Twoje lekcje – twoja sprawa: nie odrabiam z dzieckiem lekcji

1 Fot. Ransomtech


Nie pomagam córkom w odrabianiu szkolnych prac domowych, nie sprawdzam ich plecaków, nie rozliczam z ocen.

Kilka dni temu byłam na wywiadówce szkolnej. Znów z ust niektórych rodziców usłyszałam to, co zwykle: „robiliśmy z synem zadania z matematyki”, „opanowywaliśmy materiał z polskiego”, „ostatni dział w tej książce jest kłopotliwy, prawda?”. Jaki ostatni dział? Nigdy nie byłam na bieżąco z materiałem szkolnym córek. I nigdy nie czułam się z tym źle.

Nie znam badań, ale z rozmów i obserwacji, mniemam, że co trzeci rodzic codziennie siada ze swoim dzieckiem (zwłaszcza uczniem szkoły podstawowej) do tak zwanych lekcji. Niektórzy rodzice nawet pomagają dzieciom wykonywać prace plastyczne lub współuczestniczą w przygotowywaniu prac konkursowych!

Twoje lekcje – twoja sprawa, czyli nauka odpowiedzialności za swoje życie

Od początku kariery szkolnej moich dzieci wychodziłam z założenia, że obowiązki szkolne są ich sprawą. Chciałam, żeby czuły się za nie odpowiedzialne od początku do końca.

Rolą rodzica jest wykształcenie w dziecku prawidłowych nawyków. Moje córki wiedzą, że chodzenie do szkoły jest ich obowiązkiem, muszą więc wypełniać wszystko, co się z tym wiąże: odrabiać prace domowe, przygotowywać się do klasówek, czytać lektury szkolne, pakować plecaki.

Nie wtrącam się w ich sprawy szkolne. Czasem tylko, gdy widzę, że chwytają za smartfon lub tablet pytam czujnie, czy na pewno odrobiły lekcje. Ale nie wyobrażam sobie, żeby zasiadać z nimi do tychże!

Nigdy nie przeglądałam ich książek ani zeszytów. Chyba, że muszę: np. przeczytać uwagę lub informację od nauczycielki.

Nauka ponoszenia konsekwencji swoich działań

Czasem, zwłaszcza, gdy nadchodzi już wieczór, a na biurku widzę rozgardiasz, pytam, czy córka spakowała się do szkoły. Nigdy jednak nie sprawdzam zawartości plecaka. Owszem, zdarzało się, że zapomniała piórnika, książki, zeszytu. I co wtedy? Była narażona na stres w postaci uwagi nauczyciela bądź konieczności pożyczenia kredek od koleżanki. Tak zwana „naturalna kara”: nie wzięłaś czegoś, to teraz tego nie masz.  Nie nauczyłaś się tabliczki mnożenia? Nie zaliczysz i i tak będziesz musiała się nauczyć. Nie nauczysz się do klasówki z matematyki? Luki w twojej wiedzy dadzą o sobie znać, gdy będziecie opanowywać kolejny dział.

Rodzicu, zwróć na mnie uwagę

Oczywiście większość dzieci chce, żeby z nimi odrabiać lekcje. Nieraz już słyszałam od młodszej córki rozpaczliwe wyrzuty:

— Inne mamy pomagają swoim dzieciom w lekcjach! Dlaczego ty nie możesz?!

Nie daję się jednak na to złapać. Pamiętam, że również prosiłam o to moją mamę, wyolbrzymiając zwykle szkolny problem, z którym zmagałam się. Pamiętam, że tak naprawdę była to sztuczka, żeby przyciągnąć mamę do siebie. Dzieci chcą po prostu spędzić z rodzicem czas. To sposób na to, żeby zwrócić na siebie uwagę, być w centrum uwagi rodzica. Wiadomo, rodzic, który zasiada z dzieckiem „do lekcji” przerywa na ten czas oglądanie TV, rozmowy przez telefon, gotowanie, buszowanie po internecie… Jest tylko dla dziecka.

Czy nie lepiej poświęcić dziecku czas w inny sposób (rozmową, zabawą, grą w planszówkę, a nawet czytaniem książki), a niech praca domowa będzie tylko jego sprawą?

 Co jeżeli dziecko nie radzi sobie z lekcjami?

Ten argument zwykle pojawia się, gdy rozmawiam z rodzicami, którzy odrabiają z dziećmi lekcje. Serio, myślicie że nie poradzą sobie bez Was? :) Że materiał szkolny jest tak trudny, że bez matczynej pomocy nie uda się go ogarnąć? A co z lekcjami w szkole, z opracowywaniem materiału przez nauczyciela? Czasem aż kusi, żeby w szkole też się przysiąść do malucha i mu poasystować, co? :)

Wspólne odrabianie lekcji jest prostą drogą do przyzwyczajenia dziecka do pójścia na łatwiznę, bo jak pojawi się kłopot to przecież mamusia jest obok, nie trzeba się tak nad problemem głowić. Poza tym zwalnia go to z poczucia odpowiedzialności i obowiązkowości: nawet jak o czymś zapomnę, to przecież mama i tak będzie pamiętać.

Nauka samodzielności

Według Ericka Eriksona, twórcy teorii rozwoju psychospołecznego, nauka samodzielności jest bardzo istotną nauką, dającą poczucie samokontroli, autonomii, możliwości decydowania o sobie, wiary we własne siły, poczucia sprawstwa i panowania nad własnym życiem.

Dzieci, którym rodzice intensywnie pomagają, nad którymi krążą niczym helikoptery (vide Rodzic Helikopter: sprawdź, czy nim jesteś), dostają zawoalowany sygnał: „Beze mnie sobie nie poradzisz”. To raczej nie jest zbyt dobry komunikat, prawda?

 Czasami pomagam dzieciom w szkolnych sprawach

Nie jest tak, że zupełnie zostawiam córki na pastwę losu. Są pewne obszary, w których uczestniczę. Pisałam o tym rok temu w przed chwilą przypomnianym tekście o rodzicach helikopterach:

Jedyne, co jestem skłonna zrobić, to sprawdzenie wypracowania pod kątem błędów ortograficznych i stylistycznych, pomoc w nauce wiersza i ocena jego recytacji. Mogę służyć pomocą, ale oznacza to wyłącznie nakierowanie dziecka na tor myślenia, a nie wykonywanie za niego szkolnych zadań. Córki od początku, od kiedy rozpoczęły karierę edukacyjną, otrzymywały ode mnie komunikaty, że ich lekcje to ich sprawa. Wiedziały, że muszą je odrobić, że muszą przeczytać lekturę, nie mogą robić żadnych zaległości. Ale mają dbać o to same.

 Nie rozliczam dzieci z ocen

Chcę, żeby wytworzyły w sobie motywację wewnętrzną, czyli „chcę się nauczyć, chcę dobrze opanować materiał, bo wiedza jest fajna”, i jak to mówi moja ukochana Arlena Witt:  „Myślenie jest sexy”. (Jak nie znacie jej bloga: wittamina.pl koniecznie zajrzyjcie, absolutnie polecam!). I tego właśnie uczę dzieci. To znaczy na razie jeszcze zastępuję słowo „sexy” innym określeniem na s: „super” :) Pisałam też o tym w tekście 5 wskazówek, jak wychować inteligentne dziecko.

Córki same z siebie chcą mieć dobre oceny i dbają o to. Nigdy ich nie karałam za złe oceny ani nie nagradzałam za dobre (chyba, że dobrym słowem, pochwałą). Starsza córka (gimnazjum) od kilku lat kończy każdy semestr ze średnią co najmniej 5,3 (ale bez wzorowego zachowania, o czym kiedy indziej..). Młodsza (nauczanie początkowe szkoły podstawowej) jest jeszcze w nieco innym systemie ocen (mhm, prawdę mówiąc nie wiem nawet dokładnie jakim…), ale większość sprawdzianów zalicza bardzo dobrze.

Podsumowując: jeżeli szkoła jeszcze przed Wami, dobrze Wam radzę: nie dajcie wkręcić się w odrabianie lekcji z dziećmi! A jeżeli już daliście się, to sugeruję delikatnie i stopniowo zacząć wykręcać się z tej sytuacji. :)

Abstrahując od wszystkiego co wyżej opisałam, jest jeszcze jeden aspekt. Nie wyobrażam sobie, żeby codziennie siedzieć po dwie godziny z dziećmi przy lekcjach. Brr!! Ile pytań, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć! Ile zagwozdek matematycznych i biologicznych, z którymi nie potrafiłabym się uporać! 😉

Komentarze:

  • http://justekmakemesmile.blogspot.com justekmakemesmile

    Pamiętam jak moi rodzicie również nie odrabiali ze mną lekcji. Na tamte czasy to była istna rewolucja, myślę jednak, że to niesamowicie wzmocniło moją samodzielność i odpowiedzialność za własną pracę. Szlag mnie trafia jak spotykam matki 12 latków, które narzekają i rozpaczają, że nie mają czasu na kino i inne przyjemności ze względu na konieczność „pomocy” dzieciom w lekcjach…Później się dziwimy, jak toksyczna mamusia ingeruje w inne aspekty życia, nawet już tego dorosłego. Pozdro Piękna:)

  • Danka

    U mnie w zerówce dzieciaki dostają ode mnie pracę domową w poniedziałek, mają czas do piątku żeby przynieść te 4-5 kart pracy + zeszyt w których piszą sobie szlaczki i o ile rozumiem,że dziecko niekoniecznie może wiedzieć co trzeba czasami zrobić i rodzic mu wytłumaczy o tyle nie rozumiem odrabiania za dzieci 5-6-letnich pracy (i to głównie robią rodzice, których dzieciaki są słabsze). Dałam im kiedyś w szkole jedną pracę którą mieli zadaną w domu, część dzieciaków nie wiedziała o co chodzi mimo,że 2 dni wcześniej oddali bezbłędnie zrobioną pracę. Poruszyłam sprawę i z dziećmi (następnego dnia niektórzy rodzice przyszli z pytaniem czy to prawda,że pani dała zakaz odrabiania przez rodziców pracy domowej (?!)) i z rodzicami na zebraniu ale nie do wszystkich trafiło…Może na kolejnym zebraniu, dam wszystkim link do Twojego bloga? 😉

    • Paulina Angelika Kulik

      straszne jest to, co piszesz :(

    • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

      Jestem mamą zerówkowicza – 5 latka. Nie dostaje zadań domowych do domu, ale dzisiaj [z racji nieobecności] dostał jedną z książeczek do uzupełnienia. Uzupełniałam z nim, ale jedyne co robiłam to czytałam na głos treść zadania.
      Nie dziwmy się, że dzieci nie potrafią myśleć, jak rodzice nie czytają im książek i nie rozwiązują łamigłówek od małego. Dzieci nie mają gier planszowych, a o szlaczkach nikt nie słyszał …
      Przykre jest to co teraz napiszę, ale rośnie nam coraz głupsze pokolenie …

      • Danka

        Tak jak napisałam- ok, przeczytać treść zadania, wytłumaczyć to i ja robię pracując z nimi codziennie…jestem dla nich i służę pomocą, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, że robię coś za nich, nawet jeśli jest to coś nowego, z czym nie mieli styczności wcześniej. Mam kilka osób, które zanim trafiły do zerówki, nie chodziły do przedszkola i we wrześniu miały w ręku pierwszy raz nożyczki! Mama była bardzo zdziwiona, jak zwróciłam jej uwagę,że jej 5,5 letnia córka powinna ćwiczyć wycinanie. Po chwili z uśmiechem (że załapała o co chodzi )powiedziała,że w takim razie pójdzie jeszcze dziś i kupi jej plastikowe nożyczki…!

        • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

          Kiedy pisałam TOP 10 psot mojego dziecka, gdzie było w jednym z punktów opisane jak wówczas 3,5 letni Jaś pociął mi obrus nożyczkami, jedna z komentatorek stwierdziła, że powinno mi się odebrać prawa rodzicielskie i zgłosić sprawę do MOPSu skoro daję dziecku nożyczki. 😀

          • Danka

            Dziwne,że nie trafiłaś do sprawy dla reportera lub uwagi…;) i MOPS, obowiązkowo! Pracowałam z 3-latkami, we wrześniu (z lekkim wtedy jeszcze niepokojem, bo niektóre kanapki nie potrafiły trzymać a co dopiero nożyczki) dostały ode mnie nożyczki i tworzyły. Niektórzy rodzice nawet mi dziękowali, bo w domu dziecko domagało się nożyczek, rodzic dawał stare gazety i mieli godzinę spokoju:D Ale ciiii…bo jeszcze dostanę zakaz wykonywania zawodu 😀

          • ed

            kiedyś na zebraniu w przedszkolu nauczycielka pochwaliła rodziców,wiecie za co? za to, ze nasze dzieci potrafią posługiwać sie nożyczkami,bo jak sie okazuje niektóre 5 latki mają z tym kłopot

          • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

            Ty, dobrze, że mówisz, Pierwszy (2,5) też już tnie, to się chwalić nie będę;>

          • skrzatka

            haha, moja 2,5 letnia córka wycinała METALOWYMI nożyczkami :) Odbiorą mi dziecko a mnie wsadzą za kratki chyba 😛

          • http://onatujest.blogspot.com/ Ona Weronika

            Z tymi nożyczkami to jednak trzeba uważać, dzieci mojej kuzynki obcięły sobie trochę włosów, przy okazji wąsy kotowi i nie chcę wiedzieć co jeszcze ;). Ja jednak dawałabym nożyczki pod kontrolą dorosłej osoby lub starszego dziecka.

        • Magdalena

          Moja 4-letnia córka w tym roku poszła pierwszy raz do przedszkola, gdy zapytałam wychowawczynię jak sobie radzi w grupie, która chodzi kolejny rok, usłyszałam że bardzo dobrze, wykazuje samodzielność i wiedzę. Dla przykładu powiedziała: „Nawet wiedziała co to jest klej (w sztyfcie), bo pozostałe nowo przybyłe 4-latki myślały, że to pomadka.”
          Natomiast jeśli chodzi o odrabianie lekcji ze starszym synem, to nigdy ich nie odrabiałam za dziecko, ale mu pomagałam i nadal pomagam. Najpierw było to czytanie poleceń, obecnie pomagam gdy syn o to poprosi, najzwyczajniej w świecie nie wszystko jeszcze rozumie.
          I jeszcze jedno. Moja mama do dziś podkreśla, że nigdy się z nami nie uczyła i nie sprawdzała prac domowych, plecaków itp., a jakoś sobie radzimy, pokończyliśmy studia i mamy prace. Jednak konsekwencje np. tego, że nigdy nie odpytała mnie z tabliczki mnożenia ponosiłam bardzo długo, podobnie z czytaniem. Nigdy tego nie sprawdzała, nie wymagała, a moja samodzielność odezwała się dopiero w dorosłym życiu. Po prostu to, że umiałam coś ukryć nie znaczyło, że to umiałam.
          Obecnie czytam, dużo czytam dla siebie i dla dzieci, choć mi nigdy nie czytano (natomiast babcia wspaniale umiała opowiadać bajki – nie ma już takich ludzi). Syn bardzo lubi gdy czytam zwłaszcza do poduszki (sam też już sięga do książek), natomiast córka tego nie lubi, z wyjątkiem dość płytkich bajek o Barbie, więc chyba nie ma reguły, Ale czy czytanie uczy myślenia??? Ciągle się mówi, że Polacy mało czytają dzieciom, a ponoć historia mówi, że nigdy dużo nie czytali, a już w ogóle tak dużo jak obecnie.

