dzieci z różnych szkół mnóstwo czasu marnuje się na wyrównanie poziomu, a potem i tak nie wychodzi z zakresem wiedzy szczególnie mocno ponad rzeczy z podstawówki).

    Rozumiem też twój niepokój związany z przebywaniem wśród starszych dzieci maluchów (pamiętam, że w mojej podstawówce na każdym piętrze urzędowały dzieci w innym wieku, więc problem pewnie da się rozwiązać) oraz strach przed kolejnymi reformami programów i podręczników (to nigdy nikomu nie wychodzi na dobre, przynajmniej na krótką metę), ale mimo wszystko – gimnazjum to pokraczny twór, niedostosowany do potrzeb nastolatków i w moim wypadku niestety były to najbardziej zmarnowane trzy lata mojego edukacyjnego życia. Niech giną.

    • Dzięki za ciekawy głos w dyskusji 🙂
      Wydaje mi się, choć mogę się mylić, że owszem: trudność w odnalezieniu się w nowym miejscu i wśród nowych ludzi ma znaczenie, ale nie jest decydująca. Że ten trend i zachowanie gimbusów walczących o pozycję alfa w grupie nie zniknie, gdy będą w VIII klasie. Tak mi się przynajmniej wydaje: że to nie kwestia rodzaju szkoły, tylko wieku.

      • Kasia

        Też uważam, że to nie kwestia szkoły. Mòj syn skończył właśnie 2 klasę gimnazjum. Znają się wszyscy w klasie od 1 klasy podstawówki, bo to mała wiejska szkoła i po prostu przeszli całą klasą z podstawówki do gimnazjum. A to co wyrabiali w tym roku szkolnym, szkoda gadać. U nas reforma nic nie zmieni, oprócz podstawy programowej 😝 cały czas będą maluszki i stare konie w jednym budynku.

    • Alastrionna

      Zgadzam się z przedmówczynią. Sama pamiętam gimnazjum jako pasmo udręk – przystosowywanie się do nowego otoczenia sprawiało duuże problemy, bo po likwidacji szkół wiejskich (pochodzę z małej miejscowości) trafiłam na rozmaite towarzystwo, którego nie chcę oceniać, aby nikogo nie obrażać. Ale sama spotkałam się z ich strony z przemocą fizyczną i emocjonalną, czego nie doświadczyłam w swojej „starej” podstawówce. Ot – byłam obca, i „z miasta”, a oni tego nie akceptowali. Dodatkowo nauczyciele zaharowywali się, żeby tę wzrastającą hałastrę utrzymać w ryzach, ale przez 3 lata trudno wyrobić sobie autorytet (w porównaniu do nauczycieli, z którymi spotykamy się 8 lat, codziennie). Nie znam osób, które miło wspominają gimnazjum po przeżyciu go.

      • Ania

        Ja bardzo dobrze wspominam czasy gimnazjum. Może dlatego, że nie była to duża szkoła, bo po dwie klasy z rocznika. Natomiast to był najlepszy czas. Według mnie to w gimnazjum nauczyłam się najwięcej. Wtedy trzeba było przykładać się do nauki. Czasy liceum były bardziej lajtowe. Może jestem dziwna, ale lubiłam okres gimnazjum a było to 10 lat temu

    • Joanna

      Ten opis lekcji idealnie pasuje do tego, co przeżywałam w 7 i 8 klasie podstawówki.
      W sumie to bardziej argument za zlikwidowaniem szkół koedukacyjnych…

  • Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Twoje córki dobrze się uczą, nie stwarzają Ci większych problemów wychowawczych, starsza wygrywa olimpiady, uprawia sporta, a nie pali zioło w szkolnej toalecie.
    Łatwo radzić innym, gdy dzieci nie stwarzają problemów w szkole.
    Mój starszy syn jako 6latek średnio sobie radzi w szkole. Całe szczęście ma wspaniałą wychowawczynię, która ma ludzkie podejście do dzieci, a nie idzie tylko po wynik. Cieszy mnie zatem, że mój młodszy syn do szkoły pójdzie jako 7latek i w żaden sposób nie martwi, że do szkoły bedzie chodził z 14latkami, gdyż te małe dzieci są odpowiednio odseparowane od starszych kolegów.

    Jestem pzreciwna likwidacji gimnazjów tylko ze względu na wieczne zmiany w programie nauczania. Każda zmiana efekty przynosi dopierio po latach, a w tym przypadku poprzednia nie przynosi jeszcze efektów, a już mamy kolejną.

    • Moje córki nie stwarzają mi większych (co nie znaczy żadnych) problemów wychowawczych, bo nad tym pracuję 🙂 To nie wzięło się samo z siebie.

      • Specjalnie nie użyłam słowa „żadnych”, bo nie wierze to, że nastolatek może nie sprawiać żadnych problemów. no i miałam na mysli tylko problemy w edukacji,a nie wychowawcze jako tako. Rzecz w tym, że dzieci są różne, życie różnie się układa i czasem cała praca może iśc na marne. Czasem nagle musisz zmienić całkowicie front.

  • Natalia Szumska

    Jako pierwsze dziecko poprzedniej reformy (pechowy rocznik ’86) oraz nauczyciel gimnazjalny z 6-letnim stażem (nie Matuzalem, ale jednak) mam też kilka argumentów.
    1) Reforma Handkego była poronionym pomysłem — wtedy. Ale po 1.była przygotowywana 3 lata, nie 10 miesięcy, a po 2. nad tym, żeby to w końcu funkcjonowało pracujemy (wszyscy!) od ponad 18 lat. I właśnie teraz, kiedy widzę, że to wszystko ma ręce i nogi, idziemy za słowami Gomułki: „Kiedyś staliśmy na skraju przepaści, teraz uczyniliśmy ogromny krok naprzód“.
    2) To tak naprawdę jest skierowane w kadrę dyrektorską, którą W KOŃCU władza może wymienić na własną.
    3) za 3 lata zrobi się chaos, jakiego nie było — końcowe klasy podstawówki w gimnazjach, a do liceum jednocześnie pójdą ci, którzy skończą 8. klasę, jak i ci po gimnazjum. Jedni będą się tam uczyć 3, a drudzy 4 lata. A nauczyciele z powodu podwójnych podstaw programowych dostaną rozdwojenia jaźni.

    Umarła zmiana. Niech żyje zmiana!

    • Natalia, w punkt, dzięki za Twój głos w dyskusji! Dziś właśnie w gronie rodzinnym rozmawialiśmy o tym: że jednym z celi tejże ustawy jest wymienienie kadry dyrektorskiej na własną, SWOJĄ. Ta reforma była przygotowywana przez 10 miesięcy i ogłoszona w ostatnim dniu roku szkolnego. Przypadek? Nie sądzę. Jak można uniknąć rozmów kadry po pokojach nauczycielskich, dyskusji z rodzicami na wywiadówkach itd to czemu by tego nie uniknąć, prawda? Tak się jakieś rozemocjonowane blogerki (np. Nishka) albo nauczycielki (np Natalia Sz.) w lipcu w internecie pooburzają, potem wyjada na wakacje i sprawa ucichnie…

      • Natalia Szumska

        Mam nadzieję, że nie ucichnie. Traktuję to bardzo osobiście. I wiem, że mam za sobą uczniów i rodziców. Właśnie oddałam drugą klasę wychowawczą. Jeden telefon i jestem przekonana, że wszyscy wyjdą ze mną na ulicę. Czasem myślę sobie, że obecność MENu w al. Szucha nie jest przypadkiem…

        • Trzymam kciuki i daj proszę znać, jak to się u Ciebie potoczy!

  • Sayane

    Pamiętam że natknęłam się na (polskie) badania (czy raczej artykuł o nich, chyba w GW), z których wynikało, że większy poziom agresji, nękania itd. jest właśnie w podstawówkach, nie w gimnazjach. Zmiana szkoły (czy przynajmniej klasy) pozwala więc wielu dzieciom uciec od prześladowców. To samo dotyczy zmian nauczycieli – dziecko wypada z szufladki lenia, kujona itp. i może na nowo przedefiniować swoją rolę jako ucznia (oraz w grupie rówieśniczej).

    • Dzięki za cynk o tym badaniu! Coś mi świta, że też kiedyś o tym czytałam. Jak ktoś trafi na link do tekstu o tym badaniu, będę wdzięczna za wrzucenie. Do mnie najbardziej przemawia argument, że można na nowo przedefiniować swoją rolę jako ucznia. Pamiętam np., że to było ważne w przypadku mojej córki. Mogła wejść w zupełnie nowe grono ludzi z „czystą kartą”.

  • Gimnazjum na 18 urodziny, zgodnie z polską tradycją dostanie „pasem po dupie”, a razem z nim my wszyscy. Żyjemy w czasach kiedy lepiej jest „wyrzucić i kupić nowe” niż naprawić. Niestety. Ta reforma prawie wcale mi się nie podoba. Przed nami lata bałaganu.
    Pamiętam reformę z lat ’90, gdy zaczynałam podstawówkę były w niej 7 i 8 klasy, dla siedmiolatki to byli „dorośli ludzie”, ale mieliśmy przerwy w innych godzinach, i owszem czasem spotkało się kogoś z „góry”, ale nie było to tak, że musieliśmy ze sobą obcować. Mam nadzieje, że w nowych podstawówkach będzie podobnie, i Twój synek, moja 2 latka i dziecko z brzucha, nie będą musieli się bać tych „dorosłych ludzi” z 8 klasy.
    Z gimnazjum pamiętam bardzo częste słowa nauczycieli „tego nie ma w podstawie programowej, a jest to fundament”, albo „nie wiadomo czy to jest w podstawie programowej”, „w gimnazjum tego nie ma w podstawie, a w liceum jest wymagane”. Zdecydowanie za dużo słuchaliśmy o „podstawie programowej” jej brakach, wadach. Za dużo było gadania nauczycieli „kiedyś było tak”, „kiedyś był czas na to i to a teraz go nie ma”. Jestem pewna, że teraz wszystko się ustabilizowało. Na pewno nie jest idealnie, ale nauczyciele już dokładnie wiedzą co jest w „postawie programowej” i nie narzekają na nią w kółko 😉 A właśnie to nas czeka – zamieszanie!
    W reformie podoba mi się pomysł szkół branżowych. Oczywiście, o ile w praktyce będą działać tak, jak przewiduje teoria. To może być całkiem sensowna alternatywa, dla wielu osób, które nie marzą o karierze akademickiej, a chcą porządnie nauczyć się zawodu.

    • „Żyjemy w czasach kiedy lepiej jest „wyrzucić i kupić nowe” niż naprawić.” – otóż to!

  • Po 1. Jakie podstawy programowe, podręczniki itd można napisać przez rok!? Przez ten rok trzeba je napisać, nauczyciele muszą się z nimi zapoznać, przemyśleć jak uczyć i zrobić plany nauczania, ja tego jakoś nie widzę 😉
    Po 2. Chodziłam do 8-klasowej podstawówki i 4-klasowego liceum. Wtedy mi wisiało, do jakiej szkoły chodzę, było fajnie, po szkole w takim systemie, 5-letnich studiach mgr i kolejnych czuję się nieźle wykształcona. Ale jak sobie teraz o tym myślę: chodziłam do dość słabej podstawówki, do najsłabszej klasie w poziomie. Jeżeli chodzi o edukację to „odżyłam” dopiero w liceum, w podstawówce nie musiałam robić totalnie nic. Gdyby były gimnazja, mogłabym zacząć się uczyć 2 lata wcześniej 🙂
    Po 3. Problem z gimnazjami polegał też na tym, że na początku nie było nauczycieli przygotowanych do uczenia w takiej szkole, nie było też systemu kształcenia takich nauczycieli. Dodajmy do tego ten „trudny wiek” uczniów i mamy miks nie z tej ziemi. Wtedy gimnazja zyskały fatalną reputację. Z czasem nauczyciele nauczyli się uczyć gimnazjalistów. Uczelnie zaczęły ich kształcić. Uczniowie też skumali, że chcąc coś osiągnąć warto się ogarnąć i w tym gimnazjum. Było całkiem OK. Fatalna opinia pozostała, populiści na tym żerują. Nie wierzę, że komuś tu zależy na edukacji.
    Po 4. Ile to kosztuje? Wywalanie wszystkiego co kilka lat do góry nogami to są horrendalne koszty. Uważam, że w edukację należy pakować tyle pieniędzy, ile tylko się da, ale litości, z głową! Nie lepiej szlifować jeden system do perfekcji zamiast co 10 lat robić rewolucję (standardowo, bez pomysłu, bez przemyślenia i na hurra)?

    • Zgadzam się z każdym punktem!

      • p

        Zgadzasz się z tym ze podręczniki nie powinny być pisane w kilka miesięcy a jesteś ‚za’ reforma sprzed kilku lat – dzieciaki poszły do szkoły z darmowym okropnym podręcznikiem napisanym w …. kilka miesięcy.

        • W żadnym punkcie nie napisałam, że reforma sprzed kilkunastu lat była idealna.

    • Allilah

      A wiesz ile kosztuje niepotrzebny i nic nie dający egzamin po 6 klasie? O wiele więcej niż likwidacja gimnazjów. Dalej – podstawy programowe są po poprzednim systemie nauczania, wystarczy je odświeżyć oraz dopasować. Btw – byłam pierwszym rocznikiem gimnazjum – książki, które dostaliśmy były niedopracowane, nieprzystępne – i często nauczyciele nie mieli żadnego wyboru – dostawali jedną propozycję od MEN – bo ten autor był znajomym znajomego ministra (i jakimś cudem jest autorem kolejnych, które są obowiązujące do dziś). Gimnazja mają fatalną reputację – nie z powodu utartego stereotypu ale z powodu dzieci, z których na siłę robi się dorosłych – a jak sama powiedziałaś – „trudny wiek” – więc jest jak jest. Podpisuję się wszystkim co się da za likwidacją gimnazjów.

      • No niestety, podstawy po poprzednim systemie (rozumiem, że chodzi Ci o poprzedni system 8-klasowy?) nie nadają się do wykorzystania, m.in. z tego powodu, że zupełnie inaczej wygląda w tej chwili egzamin maturalny, do którego szkoła, jakby nie patrzeć, ma też przygotować. Poza tym te programy wcale nie były takie doskonałe, chodziłam do tej 8-klasowej szkoły, tamte programy były przeładowane wiedzą pamięciową, odświeżenie i dopasowanie tamtych programów to de facto napisanie ich od nowa, a tego przez 1 rok dobrze zrobić się po prostu nie da. Podręczniki – teraz powtórzy się dokładnie taka sytuacja, jak ta, którą opisałaś: podręczniki napisane przez rok, będą niedopracowane, pełne błędów itd (bo tego się po prostu nie da zrobić porządnie w tak krótkim czasie), będą znów przez kilka lat poprawiane, zmieniane, uczniowie znów nie będą mogli ich sobie odprzedawać, co roku będą musieli kupować, a obrywać się za to będzie oczywiście szkole i nauczycielom. BTW nauczyciele mieli ogromny wybór jeśli chodzi o podręczniki, co najmniej kilka wydawnictw robiło swoje książki, wybór zawężył się dopiero z czasem kiedy na rynku pozostali najlepsi, zweryfikowani przez nauczycieli i uczniów. Co do trudnego wieku, równie dużo argumentów można podać „za” jak i „przeciw”.

        PS. Reforma szkolnictwa jest potrzebna. Z tym że po pierwsze: zawsze lepiej przez lata szlifować system do doskonałości, niż co kilkanaście lat szykować rewolucję, a po drugie: reforma edukacji nie może być decyzją polityczną. Reforma robiona w rok to tylko i wyłącznie polityka. Poważny człowiek chcąc reformować edukację miałby przed ogłoszeniem reformy dopięte wszystko na ostatni guzik: wszystko zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, obliczone, skalkulowane co do pół grosza i skonsultowane z nauczycielami, rodzicami, władzami miast i powiatów, które szkoły finansują i nadzorują oraz co najmniej kilka lat w zapasie na napisanie porządnych podstaw, programów i podręczników, które również powinny być szeroko konsultowane przede wszystkim z praktykami, czyli nauczycielami uczącymi w szkołach. Nie wydaje mi się, żeby tak było.

  • I co będzie z tekstem GimbyNieZnajo? 🙁

    Poszłam do gimnazjum i nie płakałam, z powodu ośmioletniej podstawówki też bym pewnie nie płakała, ale mam wrażenie, że wszystkie te ‚reformy’ następowały tylko po to, żeby każda kolejna władza mogła poczuć, że się czymś różni od poprzedniej.

  • Lidia

    Myślę, że gdyby rodzicom wprowadzić obowiązek zapoznania się z tym czym jest adolescencja, jak pomóc ją przejść dziecku, jak postępować, kłopotów z „trudną młodzieżą ” byłoby mniej. Bo to nie oni są trudni, tylko czas, w którym z dziecka przekształcają się w nastolatka i całe ich zycie – zarówno fizyczne jak i psychiczne- wywraca ich świat do góry nogami.