        • Rzemieślnik

          Plastikowe nożyczki: FUJ !!! Przekleństwem mojego dzieciństwa były wszelkie atrapy. Doświadczenie szybko mnie nauczyło, że dobrze coś robić można tylko dobrymi, prawdziwymi narzędziami, dobrej jakości. Na szczęście moja matka nie była sknerą i w szkole podstawowej miałam do użytku prawdziwe, ostre nożyczki, prawdziwe, dobrej jakości pędzle, dobre farby i kredki, prawdziwe pióro wieczne pióro.
          Byle jakim narzędziem nauczysz się tylko robić byle co i byle jak. Narzędzie zlej jakości uczy, że nie ważna jest jakość tego co robisz, że nie ważny jest efekt końcowy. Dlatego mamy teraz co raz więcej tzw. fachowców, którzy pie…ą swoją robotę i jeszcze są zdziwieni, że klient jest niezadowolony.
          Nishka w 100% zgadzam się w Twoim tekstem.
          I dodam jeszcze, że każdy z nas ma tak głupie dziecko jak on sam jest. Bowiem każdy z nas na to by nie musieć/ musieć odrabiać lekcji z własnym dzieckiem pracował od urodzenia tegoż dziecka. I co sobie wypracował to ma.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Danka, pewnie, śmiało wysyłaj link do mojego bloga:)
      Przerażające jest to, o czym opowiadasz! Czy ci rodzice nie mają wyobraźni? :(

      • Danka

        Nishka, a ukryjesz moje komentarze?;)

        • sssssssssss

          Jako mama pięciolatki i czterolatka informuję, że bardzo mi przykro, że moja córka nie ma nauczycielki takiej jak Danka! U nas dzieci w przedszkolnej zerówce nie robią NIC, robią mniej niż u syna w grupie czterolatków!
          Danka, naprawdę uważam, że robisz kawał dobrej roboty. Moja córka sama robi zadania w domu, bo chce i faktycznie – jedna strona z książeczki tygodniowo nie uśmierca w niej radości życia 😉 i….zaskoczę, wiem, zaskoczę Was, ale…mamy też czas na: basen, aikido raz w tygodniu, zakupy i wspólną zabawę. A trzy razy w tyg dzieci po przedszkolu są do 18.00 u swojego taty.

    • ewka

      prace domowe dla 5 latka ??nigdy moje dziecko nie dostaje prac domowych, w przedszkolu maja swoje karty pracy, które są dostępne dla rodzica, dzieci w domu same kolorują, wycinają, literujemy, liczymy, wszystko w formie zabawy bez przymusu i mojego i dzieci. Nie wyobrażam sobie żeby miały zadaną pracę do domu w wieku 5 lat, dla mnie to ciąg tak okropnie bezsensownej metody z lat mojego dzieciństwa- ogrom pracy domowej, dziecko spędzi pół dnia w szkole ucząc się a kolejne pół dnia odrabiając zadania domowe.

      • Danka

        Jeśli Twoje dziecko spędza pół dnia w szkole ucząc się to współczuje szkoły w takim razie, bo moje dzieciaki w ciągu 5 godzin nie siedzą więcej niż 10-15 min przy stoliku (chyba, że robią prace plastyczną, ale nikt ich nie przywiązuje do krzesła i mogą sobie wstać, porozmawiać z kolegami przy stoliku i nie widzę, żeby były zmęczone) w związku z tym nie uważam, że zadawanie im pracy w której np mają połączyć kropki i pokolorować co im wyszło obciąża ich umysłowo i fizycznie. Większość dzieci przynosi mi odrobione prace we wtorek…Od żadnego rodzica nie usłyszałam słowa sprzeciwu, a wręcz przeciwnie- przychodzą i pytają czy mogłabym dawać jeszcze coś więcej bo jak oni coś chcą zrobić z dzieckiem to jest bunt a jak pani zada, to robią z przyjemnością. Mam nadzieję,że za 20 lat nie będą miały w związku z tym traumy 😉 oby!

        • ewka

          moje dzieci są w przedszkolu od godz. 7:30 do 15:30( tyle ile my w pracy) jesteśmy w domu na ok 16, mamy ok 4,5 godz. dla siebie, nie wyobrażam sobie żeby mój 5 latek „odrabiał jakieś zadania domowe” w tym czasie, uważam że dzieci są przeciążane tego typu zadaniami, dla mnie wychowanie moich dzieci polega nie tylko na nauce w szkole ale równie ważne jest „poznawanie świata” w szerokim znaczeniu tego pojęcia – począwszy od wspólnych spacerów, nauki pływania, choćby wyjścia do kawiarni na jakieś ciasteczko lub lody, różnego rodzaju wycieczki itp. żeby wiedziały jak zachować się w różnych sytuacjach, żeby wiedziały że świat jest piękny, ciekawy i bardzo dostępny, a jeśli chodzi o traumę, to za dużo powiedziane, skończyłam uczelnie techniczną, mam raczej umysł analityczny i to moja subiektywna opinia że byłam przeciążona zbędnymi informacjami np. z historii czy biologii, informacje były zbyt szczegółowe, to nie był zarys ogólnego zagadnienia tylko lawina informacji, których po prostu nie pamiętam, wyparłam dawno z mojego umysłu, są mi nie potrzebne, pracuje w zawodzie w którym bardzo ważne jest tzw. ciągłe doskonalenie wiec nie narzekam na brak rozwoju. ps. po 5 godzinach to Pani kończy pracę a na ogół w przedszkolach publicznych przychodzi druga Pani na zmianę i również pracuje z dziećmi, co oczywiści jest bardzo dobre:)mam to szczęście że bardzo odpowiada mi praca Pań z naszego przedszkole tzn wszystko robione jest w placówce a nadmienię że to jedno z najlepszych przedszkoli w naszym mieście

          • Danka

            Chyba odbiegasz trochę od tematu…jaka historia, jaka biologia?!
            Pracuję w szkolnej zerówce, dzieci zajęcia kończą o 13.30, większość o tej godzinie idzie do domu, kilkoro zostaje na świetlicy na której to mogą odrobić te arcytrudne zadania które im daje…I absolutnie nie mam sobie w tym temacie nic do zarzucenia.
            Od września Twoje dziecko pójdzie do szkoły, będziecie zapewne również ok 16 w domu i będzie trzeba znaleźć czas zarówno na prace domową jak i ciasteczko lub lody.

          • ewka

            tak idzie do szkoły, będzie odrabiało prace domową i mam nadzieje że będziemy trafiać na podobne nauczycielki jak do tej pory, które będą dostosowywać wymagania do wieku dziecka. pozdrawiam

          • Danka

            Moje wymagania jak najbardziej dostosowane są do wieku dziecka, jeśli do tego chciałaś się odnieść :)

          • ewka

            to Twoja opinia, to że jesteś nauczycielką nie oznacza że twoje decyzje odnośnie nauczania są zawsze słuszne i wszystkim musza odpowiadać, podobnie jak w każdym innym zawodzie.

          • http://www.dziergalnia.pl/ Lorka

            moja 5 letnia córka, która chodzi do zerówki w przedszkolu także dostaje zadania domowe..zazwyczaj jest to jedna lub dwie kartki z podręcznika/ćwiczeń , które przerabiają.. ( dostaje je raz czasami dwa razy w tygodniu)odrabianie lekcji zajmuje jej od5do 15 min, jest to zazwyczaj pisanie literek lub szlaczków, pokolorowanie obrazka, powiedzenie co widzi i poprawne połaczenie obrazków itp.. zaden wysiłek..ale uczy ją już odpowiedzialnosci.. sama pilnuje,że ma zrobić zadanie, siada i robi, my tylko jej czytamy polecenia ( a jest z konca roku wiec dopiero co skonczyla 5 lat). Jesli Pani córka nie dostaje zadan to jest to bynajmniej dziwne, poniewaz program edukacji 5 latków zawiera wlasnie naukę odrabiania lekcji i z tego co wiem sąsiadeczka nasza, która uczęszcza do państwowej placówki także dostaje prace domowe…

            warto się zapoznać co zawiera program a nie krytykować nie mając kompletnie pojecia..

  • http://www.lefti.pl/ Lefti

    Rodzice niestety są niereformowalni i odmóżdżają swoje dzieci. Nie wierzą w swoje dzieci i to jest prawdziwy dramat. W temacie lekcji mam dokładnie takie samo zdanie.

    • Joanna Krzak

      oooo właśnie , to jest chyba to, że nie wierzą w swoje dzieci. Przecież nie każde dziecko musi być geniuszem, ale trzeba dać mu szanse żeby samodzielnie odkrył co potrafi robić.

  • Paulina Angelika Kulik

    Mnie mama sprawdzała z zapakowania plecaka (coś w rodzaju wyliczanki), ale chyba nie zawsze, bo i tak zdarzyło się multum razy, że czegoś zapomniałam. W gimnazjum nawet nosiłam wszystkie książki i zeszyty codziennie, żeby któregoś przypadkiem nie zapomnieć. Na studiach przerzuciłam się na jeden zeszyt 😉
    Za to lekcje robiłam sama, chyba że faktycznie miałam z czymś problem, wtedy szłam do rodziców/dziadków o pomoc.
    I teraz mnie zastanawia jaka jest kolejność: wyręczanie dziecka z obowiązków –> słabszy uczeń czy słabszy uczeń (z innych powodów) –> wyręczanie dziecka przez rodziców. Ktoś widział jakieś badania?

  • http://frontdomowy.pl/ Kasia

    Nishko, żeby to było takie proste… Ja byłam dzieckiem, z którym rodzice nigdy nie odrabiali lekcji, bo sama to ogarniałam. Nad moim synem można siedzieć i 3 godziny, a jak się uprze to zadania i tak nie zrobi. Złe oceny? Dla niego to żaden problem. Nauczycielka zwraca mu uwagę? To powie, że mama nie ma dla niego czasu i tylko siedzi przed komputerem, a on sam sobie nie radzi.

    Ostatnio wpadł na pomysł, że chce powtarzać drugą klasę, bo lubi szkołę, a ja przy okazji zaoszczędzę na podręcznikach… Normalnie ręce opadają…

    I na koniec dialog z moim 9-latkiem:

    eM: – Wiesz czemu Madzia napisała test na szóstkę?
    ja: – Bo pilnie się do niego przygotowywała?
    eM: – Nie! Jest dziewczynką, a dziewczynki…
    ja: – Nie mają szalonych pomysłów i uważają na lekcjach? [taka aluzja do ostatnich problemów z zachowaniem u eM]
    eM: – Nie! W telewizji nie ma tylu fajnych bajek dla dziewczyn i one po prostu nie mają co robić w domu, więc się uczą!

    Myślisz, że jest w tym odrobina prawdy? 😉

    • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

      Ale zobacz na to z innej strony …
      A jakby te bajki ,,chłopięce” były tylko po tym jak odrobi lekcje? Nigdy przed? :)

      • http://frontdomowy.pl/ Kasia

        To musiałabym wracać z pracy wcześniej niż o 18:30 😉

        • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

          Ale chyba syn sam nie jest? A jeżeli jest to brać kabel, dekoder … :) Ja bym rozwiązanie znalazła.

          • http://frontdomowy.pl/ Kasia

            Gdyby był sam, to byłoby łatwiej… Młody niestety zostaje z babcią, która ma do życia podejście: „Posiedź przy komputerze, a mamie powiemy, że w ogóle go nie włączałeś” – uroki mieszkania pod jednym dachem 😛

          • Magda Motrenko

            O rany… takie babcie są najgorsze! współczuję!

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Kasiu, widzę, że z Twojego syna niezły i wygadany gagatek :)
      Czy istnieje możliwość, że chce zwrócić Twoją uwagę takimi właśnie szalonymi pomysłami w stylu „zostanę w drugiej klasie”?

      • asia mama Aspie’go

        Mój 6-letni, synek ,pierwszak ma podobnie..jeśli sie na cos uprze to nie ma bata aby go zmusić. Ale jest dzieckiem z Zespołem Aspergera ,ktory stosuje sie tylko tych zasad ktore mu odpowiadają. Gdybym go nie przypilnowala podczas pakowania to chodzilby bez plecaka do szkoly:). O tym aby usiadl do lekcji tez musze mu przypominac. Ale lekcje odrabia calkiem sam,(tak jak mnie nauczyli rodzice, za co jestem im bardzo wdzieczna) odrabia je nawet z wyprzedzeniem na zapas. Jest niesamowicie inteligentny, ma fotograficzna wrecz pamięć a mimo to o wszystkim co wiaze sie ze szkola trzeba mu przypominac,byc obok aby nie wpadal w ataki szalu z powodu słówka ktorego nie potrafi przeczytac. Nie wyobrażam sobie zostawic go z tym obowiazkiem samego …

  • http://www.primocappuccino.pl/ Ania Myszkowska

    I to jest b. dobre podejście! Współczuję wszystkim „uciemiężonym” matkom, które na nic nie mają czasu, bo przecież dziecko tyyyyle zadań przyniosło ze szkoły.
    Prawdą jest, że najbardziej satysfakcjonuje nas tylko to, co wypracowaliśmy SAMI, bez protekcji, bez wyręczania, bez usuwania nam wszystkich kłód spod nóg :)

  • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

    Nishko! :) Jakiś czas temu w jednej z grup dla rodziców matka, bodajże piątoklasisty [żeby nie skłamać] pytała się o lekturę szkolną [bodajże] ,,Ania z Zielonego Wzgórza” – o czym jest, bo musi wypracowanie napisać dla syna.
    Kiedy parę osób napisało, że od tego jest przecież dziecko, matka zaczęła się tłumaczyć, że jest chore, ale jutro chce iść do szkoły.

    Także kurtyna! :)

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Szok!

    • sssssssssss

      nie wierzę! Toż to masakra…chociaż w sumie… chyba też poproszę mamę, żeby jutro zestawienie za mnie do pracy zrobiła…jakaś niewyraźna jestem, odpoczęłabym, na fb bym posiedziała czy coś…;)

  • http://www.paniswojegoczasu.pl/ Ola (Pani Swojego Czasu)

    Ta paranoja zaczyna się już w przedszkolu. Przedszkole moich dzieci notorycznie organizuje jakieś konkursy plastyczne, w których moje dzieci jeszcze nigdy nie uczestniczyły bo poziom jest za wysoki. 99% prac jest wykonywana przez Rodziców i widać to na pierwszy rzut oka. Mój syn we wrześniu zaczyna szkołę i w ogóle nie myślę o odrabianiu zadań razem z nim :)

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Kompletnie nie rozumiem postawy rodziców wykonujących za dzieci prace plastyczne :/ Do czego to prowadzi? Czego uczy dzieci?

      • http://legalnie-nielegalna.blogspot.com olala92

        Bo łatwiej jest wykonać niż pomóc. Ambicjonalne podejście. Rodzice mamy/taty nie pomagali,mama/tata nie osiągał sukcesów w szkole,moje dziecko musi byc najlepsze itd.

        Mnie nauczyło by nie mówić w domu o konkursach plastycznych boby mnie zmusili(niby pomogli zrobić prace,a w trakcie robienia odsuwano mnie od niej) poczucia winy (bo te nagrody czy piątki nie były moje) konfliktów z rówieśnikami (walka rodziców wręcz o te oceny czy nagrody) programowanie (ona byla lepsza niż Ty,rodzic jest zły/smutny(?) i emocja przechodzi na dziecko)
        Ale chyba poczucie winy rodzica- byłam dobra we wszystkim prócz plastyki a oni chcieli perfekcyjne dziecko.

        Pisze olala która od prac odsuwano,a bazgrać i malować lubi i odkryła to na studiach dopiero (;

  • Natalia Kaplita

    Tak, tak, tak!
    Lubię to, zgadzam się w stu procentach, popieram, tak!

  • http://turkusowakropka.com/ Tedi

    Ja się szkołą jeszcze nie przejmuję, bo dużo czasu przed nami. Sama zawsze odrabiałam lekcje bez pomocy. Nie wiem, czy to rodzice tak mną pokierowali, czy sama tak chciałam. Al zawsze w razie problemów mogłam przyjść po pomoc. Z tej też korzystałam, ponieważ w gimnazjum długo chorowałam i przez to narobiło mi się zaległości z matematyki. Nauczycielka oczywiście miała to w nosie.

  • Agama

    Mistrzowsko dopisana ideologia do lenistwa rodzica :-)

    • http://www.lewana.pl lewana

      Nie sądzę.
      Mam najlepszy przykład, że to działa: ja sama. Ze mną nikt nigdy nie odrabiał lekcji i zdecydowanie nie dlatego, że rodzice byli leniwi. Pytano mnie tylko czy je odrobiłam lub czy się nauczyłam, przeczytałam, czy spakowałam sobie plecak. Ewentualnie, jeśli o to prosiłam to rodzice mnie przepytywali, mama poprawiała wypracowanie. Zdarzało mi się dostać banię bo czegoś nie przyniosłam, zdarzały mi się uwagi za brak pracy domowej, zdarzało się również, że życzałam wszystkie możliwe przybory plastyczne od innych dzieci, bo zapomniałam, że będziemy malować bałwany.
      No i co z tego? Ano nic. Całą podstawówkę, gimnazjum, oraz dwie z trzech klas liceum miałam świadectwo z paskiem, skończyłam studia, znalazłam pracę, mieszkam sama. Jestem samodzielna i jest to piękne uczucie. Mam lat 25 i z tego miejsca: dziękuję rodzicom, że nie wcinali się w każdy szlaczek, który miałam do narysowania i każdy zeszyt który powinnam zabrać.

      • Ania

        Ja mam przykład na to, że to chyba jednak zależy od dziecka: ja sama. Mam 24 lata i w czasach podstawówki Mama siadała ze mną do lekcji. Nigdy nie odrabiała ich za mnie, ale przede wszystkim motywowała mnie, odpytywała z przerobionego materiału. Często sprawdzała mi np. zadania z matematyki i gdy widziała jakiś błąd, mówiła „Aniu, zwróć uwagę na ten przykład – czy na pewno jest tu wszystko ok?”. Przede wszystkim, co jest nieocenione, tłumaczyła mi wiele rzeczy, których nauczyciele nie potrafili podać w zrozumiałej formie. Nie uczyła się tego za mnie, ale pomagała mi, abym przyswoiła dany zakres materiału i go ZROZUMIAŁA, a nie tylko wkuła na pamięć. Dzięki rozumieniu, byłam zawsze najlepsza w klasie i mam wrażenie, że również teraz lepiej mi coś zrozumieć. W czerwcu skończę studia, mam dobrą pracę, jestem samodzielna i odpowiedzialna. Mama absolutnie nie zrobiła mi krzywdy. Wręcz przeciwnie – nauczyła, że warto jest rozumieć, niż zakuć – zdać – zapomnieć. Dzięki temu dzisiaj nie obawiałabym się odrabiania lekcji z moimi dziećmi (których jeszcze nie mam ;p), bo raczej nie zagięłyby mnie pytaniem ; ) Pozdrawiam!

        • skrzatka

          O, tak. U mnie było tak samo :)

          • evanka

            Myślę, że to wszystko zależy od tego, w jaki sposób rodzic „odrabia lekcje” z dzieckiem. Bo tu też można wyróżnić różne „typy” rodziców. Jeśli odrabianie lekcji z rodzicem polega na tym, że ten pomaga mu się zorganizować, zwraca uwagę na błędy i „uczy dziecko się uczyć”, to nie mam nic przeciwko temu. Dzięki temu dziecko nadal wie, że to ono musi uporać się z zadaniem, ale otrzymuje praktyczne wskazówki co do tego, jak się uczyć. Aczkolwiek są też rodzice, którzy potrafią tego typu naukę wpleść w tzw. „międzyczasie” i to też jest ok, nie nazwałabym takiego podejścia lenistwem. Ważne, żeby się interesować dzieckiem i wiedzieć, kiedy potrzebuje pomocy, a kiedy powinno poradzić sobie samo.

          • Andżelika

            podzielam wszystko co napisałaś i zgadzam się z tym.Również skończyłam studia,świetnie daję sobie radę w życiu,sama wszystko logistycznie organizuję w życiu rodzinnym i codziennym.Dziękuję mojej mamie,za poświęcony mi czas przy moich szkolnych lekcjach.ONA także nie odrabiała ich za mnie,ale jedynie wskazywała właściwy kierunek rozwiązywania problemu.Zawsze uczestniczyła w moich lekcjach i wspólnie cieszyłyśmy się z moich osiągnięć edukacyjnych :)

        • Karola

          chciałbym mieć taką mamę. Moja kazała nie zawracać sobie głowy. a mnie było potrzebna jej obecność, sprawdzenie, czy na pewno dobrze. Skorzystam z przykładu Tej mamy.

      • Cecylia Kołakowska

        Ojciec chodził tylko na wywiadówki a mama była zadowolona, że radze sobie sama. Cała moja edukacja to wyłącznie moje zaangażowanie.

      • korba

        Jesteś jednym z niewielu wyjątków!!!! Oby dzieci miały to po tobie.

        • http://www.lewana.pl lewana

          Też sobie tego życzę! :) Dzięki.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Agama, nazywanie lenistwem rodzica, który nie pomaga dziecku w lekcjach jest mistrzowsko dopisaną ideologią do nadopiekuńczości rodzica :)

      • Maszka

        Niekoniecznie. Co z nadopiekuńczością ma wspólnego pomoc przy odrabianiu lekcji ? Mistrzowskie niezrozumienie tematu. To nie jest ubieranie, wiązanie butów czy karmienie samodzielnego już dziecka ! Jestem mamą dwojga gimnazjalistów – i jedno i drugie zaczynało odrabianie lekcji razem ze mną. Uczyliśmy się właściwej organizacji pracy, tłumaczyliśmy wspólnie polecenia. Stopniowo dzieci stawały się coraz bardziej samodzielne, ale od początku dostały dobre wsazówki, jak sobie radzić.I do tej pory z każdym problemem mogą się zwrócić. Nie, nie piszę wypracowań (choć mogłabym, bo jestem polonistą), ale tłumaczę, na czym polega dana forma wypowiedzi, staram się nakierować dziecko, jak właściwie zrozumieć temat – bez obaw, samo do tego dochodzi. Wymyślam ćwiczenia pomagające utrwalić daną umiejętność ( to też brak samodzielności ze strony moich dzieci? Może moja nadgorliwość ?). I z przerażeniem patrzę na swoich uczniów, których rodzice pozostawili ich samych sobie z „ich problemem” – jedyne, co potrafią zrobić, to oddać pracę przygotowaną metodą „kopiuj-wklej”. Fakt, nauczeni są „samodzielności”, szkoda tylko,że nie w myśleniu i i właściwym podejściu do rozwiązywania problemów. Ilu uczniów można pozostawić bez kontroli ? Patrząc na moje klasy śmiało mogę powiedzieć, że zaledwie kilku ( na 120 ! ). Nie wszystkie dzieci są takie same. Reszta sobie nie radzi. I nie chodzi tu wcale o oceny – nie radzą sobie z logicznym myśleniem, nie nauczeni są wnioskowania. I najgorsze – nie wiedzą, że mogą poprosić o pomoc. To nie jest oznaka słabości ani braku samodzielności.Na szczęście moje dzieci to wiedzą – ale czy to oznacza, że są niesamodzielne a ja nadgorliwa? Mimo wszystko mam poczucie dobrze wypełnionego rodzicielskiego obowiązku – jestem cały czas tuż obok, pomagam w razie potrzeby, choć nigdy nie rzucam się pierwsza do rozwiązywania każdego problemu. Daję szansę najpierw dziecku. Jeśli samo nie jest w stanie sobie poradzić, pomagam. Od tego jestem. A za to otrzymuję wiele wyrazów wdzięczności od moich naprawdę bardzo samodzielnych dzieci.

        • http://www.nishka.pl/ Nishka

          Maszka, też uczę dzieci umiejętności wnioskowania, logicznego myślenia, kojarzenia faktów itd, ale dzieje się to „równolegle” do lekcji, w innych sytuacjach .Zresztą praktykowalam to od najmłodszych lat, zadając np. 4-latkom śmieszne łamigłówki na skojarzenia, zachęcając je do zapamiętywania i wzbudzając zainteresowanie światem itd.

          Ba, często teraz rozmawiamy o tematach, które dziecko porusza w szkole, wczoraj np.w czasie tradycyjnej polgodzinnej rozmowy przed snem młodsza córka (9 lat) opowiadała mi ciekawostki o Grenlandii, których dowiedziała się na lekcji. Rozmawiałyśmy sobie, wspólnie zastanawiając się, dlaczego istnieje zjawisko nocy polarnej, co czują mieszkańcy tej krainy i jakie to niesamowite, że ludność Grenlandii ma tyle co małe miasto w Polsce. Jednak to się dzieje równolegle, to jakby opowiadanie „co u mnie słychać” i różni się od wspólnego odrabiania lekcji.

          Zresztą, tak jak napisałam w tekście, zdarza się że dziecko prosi mnie o wsparcie podczas „lekcji”, np. traci pomysły na listę punktów które ma opisać w wypracowaniu, wtedy też nakierowuję na odpowiedni tor myślenia. Ale to raczej sytuacja” od święta” niż rytuał.

          • mama

            Swietnie, ale nie wszystkie dzieci sa takie pojetne i ambitne, jak Twoje. Kazde dziecko ma inne zainteresowania, zdolnosci intelektualne i fizyczne, temperament.

        • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

          „Stopniowo dzieci stawały się coraz bardziej samodzielne, ale od początku dostały dobre wsazówki, jak sobie radzić.” Ejmen!

          Ja uczę już trochę starsze dzieci;>, zupełny brak nawyku zadawania pytań i szukania odpowiedzi u kogoś kompetentniejszego jest jeszcze smutniejszy i bardziej dojmujący. Mechanizm jest zawsze taki sam – próbują sami, nie dają rady (na bardzo różnych etapach zadania), zarzucają problem, czekają na koniec zajęć. A ja stoję przed nimi, na wyciągnięcie ręki, tylko po to, żeby rozwiać wątpliwość/zaspokoić ciekawość/wyjaśnić niepewność. Jeśli doczekuję się na koniec semestru, jestem z siebie zadowolona.

        • Ja

          Maszka zgadzam się z Tobą i robię bardzo podobnie :)

        • ajla

          Zgadzam sie Maszka z Toba:)! Alicja /zainteresowania w kregu edukacji domowej/

        • katarinavit

          Zgadzam sie z kazdym slowem, jakie pani napisala!

        • Nie_polonistka_zwykła_mama

          chyba nie mogłaby Pani pisać wypracowań, bo sama Pani nie wie kim jest :) mężczyzną czy kobietą? Oczywiście moja złośliwość – polonistą? A to wstyd napisać „polonistką”? Jak na osobę o takim wykształceniu bardzo mało wie Pani o kształceniu dzieci,( nie miała Pani takich przedmiotów jak m.in pedagogika? Jaką szkołę Pani ukończyła ?) łatwo poddaje się Pani modom, co więcej, Pani język pisany odbiega od takiego jakiego moglibyśmy się spodziewać od „polonisty” tudzież „polonistki” . Wracając do meritum – KAŻDE dziecko jest inne. KAŻDE wymaga czegoś innego. Jedne potrzebują wsparcia, inne nie. Ja w ogóle nie rozumiem całego szumu wokół tej „sprawy”, każdy i tak zrobi po swojemu i Pani pisanina niewiele zmieni. Jednak o czymś trzeba pisać, jak już ma się bloga :) Szanuję to, chociaż nie rozumiem. Pozdrawiam i powodzenia życzę

          • Maszka

            Trochę głupawy i dziecinny komentarz. Na dodatek złośliwość na poziomie gimnazjalisty. Dobrze wiem, kim jestem, mam również świadomość dobrego przygotowania do zawodu i niewiele obchodzą mnie opinie kogoś. kto, nie mając pojęcia, kim jestem i jakie mam osiągnięcia w pracy, próbuje mnie oceniać. „Poddaję się modom ” – to dopiero kuriozum językowe … Dobrze byłoby najpierw podszlifować język, a potem pouczać, zaczynać zdanie od wielkiej litery, pilnować interpunkcji. Jaką szkołę Pani kończyła? Nie było takich przedmiotów jak język polski ? Komicznie wygląda wytykanie innym błędów, skoro samemu się je popełnia…
            Tak jak każda inna osoba wyraziłam swoją opinię. Nikogo nie obrażam, ani na nikogo nie napadam tylko dlatego, że myśli inaczej. Szanuję również Pani opinię, choć nie rozumiem – co mi chce Pani udowodnić? Pani komentarz świadczy wyłącznie o dziecinnej złośliwości i kompleksach, które stara się Pani leczyć atakując innych (na poprawę samopoczucia radzę poleżeć na skórzanej kozetce u specjalisty). Sądząc po Pani podejściu – niestety, muszę przyznać Pani rację – moja „pisanina” nic nie zmieni. Widać to świetnie po Pani wypowiedzi. tylko co ona, oprócz zwykłego jadu i głupawej złośliwości, wnosi ?