    • Zgadzam się! Rodzice również odgrywają tu kluczową rolę 🙂
      Szkoda tylko, że tak słabo są tym zainteresowani. Pamiętam, że jak w gimnazjum na wywiadówce wychowawczyni poinformowała, że za kwadrans w innej sali rozpoczną się warsztaty dotyczące cyberprzemocy (prowadzone przez kogoś z zewnątrz) – bardzo się ucieszyłam i oczywiście na nie poszłam. Jakie było moje zdziwienie, gdy na spotkaniu oprócz mnie było tylko 2-3 rodziców…

  • Nishko, czytam Cię od bardzo dawna i zazwyczaj się z Tobą zgadzam. Dziś się jednak nie zgadzam tak bardzo, że aż postanowiłam napisać swój pierwszy komentarz. 🙂

    Największym problemem gimnazjum jest właśnie ta nowa sytuacja, kompletna zmiana, która pojawia się w życiu dziecka za szybko. Do tej pory byliśmy w gronie tych samych osób, dzieci, które być może pamiętają nasze żenujące wpadki z przeszłości. Teraz pojawia się nowość, zazwyczaj zupełnie nowi ludzie, nowy budynek dalej od domu, do którego trzeba dojeżdżać, nowa sytuacja. To zupełnie normalne, że dzieciaki chcą stworzyć też siebie na nowo, pokazać jakieś nowe oblicze. Trzynastolatki, które taką możliwość dostają, uważają, że są już dorosłe i nagle zaczynają robić wszystkie „dorosłe” rzeczy. A trzynastolatki, które postanawiają być dorosłe to naprawdę kiepska sprawa. Pamiętam, że do mojego gimnazjum poszło też kilka osób z mojej podstawówki. Po wakacjach nie poznałam tych ludzi. Picie alkoholu i palenie papierosów zaczęły się już na obozie integracyjnym i każdy kto wesoło nie bawił się w tym towarzystwie od razu był traktowany z góry. To było tak żałosne i widziałam to już wtedy! Ludzie… dzieciaki! rozmawiały o swoich „uzależnieniach” i okropnych, egzystencjalnych problemach. Kilku chłopaków żartowało jakby to fajnie było zgwałcić pijaną koleżankę.

    Chodziłam do gimnazjum i nigdy nie spotkało mnie nic gorszego. Ja przechodziłam swoje dojrzewanie w stylu „werterycznym” – byłam zamknięta w sobie, pisałam wiersze i swoją inność podkreślałam innym niż większość mojej grupy zachowaniem. Nie piłam więc, nie malowałam się. Bardzo szybko zaczęłam być gnębiona, wyśmiewano się ze mnie jako z brzydkiej, płaskiej i (nie wiedzieć czemu) głupiej. Kiedy patrzę na to dzisiaj – jestem przerażona. To była autentyczna przemoc psychiczna. Wtedy znosiłam to bardzo dzielnie, jeszcze bardziej pogrążałam się w swoim poczuciu wyższości i „nic mnie to nie obchodzi”, ale dziś wiem, że w ogromnym stopniu i na wiele, wiele lat wpłynęło to na moje kompleksy i postrzeganie własnej osoby. Uczniów takich jak ja było kilku, każdy odróżniał się od grupki będącej u władzy. I – powtórzę raz jeszcze – to nie była grupka dzieci najmądrzejszych i najzdolniejszych, tylko „najbardziej dorosłych”.

    Wszystko to było wynikiem tej nagłej zmiany, potrzeby, a nawet konieczności utrzymania fasonu i pozoru bycia „dorosłym”. Gnębienie wkrótce stało się modne i ten, kto robił inaczej mógł także liczyć na nieprzychylne traktowanie. Dodam jeszcze, że chodziłam do dobrego (przynajmniej według rankingów w wynikach nauki) gimnazjum. Ale co z tego, że moi rodzice potrafili ze mną rozmawiać i dbać o moje zachowanie, jeśli nie potrafią tego rodzice innych?

    Dobrzy psychologowie i pedagodzy? Dajcie spokój! Ilu takich jest? Do nas przychodziła pani, która czytała nam bajkę o „ciepłym puchatym” i „zimnym kolczastym” – była obiektem największych kpin.

    I pewnie, takie sytuacje nie są regułą, a być może mogłyby się też zdarzyć w systemie ośmiu klas podstawówki, Myślę jednak, że tam pewne „złe” zachowania pojawiają się stopniowo, są wynikiem naturalnej przecież potrzeby odkrywania nowych doznań, eksperymentowania. Kiedy dziecko idzie do gimnazjum dzieje się to szybciej i na dodatek nagle, nie dlatego, że jest ciekawe jak to będzie po alkoholu, ale dlatego, że teraz jest w nowej, dorosłej szkole i tak trzeba i tak robią wszyscy.

    • I jeszcze co do obawy o połączenie w jednej szkole małych dzieci z uczniami starszych klas. Kiedy zaczynałam chodzić do szkoły wciąż obowiązywał stary system. Starsi uczniowie mieli w szkole swoje własne skrzydło, mieli osobne łazienki, szatnie. Rzadko w ogóle ich widywaliśmy. Pewnie nie w każdej szkole uda się to zrobić, ale myślę, że nikt celowo nie połączy najmłodszych z najstarszymi.

    • Zuzanno, dzięki za komentarz. Jak najbardziej jestem otwarta na odmienne zdania, o ile są przekazywane w kulturalny sposób, a Twoje z pewnością takie jest 🙂
      Współczuję Ci doświadczeń z gimnazjum 🙁
      Trudno mi się do tego odnieść z innej perspektywy, bo nie mam porównania jak byłoby, gdybyś została w podstawówce. To, co przedstawiasz jako plus, czyli „Do tej pory byliśmy w gronie tych samych osób, dzieci, które być może pamiętają nasze żenujące wpadki z przeszłości. ” – dla mnie jawi się jednocześnie również jako minus. Wspominała o tym wczoraj w komenatrzu

      • Karolina Bogudał

        Wydaje mi się, że na wynik badań trzeba nanieść problem ze zgłoszeniami. O ile dziecko w podstawówce szybciej poinformuje rodzica o nieodpowiednim zachowaniu innych dzieci, to już dorastający nastolatek w gimnazjum może mieć z tym problem, by się przełamać i przyznać, że jest gnębiony.

        • Karolina, tak, to możliwe.
          Jednocześnie jednak jak widać podstawówka nie jest sielanką.

  • Zbuntowana.

    Ja mam 18 lat, niedawno skończyłam gimnazjum i szczerze powiedziawszy mam chyba z niego najlepsze wspomnienia. Ale nie o to chodzi. W tej całej sprawie zapomina się o głównym problemie. Dzieci w miastach mogą przebierać w podstawówkach, gimnazjach a nawet w przedszkolach. Natomiast dziecię że wsi nie rzadko (tak jak i było w moim przypadku) idą do najbliższych 100 osobowych podstawówek tak aby mieć dojazd autobusem szkolnym, gdzie kadra jest nie zmieniona od 50 lat ( z jednej strony mają doświadczenie, a z drugiej nie dokształcają się bo i po co skoro będą tam pracować do śmierci bo dzieci zawsze będą w końcu tylko tam mają darmowy dowóz) nie mówiąc juź o języku obcym który zazwyczaj jest na tak niskim poziomie, że nawet płakać się nie chcę i bez korepetycji ani rusz, a przecież poziom powinien być taki aby jakieś tam podstawy wynieść z darmowej szkoły A nie płatnych korepetycji, ja kończyła właśnie taką podstawówkę, ale dzięki bogu poszłam do gimnazjum i teraz jestem w jednym z czołowych liceów w Polsce. Ale co ma powiedzieć mój brat który będzie już szedł nowym starym systemem? Gdzie on się dostanie? Co będzie umiał? Rodzice mają płacić za każdy przedmiot na korepetycjach horrendalne sumy? Przecież mają prawo do darmowego kształcenia dziecka, ale na jakim poziomie? O tym nikt nie mówi. A co mają powiedzieć biedni rodzice, którzy ledwo wiążą koniec z końcem a mają ambitne dziecko które chcę iść na bardzo dobre studia? O problemach dzieci że wsi i podstawówkach o zatrważające niskim poziomie to nikt nie wspomina. Wiem że w wielu miejscach panuje opinia że ludzie że wsi to komplet ni idoli, gorsi stanem i tym podobne. Ale nie ważne jacy byśmy nie byli to mamy prawo do dobrego wykształcenia, ambicji naukowych i odpowiednich szkół. Więc jeżeli państwo zadba aby takie podstawówki jak opisałam wyżej miały wyższy poziom i lepszych nauczycieli to nie mam nic przeciwko 8 letniej szkole. Jeśli o to nie zadbają to głupią i zaprzepaszczą przyszłość olbrzymiej części społeczeństwa.

    • Dzięki za ciekawy głos i relację z własnego doświadczenia. Cieszę się, że Twoje losy tak się potoczyły i mam nadzieję, że Twój brat również będzie miał na to szansę.