          • Kasia

            Nie chciałabym aby moje dziecko natknęło się na podobną Pani polonistkę, która najprawdopodobniej nie zauważy co udało mu się osiągnąć ale nie omieszka wytknąć mu wszelkich braków ośmieszając przy całej klasie :(
            Rozsądniej byłoby przemilczeć krytykę.zwykłej mamy.

          • przybysz_przypadkowy

            A po co bylo pisac ten komentarz? Nic on nie zmienia i nic nie wnosi do tematu a czas zajol zeby go przejzec. Z drugiej strony jednak oznacza zainteresowanie blogiem i o tym co sie w nim pisze wiec tworzy ruch na stronie co przeklada sie na to ze wiecej ludzi bedzie moglo doczytac artykol.

        • mama

          Bardzo sluszna opinia. Popieram.

      • greg

        Dam Ci na jeden tydzień mojego małego syna. Szybko zmienisz zdanie :)))))))

        • Mama

          ja moich też oddam , to faktycznie ręczę że panie zmienią zdanie i to szybciutko. Jestem nauczycielem i mam 2 synów i miałam serdecznie dość przesiadywania z nimi godzinami nad lekcjami i w weekendy a naprawdę nie jestem nadopiekuńcza..
          Tym niemniej powyższa mama ma dwie córki i to z pewnością uzdolnione więc może sobie pozwolić na takie opinie, co innego rodzice mający synów – 80 procent nich ma naprawdę w nosie wiedzę jako taką wierzajcie mi!!!!!!

          • Monika

            zgadzam się w 100% :-)

          • http://pragmatycznyprzemek.pl/ Pragmatyczny Przemek

            Może to wina systemu edukacji który nie potrafi zainteresować dzieci by chciały się uczyć.

          • korba

            Może rodziców, którzy nie potrafią dziecka zmotywować?

          • Ewelina

            Cały wór czynników na to wlywa z osobowością, temperamentem dziecka włącznie, których niestety nie da się przebudować.

          • Maga

            Coś w tym jest ? Dlaczego ja pod koniec klasy trzeciej Pani wychowawczyni pisze to mnie: proszę żeby dziecko przyniosło klej, nozyczki itp ? Kiedy dziecko ma sie nauczyć ci należy do jego obowiązków ? Jakieś było zdziwienie Pani kiedy poprosiłam aby nie pisała do mnie o takich rzeczach , bo to jest w obowiązkach syna . Wszystko leży w szugladzie ale ja NIE MOGĘ pakować dziesieciolatka do szkoły !!!! Powiedziałam ze moze być za to nawet jedynka !

          • Ewelina

            A to na pewno też:) Ale nie jedynie.

          • Ewelina

            Wszystkio da się z dzieckiem przepracować tylko trzeba dostosowanej do niego metody. Takie komentarze często wzbudzają kontrowersje wśród mam i nauczycieli, ale zarówno teoria jak i praktyka je potwierdzają.

        • szecherezada2412

          ja swoich dwóch rónież! uwielbiam te madrale, które maja „tzw Ideały”…

      • kasia

        po co chodzic do szkoly mozna dziecku kazac samemu czytac i sie uczyc, a moze nauczyciele rowniez nie powinni nic tlumaczyc tylko zadac material i wyjsc z klasy……

      • Ewelina

        To prawda.

    • monika

      Nie mam dzieci jednak widze po sobie. Ze mna rowniez rodzice nigdy nie siedzieli przy pdrabianiu lekcji, pewnie wysluchali wiersza itd jednak na wszystko musiala zawsze sama wyszukac rozwiazanie i nie sadze aby mnie tym skrzywdzili, wrecz przeciwnie.Wyprowadzilam sie w wieku 18 lat, studiowalam w UK i teraz radze sobie swietnie i tylko z mezem czekamy na dzidziusia aby rowniez go uczyc odpowiedzialnosci i samodzielnosci od najmlodszych lat. Znam pare osob co mialy rodzicow chodzacych za nimi jak cien i teraz podejzewam jest im po prostu za wygodnie aby znalesc prace czy sie od nich wyprowadzic.

    • sylamos

      Dziecko musi nauczyć się odpowiedzialności w końcu i to w pierwszych latach w podstawówce. W innym wypadku wyrośnie na niezorganizowanego i nieodpowiedzialnego za siebie młodego człowieka, co niestety będzie pokutować. Ja też staram się minimalizować ingerencję mojego syna w jego lekcje. Sam ma je odrabiać. Nie zawsze je sprawdzam. W razie potrzeby służę pomocą. Ale ma się sam nauczyć co należy do jego obowiązków i je wypełniać. Fajny artykuł- bo mnie podbudował na duchu. Do tej pory wszyscy mnie pouczali, że nie interesuję się jego edukacją.

  • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

    Nie zgadzam się kompletnie, chociaż zgadzam się totalnie:) Zgadzam się, że rodzice, którzy odrabiają za dzieci lekcje robią krzywdę głównie sobie – złe ziele szybko rośnie. Widziałam wystarczająco wiele takich koszmarnie uwikłanych tandemów, żeby się o tym przekonać, nawet gdyby sam z siebie nie był o tym przekonany mój własny zdrowy rozsądek. Ale uważam, że dziecko WE WCZESNEJ PODSTAWÓWCE jest za małe, żeby samo „uczyło się ponoszenia konsekwencji za swoje działania”. Wszystko, jak zwykle, zależy od osobnika. Czasem ma się szczęście, rozgarnięte dziecko i krzywda się nie dzieje, czasem siedmio-, ośmiolatek po prostu na starcie się zniechęci, bo mu nie wychodzi, bo nie usłyszał, bo jakoś na opak zrozumiał, bo znowu zapomniał i nie mógł zrobić – i już mu to zbeznadziejnienie zostaje. A wystarczyłoby, żeby ktoś mu sprawdził JUŻ ZROBIONĄ pracę domową. Po drugie, szkoła buduje nowe na starym: jak na odpowiednim etapie nie zrozumie dodawania, to nie doda ułamków, jak nie będzie dobrze mnożył, to mu sprowadzanie do wspólnego mianownika nie wyjdzie… Mnie by było po prostu szkoda czasu, dziecka czasu na życie w sensie. Bo wiem, że czasem wystarczy jedno inaczej sformułowane zdanie i problem staje się jasny. Nie mam zamiaru ukrywać przed dziećmi mojej wiedzy tajemnej, nie czerpałabym satysfakcji z tego, że męczą się całe popołudnie nad czymś, o czym wiem, że jestem im w stanie wytłumaczyć w dwie minuty.

    Rozbrajają mnie wyznania w stylu „mnie rodzice nie pomagali w lekcjach i żyję”. Świetnie, good for you. Ci, którym rodzice nie pomagali i na zdrowie im nie wyszło, raczej się tu nie podpiszą. A że są i tacy, wiem z doświadczenia.

    Odkąd nauczyłam się czytać, kiedy pytałam rodziców, co znaczy dane słowo, słyszałam zawsze „poszukaj sobie w słowniku”. To była jedna z kilku najdurniejszych fraz mojego dzieciństwa. Miała mnie nauczyć samodzielności i nie chodzenia na skróty właśnie. Nauczyła, czego absolutnie nie mówić własnym dzieciom;>

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Naprawdę uważasz, że „WE WCZESNEJ PODSTAWÓWCE jest za małe, żeby samo „uczyło się ponoszenia konsekwencji za swoje działania”.”? Moim zdaniem rozumieją już to nawet 4-latki. Jak będziesz tak skakał to wylejesz zupę na swoje ulubione spodnie. Widzisz? Wylałeś i nie możesz iść w nich do przedszkola.. To jest właśnie nauczanie konsekwencji.

      Nie chodzi mi o to, żeby zostawiać dzieci same sobie. Rodzic jest od tego, żeby czuwać, uczyć zasad, wspierać, ale nie wyręczać i nie „krążyć” nad dzieckiem. Mnie dzieci bardzo często o coś pytają, o znaczenie słów,albo dlaczego Putin tak się zachowuje i o co chodzi w konflikcie z Ukrainą albo co to znaczy „grupa społeczna”, które to określenie pada np. w wiadomościach. I wtedy wyjaśniam im to! Ja dziś napisałam wyłącznie o sytuacji zasiadania z dzieckiem do lekcji szkolnych :)

      • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

        Konsekwencja konsekwencji nierówna, nie wierzę, że tego nie czujesz. Nie każesz dziecku w tych poplamionych spodniach iść do przedszkola, zmieniasz je na czyste. Jeśli dziecko zawali pierwszą klasówkę i wyciągnie wnioski, to luz. Jeśli zawali i drugą, bo ma w końcu lat siedem, a nie siedemdziesiąt, i może potrzebować więcej czasu, albo akurat Wojtek mówił coś szalenie zajmującego, to na trzeciej może już mieć braki, ze starego materiału, nie nowego. Nie wierzę, żeby Pierwszy czegokolwiek kiedykolwiek zapomniał – bo taki jest. Ale znam dziecko, które ma po prostu inny charakter – i jemu bym przeglądała plecak w pierwszej klasie, bo wiem, że zapominałby częściej niż statystycznie i częściej niż mu się należy wychodziłby na głupka. A to nikomu na dobre nie wychodzi.

        Nigdzie nie pisałam o wyręczaniu dziecka. Uważam tylko, że nie mam nic złego w kontinuum, w stopniowości – między pierwszym dniem w szkole a dniem, w którym sprawdzanie zeszytów staje się nie tylko niewychowawcze, ale okazuje się naruszeniem prywatności, jest wieeeele dni pośrednich.

        Nadal uważam, że my w gruncie rzeczy się zgadzamy:)

        • http://www.nishka.pl/ Nishka

          Też myślę, że się zgadzamy :) Podam Ci przykład: moja 14-letnia córka jest b. choatyczna i roztargniona i co wtorek gdy ma basen prosi mnie rano:
          – Mamo, wymień proszę rzeczy, które są mi na basenie potrzebne, a ja będę mówić, czy to spakowałam, ok?!
          – Ok. Ręcznik.
          – Mam.
          – Strój.
          – Mam.
          – Czepek
          – Mam.
          – Klapki
          – Mam.

          I tak jest co tydzień :) Kluczem jest to, że SAMA dba o to żeby to spakować, sama prosi mnie, bym jej powymieniała te rzeczy, bo czuję się odpowiedzialna za to, to JEJ sprawa. Jak nie weźmie stroju to nie będzie mogła pływac. Ja oczywiście jestem wsparciem, pewnie że tak. Ale to JEJ sprawa. NIE pakuję jej, nie przypominam, żeby się spakowała itd.

          • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

            I widzisz, mnie by czternastolatka nieumiejąca spakować się na basen całkowicie samodzielnie (bez takiej wyliczanki) wkurzała, ale to dowodzi wyłącznie tego, że trzeba przykrajać model wychowania do dziecka, a nie dziecko do modelu wychowania. I tego mi właśnie w tekście zabrakło, po prostu :) Pozdrawiam :)

          • http://www.nishka.pl/ Nishka

            „czternastolatka nieumiejąca spakować się na basen” – otóż nie masz racji, bo ona UMIE się spakowac na basen i robi to.
            Większośc rodziców w tej sytuacji – Ty być może też, czując wkurzenie wzięłabyś ten plecak i sama go spakowała, co? :)
            A chodzi o to, żeby tego nie robić. I o tym był mój tekst. I ja bym jednak nic w nim nie zmieniła :)

          • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

            Mam nadzieję, że nic byś nie zmieniła, to twój blog, twoje zabawki:) Tekst jest jednak dość, ja wiem, wąski (?) i jako taki wzbudza większą dyskusję niż powinien, bo co do meritum niezaprzeczalnie masz rację.

            Nie. Ja bym NICZEGO nie pakowała czternastolatce, bo w ogóle to jest pi razy oko wiek, kiedy moim zdaniem należy w ogóle przestać dotykać rzeczy dziecka, bo już nie jest dzieckiem;>

          • http://www.nishka.pl/ Nishka

            I ja tez nie pakuję:) ani nie pakowałam jej gdy miała 7 lat, mimo że była równie roztargniona, a to wielu rodziców uznałoby za wystarczająct powód, by pakować :)

          • Ewka Niefka

            Ja mojego chaotycznego dziecka nie pakowałam nigdy, ale przegląd czy wszystko jest i wieczne „weź blok!” przy wyjściu było praktykowane wiele lat. Parę razy pozwoliłam mu zapomnieć plecaka, stroju, kluczy, wyjść w ciapach itd. Teraz (ma 14 lat) nie przypominam o niczym do szkoły. Nauczył się na błędach i na przypominaniu. Gdybym robiła listę na basen – padłby ze śmiechu. Jeśli czegoś nie weźmie – potrafi to pożyczyć, polecieć do domu, dokupić, poprosić o pomoc, albo w inny sposób samodzielnie wybrnąć z problemu. Jeszcze pytam przed wyjazdami na wakacje i ferie (jest śpiwór? menażka? latarka? baterie?…) – ewentualne konsekwencje zapomnienia sztormiaka będą uciążliwe dla mnie… Ale pytanie wywołuje oburzone „mamo!” i… dawno nic nie zapomniał. Wniosek – może pomaganie jednak pozwala na wykształcenie dobrych nawyków?
            I – tak przez ciekawość – pozwoliłabyś zapomnieć na obóz śpiwora? Paszportu na wycieczkę zagraniczną? Leku na astmę? Bo konsekwencje mają swoje granice. Po to sprawdzam czego nie wziął, nie nauczył się lub zrobił źle, żeby ocenić, czy konsekwencja jest do udźwignięcia. Granice się przesuwają, a uczenie ich dziecka wymaga orientacji w lekcjach, sprawdzianach, basenach itd. Granice przesuwa się coraz dalej i dalej – aż do zupełnej samodzielności. Moim zdaniem niepomaganie musi być zdrowe, a konsekwencja „zapomnienia” nie dotykać mnie, tylko dziecka.