  • Monika

    Powrot do systemu 8 klasowego jest bez sensu , ale trzyanie gimnazjow tez . Nie chodzi o male dzieci , 7 latki , ktore rzekomo beda pomieszane z 14 latkami , bo wiemy ze generalnie sa oni odseparowani. Chodzi raczej o 14 latkow ktorzy w takim wieku powinni uczyc sie od najstarszych , a nie udawac najmodrzejszych w podstawowce . U nas w Australii , gdzie sysem jest generalnie slaby , nauczeciele tepi itd. jedyna dobra zmiana jaka wprowadzili to to , ze 12 latki czyli u ns klasa 7 , poszli do high school , zostali wymieszani z mlodzieza . Nie sa tez sami odseparowani , w warunach gdzie sami moga oglupiec , tylko pomieszani z 17 latkami (leaderami ) . Szkola jest rowno podzielona na 6 i 6 . 6 klas posatawowki i 6 high school . 12 latki moga sie czuc juz dorosli , ale palma im nie dbija bo nie sa najstarsi , tylko powoli do tego dojrzewaja . Wiem ze w pOlsce nie ma warunkow na taki podzial , moim skromnym zdaniem , podaial na 8 i 4 jest zly , i juz wolalabym te gimnazja zreformowac , dac im sznse zeby cos dobrego z ego moglo wyrosnac ,
    Szkoda ze mieszeszasz polityke na swoim blogu , bo bardzo lubie twojego bloga .

    • Jak to mieszam politykę na swoim blogu? Po prostu skomentowałam wydarzenie z ostatnich dni, które dotyczy moich dzieci i społeczeństwa – a to tematyka, której się przecież przyglądam 🙂

      • Morrrigan

        Może to złe określenie, że mieszasz politykę. Niemniej bardzo wyraźnie można wyczuć Twoje osobiste antypatie przez niekoniecznie potrzebne czy merytoryczne sugestie. Jesteśmy w temacie gimnazjów i ich likwidacji, i rozumiem argumenty ściśle przeciw, natomiast obawy i sugerowanie, że program nauczania zapewne zostanie przy tej okazji zideologizowany (a tak właściwie, zastanawiam się od kiedy tradycja jest czymś złym, albo nowym), to nic innego jak wróżbiarstwo i budowanie bezzasadnego strachu. Nic bowiem nie wskazuje na to, że tak miałoby się stać. Nikt z rządzących takich zmian nie zapowiedział. „Równia pochyła” czyli po prostu czarnowidztwo, to jeden z klasycznych błędów poznawczych.

        • Nic bowiem nie wskazuje na to, że tak miałoby się stać? Dobre 🙂
          Oczywiscie, że można wyczuć moje antypatie i bardzo dobrze, bo esencją mojego blogowania jest to, że wyrażam swój światopogląd, opinie, niepokoje i nadzieje, nie muszę być jak dziennikarz obiektywna.

          • Morrrigan

            Z przyjemnością przejrzę wszystkie źródła, jakie mi podasz, wskazujące że ktoś z MENu lub rządu planuje tego rodzaju zmiany w programie nauczania? 😉
            Oczywiście, że masz prawo pisać na swoim blogu co Ci się żywnie podoba – ale w takim razie nie rozumiem, dlaczego zdziwiło Cię, że ktoś zarzucił Ci politykowanie, skoro teraz przyznajesz się że to robisz.

          • Obserwując, co aktualny rząd robi od kilku miesięcy z TK, z mediami publicznymi i innymi sferami naprawdę nietrudno o niepokój, że zechce wpłynąć rownież na program szkolny. Ponadto już zapowiedział wymianę kadry dyrektorskiej. To po pierwsze, po drugie nadal nie rozumiem, dlaczego upierasz się, że bawię się w politykowanie. Proponuję, żebyśmy juź zakończyły ten temat.

          • Morrrigan

            Hola hola, nie ponoszę odpowiedzialności za Twój stan emocjonalny. Czytanie komentarzy i odpowiadanie na nie nie jest Twoim bezwzględnym obowiązkiem i jeśli wywiera na Tobie negatywny wpływ, możesz korzystać z przywileju wolnego zawodu i wyłączyć komputer, poleżeć na trawie… Sama często tak robię, gdy już nie chce mi się dyskutować. Ale nie zamykam innym ust i wybacz, że na prośbę nie zareaguję. Nie piszę komentarzy złośliwie czy po to, aby kogoś zirytować, nie odnoszę się do nikogo chamsko, zależy mi na wzajemnym zrozumieniu, toteż czuję, że takie jednostronne zakończenie dyskusji jest nie w porządku. Chodzi mi o to, że Twoja argumentacja oparta jest na emocjach, przesłankach i przez to nie jest merytoryczna. I nie musi być, ale trzeba wiedzieć, że jeśli takie argumenty stoją u podstawy dyskusji, to są skazane na porażkę, więc jest to trochę stąpanie na niepewnym gruncie. Nie upieram się przy niczym, odnoszę się tylko do tego, co zauważył ktoś inny i jak Ty do tego podchodzisz. Monika zauważyła, że w pewien sposób eksponujesz swoje poglądy polityczne i nie podoba jej się to, Ty najpierw zaprzeczyłaś, a później potwierdziłaś. Ja w ogóle nawet nie piszę czy mi się to podoba czy nie, szanuję Twoje poglądy i nie oczekuję pełnego obiektywizmu od Twoich wpisów, jestem tylko ciekawa Twojego toku myślenia 🙂
            Zapobiegliwie napiszę: nie musisz podejmować trudów odpowiedzi, absolutnie nie ma przymusu. Dużo zdrowia dla Ciebie i malca.

          • Z tym stresowaniem ciężarnej to był taki żart…
            Ok, nie podejmuję tego wątku, bo teraz dopiero zacznę się denerwować, zwłaszcza, gdy czytam, że moja argumentacja oparta jest na emocjach. Nie: jest oparta na obserwowaniu, co dzieje się w Polsce od kilku miesięcy. A co do Moniki to zarzuciła mi mieszanie polityki na blogu – i miałam prawo się z tym nie zgodzić.
            PA 🙂

          • POL

            Wyrażanie swoich opinii i nieukrywanie swoich poglądów NIE JEST politykowaniem.

          • POL, no właśnie, otóż to, dzięki, bo bałam się, że już się pogubiłam 🙂

  • Rocznik ’92. Chodziłam do gimbazy i wspominam ją najlepiej jeśli chodzi o doświadczenia z nauczycielami jak i rówieśnikami. Może dlatego,ze to jedyna szkoła do której chodziłam,która to nie zwała się”elytarną” i „prestiżową” tylko bezpieczną i będąca blisko ucznia. Liceum to była moja sprawa już,chciałam pójść do tego „naj” z uwagi na maturę. I w gimbazie było naprawdę ok.

    Podstawówkę wybrali rodzice – najlepszą w mieście. Jaki będzie nacisk gdy dzieci po podstawówce będą szły do liceów by byly w tej naj lub prywatnej. A te „elitarne” szkoły to naprawdę pic na wodę. Cyrki z rejonizacją,meldunkami u cioć/kuzynek , przepisywanie w środku roku i inne ciekawe zjawiska. Dzieciaki niby różne,a jednak wcale nie tak bardzo. Nauczyciele chuchający i dmuchający na „wybitne” jednostki z uwagi na to,ze trzeba dać na farbę do klasy,pomoce naukowe,pozycje tatusia bądź mamusi bądź awanturniczy charakterek rodzica. Dziecko które nie odnajduje się w klasie- nie odnajdzie się w niej nie przez 6 a 8 lat. Nadal nauczyciele oceniają czesto przez to jaka dziecko ma opinie. Ci dobrzy -ok. Ci gorsi uczniowie – maja problem.Dziecko,które dojeżdża do szkoły i ma szanse w końcu nie dojeżdżać autobusem- bedzie dojeżdżało dalej. Szansy na „dorosły wybór” szkoły,zmianę,poszerzenie kręgu znajomych,rozpoczęcie wszystkiego od nowa – nie ma. Nie wspomnę o czasie nauczyciela dla ucznia skoro dojdą dwie klasy,kwestii systemów zmianowych,etatów itd.

    I taka refleksja:Jakie to osiągnięcie dostać dzieciaki z najlepszymi wynikami po gimbazie/liceum i przyszykować je dobrze do matury by w rankingach szkoła mogła przodować? A jaką pracą jest przygotować dzieciaki,które wypadły w testach średnio bądź źle? Jakie to osiągnięcie uczyć grzeczne poukładane dzieci,a jakie nauczyć kogoś z problemami,pomoc im je rozwiązać?

    • Dziękuję Ci za ten ciekawy głos. Wiesz, u mnie było podobnie: moje córki uczyły się (młodsza wciąż uczy) w jednej z lepszych podstawówek w mieście (choć publicznej, nieprywatnej): chciałam, by zaczęły edukację na wysokim poziomie. Ale już do gimnazjum starsza córka poszła bardzo średniego, żeby nie rzec słabego. Liceum wybrała – owszem z 4 najlepszych w mieście, ale nie znajdujące się w pierwszej trójce (mimo, że jest finalistką olimpiady, więc miała wstęp do każdego liceum). Ale właśnie atmosfera rywalizacji, nacisku na osiągi źle na nią wpływa. Woli sama budzić w sobie chęć do nauki. I np. w gimnazjum, mimo że nikt nie naciskał na jej wyniki, ma średnią powyżej 5- ale to tylko dla siebie samej i to nawet nie chodziło jej o średnią, tylko o to, że chciała opanować materiał szkolny dla siebie samej i tak wyszło, że poszły za tym b.dobre oceny. Natomiast gdyby ktoś wywierał na nią presję pewnie by się zbuntowała.

      • Mądra dziewczyna z tej Twojej starszej córki! Pogratulować. I pozazdrościć. Ja uległam otoczeniu,poszłam do tego „naj” i pożałowałam tej decyzji ze względu na presje,wysyłanie na olimpiady,dziwne zielone karty olimpijskie,cyrki ktore działy się w klasie maturalnej i klasa ludzi „po trupach do celu”, zwalniania się z lekcji by w ich czasie iść na prywatne korepetycje,a i imprezy były bardziej niebezpieczne z uwagi na próbę rozlasowania wywieranej w szkole presji(a często i w domu) 🙂 nie chce wiedziec co sie teraz w takich szkołach dzieje!

        Pozdrowienia dla Ciebie i rodzinki!

  • Zamiast zabierać się za poprawianie systemu edukacji, to maskuje się jego wady. Najgorsze, że nauczyciele wiedzą co potrzeba poprawić, pedagodzy wiedzą, psychologowie wiedzą, ale co z tego. Wszystkie argumenty u Ciebie i te w komentarzach są jak najbardziej słuszne.

    Ja chodziłam do gimnazjum, ale pamiętam jeszcze z podstawówki 6-letniej, że klasy 1-3 uczyły się na jednym piętrze, 4-6 na drugim i miały bezwzględny zakaz wchodzenia na piętro młodszych, bo starsi byli niemili, wręcz okrutni dla młodszych, były różne przypadki. Co jeżeli teraz poszerzy się grono „tych okrutnych dzieciaków”? Będą zakazy wchodzenia na niższe piętra i właściwie tak czy inaczej będzie podział. Bo trzeba będzie wszystkich rozdzielać, bo będą stanowić dla siebie zagrożenie.

    Myślę też o tym, że młode pokolenia, które dają upust swoim uczuciom m.in. na uczuciopedii, to nie tylko gimnazjum, to dzieci młodsze. I one będą dążyć do tej niewłaściwej akceptacji przez starszych.

    Ja wiem, że są ludzie, którzy powiedzą, że my, wszyscy przeciw, wyolbrzymiamy. Bo dużo jest tych, co ma mądrych rodziców, którzy rozmawiają z dzieckiem. Po pierwsze czasem to nie wystarcza, po drugie to odwrócenie się plecami do problemu i stwierdzenie „jakoś sobie poradzą, my jakoś sobie poradziliśmy, wyrośliśmy na ludzi”. Jestem zmęczona takim podejściem.

    • Masz absolutną rację.

  • Morrrigan

    Ja też gimnazjum wspominam najgorzej spośród wszystkich szczebli mojej
    edukacji. Z drugiej strony podstawówkę niewiele lepiej… Szkoły nie do
    końca potrafią sobie radzić z problemami dzieci i młodzieży, z przemocą,
    z eksperymentami, to akurat raczej nie dotyczy tylko gimnazjów.
    Zawsze
    byłam zwolenniczką likwidacji gimnazjów i myślę, że to mogłoby się stać,
    jednak zaplanowana reforma jest robiona na hura, przez co jawi się w
    ciemnych barwach… Ale załóżmy że przeprowadzamy ją jednak z głową. Po co? Przede wszystkim system podstawówka+liceum jest
    logiczniejszy niż system trójszczeblowy, przy takiej podstawie programowej, bo faktycznie dzieci w
    gimnazjach nie uczą się niemal nic nowego. Ja uważam ten czas za zmarnowany na niekończące się niesnaski z rówieśnikami. Z drugiej jednak strony program i tak jest bezsensowny i tak czy siak wymaga zmian, a towarzystwo w klasie to w dużej mierze kwestia szczęścia. Nie dramatyzowałabym z tymi zmianami, że będzie teraz katolicko i po bożemu. Dzieci i tak nawet teraz uczą się w szkole durnot, nie wiedzą tak naprawdę nic o otaczającym je świecie. Już teraz szkoła zabija indywidualność, zaś nauczycielom często daleko do obiektywizmu, są oni ograniczeni i niedouczeni, nie umieją odpowiadać na pytania, politykują i filozofują. Ktoś napisał, że teraz to wszystko ma ręce i nogi – ma co najwyżej zawiązki kończyn.
    Nadal nie uczy się w szkole najważniejszego, czyli tego jak poszukiwać informacji. Zamiast uczyć poszukiwania i rozbudzać ciekawość, zasypuje się gotowymi informacjami, które wpadają jednym a wypadają drugim uchem znudzonego na śmierć ucznia. Demonizuje się internet, ale w bibliotece nie uświadczy się nowo wydanych książek. W efekcie społeczeństwo obfituje w (wykształconych!) ignorantów wierzących w spiski. Choć oczywiście tutaj Europa wcale nam nie ustępuje i nie jesteśmy aż tak beznadziejni na tle innych krajów, jednak trudno powiedzieć że nasz system jest idealny czy nawet dobry.
    Co do samych gimnazjów, Twoja córka lubi zmiany i uważa, że są dobre. Jest jednak sporo dzieci, które ze zmianami sobie nie radzą, czy to na skutek rozmaitych zaburzeń, czy to ze względu na indywidualne uwarunkowania. Można sobie kpić, że dzisiaj dzieci są wydelikacone, rozpieszczone, rozleniwione, ale to argumentacja za przeproszeniem z dupy. Bo 12 latek to nie 18- czy 30-latek, który musi chwytać życie za rogi bez jęczenia, on będzie odreagowywał. Ma i tak trudny etap przed sobą, hormony zaczną buzować, po co jeszcze dokładać kolejny stresogenny element jakim jest zmiana otoczenia? To było bardzo dawno temu, jednak pamiętam, że dla mnie było to wyjątkowo trudne, a nie byłam wcale nieporadną kaleką. Ponadto mam wrażenie, że dla takiego nastolatka nowi koledzy w klasie tylko wzmacniają chęć popisywania się, co wydaje się logiczne – po co bowiem popisywać się w 7 klasie, przed kumplami których się zna na wylot? Poza tym samo słowo „gimnazjum” brzmi dumnie (całkiem podobnie do „liceum”), dzieci nagle zaczynają się czuć dorosłe, ostatnio słyszałam nawet jak jakiś dzieciak dręczony przez inne wykrzyczał, że ma brata w gimnazjum i żeby się odczepili, bo jak nie, to ów brat przyjdzie i spuści im łomot. Oczywiście ósmoklasistą też można straszyć niemniej wątpię, że miałoby to aż taki wydźwięk. Być może się mylę.
    Podsumowując: gimnazjum to w praktyce przedłużenie podstawówki, przy czym uczniowie uważają wprost przeciwnie.
    Choć oczywiście zgadzam się, że plan tej reformy nie wygląda dobrze i na pewno będzie chaos, który nikomu na dobre nie wyjdzie. W takiej postaci lepiej, aby reforma nie została przeprowadzona.

    • Ewa

      Zgadzam się z Tobą. Uważam, że zmiana otoczenia w tym wieku sprawia, że dzieci się podpisują. Byłam jednym z pierwszych roczników gimnazjum, a w mojej szkole gimnazjum było i nadal jest w tym samym budynku co podstawówka.
      Nowi ludzie to i opinie trzeba sobie wyrobić od nowa. To strasznie rozpraszające. Dla mnie akurat nie było to problematyczne, większość koleżanek trafiła do tej samej klasy, a i ludzie z najbliższych okolic (okoliczne wsie) względnie znajomi, ale wydaje mi się to zbędnym i problematycznym tworem.

      Ale co najważniejsze, w 8-klasowej szkole nie trzeba wyrównywać poziomu miedzy nowymi osobami. Można kontynuować program i to moim zdaniem 2 lata dużo bardziej efektywnej nauki niż 3lata gimnazjum. A potem 4 lata LO i znowu to samo. Więcej czasu na płynną, efektywną naukę. Ten rok robi różnicę. Moja siostra była ostatnim rocznikiem 8-klasowym i po LO umiała po prostu więcej.

      Te wszystkie argumenty za gimnazjum do mnie przemawiają, ale i tak uważam, że więcej robią szkody niż pożytku.
      Powrót do starej podstawy i zmodyfikowanie jej na potrzeby świata w dobie internetu wydaje mi się najsensowniejszym wyjściem i mimo naprawdę dobrych argumentów i przykładów zdania nie zmieniłam.