          • http://kropkagalopka.blogspot.com/ KROPKAgalopka

            Nishka, dla roztargnionych polecam listy nad biurkiem. Na przykład „Lista rzeczy na basen”… i nikt nie będzie Ciebie wołał, kiedy będzie się zbliżała godzina wyjścia na basen. A córa będzie dumna, że bez Twojej pomocy się spakowała, a TY będziesz mogła ja pochawlić i być z niej również dumna. Polecam listy, kartki przypominacze – to wspaniała rzecz, nie tylko dla roztargnionych dzieci, ale też mężów 😉

          • Klaudyna

            Mam 25 lat , za każdym razem jak wyjeżdżam nawet z mężem i dzieckiem dzwonie do mojej mamy i pytam czy wszystko mam, żeby mi mówiła co najpotrzebniejsze, czasem nie chce mi się panować nad wszystkim idealnie 😀
            Co więcej moja mama była tego wyznania co Ty, że to moja szkoła, moje obowiązki i wykształcenie
            tata był przeciwny zamęczał mnie kontrolą nad jego konikiem HISTORIĄ , do dziś mam traumę.
            Zawsze mi gorzej szła ta historia, bo zawsze jakiś stres miałam z tego powodu a mnie stres jakoś nie potrafił zmotywować.
            Obecnie bez pomocy mamy i po buncie wobec taty gdzie jako 16 latka powiedziałam że jak jeszcze raz mi popatrzy jaki materiał przerabiamy w szkole to na złość będę mieć poprawkę otwieram przewód doktorski z zarządzania! Brawo Ty ! Mojego syna nie będę w ogóle kontrolować przy zadaniach, człowiek dochodzi w wieku 5 lat do tego że w ukochanej sukience nie można szaleć na rowerze :)
            Buziaki!

      • http://kropkagalopka.blogspot.com/ KROPKAgalopka

        Owszem,dziecko uczy się ponoszenia konsekwencji za swoje działania, ale wtedy jak te konsekwencje poczuje, te konsekwencje muszą na nim zrobić wrażenie. Są dzieci, dla których argument”bo nie będziesz tego umiał”, „bo dostaniesz 1” nie działa, więc nie poczuje,konsekwencji, że się nie nauczył. Dla takich dzieci musi być wsparcie ze strony rodziców, bo oni wiedzą, na czym dziecku zależy. Jeszcze raz to napiszę, choć podkreślałam to w swoim tekscie na blogu. Naszym dzieciom potrzebne jest nasze wsparcie, nasze zainteresowanie. Mało które dziecko w wieku szkoły podstawowej uczy się dla siebie, bo chce znaleźć dobrą pracę i osiagnąć swój wymarzony zawód (bzdura-to jest nasz świat, świat dorosłych). Prawda jest taka, że dzieci uczą się dla swoich rodziców, więc warto by było zerknąć do zeszytu, pochwalić za ładnie prowadzony zeszyt, odpytać, rozwinąć temat.

        • http://www.nishka.pl/ Nishka

          Oczywiście zgadzam się: dzieci potrzebują naszego wsparcia i zainteresowania :)
          Nie zgodzę się jednak z fragmentem: ” Prawda jest taka, że dzieci uczą się dla swoich rodziców, więc warto by było zerknąć do zeszytu, pochwalić za ładnie prowadzony zeszyt, odpytać, rozwinąć temat.”
          Otóż tu moim zdaniem tkwi błąd. Dzieci powinny uczyć się dla SIEBIE czyli mieć motywację wewnętrzną, a nie dla rodziców.

          • http://kropkagalopka.blogspot.com/ KROPKAgalopka

            Wyjęłaś z kontekstu, wcześniej napisałam „Mało które dziecko w wieku szkoły podstawowej uczy się dla siebie (…)” Nishka rozumiem, że chciałaś w swoim wpisie ,…i tu cytuję swój wpis,bo nie mam ochoty sie powtarzać:

            „Domyślam się, że chodziło autorce o zaapelowanie do rodziców
            nadgorliwych, którzy piszą za dzieci wypracowania, odrabiają lekcje, czy
            wykonują prace plastyczne, po trochu czują się jak ten uczeń w ławce, a zła
            ocena dziecka powoduje palpitację serca 😉 Do tego nie daj Boże, wypadło
            gorzej niż dziecko koleżanki z pracy bądź sąsiadki – to już dramat.
            Tacy rodzice to nasza zmora ( nauczycieli, choć myślę, że też rodziców). ”

            I zgadzam się z tym, ale niestety jest wiele dzieci, które nie są w stanie funkcjonować poprawnie według Twojej teorii samodzielności, i temu się sprzeciwiam. Niech rodzice mądrze wspierali swoje dzieci, jedni potrzebują tego więcej, inni tak jak napisałaś, jedynie przypomnieniem, przed wzięcia do ręki tabletu, czy odrobili lekcję ( choć jakbyś była kosekwneta w swoich słowach nam przedstawionych, to tak naprawdę nie powinno to Ciebie ochodzić 😉 ), naprawdę bardzo dużo dzieci jest zaburzonych w naszych szybkim tempie życia, a jeszcze teraz 6- latki w pierwszej klasie.Szczególnie dzieci w 1-3 trzeba brac pod lupę, by nauka i szkoła nie stała się dla nich koszmarem, bo potem jeszcze gimnazjum, pewnie liceum…przerąbane:)
            Pozdrawiam.

    • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

      Wiesz, jest różnica między wytłumaczeniem dziecku zadania, którego nie rozumie, a odrabianiem za dziecko lekcji. Tak jak napisałam poniżej, ja dostałam książeczkę do uzupełnienia – jego podręcznik – nie odrabiałam za niego, czytałam tylko polecenia.
      Moje dziecko ma problem z małą motoryką. Strzela takie kulfony, że jest na dobrej drodze do perfekcyjnego opanowania pisma lekarskiego, ale jak mu pokazałam, jak nie wyjeżdżać poza linię to zakumał. 😉
      W każdym razie to co Ty piszesz to owszem, jest potrzebne, bo nie kazde dziecko da sobie radę samo, ale z drugiej strony jeżeli rodzic będzie ZA DZIECKO odrabiać zadania, to niczego dziecka nie nauczy. Wręcz przeciwnie.

      • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

        No przecież specjalnie jest w pierwszych zdaniach! O tu: „Zgadzam się, że rodzice, którzy odrabiają za dzieci lekcje robią krzywdę głównie sobie. Widziałam wystarczająco wiele takich koszmarnie uwikłanych tandemów, żeby się o tym przekonać, nawet gdyby sam z siebie nie był o tym przekonany mój własny zdrowy rozsądek.”. Nigdy w życiu nie odrobiłabym lekcji ZA dziecko!

        Protestuję tylko przeciwko tradycyjnej silnej polaryzacji – albo godzinami ślęczysz i wypełniasz szlaczki i jesteś rodzicem helikopterem, albo „nie odrabiam z dzieckiem lekcji”. W ogóle, wcale, nigdy. Jakby kuźwa nigdy nigdzie w parentingu nie można było iść środkiem, choć w rodzicielstwie przecież wszyscy idą;P

        • http://www.matkaprezesa.pl/ Noemi Skotarczak

          ,,dodałabym jeszcze, że najwyraźniej inteligentne, w czym mniejsza jej zasługa” – wiesz. Moim zdaniem jest w tym coś innego.
          ,,Czym skorupka nasiąknie za młodu …”.
          Jeżeli rodzic nie będzie dziecku czytał książek – dziecko nie będzie lubiło książek.
          Jeżeli rodzic nie pokaże dziecku łamigłówek – dziecko nie nauczy się ich rozwiązywać.
          Jeżeli rodzic nie nauczy dziecka myślenia – dziecko nie będzie myśleć.

          My, rodzice wychowujący obecne pokolenie, jesteśmy na najlepszej drodze do wychowania bezmózgich typów. Żadne tablety i inne cuda techniki nie są w stanie zastąpić alternatyw z których my korzystaliśmy, czy nasi dziadkowie.
          Widać to w tematach o 6 latkach w szkołach. Moje dziecko jest za małe, moje dziecko nie potrafi się samo ubrać/uczyć/rozwiazywać prostych zasad matematycznych [na palcach].
          O rodzicach, którzy ćwiczą z dzieckiem np. szlaczki w domu, też rzadko się słyszy.
          Byłam ostatnio na zebraniu odnośnie 6 latków w przedszkolu i byłam jedną matką, która powiedziała, że jej dziecko idzie do szkoły od września. Inni rodzice podawali sobie nawet namiary na płatne poradnie w których za opłatą dostanie się orzeczenie, bo ,,na dziecko zawsze się coś znajdzie”.

          Inteligencja nie jest tylko wrodzona, ale nabyta. :) Trzeba ją szlifować.

          • http://takasobiematka.wordpress.com/ TakaSobieMatka

            Jasne, to wszystko jest oczywiste; chodziło mi tylko o to, że inteligencja mimo wszystko mniej niż ambicja i odpowiedzialność zależy od wychowania.

            I o to szlifowanie mi chodzi. Mniej skorzysta na nim dziecko hiperbłyskotliwe niż przeciętne, ale każde skorzysta.

          • monik

            Teoretycznie brzmi bardzo pięknie i rozsądnie. ale rzeczywistosc, jak to często się zdarza, ma się nijak do teorii.
            Naszym synom czytaliśmy bardzo duzo, od małego. Nawet do tej pory lubią jak im sie czyta. Ale sami nie bardzo zapałali miłością do czytania. zaczęli mnóstwo książek, ale mało którą skończyli :( Właściwie to chyba tylko lektury doczytali do końca, bo musieli.
            Pewnie teraz mi powiecie, że to dlatego, ze im czytamy 😉

          • Ewelina

            Wszystko zależy od dziecka. Mi i mojej siostrze mama czytała tyle samo, ja pochłaniam kolejne książki, a ona czytanie ma gdzieś. I cóż. Czytanie jest ok i należy dzieciom czytać, ale to nie przesądza o tym, że czytanie w przyszłości będzie dla nich atrakcyjne.

    • http://www.adorosa.pl/ Adorosa

      Hahahah 😀 Też byłam dręczona frazą „tam jest słownik, masz dwie rączki, poszukaj” :D.

  • Patrycja

    Ja tez nie odrabiam za dziecko lekcji, ale zdarza sie, ze dziecko mi mowi, ze nie rozumie polecenia. Wtedy tlumacze. Zdarza sie, ze dorosli maja klopot z ustaleniem, co autor mial na mysli w tych nowych ministerialnych podrecznikach.
    Z drugiej strony – znam rodzicow, ktorych dzieci maja gdzies oceny, nie chodza do szkoly, prace domowe dla nich nie istnieja. I wtedy to nie sprawa dziecka, ale wlasnie rodzica. To rodzic jest informowany, wzywany, zapewne po to, zeby cos z tym zrobil… A rodzic bywa bezsilny. Nie zbije, nie zaciagnie sila, nie upilnuje, tak to jest liczyc na rozsadek dziecka. Nie wszystkie dzieci sa takie same. Nie wszystkie beda czytac lektury, bo rodzic tak chce i w szkole tak kaza.
    Twoje corki sa ambitne i odpowiedzialne. Naleza sie gratulacje rodzicom i pochwaly corkom. :)
    Pozdrowienia.

  • http://matkatylkojedna.pl/ Joanna Jaskółka

    Nigdy nie lubiłam, jak rodzice wcinali mi się w moje lekcje. Zawsze istniała obawa, że nauczą się czegoś nowego…

  • Joanna Krzak

    Ania, znaczy moja córka jest w pierwszej klasie i na początku odrabiałam z nią lekcje. Znaczy byłam przy niej, bo jeszcze nie potrafiła sobie przeczytać poleceń. Byłam jej potrzebna. Ale teraz gdy sobie umie przeczytać, to już tego nie muszę. A nawet ja czegoś nie przeczyta, bo jest dość mocno zawiłe to potrafi sobie wywnioskować z obrazków, co by tam trzeba. Dziwi mnie czasem jak rodzice dzieci z klasy Ani mówią, że tyle zadane i tyle musieli siedzieć z dzieckiem….spuszczam głowę i pytam Ani w domu czy na stówkę wszystko odrobiła, bo ponoć dużo było a ona pół godzinki i wszystko zrobione. Okazuje się , że tyle ile było to zrobiła i nie siedziała nad tym 3h. Na początku trochę robiłam jednak wywiad wśród rodziców skąd mogą te różnice wynikać i Ci którzy odrabiają z dzieckiem lekcje poświęcają na to więcej czasu, bo mówią np: że trzeba to poprawić, że trzeba tamto ładniej napisać, że coś tam , że coś tam….a ja wychodzę z założenia, że Ania ma robic to po swojemu, bo to jej praca domowa i to ona uczy się a nie ja. Ja to takie szlaczki trzaskam piękne, że już uczyć się nie muszę. I jeszcze jedno – będzie szpan – 😀 – Ania sama wie, że jak przychodzi ze szkoły to jest najlepszy czas na odrobienie lekcji, bo jeszcze jej braci nie ma w domu, bo są w przedszkolu chwilę dłużej i sama idzie odrabiać lekcję, żeby potem już mieć czas na zabawę z nimi i robi to błyskawicznie, tak żeby ‚mieć z głowy’…..aaaa i jeszcze jedno, bo u nas sporo rodziców narzeka, że za dużo zadane, że dzieci się nudzą…mnie osobiście jakoś to nie pasuje, bo to są fajne w sumie zadania. To jest pierwsza klasa podstawówki przecież. No i była taki moment kiedy Ania mówiła, że nie chce jej się odbrabiać, że to nudne, że bez sensu…..lekko mnie to zdziwiło, bo takie same zadania chętnie robiła wcześniej , nie jako pracę domową zadaną w szkole, ale po prostu takie zadania w książeczkach, które można dziecku kupić w kazdym kiosku….no i tak sobie to wyjaśniłyśmy, że przecież to lubiła, itd itp. I od tamtej pory nie ma smędzenia. Ale przyznała się , że koleżanka w klasie mowiła, zę tego tak dużo i bez sensu są prace domowe. Co myślisz o pracach domowych jako takich?? Przecież to jest ważne według mnie żeby taka praca była, bo w szkole nie da się wszystkiego super przyswoić z różnych względów. aaaaaaa i znam jeden przypadek , a nawet dwa, bo chodzi o rodzeństwo…mama za nich odrabiała, bo niby sobie nie radzili ….no i tak im pomogła, że jeden ledwo zdał maturę, a dziewczyna nawet nie zbliżyła się do jej zdania. A dziś w głowie tak samo pusto i serio nie pomogła im w ten sposób mama, więc szczerzę radzę, zeby rodzice pozwolili się dzieciom uczyć samodzielnie i używać ich własnych mózgów, bo przecież je mają. :)

  • http://www.lipcowo.pl/ Martyna Lipiec

    Mi jakoś rodzice nigdy nie pomagali w lekcjach. Nie wiem, to wyszło bardzo naturalnie i nie czuję się przez to pokrzywdzona. Wręcz przeciwnie. Miałam świadomość tego, że nauka to jest mój obowiązek, ewentualnie mogę o coś zapytać rodziców. Co w zasadzie robiłam bardzo rzadko, bo nie czułam potrzeby. I jestem bardzo wdzięczna rodzicom, że mnie nie rozleniwili, a mimo to czułam zawsze ich wsparcie. :3

  • Nerdy Cookin

    Jakie lenistwo? Wg mnie trzeba wytrwałości i silnej woli żeby nie ulec dziecku w tych kwestiach. Brawo Natalia. Dałaś mi do myślenia:D

  • http://porzuc-te-lekture.blogspot.com/ PaniBiszu

    Chyba nie ma reguły :) Lub regułą jest złoty środek! Ze mną rodzice w podstawówce czasem rozwiązywali zadania a czasem nie. Generalnie miałam zrobić je sama, ale gdy czegoś nie wiedziałam – od razu mogłam zapytać rodziców i prawie zawsze mogłam liczyć na pomoc (chyba, że byli zajęci czymś na prawdę ważnym). Ile fajnych wspomnień mam teraz z tamtych czasów – rodzice, odpowiadając na moje pytania, tłumaczyli wszystko nieraz dużo lepiej niż Pani nauczycielka. Bardzo często okazywało się, że jedno proste zagadnienie rozpoczynało długą dyskusję o lekturze, o historii, o matematyce.. Świat od razu stawał się ciekawy i pełen interesujących spraw. Na samą myśl o tamtych czasach mam uśmiech na twarzy.
    Mam nadzieję, że moje dzieci też będą szukać tych informacji u mnie, broń Boże w internecie!