    • aaaaanaaa

      podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami!

  • Kassia

    Jestem żywym dowodem że gimnazja to wcale nie jest zło wcielone! W podstawówce jechałam na 3-4. Nauczyciele chwalili za podlizywanie więc potrafili zrobić z trójki piątkę bo dziewczynka się popłakała. Wychowawczyni orzekła że nic że mnie nie będzie. Trafiłam do gimnazjum. Okazało się że „geniusze” z podstawówki jadą na trójach a ja mam czwórki i piątki. Zaczełam jeździć na konkursy, występowałam w kole teatralnym przez co pozbyłam się jąkania a zyskałam piękną dykcjie. Gimnazjum zakończyłam z średnia 5,00 i jednym z najlepszych wyników egzaminu gimnazjalnego. Dostałam się do porządnego liceum. Poszłam na bio-chem. Maturę z biologii i chemii zdałam po 90%. Jestem szczęśliwą studentą stomatologii ale nadal jestem karcona przez byłe nauczycielki za to że nie poszłam na lekarski mimo że się dostałam. Życie😉

    • Świetny przykład, dziękuję! Ciekawe, jak potoczyłyby się Twoje losy, gdybyś nie poszła do gimnazjum 🙂
      Rób swoje! 🙂

  • Asia

    Droga Natalio, Po przeczytaniu tego tekstu zaczęłam się zastanawiać jakie zdanie na ten temat mam ja sama. I choć problem ten mnie nie dotyczy bezpośrednio (nie mam dzieci, choć liczę że w niedalekiej przyszłości pojawią się one w moim życiu), to warto mieć własne zdanie na tak kluczowe tematy. Przeczytałam uważnie Twój tekst, wszystkie komentarze i każde zdanie/opinia komentujących ma w sobie trochę racji, każdy wyraża swoje obawy, swoje doświadczenia a z takimi rzeczami nie sposób się nie zgodzić. Postanowiłam opowiedzieć jak to wyglądało u mnie.
    Jestem jednym z roczników pierwszych gimnazjalnych klas i akurat „za moich czasów” kończył się okres przejściowy między 8 klasową podstawówką a gimnazjum. Uczyłam się w małej, wiejskiej podstawówce. Nie mam przykrych doświadczeń z uczniami z klas 8, z okresu kiedy ja byłam w zerówce lub pierwszych klasach. Przeciwnie, wspominam ich bardzo pozytywnie. Oni ogólnie mało zwracali na nas uwagę, mieli swoje towarzystwo, my przeważnie zostawaliśmy na przerwach w swojej klasie. Ale karteczkami z segregatora wymieniali się wszyscy 🙂 jaka byłam dumna z siebie jak chciał się ze mą wymienić ktoś ze starszych klas. Nauczyciele- jak w każdej szkole do której chodziłam. Jedni byli wspaniali, inni trochę mniej. Podstawówkę kończyłam z płaczem, mieliśmy swoją ukochaną wychowawczynię, swoje towarzystwo, a tu raptem trzeba się było rozdzielić i z koleżanką z ławki, i z miejscem, i z nauczycielami. Ale tak było trzeba. W domu z rodzicami nie dyskutowaliśmy na temat czy lepsze są gimnazja, czy podstawówki. Ktoś zdecydował za nas, trzeba się było dostosować. I dostosowałam się. Gimnazjum też wspominam z rozczuleniem. Dobrze mi w nim było, nawet męża tam znalazłam! Serio 🙂 I choć burza hormonów dała się we znaki, choć robiło się rzeczy głupie i jeszcze głupsze, to te wszystkie złe decyzje i złe rzeczy też są nam potrzebne w życiu. Ale pomimo tego, że wcale nie byłam grzeczna, to jeszcze my, jako początkujące roczniki gimnazjów byliśmy i tak grzeczni. To co zaczęło się dziać w gimnazjach po nas to już jest czasem totalny odjazd, dla nas niektóre rzeczy były jednak nie do pomyślenia. I dodam jeszcze, że sama dziękuję czasom, w których dojrzewałam za brak powszechnego dostępu do internetu, bo to jest dopiero wyzwanie dla nauczycieli i rodziców, żeby nauczyć dzieci posługiwania się nim i korzystania z niego z głową.
    Wracając do wspomnień- i tak znów po zakończeniu gimnazjum płakałam jak bóbr, bo skończył się dla mnie pewien wspaniały okres. Liceum nie wspominam już tak fajnie, trafiłam do dużej klasy, 36 osób, klasa była podzielona na grupki wzajemnej adoracji, które niezbyt za sobą przepadały a ja zawsze byłam gdzieś pomiędzy, z nikim nie byłam skłócona ale też z nikim nie zbudowałam silnych relacji. za to znalazłam grono przyjaciół w internacie gdzie mieszkałam.
    Trochę się rozpisałam, wybacz 🙂
    Do czego zmierzam, każdy system ma swoje wady i zalety. Argumenty o oddzieleniu starszych dzieci od młodszych do mnie nie przemawiają, gimnazjum do którego dojeżdżałam, było połączone z miejscową podstawówką. Nie robiliśmy krzywdy maluchom, taka wielopokoleniowość w szkole ma też swoje zalety moim zdaniem. Uczymy się obserwując, zarówno starsi jak i młodsi. Możemy też sobie pomagać. Największą wadą gimnazjów jest chyba nieprzygotowanie nauczycieli (choć może to już się zmieniło) do tego gwałtownego buntu, który przez to, że dzieciaki w trudnym okresie trafiają do nowego otoczenia jeszcze się wzmaga. Nie są jeszcze ani dorosłe, a za takie się uważają, ani nie są już dziećmi, bo to już przecież nie podstawówka.
    Już prawie kończę 🙂 znam ludzi i po gimnazjum i po podstawówce, jak ktoś miał dobrych, mądrych rodziców i sam miał olej w głowie to sobie w życiu poradził, nie widzę tu specjalnych różnic. Jesteśmy gatunkiem, który łatwo adaptuje się do zmian i nasze dzieci, o ile będą miały w nas wsparcie, poradzą sobie równie dobrze i w gimnazjum i w ośmioletniej podstawówce. Nie podoba mi się za to, że te zmiany odbędą się tak szybko, po łebkach, aby coś tylko zmienić. jakby to miało jakimś cudownym remedium na całe zło. Nie tędy droga.
    No to się rozpisałam, ale tak to widzę. Może trochę chaotycznie ujęte, wybacz, nigdy nie umiałam ładnie streszczać swoich myśli 🙂
    Pozdrawiam Cię ciepło 🙂 miło tu u Ciebie być 🙂

    • Asiu, bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi przemyśleniami i wspomnieniami, miło się czytało! Śmiało pisz i się odzywaj -z przyjemnością będę je czytać 🙂

  • Iwona Ef

    Rozumiem, że zmiany wywołują niepewność, bo przecież wygodniej nie wychodzić ze swojej strefy komfortu. Zapominamy jednak, że system 8-klasowy jest znany i ci ludzie jakoś przecież odnaleźli się w życiu, podobnie jak absolwenci gimnazjum. Sama chodziłam 8 lat do tej samej szkoły, tej samej klasy i świetnie wspominam ten czas. Później ktoś wpadł na pomysł rozdzielenia dzieci, więc…w tej samej szkole powstało gimnazjum. I tak w mojej byłej podstawówce od lat funkcjonują dwa typu szkoły: podstawowa i gimnazjum, a kilka ulic dalej w 3, połączonych ze sobą budynkach, mieści się podstawówka, gimnazjum i liceum (jedno wejście, jeden hol, jedna stołówka). Rozdzielenie w wielu szkołach jest…ale tylko teoretyczne.

  • Jestem rocznikiem który przeżył zarówno 8 klasistów w podstawówce jak i gimnazjum i powiem: jak w podstawowce bylo calkiem ok, jako 3cio klasistka kolegowalam sie nawet z paroma starszakami, tak gimnazjum to bylo cos strasznego! Podekscytowanie z nowej szkoly (tez lubilam zmiany) prysło jak bańka. Zaczela sie walka o wzgledy w towarzystwie. Chec zaimponowywania nowym kolegom kosztem innych. Nawet kilka kolegow z mojej podstawowki zmienila sie na gorsze – glownie wlasnie poprzez walke o wzgledy „silniejszych” kolegow. Nauczyciele nie znali nas i nie wiedzieli jak sobie z nami radzic. To w gimnazjum nabawilam sie ciezkiej depresji, ktora wyleczylam dopiero w wieku 25lat. Wrzody powstałe ze stresu tez (Nie warto bylo byc grzecznym). Moze trafilam do wyjatkowo zlego gimnazjum ale zaloze sie, ze nie jest to odosobniony przypadek. Ciezko mi tez sobie przypomniec czy cokolwiek z gimnazjum wyciagnelam jesli chodzi o wiedze. Za to liceum to juz ulga od tego co było. Wedlug mnie gimnazja to byla pomylka. Jak jakis nieudany eksperyment. Osobiscie bardzo sie ciesze, ze chca z nich zrezygnowac.
    Niestety nie wiem jak to wyglada od strony nauczycielskiej wiec sie w tej kwestii nie wypowiem – byc moze likwidacja gimnazjow dla nauczycieli nie jest korzystna. W kazdym badz razie z doswiadczenia swojego i innych moich rowiesnikow uznalam, ze jest to niepotrzebna ciezka proba spoleczna dla dzieci w wieku najbardziej podatnym na wszelkie emocje.
    Zeby nie bylo tak mrocznie, to powiem, ze oczywiscie szanuje poglady osob ktore sa za gimnazjami – moze maja po prostu inne doswiadczenie 🙂

  • Olcikk HN

    Rok temu miałam przed sobą wybór nowej szkoły. Bardzo się bałam, bo gimnazjum do którego miałam zamiar pójść (ponieważ miało klasę dwujęzyczną, która bardzo mnie zaciekawiła) miało opinie patologicznej i pełnej przemocy. Ale poszłam tam, gdzie serce mi podpowiadało i nie żałuję! Mam teraz o wiele lepszą klasę i jeszcze ani razu nie doznałam przemocy, dokuczania ani nic z tych rzeczy. Wiem, że pare osób pali papierosy elektyczne, ale na szczęście nikogo nie namawiają, więc mi to tam nie przeszkadza – w końcu same sobie szkodzą. Gimnazjum to naprawdę super miejsce i za nic w świecie nie chciałabym wrócic do podstawówki 🙂 <3

  • Joanna Sierka

    Jestem zadziwiona tym artykułem. Prawdę powiedziawszy żaden z argumentów do mnie nie przemawia. W chwili, gdy tworzono gimnazja (dobrze to pamiętam) nauczyciele przestrzegali przed skutkami tej reformy i co do joty mieli rację. Dotyczy to zarówno edukacji zawodowej, ogólnokształcącej jak i szkolnictwa wyższego. Poziom kształcenia w Polsce drastycznie się obniżył. To fakt! Faktem jest też, że szkoła potrzebuje nowej jakości, a nie tylko zmiany, bo świat się zmienia, a system edukacji za nim nie podąża. To nie jest problem jedynie nasz, lecz globalny. Zatem argument, że na jakimś tam 11 miejscu w świecie jesteśmy jest kompletnie nietrafiony, bo ludzie w całej swej masie są coraz (przepraszam) głupsi. Większość tez w tym artykule można z resztą bez trudu obalić. Nie wiem, bo nikt do końca wiedzieć nie może, co kolejne zmiany przyniosą, ale bez wątpienia należy robić możliwie jak najwięcej, aby podnosić jakość edukacji, bo to się zwyczajnie opłaca (przykłady:Finlandia, Japonia…) A do rodziców warto byłoby zaapelować: trochę więcej zaufania do nauczycieli, oni wbrew temu co myślicie i mówicie wiedzą co robić. Dajcie im zatem robić swoje, a zmian się nie bójcie, one są potrzebne. Miejcie również świadomość, że jeżeli słyszycie krytyczne głosy nauczycieli dotyczące reformy systemu, to one wynikają nie z troski o kształcenie, ponieważ nauczyciele doskonale zdają sobie sprawę, ze dobrze nie jest. One wynikają z faktu, że zwyczajnie boją się o swój byt, o zatrudnienie… http://michalpasterski.pl/2015/06/15-rzeczy-ktorych-polska-moze-sie-nauczyc-od-finlandii-w-zakresie-edukacji/ http://szkolnictwowyzsze.pl/wp-content/uploads/2014/06/Charakterystyka-systemu-szkolnictwa-podstawowego-w-Finlandii.pdf

  • „To nie jest tak, że gdy znikną gimnazja, zniknie całe zło, które z nimi wiązaliśmy. Bo to nie gimnazjum jest niedobre, lecz młodzież tam ucząca się jest w trudnym wieku.” – i wszystko jasne 🙂

  • Problem z reformami oświaty polega na tym, że – jak to w Polsce niestety często bywa – kolejne ekipy zabierają się do tego od d… strony. Zawsze mnie uczono, że planowanie polega na tym, że określamy punkt wyjścia, potem punkt dojścia, a dopiero potem – jak przejść z tego pierwszego punktu do drugiego. Tymczasem u nas pobieżnie traktuje się diagnozę stanu obecnego i równocześnie całkowicie pomija się ustalenie celu. Za to każda kolejna ekipa ma inną koncepcję, którędy iść w kierunku, którego nikt nie określił. Trudno się więc dziwić, że nie można tam dojść. Słyszę wciąż dyskusję, czy gimnazja czy nie, czy sześciolatki czy nie, czy więcej matematyki, czy może historii. Sęk w tym, że wciąż nie wiadomo, po co nam w ogóle oświata. Jaki ma być jej „produkt końcowy”? Inaczej: Jakiego absolwenta ma wypuścić system oświaty na samym końcu? Bez tej wiedzy trudno wymyślać, jak ma być ten system skonstruowany.

  • Dot

    Ja chodziłam do gimnazjum i nie czuję się pokrzywdzona. Jedyne, co bym zmieniła w systemie szkolnym, to wcale nie likwidacja tej instytucji, ale zmiana programu. Chyba nie tylko ja mam takie odczucia, że o ile wiedza z wszystkich przedmiotów poszerzana była chronologiczne, o tyle historia była jedynym przedmiotem, który zaczynało się ciągle z tego samego miejsca: i w podstawówce, i w gimnazjum, i nawet w liceum zaczynaliśmy każdą pierwszą klasę od rozważań na temat starożytności.
    Kolejną rzeczą, którą bym zmieniła byłaby możliwość wyboru w 3. klasie przedmiotów, które interesują nas najbardziej i przygotowałyby do wybranego kierunku studiów albo wydłużenie liceum o kolejny rok, aby można było z tego wyboru interesujących nas przedmiotów i odrzuceniu nieinteresujących skorzystać.

    Zgadzam się z Tobą, że oddzielenie nastolatków od dzieci 7-letnich jest sensowne. Poza tym uważam, że rząd zajmuje się mnóstwem niepotrzebnych spraw, chce wprowadzać zmiany tam, gdzie nie są one potrzebne zamiast poprawiać sprawy, które tego wymagają.

  • Myślę, że ta reforma ma na celu:

    – umocnienie religii w szkołach

    – zmianę podręczników, na opiniowane np. przez Elbanowskich, żeby było jak najmniej np. o prawach człowieka, a jak najwięcej o Smoleńsku na WOSie czy historii

    – być może ograniczenie nauczania o ewolucji biologicznej na biologii

    – obsadzenie ludźmi z PiSu różnych tworzonych przy okazji tej reformy stanowisk

    Czyli paskudna gra polityczna. Osobiście uważam, że lepiej byłoby te pieniądze wydać na poprawę funkcjonowania gimnazjów, ale to by nie pozwoliło na takie zmiany polityczne w tym kontekście.

  • Monika

    Ja chodziłam do gimnazjum(’87), ale nie o tym chciałam. Pamiętam, że kolega z ostatniego rocznika (4letniego)w liceum (najlepszego tam gdzie mieszkałam) wtedy gdy ja bylam w pierwszej klasie opowiadał, że wcześniej była fala w liceum, jak przyszło do liceum gimnazjum to się to skończyło….

  • Łukasz

    Przede
    wszystkim w poprzednim układzie jest ciągłość – dzieciaki znają swoich
    nauczycieli od malucha, ta sama dyrektor, woźna itp. Był czas nabrać do nich
    szacunku. I to w czasie, kiedy nie szalały im w głowach hormony i chęć
    popisania się.

    Wprowadzenie gimnazjów
    dało także taki efekt, że dzieciaki uczą się przede wszystkim zdawać testy –
    najpierw do gimnazjum, potem do LO, potem matura – której poziom zaczyna przypominać
    te pierwsze, a i tak coraz więcej osób jej nie zdaje. Ja przez osiem lat
    przerabiałem program, potem LO i przerabiałem go ponownie – bardziej
    szczegółowo. W tej chwili przerabia się ten sam program trzy razy. Jest większa
    szansa, że jak coś powtórzą trzy razy a nie dwa to się to zapamięta – Daty
    bitew, wzory, przynajmniej te odstawowe itp., Ale to jest wiedza potrzebna do
    zdawania testów. A nie nauka. Wszystko jest podporządkowane testom, bo z ich
    wyników są rozliczane nauczycielki i pani dyrektor. Na nic poza wkuwaniem nie
    ma czasu. Nie ma miejsca na tło historyczne bitwy, na wyprowadzenie wzoru. To nie
    jest potrzebne na testach.