    • weri

      zgadzam się w pełni.

  • Elżbieta

    W zasadzie po co chodzić na zebrania, przecież nauczyciel ma obowiązek powiadomić Rodzica o ewentualnych zagrożeniach z przedmiotów. Rodzice o tym wiedzą i niektórzy bardzo to egzekwują. Miałam wychowawstwo u takich gimnazjalistów, których rodzice nie czuwają, nie mylić z odrabianiem lekcji za dzieci. Młodzież wagarowała, 1/3 została na drugi rok, jedna z uczennic przez 3 lata urodziła dwoje dzieci. Można sobie było dzwonić do rodziców, nie odbierali. Kiedy poszłam po wywiadówce do jednej z mam, powiedziała, że jej serial przerwałam oglądać. Robiłam co mogłam, pomagały pedagog, psycholog szkolny.Jak nie ma współpracy i zaangażowania rodziców, na etapie gimnazjum to nie wiele da się zrobić. Dzieci mają sądownie przyznanych kuratorów, trafiają do ośrodków wychowawczych. Zmieniłam miejsce pracy na normalne gimnazjum, gdzie rodzice pilnują dzieci. Jest dialog, jest współpraca. Nawet bardzo słabi uczniowie zdają. I moja nerwica po 32 latach pracy w szkole mniej dokucza.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Elżbieta, dobrze że o tym napisałaś. Bo rzeczywiście można z mojego tekstu wyciągnąć myśl, że rodzic w ogóle nie powinien wtrącać się w sprawy szkolne dzieci. A ja miałam na myśli wyłącznie obowiązki związane z pracą domową i „pakowaniem plecaka”. Ja zawsze chodzę na wywiadówki, traktuję bardzo poważnie telefony wychowawczyń, które co jakiś czas wykonują do mnie i zawsze interweniuję, działam, rozmawiam i z jedną i z drugą stroną. Kilka dni temu po wywiadwóce było spotkanie w sprawie cyberprzemocy i zagrożeń związanych z internetem i z klasy córki byłam jedynym rodzicem, który na to spotkanie poszedł, ZADEN rodzic się nie tym nie zainteresował, a w klasie, tak jak i każdym współczesnym gimnazjum problem istnieje.

  • Tianzi

    Co się dzieje z tym światem… Mam wrażenie, że piętnaście lat temu w ogóle nie istniało coś takiego jak ‚odrabianie z dzieckiem lekcji’ (no chyba, że w jakiejś naprawdę krytycznej sytuacji), a efekty edukacji nie wyglądały na gorsze.

    • anna

      15 lat temu nikt nie pisał na forum, więc nie wiesz jak było.

      • Tianzi

        15 lat temu chodziłam do szkoły.

  • http://www.prezentujeprezenty.pl/ Asia Prezentuje Prezenty

    Jak wspominam swoje czasy szkolne to był tylko jeden przedmiot, w którym moja Mama mi pomagała i był to znienawidzony przeze mnie, a w mojej szkole niestety jeszcze obowiązkowy język rosyjski. Przy czym i tu pomoc była raczej ograniczona do sprawdzania tego co pisałam, bo bukwy to była dla mnie czarna magia. I kiedy z Panem M. słyszymy jak to wszyscy odrabiają dziś lekce z dziećmi to zastanawiamy się jak to się stało… i mamy mocne postanowienie trzymać się Twojej strategii w tym zakresie – czas zweryfikuje postanowienie za kilka lat :)

  • http://gburrek.pl/ Gburrek

    Ja padłam kiedy od znajomej nauczycielki najmłodszych klas usłyszałam, że ma do wykonania jeszcze kilka prac plastycznych na konkurs. Tak, tak, panie nauczycielki wykonywały je w domach zamiast dzieci, żeby efekt był lepszy i szansa na wygraną z innymi szkołami większa. Świat staje na głowie!

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Szok!

    • Danka

      Koleżanka mi opowiadała jak jej siostra w prywatnym przedszkolu każdą pracę plastyczną którą wykonywały dzieci, musiała pokazywać do kamery dyrektorce 😀 Jeśli coś było nie tak, dyrekcja dzwoniła i mówiła co ma poprawić i dopiero mogła wywieszać prace na tablice.

  • Pingback: Boledzam | JAGATA()

  • MartaTa

    Moi rodzice nie pomagali mi w lekcjach i uważam, że to najlepsze co mogli zrobić. Jeśli czegoś nie rozumiałam i prosiłam o wytłumaczenie – pomagali, ale niezwykle rzadko, bo od zawsze lubiłam sama sobie radzić :) Moja siostra na początku próbowała mi pomagać (wyprowadziła się, jak byłam w 6 klasie podstawówki) i wykorzystywałam to, czekałam aż powie, że za mnie zrobi, bo traci cierpliwość 😀

  • http://lepszawersjasiebie.pl/ Igor Mróz

    Słusznie.

    Choć nie wiem, czy sprawa nie jest już przegrana, bo tradycja jest stosunkowo długa – pamiętam ze swoich sprzeddwudziestopięcioletnich czasów w podstawówce, że rysowaniem prac zajmowały się mamusie moich rówieśników. A ja, że mam matkę-informatyka, a nie „matkę-polkę o 15:00 jestem w domu z zakupami i gotuje zupe”, to za tych namalowanych wlasnorecznie wyciagałem najwyzej tróję.

    Czy nikt nie widzi, ze to sztucznie zawyza poziom oraz… rozleniwia umiejetnosci pedagogiczne (starczy zadac do domu, materialu nauczy mamusia)? Co ciekawe – to samo jest na studiach. Ilosc materialu oraz jakosc jego podania jest taka, ze po prostu NIE DA SIE skonczyc studiow nie sciagajac.

    Dość traumy.

    Swietnie, ze nie cisniesz latorosli o oceny, czy spakowany plecak. Komu potrzebna ocena ze sprawdzianu z bezkregowcow? Dzieciak z dobrymi wzorcami wyniesionymi z domu powinien sobie poradzic – gdzie trzeba na bardzo dobrze, a gdzie nie trzeba – na „good enough”.

    p.s. obejrzalas dekalog? :]

  • http://kobietawe-biznesie.pl/ Marta Szyszko

    Teraz jest taka mania pilnowania lekcji i robienia z wychowania zajęcia na pełen etat. Też czuję przed tym opór, też oceny mają w moim mniemaniu znaczenie podrzędne. Dzieci jeszcze nie w szkole, ale te opowieści matek, które całe wieczory ślęczą z nimi nad zeszytami, ta spina o najlepsze liceum, etc, a na co to komu? Co dziś znaczy wyższe wykształcenie, jeśli nie wykształci się pasji, nie założy firmy? Czy państwowa uczelnia warta jest stresu, który się funduje dzieciakom, wypełniającym aspiracje ich starych? Moim zdaniem nie, jak chcieli iść na medycynę, to nadal mogą, a od swoich dzieci wara. Niech po prostu pozwolą im być szczęśliwymi ludźmi i samodzielnie decydować. Popieram Twoją postawę!

  • http://kasias1980.blogspot.com Katarzyna Seredin-Kolarczyk

    Ze mną też nigdy nikt nie siedział przy lekcjach, nie rozliczał mnie z ocen, nie sprawdzał zeszytów. Ja czegoś nie rozumiałam, miałam problem, to mogłam się zwrócić do rodziców o pomoc, tłumaczyli na przykładzie i ewentualnie rzucili okiem czy mój tok rozumowania był prawidłowy. Ale generalnie sama od najmłodszych lat byłam odpowiedzialna za szkołę i naukę. Moje oceny nie były może najlepsze, ale radziłam sobie bez większych problemów. I podejrzewam, że jak sama będę miała dzieci, to również tak właśnie będę postępować.

  • Zuza

    O Jezu. Śniadania do szkoły też im nie robisz?

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Śniadania im robię. I obiady i kolacje. A co ma piernik do wiatraka? 😉

      Choć, nie wróć, od kilku tygodni starsza: 14-latka zaczęła sobie śniadania robić sama, bo zaczęło ją wszystko w moim sposobie przygotowywania posiłków denerwować: za słabo wysmażona jajecznica, za grubo pokrojony chleb, za dużo musli wsypanego do mleka.Taki młodzieńczy bunt, który na razie wyraża na szczęście tylko w postaci „kontestowania” posiłków, które przygotowuję.

    • http://www.pionierka.pl/ pionierka

      O Perunie! Pełnosprawne dzieci (nie mówię o 6-latkach), ale mniej więcej od 8 lat są w stanie same sobie zrobić śniadanie. Co trudnego jest w zrobieniu kanapek, wymieszaniu mleka z płatkami itp.? Nie zawsze na śniadanie muszą być wymyślne dania z programów kulinarnych, a z prostymi dzieci doskonale radzą sobie same.

  • Dorota

    Fajnie, że trafiłam na ten tekst, bo sama się zastanawiałam od dłuższego czasu jak podejść do tematu prac domowych. Ja jestem mamą pierwszoklasisty – 6-latka (poszedł do szkoły jeszcze nie mając ukończonych 6 lat). I chociaż generalnie zgadzam się z Tobą i zamierzam dążyć do tego, aby lekcje były jego sprawą, to w tej chwili wydaje mi się na to jeszcze za wcześnie. Po prostu na tym etapie pilnuję i uważam, że to mój obowiązek pilnować:
    – jego postawy podczas odrabiania lekcji (żeby siedział prosto, nie pokładał się na stole),
    – podpowiadanie prawidłowego sposobu pisania (niektóre literki pisze od drugiej strony),
    – czytanie razem z nim poleceń (nie czyta jeszcze bardzo płynnie, a niektóre polecenia są skomplikowane),
    – sprawdzanie czy wszystko odrobił i czy ma spakowany plecak.

    Odrabianie angielskiego jest również koniecznością, skoro dziecko nie czyta jeszcze w języku angielskim.

    Dodam, że u nas raczej standardem jest, że rodzice pilnują odrabiania przez dzieci prac domowych i są do tego zachęcani przez wychowawczynię i dyrekcję.

    Czym innym natomiast jest odrabianie prac domowych, szczególnie plastycznych, za dziecko. Moje dziecko nie ma szans w żadnym konkursie plastycznym. Prace, które są tam przynoszone, czasem mogłyby naprawdę znajdować się na poważnych wystawach i trudno uwierzyć, że jakikolwiek 6-latek byłby w stanie je wykonać… Smutne jest też to, że właśnie takie prace są nagradzane..

    • http://www.pionierka.pl/ pionierka

      A dlaczego dziecko, które nie czyta po angielsku ma zadawaną pracę domową, która takiego czytania wymaga?

  • Projekt Londyn

    No to ja jeszcze dodam oliwy do ognia ;). Bo, po pierwsze uważam, że nasza szkoła (nie jakaś konkretna, tylko rozumiana, jako instytucja), robi więcej złego niż dobrego. Jasne, mamy świetny „poziom” nauczania, wszyscy potrafią czytać i liczyć – na tym samym poziomie. I właśnie o to chodzi – nasza szkoła nie dostrzega indywidualności – i to zarówno tych, którym trzeba pomóc, bo np. pracują wolniej, jak i tych, którzy są ponadprzeciętni. Więc i prace domowe i oceny traktuję jako pewnego rodzaju ocenę „tu i teraz”, a nie tego, jak wiele mój syn się nauczył. Bardzo chciałabym, żeby szkoła podchodziła z większym indywidualizmem do dzieci – pozwalając im uczyć się we własnym tempie, także wybierać tematy, na których bardziej chcą się skupić. Odejście od testów (lub pozostawienie ich tylko, jako jednej z metod sprawdzania wiedzy), podejście bardziej problemowe i projektowe – motywujące dzieci do samodzielnego myślenia i twórczego rozwiązywania problemów. Naukę przez zabawę i przez pryzmat tego, do czego pewne rzeczy można wykorzystać (ja wciąż się zastanawiam, do czego w życiu prywatnym i zawodowym potrzebne mi było badanie funkcji, tak „tłuczone” i wtłaczane nam w głowy kiedyś przed maturą. Przez ponad 12 lat pracy zawodowej – nie znalazłam zastosowania, choć przyznam, że hobbystycznie – samo badanie funkcji bardzo lubiłam;))

    Z zasady – też nie siadam do lekcji z młodym, jako i nie siadała ze mną moja mama. Ale owszem, staram się dopilnować, żeby miał odrobione, a za wszelkie „braki w pamięci” musi odpokutować sam – właśnie poniesieniem konsekwencji. Uważam, że ogólnie – uczenie dzieci realizacji swoich obowiązków (i to nie tylko tych szkolnych, ale też domowych) sprawi, ze po pierwsze w późniejszych latach – obowiązki będą dla nich czymś normalnym, a nie końcem świata, a po drugie – że będą to ludzie samodzielni, nie tylko w czynach, ale i w myśleniu.

    Za tą samodzielnością w myśleniu – idą innowacje. A za pojedynczymi innowacjami – w końcu idą innowacje na większą skalę. A tego nam w Polsce brakuje – wciąż jesteśmy w ogonie Europy, jeśli o innowacyjność chodzi (choć można zauważyć pewne niewielkie postępy). A jeśli nie będziemy innowatorami – będziemy tylko odtwórcami. A to zawsze, choć ważne, jest mniej opłacalne.

    • Maszka

      Indywidualne podejście ? No chętnie, tylko jak to zrobić w 35 osobowej klasie ? Należy zacząć od stworzenia 15-20 osobowych klas o wyrównanym poziomie uczniów i wtedy wymagać. Trudno na 45 minutowej lekcji zrealizować temat, uczniowi wybitnemu przekazać znacznie więcej, a niedosłyszącemu powtórzyć kilkakrotne to samo polecenie, które pozostałe dzieci usłyszały i zrozumiały już od razu. Wszystko fajnie wygląda na ministerialnym papierku i w komentarzach wymagających rodziców. Proponuję zacząć monitować u pani Kluzik o gruntowną i sensowną zmianę szkolnictwa, dopracowanie ( w gronie fachowców! ) podstawy programowej i dostosowanie szkół do nowych wymagań i pomysłów ( podstawowy sprzęt – xero, drukarka, komputer i tablice interaktywne).