    Argument o oddzieleniu
    maluchów od dużych dzieciaków tez jest z lekka śmieszny biorąc pod uwagę fakt,
    że większość szkół gimnazjalnych mieści się w tym samym budynku, co
    podstawówki.

    Dobro dzieci znowu ginie
    gdzieś w tłoku politycznej nawalanki. Rozumiem
    natomiast obecność nauczycieli pośród
    krytyków tej zmiany – boją się. O posady, pensje, przywileje. Nie ma w tym
    kraju drugiej tak uprzywilejowanej grupy społecznej jak środowisko nauczycieli.

  • Ly

    W tym roku skończyłam swoją edukację szkolną. Chodziłam do gimnazjum i mimo, że nie wspominam tego czasu idealnie, to nie wydaje mi się, żeby usunięcie ich było najlepszym pomysłem.
    W podstawówce pamiętam mocny podział na klasy młodsze (0-3) i starsze (4-6). Mieliśmy oddzielne piętra z salami, szatnie po dwóch stronach szkoły, inne wicedyrektorki i nauczycieli. W moim roczniku klas starszych było ciut więcej i jedną salę mieliśmy na piętrze klas młodszych – zawsze sprowadzała nas tam nauczycielka, żeby nie było możliwości dręczenia młodszych (i tak była możliwość. Nie pomyśleli o stołówce.). I mimo takiej dbałości były sytuacje, w których nękanie czy jakieś niemiłe sytuacje wynikały! Zgadzam się z Tobą, Nishko – 7-latek i 14-latkowie, to jest śmieszne po prostu. Wystarczy, że ten starszy na tego młodszego niechcący wpadnie podczas biegu, czternastolatek może mieć już całkiem solidną budowę, siedmiolatek to małe dziecko…
    Co do gimnazjum, ktoś już wspomniał w komentarzach – to całkiem inny poziom edukacji. W podstawówce były jakieś rysuneczki, naciąganie ocen, pobłażanie, bo „to przecież taka zdolna dziewczynka”. W gimnazjum były oceny, olimpiady, poważna nauka. To taki pierwszy moment, kiedy trzeba było samemu pilnować swoich spraw, czasem dostać po tyłku, bo ocen nikt za piękne oczy nie stawiał. Czy tak będzie też w ośmioklasowej podstawówce? Jak rozdzieli się ten moment, kiedy trzeba już „spoważnieć”?
    W gimnazjum były też klasy lekko sprofilowane (sportowe, humanistyczne, artystyczne itp.), to było pierwsze takie zastanowienie się, spróbowanie czegoś bardziej na poważnie. No i jednak rekrutacja do gimnazjów delikatnie poziomowała uczniów.
    A że było troszkę patologicznie? Było. Moja klasa była grzeczna, ale znalazło się na roczniku kilka osób pijących, palących, szepczących coś o trawce w plecaku, a w ogóle to chodź, zerwiemy się z matmy, pokażę ci coś, po czym będziesz czuć się lepiej. Ale czy to kwestia gimnazjum? W najgorszą fazę wkroczyliśmy w trzeciej klasie pod tym względem, wtedy zrobiło się groźnie. Nie w pierwszej, ale właśnie w trzeciej, kiedy wszyscy się znali i nikt o pozycję nie musiał walczyć, bo przecież łatki rozdaje się błyskawicznie, na początku. Raczej taki wiek, a nie szkoła.
    Znalazłam też argument, że w gimnazjum nie uczy się niczego nowego. To smutne, ale zapewne są takie gimnazja. Ja byłam zawsze zainteresowana nową wiedzą i nauczyłam się w gimnazjum bardzo dużo, wspierana przez nauczycieli czy znajomych. Pisaliśmy własne scenariusze przedstawień, które potem wystawialiśmy, piosenki (tzn. układaliśmy same teksty do istniejącej muzyki), uczniowie klas sportowych brali udział w zawodach (wielu, z którymi rozmawiam, wskazuje ten czas jako najintensywniejszy rozwój fizyczny – bo w liceum trzeba się jednak skupić na nauce, na maturze, w gimnazjum dawało się to pogodzić), wydawaliśmy gazetkę szkolną, mieliśmy kółko historyczne, które przeprowadzało albo opracowywało wywiady z byłymi uczniami tajnych kompletów albo powstańcami… Bez przesady. Wszystko zależy od chęci, najłatwiej jest stwierdzić, że gimnazjum jest be, nic się nie robi i już.
    Rozpisałam się, ale mam sporo do powiedzenia z własnego doświadczenia 🙂 świetny tekst, Nishko, dziękuję!
    Ly.

  • Karolina

    Mam 25 lat i niestety (!) chodziłam do gimnazjum. Pochodzę z małej miejscowości, uczyłam się w małej podstawówce i po zetknięciu się z tym, co zastałam w gimnazjum przeżywałam ogromny szok. Mnóstwo młodzieży (zbieranina z całej gminy), dużo starszych osób (niektórzy trzecioklasiści mieli po 18 lat) i my – małe rybki rzucone na żer rekinom. Czułam się zastraszana, poniżana, wyzywana, starsi chłopcy boleśnie nam dawali odczuć, że jesteśmy tzw. „kotami”. Na nic się zdawały prośby o pomoc ze strony nauczycieli. Naprawdę mieliśmy tam patologiczne zbiorowisko, a ja jako wrażliwa nastolatka nie odnajdowałam się w tej brutalnej rzeczywistości. Nie ja jedna – moje koleżanki symulowały, wagarowały, byle by nie chodzić do gimnazjum, gdzie na każdym korytarzu mogła nas spotkać jakaś przykrość czy upokorzenie.
    Co na plus – w gimnazjum naprawdę nauczyłam się „uczyć się”. Pogrążyłam się w książkach i nauce, żeby nie myśleć, co może złego spotkać mnie w szkole. Nauczyciele, w porównaniu z tymi z podstawówki, byli dużo bardziej wymagający i to im zawdzięczam rozbudzenie tych pasji w sobie, z których teraz żyję 🙂
    Ach, zapomniałabym jeszcze o tych fatalnych gimbusach, którymi nas dowożono do gimnazjum – już tam działy się dantejskie sceny i można było stracić chęć do… wszystkiego. Każdy kurs „do” i „z” szkoły był dla mnie stresujący. Z wielką chęcią więc – gdybym mogła – przechodziłabym te 8 klas i poszła do czteroletniego fajnego liceum, naprawdę.
    Może to kwestia roczników, może dyrekcji, a może po latach powolnie wypracowanego systemu ale moje młodsze rodzeństwo dużo mniej niż ja skarżyło się na życie w gimbazie, ale wciąż nie jest to system idealny.

  • Allilah

    Wypowiem się jako była gimnazjalistka, oraz córka nauczycieli (a także wnuczka nauczycieli, siostrzenica, bratanica – ot – cała moja rodzina uprawiała ten zawód). Gimnazja TRZEBA zlikwidować. Było to najgorsze, co można było stworzyć. W momencie, w którym Polska podjęła decyzję o ich powstaniu – reszta Europy własnie odchodziła od tego pomysłu – bo okazał się niewypałem. Do gimnazjum chodzą dzieci i kończą je dzieci- powtórzę dzieci, którym się wydaje, że są nie wiadomo jak dorosłe (poza tym, nie wiem, czy orientujesz się, ilu gimnazjum nie kończy – bo za wysoki poziom, bo mi się nie chce, bo mam już wykształcenie podstawowe, bo po co mi to, bo wyjadę do pracy za granicę). Dalej – wiele szkół średnich przestało istnieć, własnie dlatego, że powstały gimnazja (i nie, nauczyciele nie znaleźli tam pracy – prace dostali z zwiększonym wymiarze nauczyciele szkół podstawowych). Argument o oddzieleniu młodszych od starszych – mija się z prawdą – bo jednak w większym wymiarze gimnazjum to ta sama szkoła co podstawówka – ten sam budynek i nauczyciele. Poza tym – czyż dziecko nie rozwija się najlepiej w grupie zróżnicowanej? Egzamin po 6 klasie (lub raczej sprawdzian) – nic nie daje, jest fikcją narażająca na niepotrzebny stres stres. Wiem, że jako matka dziecka „Lubiącego zmiany” czujesz niepokój, jednak „lubię zmiany” to za mało aby nadal kontynuować coś, co nie działa. Uwierz mi, że przez lata widząc szkołę od tzw „środka” poprzez nauczycieli oraz mając własne doświadczenia (byłam pierwszym rocznikiem gimnazjum), wiem, że będzie lepiej bez gimnazjów. Dziecko z podstawówki pozostanie dzieckiem – a przecież to piękny czas w życiu. Nie każmy im na siłę dorastać – jeszcze się dorosłymi nabędą!