  • http://andanowa.pl Andanowa

    Och, jak miło to czytać! Córki Niski, uwierzcie mi, macie ogromne szczęście, że Wasza Mama ma takie podejście. Moja lubiła wyręczać mnie np w pracach plastycznych, przez co doszłam do wniosku, że jestem w tej kwestii totalnym beztalenciem. Jak można narysować piękny obraz, gdy ma się zaległości w najprostrzych obrazkach? Nie można :) pamiętam też dwie sytuacje z podstawówki, w których moi rodzice zdecydowanie źle postąpili. Najpierw tata, który chyba trochę się wstydził, że nie myliśmy na feriach zimowych (choć co roku jeździliśmy na miesięczne wakacje!) i „podpowiedział” mi opowieść o wyjeździe w góry… Kiedy ja miałam na prawdę piękne ferie, które mogłam fantastycznie opisać:) innym razem późnym wieczorem zorientowałam się, że moje wypraccowanie (alternatywna wesja pewnej znanej bajki) jest napisane w zeszycie ćwiczeń ołówkiem (czego nauczycielka nie uznawała). Moja mama stwierdziła, że będę to przepisywać pół nocy, więc ona je przepisze… Nauczycielka uznała oczywiście, że opowieść wymyśliła moja rodzicielka… A bajka była na prawdę dobra 😉

  • http://sosnowa11.blogspot.com/ Sosnowa 11

    Mam bardzo podobne zdanie do Twojego, pisałam o tym jakiś czas temu trochę inaczej argumentując, ale generalnie sprowadzało się to do tego samego. Może częściej sprawdzam błędy ortograficzne, czy zawartość plecaka, czasem podpowiem metodę, ale według mnie lekcje odrabiane z rodzicem, to zmarnowany czas dla obu stron. Pamiętam, że jak byłam w pierwszej klasie mama próbowała odrabiać ze mną lekcje ze 2 razy i obie byłyśmy dużo szczęśliwsze, gdy przestała.

  • http://szafaskrajnej.blogspot.com/ Gosia Skrajna

    Ja codziennie pytam Syna o lekcje.
    Chodzi do małej szkoły w której jest 15 uczniów, 2 czwarte klasy. Koleżanki dzieci ze szkoły na drugim osiedlu, takiej dużej, po 6 czwartych/ 30 uczniów w klasie..co się z nią spotkam słyszę, ze codziennie siedzi z córką nad lekcjami, u kolegi znowu Syn siedzi do późna…
    i sama już nie wiem czy mój taki zdolny czy my tacy leserzy i za mało się interesujemy:P
    ps. pomagam, gdy nie rozumie zadania, lub gdy wprowadzają nowy dział (np. ułamki)…wysłucham nauczonej piosenki lub wiersza…
    wkurza się na mnie, że mu za to nie pomagam z plastyki. fakt na wywiadówkach widzę cudne „samodzielne prace” jego koleżanek, kolegów…
    wolę, żeby dostał tróję, ale na nią zasłużył niż mamusia za niego robiła i dostała np. szóstkę :0…

  • Jagoda Nehring

    Moja mama zawsze mi mówiła „Nauka to Twój jedyny za*rany obowiązek”. Nie interesowały jej moje oceny. Bardzo mi tym ‚wchodziła’ na ambicje m in. słowami „Ty będziesz latać z łopatą” itd Niejako umywała ręce od mojej przyszłości. I jej metoda wychowawcza zadziałała! Motywowała mnie tym do nauki, do dążenia do różnych celów itp 😉

  • http://www.katsunetka.nl/ Katsunetka

    Pamiętam, że czasami zdarzało się aby rodzice coś ze mną odrabiali, ale jakoś nie wykształciło się we mnie to, że to norma. Tak jak sobie przypominam częściej to było raczej na zasadzie korepetycji lub właśnie tak jak piszesz naprowadzania. Z czasem to były rozmowy i wymiana poglądów aby coś napisać. Nigdy jednak nie było sytuacji aby przeglądali mi zeszyty czy mam odrobione lekcje albo spakowany plecak. No, ale tak gdybać można długo bo wszystko zależy od rodzica z tego co mogę podpatrzeć w kolo siebie. :)

  • Magda Deberny

    aaaaa jak ja nie cierpię jak ktoś generalizuje….
    Ja rozumiem założenie i nie zamierzam siedzieć z dzieckiem całej podstawówki i pilnować czy coś zrobił… ale nie nauczenie dziecka systematyczności (właśnie siedząc i pilnując czy wszystko zrobił, czy wie co spakować itd) skutkuje tym ze nie będzie się uczyło. Dzieci mają to do siebie że jeśli czegoś nie muszą to nie robią… zresztą co tu dużo mówić, dorośli często też.

    Może ten tekst jest skierowany do rodziców dzieci starszych.. czy ja wiem?? 4 klasa w górę?? Nie wiem. Ja mam zagubionego 6 latka, który nagle musiał codziennie odrabiać dużo zadań domowych. I gdybym z nim nie siedziała, to nadal po lekcjach bawiłby się autkami/klockami lub rysował. Bo nawet nie zawsze pamięta że coś jest zadane…
    Nie zamierzam ZA NIEGO odrabiać lekcji. Ale nie odrabiać z nim teraz lekcji to pewne kłopoty przez całą szkołę. Bo jak mówią Czego Jaś się nie nauczy… Więc muszę zadbać żeby się nauczył uczyć.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Ależ nie mam nic przeciwko uczeniu dziecka samodzielności. Ale tego wcale nie osiąga się poprzez odrabianie z dzieckiem lekcji :)
      Moja młodsza córa jest w III klasie, od początku, już w I klaise sidała do lekcji sama. Kiedy widziałąm, że bawi się klockami zamiast odrabiać lekcje mówiłam: „najpierw odrób lekcje”.

  • sssssssssss

    Moje dziecko we wrześniu idzie do pierwszej klasy jako sześciolatek. W pierwszej chwili pomyślałam – ale jak to?! Ma być zupełnie samo z lekcjami?! A potem czytając dalej i wracając wspomnieniami do mojej podstawówki przypomniałam sobie, że ja, jako jedynaczka, córka nauczycielki też odrabiałam lekcje sama :) No może pierwszy semestr pierwszej klasy nie – mama sprawdzała czy zrobiłam ok. Potem robiłam sama, zawsze…
    Moi rodzice nie sprawdzali moich zeszytów ani nie biegali do nauczycieli, choć też czasem wymuszałam ich zainteresowanie 😛
    W Liceum miałam tylko umowę – chodzę na zajęcia dodatkowe (treningi) tyle razy w tyg ile mi się tylko podoba pod warunkiem średniej 4.0, jeśli ją mam, mogę nawet w środku tyg wracać o 21-22 z treningu. I w sumie to było chyba ważniejsze niż ciągły nadzór – ja czułam się dorosła – miałam umowę z rodzicami, nie mogłam dać ciała, nie dlatego, że nakrzyczą, a dlatego, że zawiodę i nie wywiążę się z umowy :)

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Takie umowy są bardzo fajne, planuję napisać o tym wkrótce tekst :)

  • Ela

    Bardzo sie cieszę, ze trafiłam na tego bloga i na ten tekst. Podpisuje sie pod każdym zdaniiem (nie czytałam jeszcze innych tekstów tutaj, ale dobrze sie zapowiada). Czytając, miałam wrażenie, ze ktoś napisał dokładnie to, co ja sama napisałabym. Nigdy nie odrabiałam lekcji ze swoimi dziećmi i nigdy tego nie żałowałam. W tym roku syn rozpoczął studia, wyjechał do Krakowa i swietnie daje sobie radę sam – po 1 semestrze ma średnia 4,6. Córka jest w 1 klasie liceum, średnia ocen – prawie 5, ale nie o średnia chodzi, raczej o to, ze sama na nią zapracowała. Nigdy nie rozliczaliśmy z mężem żadnego z dzieci z ocen i nie zmuszaliśmy do nauki. Oni wiedza, ze to, czego sie naucza, to bedą umieć. Zrozumieli to bardzo wcześnie, bo nigdy nie wyręczaliśmy ich z prac domowych. Miałam zawsze do nich zaufanie i nie musiałam sprawdzać, czy odrobili, czy nie. Pytałam tylko czy już odrobili i ich odpowiedz mi wystarczała. pozdrawiam serdecznie

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Elu, ja również bardzo cieszę się, że trafiłaś tu i że podoba Ci się :) Wszystkie powiadomienia o Twoich komentarzach, które zostawiasz pod innym tekstami dochodzą do mnie i czytam je, nawet jeżeli nie odpowiadam :)

  • Kika

    Mam w domu pierwszoklasistę. Na początku roku szkolnego uznałam podobnie jak ty, że jego szkoła jego sprawą. Gadki motywujące uskuteczniałam od czerwca, że będzie umiał pisać i czytać co pozwoli mu na samodzielność gdy będzie chciał się czegoś nowego dowiedzieć etc. Po mniej więcej 2 tygodniach nauki okazało się, że nasz Miś uznał, że nie wszystko musi robić i nie musi się specjalnie starać a lekcje to głównie oczekiwanie na miłą zabawę w świetlicy Po konsultacjach z znajomymi nauczycielkami klas 1-3 zostałam naprostowana, że nie każdy pierwszak jest wystarczająco rozgarnięty, by ogarnąć nowe miejsce, nowych ludzi i nowe zasady działania. Usiadłam więc obok niego i przyglądałam się jego sposobowi odrabiania prac domowych, cos mu tam podpowiadałam organzacyjnie (np wyciągnij ćwiczenia, przeczytaj polecenia, potem kazałam mu odpowiedzieć czy swoimi słowami co ma zrobić i do dzieła, potem zamknij ćwiczenia i włóż do plecaka). Nigdy dotychczas nie postawiłam za niego ani jednej kreski i zeszycie i nie przeczytałam ani jednego słowa w tzw czytance. Wyrobił w sobie nawyk odrabiania lekcji, jednak wystarczy np przerwa świąteczna i trzeba go wdrażać ponownie w schemat odrabiania lekcji. Sprawdzam też wszystko co zrobił i często bezlitośnie używam gumki do mazania i każę mu pisać od nowa jeśli jest nie czytelne. Masz Nishko najprawdopodobniej dużo szczęścia trafiając córki z dużym poczuciem obowiązku i ambicją. Większość dzieci czy ogólnie rzecz biorąc ludzkości mając możliwość wyboru, wybiera to co lubi robić a nie to co musi.
    Ach i naprawdę nie rozumiem jak można dziecku robić pracę plastyczną…
    … a poza tym często po cichu chwalę los za bycie matką wielodzietną (aczkolwiek wciąż nie patologiczną) bo to chroni mnie i nasze dzieci przed zbytnią nadopiekuńczością
    Kika

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      „Usiadłam więc obok niego i przyglądałam się jego sposobowi odrabiania prac domowych, cos mu tam podpowiadałam organzacyjnie (np wyciągnij ćwiczenia, przeczytaj polecenia, potem kazałam mu odpowiedzieć czy swoimi słowami co ma zrobić i do dzieła, potem zamknij ćwiczenia i włóż do plecaka). Nigdy dotychczas nie postawiłam za niego ani jednej kreski i zeszycie i nie przeczytałam ani jednego słowa w tzw czytance”

      Myślę, że takie wsparcie jest ok :) Zwłaszcza, skoro poczułaś, że jest jakiś problem. Życzę Ci, żebyś wkrótce nie musiała już siadać, żeby syn radził sobie sam.
      Pozdrawiam! :)

  • Fefe

    Moi rodzice z podstawówki odbierali mnie zawsze jakoś w okolicach 16 (byłam na jakichś świetlicach i tak dalej), więc do tego czasu odrabiałam lekcje sama, ewentualnie z pomocą opiekunek. A nawet jeśli wtedy tego nie zrobiłam to cóż, kończyłam sobie w domu. też sama, ewnetualnie z pomocą. I jestem zadowolona z tego, że nie robili lekcji ze mną. Wydaje mi się, że nauczyło mnie to pewnego podejścia do nauki, że faktycznie mam wszystko zrobić sama i ja jestem za to odpowiedzialna.

    W szkole miałam pewną znajomą, której rodzice zdecydowanie byli takimi helikopterami (fajne określenie w sumie), szczególnie matka. I ta matka, zanim się zgodziła, zeby jej córka mogła gdzieś pójść, przepytywała ją przez telefon, ile ma lekcji na jutro i czy na pewno zdąży. W domu sprawdzała jej zeszyty, pisała jej przykłady z matematyki i tak dalej (żeby sobie poćwiczyła) i jakieś takie. Pamiętam, że zazdrościłam tej koleżance :( Ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że nie chciałabym żyć pod taką kontrolą. Nie wyobrażam sobie, żebym musiała odrabiać lekcje, zanim gdzieś wyjdę albo żeby mama wieczorem sprawdzała mi plecak. A poza tym, porównując mój i koleżanki styl nauki, ja umiem opanować materiał bardzo szybko i skutecznie, podczas gdy ona jest trochę rozwlekła i nigdy nie była najlepszą uczennicą czy coś takiego.

    Pamiętam, ze tata zawsze pomagał mi z matematyką, gdy miałam jakiś problem i zachęcał mnie, żebym się uczyła sama. I mama w klasach 1-3 sprawdzała mi wypracowania (miałam wielkie problemy z ortografią), ale po tym, jak je sama napisałam. Uważam, że taka pomoc była bardzo okej. Teraz, gdy kończę gimnazjum, tata wciąż pomaga mi z trudnymi rzeczami z fizyki i matematyki. Ale zdarza mi się spytać go o coś co kilka dni. Zresztą z tych przedmiotów jestem bardzo dobra.

    Ale szczerze nie wiem, jak taki system odrabiaj-lekcje-sam-to-twoje-życie sprawdziłby się, gdyby dziecko nie chciało się uczyć. Jeśli dostaje słabe oceny i jest ogólnie niezbyt pozytywnie nastawione do nauki, to uważam, że można by mu bardziej pomóc.

  • Joanna Żero

    TAAAK,

  • Adam

    Mnie ojciec pomagal tylko z fizyki i matematyki – pomagal rozwiazywac zadania domowe, jesli czegos nie zrozumialem na lekcji. Koniec koncow, ciesze sie, ze nie musialem zdawac obowiazkowej matury z matematyki.

    Natomiast szkoda, ze nie mial mi kto z plastyki pomagac. Przez cala podstawowke i gimnazjum sam musialem sie meczyc nad tymi pracami, wychodzily mi one bardzo kiepsko i zadnego pozytku z tych zajec nie bylo.

  • mama3

    No i właśnie wczoraj mój 11-latek stwierdził z żalem, że pani z matematyki nic nie wytłumaczyła (stad tyle błędów logicznych w zeszycie), że byłabym na jej miejscu 100 razy lepsza… Wiadomo, Pani ma 20 głów uczniów przed sobą, ja jedną… Dlatego pomagam, bo nie każde dziecko jest bystre tak jak by się chciało…

  • http://przemyslniki.blog.pl/ PrzemyślNiki

    Odrabiać lekcji za dziecko? Nigdy. Pomóc dziecku przy odrabianiu zajęć? Tak. Jak się będzie robiło za dziecko, to nie dość, że się nie nauczy niczego do szkoły, to jeszcze pominie takie pojęcia jak odpowiedzialność, sumienność. Jedyne czego się nauczy, to, że „mama zrobi za mnie”. Ale pomaganie, tłumaczenie zadań jeśli nie rozumie, przerobienie wspólnie kilku zadań z matematyki w celu wytłumaczenia – jak najbardziej. Bo to czasami jest potrzebne. Wbrew temu co myśli większość rodziców, nie zawsze zwalanie winy za złe oceny na nauczyciela jest nieuzasadnionym tłumaczeniem. A znam takich przykładów baaaaardzo dużo niestety.

  • Kinga

    to moze ja też dorzucę kamyczek do ogródka. Moja mama miała tendencję odrabiania ze mną lekcji, raczej nie za mnie, ale rytuałem było wspolne siadanie przy stole i patrzenie jaki i co pisze. sprawdzała zeszyty, pilnowała terminów kartkówek itp. Efekt był taki, ze do lekcji nie usiadłam bez mamy, bo po co i tam potem sprwdzi bede poprawiac. szok przeżyłam w liceum, gdzie mama trochę odpuściła. bo nagle tyle zadań o wszytkim trzeba pamiętać itp. Jako matka dziecka szkolnego jakoś naturalnie przyjęłam sposób postępowania jak Nishka. Na początku była trochę bardziej czujna, częściej pytałam się co tam w szkole, czasem przejrzałam zeszyt. Nazwijcie to jak chcecie… lenistwo? – ok. Wiem że teraz wszystko co moja córka osiąga wszkole to TYLKO JEJ ZASŁUGA!. Moja córa (obecnie lat 12) jeśli czegokoliwek potrzebuje od nas, żeby pomóc w lekcjach, wytłumaczyć, sprawdzić, przepytać jesteśmy do jej dyspozycji. Ma tak silne poczucie odpowiedzialności, ze aż sama się dziwie skąd :) jesteśmy z niej bardzo dumni i na każdym kroku jej to powtarzamy. Sama decyduje, czy bierze udział w konkursach czy też nie ma ochoty. Sama planuje tydzień, kiedy czego ma się uczyć.
    może ktoś powie że to zależy od dziecka – nie wiem, może
    może moje drugie dziecko (jeszcze w wieku przedszkolnym) zmusi nas do zmiany naszych teorii – wątpię
    ja długo wyrabiałam w sobie fakt, że sama decyduje kiedy i jak robię lekcje.
    poza tym pamietajcie że nauczyciele mają czasem inną wizję na sowje lekcje niż rodzicie i zakładam że dzieci, które są na lekcjach więdzą jak to zrobić.
    Nisha popieram Cię w 120% :)
    A tak w ogóle to ja już dawno skończyłam szkołę i nie widzę powodu dlaczego mam ja powtawrzać :)

  • świat mimi

    Czytam każdy Twój post i ostatnio bardzo pozazdrościłam Twoim córkom. Mają naprawdę inteligentną mamę, która właściwie przygotowuje ich do funkcjonowania na późniejszym etapie ich życia. Jak mój Filipek będzie starczy to na pewno zastosuję się do kilku Twoich rad :)

  • Meggy

    Zalecam autorce lekturę któregoś z podręczników Psychologii Rozwojowej. Pozdrawiam.

  • http://nudyniema.blogspot.com/ Nudy nie ma

    Ze mną nikt lekcji nie odrabiał i też uważam, że to „normalne”. Ale fakt – sporo się słyszy o tym, że rodzice teraz odrabiają lekcje z dziećmi. Ja mam jeszcze trochę czasu (obie córki w przedszkolu), ale też nie zamierzam dać się wkręcić 😉

  • Nana

    Nie popieram odrabiania lekcji ZA dziecko, ale interesowanie się, czy dziecko odrobiło lekcje i udzielenie pomocy, kiedy naprawdę tego potrzebuje – to co innego. Dzieci są różne, niektóre potrzebują tego prowadzenia za rękę,choćby przez pierwsze lata szkoły, niektóre od razu radzą sobie same. Ja pamiętam, że na początku 1 klasy podstawówki moi rodzice interesowali się jeszcze co i na kiedy mam zadane, ale zaraz jak zorientowali się, że sama sobie ze wszystkim radzę, zwolnili się z tego obowiązku 😉 Inaczej z kolei było w przypadku mojej młodszej siostry – mimo że o odrabianiu lekcji za nią nigdy nie było mowy, to jednak przy jej specyficznym charakterze, wprowadzenie pewnej kontroli i aparatu przymusu było nieuniknione 😀 Tak czy inaczej, myślę, że prawdziwym problemem jest to, że rodzice często nie potrafią rozeznać swoich dzieci, nie czują po prostu do czego mają predyspozycje i talenty, a z czym mają problem; czego naprawdę nie są w stanie zrobić, a czego im się po prostu nie chce. Stąd później posyłają je na siłę do szkoły muzycznej, mimo że córka/syn nie ma słuchu czy na inne zajęcia, do których potomek wyraźnie się nie nadaje.
    A jeszcze a propos dzieci – uwielbiam sposób, w jaki chronisz prywatność swoich córek :) To bardzo zdrowe i mądre.
    Pozdrawiam Nishkę i nishkową Rodzinę!

  • http://jakszybkoschudnąć.eu/ renisza

    Kiedyś na okrągło słuchałam od swojej mamy jaką jestem beznadziejną mamą bo nie siedzę przy dziecku kiedy ono odrabia lekcje. Albo, że nie przygotowuję za dziecko prac na konkursy jak inne „dobre” mamy, przez co dziecko nie ma szans na wygraną 😉
    Moje dzieci od początku wiedziały że z lekcjami radzą sobie same. To nigdy nie była totalna zlewka tego jak dzieciom. Wiedzą, że w każdej chwili mogą prosić o pomoc. Wiedzą, że przy każdym problemie w szkole mama będzie interweniować. I wiedzą, że jeśli będą miały chęć się rozwijać – mama stanie na rzesach i zorganizuje to co trzeba. Znajdzie japoński dla dziecka, które rzekomo jest za małe na japoński. będzie szukać książek, których nie ma nawet w dużych bibliotekach. Pojedzie z dzieckiem przez pół Polski bo chce być na stażu u konkretnego mistrza sztuk walki. Aaa, pójdzie z nastolatkiem na „dziwny” koncert.
    Mamy swój sposób na życie. Nie potrzebujemy udowadniać nikomu, że nam zależy na dzieciach, robiąc szopki w stylu wspólne odrabianie lekcji

    • Ela

      Super! Cieszę sie czytając takie wpisy, jak twój, bo niektóre komentarze tutaj załamują mnie. Tez nie mam potrzeby udowadniać nikomu, ze moje dzieci maja we mnie duże wsparcie i wiedza o tym mimo, iż nie odrabiam z nimi lekcji. Wiele lat wozilismy na zmianę z mężem na rożne zajęcia dodatkowe ( a było tego trochę i wymagało sporo poświecenia i dobej organizacji, logistyki).Ale czego sie nie robi, żeby wspierać w nich pasje i pomagać rozwijać zdolności:) Jeszcze jedna kwestia mnie zastanawia. Piszą tu niektórzy o ” pomaganiu” w wykonywaniu prac plastycznych, pisaniu wypracowań za dziecko itd. Moje dzieci nie pozwoliły mi na to, bo to kłoci sie z ich poczuciem zwykłej uczciwości. Dla niektórych to pewnie nie zaleta, no bo przecież trzeba uczyć cwaniactwa, zeby poradzili sobie w dzisiejszym świecie. Ale cóż, widocznie Mamy inne standardy. Ta paranoja z odrabianiem lekcji sięga zenitu – przekonałam sie o tym, kiedy mój syn zdawał w zeszłym roku maturę. Proszę sobie wyobrazic, ze „troskliwe” mamusie potrafią nawet napisać za swoje dziecko prezentacje z języka polskiego. Swoją droga ciekawe,jaki przekaz dają tym swojemu dziecku? JESTEŚ NA TO ZA GŁUPI! JA ZROBIĘ TO LEPIEJ. ??? Za to jaka satysfakcja, gdy twoje dziecko, nauczone samodzielnej pracy, które wykształciło w sobie umiejetność myślenia, wyciągania wniosków, rozumowania i wyszukiwania informacji przychodzi do domu i z duma oświadcza, ze za swoją prezentacje otrzymało 100%

  • barbaren

    Jestem mamą 7 latka i stosuję dokładnie taką metodę zanim przeczytałam ten tekst.Nikt ze mną nie siedział nad lekcjami jak byłam dzieckiem i uczyłam się bardzo dobrze.Mój syn ma sporo zajęć poza lekcyjnych sam je wybrał i dzięki temu chętnie uczestniczy i wie że jak wracamy do domu ja robię kolację a on zaraz siada do pracy domowej.Owszem na początku wręcz chciał wymusić to żebym za niego napisała jakąś literkę czy coś pokolorowała lecz zawsze mu powtarzałam że ja mam swoje obowiązki a on swoje.Po pierwszym miesiącu małej walki z jego strony skapitulował i sam sobie radzi oczywiście jak jest taka potrzeba to nakierowuję go na właściwy tor i udzielam pomocy słownej.Jest fajnym bardzo samodzielnym i odpowiedzialnym chłopakiem.Więc drogie głównie mamy pozwólcie swoim pociechom dorastać i być odpowiedzialnymi.Ja wieku mojego syna sama musiałam wyszykować się do szkoły,pójść do niej bez mamy,zamknąć dom na klucz itd.jestem pokoleniem lat 70 i patrząc na obecne dzieci no niestety rodzice robią z nich kaleki wyręczając we wszystkim i głaszcząc po główce.Dodam jeszcze jedno on uwielbia czuć że jest już duży i że potrafi
    zrobić wiele rzeczy sam bez mojej pomocy ja mu jedynie nie przeszkadzam:)

  • Dorcia

    Przeczytałam tekst z zapartym tchem i… nie podoba mi się to co przeczytałam. Nie każde dziecko jest takie samo, wiem co piszę, ponieważ mam 2 dzieci z różnicą wieku 10 lat. Córka odrabiała samodzielnie lekcje, uczyła się samodzielnie, czytała książki, chodziła do biblioteki w poszukiwaniu nowości, zdobywanie wiedzy ją fascynowało. Z synem od I klasy ” odrabiam” lekcje: asystuję mu przy zeszytach i książkach, wspólnie uczymy się do klasówek, razem czytamy lektury szkolne. I wcale przez to nie jestem leniwym rodzicem ( córka) czy nadopiekuńczym rodzicem (syn). Efekty pracy z dzieckiem zauważają wszyscy, zaczynając od najbliższych, po pedagoga szkolnego i nauczycieli. Możesz sobie droga Nishko pisać co chcesz, ale każdy rodzic zna swoje dziecko najlepiej , z każdym dzieckiem pracuje się inaczej i dla każdego rodzica dobro i szczęście własnych dzieci jest najważniejsze. Dlatego, jeśli mój syn w dalszym ciągu będzie mnie prosił o pomoc w odrobieniu lekcji – zawsze mu w tym pomogę. Pomogę, nie zrobię za niego! To procentuje w dorosłym życiu, moja córka wie, że w każdej chwili może zwrócić się do mnie o pomoc a ja się od niej nie odwrócę, pomogę, razem pomyślimy nad rozwiązaniem :). Moje dzieci są szczęśliwe :))

    • elwis

      Zgadzam się z Tobą w 100%.

      Chciałam jeszcze jedną rzecz poruszyć, na którą nikt nie zwrócił uwagi (no chyba, że nie doczytałam dokładnie), uważam, że jest spora różnica w obowiązkowości miedzy dziewczynkami a chłopcami.

      Z wpisu wnioskuję, że autorka ma tylko córki,a z moich obserwacji wynika, że dziewczynki co do zasady są bardziej sumienne i ambitne niż chłopcy.

      Ja odrabiałam lekcje sama, zależało mi na dobrych ocenach i je miałam, natomiast z moim młodszym bratem była zupełnie inna historia, Zapominał co było zadane, nie odrabiał, nie zależało mu, Generalnie olewka.

      Uważam, że tzw. „naturalna konsekwencja” czyli np. jedynka za brak pracy domowej, nie działa motywująco na KAŻDEGO!
      Być może zależy to od płci, a być może tylko od indywidualnego charakteru, predyspozycji. Może to tylko taka moja teoria. Choć pedagodzy z tymi z którymi rozmawiam mają podobne spostrzeżenia.
      Ciekawa też jestem opinii mężczyzn w tym temacie, tzn. czy odrabiali lekcje zupełnie sami i czy im to wyszło na zdrowie, bo wydaje mi się że jak na razie to same kobiety włączyły się w tę dyskusję.

      Mój syn jest w pierwszej klasie i zdarza mu się zapomnieć o czymś co było zadane, lub co trzeba było przynieść.

      Nie uważam, że jestem nadopiekuńczą matką siedząc przy nim kiedy odrabia lekcje (rozkojarza go wszystko – nawet piórnik z kredkami, firanka, czy żyrandol), zadając pomocnicze pytania typu: Czy coś jeszcze trzeba zrobić?, albo tłumacząc coś, czego do końca nie rozumie.
      Dla porównania córka jest w zerówce i SAMA rysuje szlaczki, pisze litery w zeszycie i przynosi książkę, żeby ją uczyć czytać – i nie jest to praca domowa, tylko jej ambicja:)

  • sagap

    Zgadzam się z artykułem. Moi rodzice mnie także nauczyli samodzielności w szkole, sama musiałam odrobiać lekcje. Bywało ze czegoś nie wiedziałam i prosiłam o pomoc, ale głownie kończyło się to dla mnie „nerwami”, ze zamiast mi pomóc przeszkadzali. Teraz mam dwójkę dzieci w wieku wczesnoszkolnym, sami odrabiają lekje, sami się pakują, czasem proszą o jakąś pomoc, wtedy im tłumaczymy. Nie rozliczam z ocen, mówię im że uczą się dla siebie a nie dla mnie. Kiedy jest to dobra oceną chwalę, kiedy gorsza sami wiedzą że dali plamę i wstydzą się powiedzieć – ale nie boją, proszę nie mylić pojęć! W córki klasie są dwie siostry, których matka musztruje, zmusza do ciągłej nauki, czytania – w wakacje również – do tego przenosi się to na klasę, bo dzieci mają wpojone że są najlepsze ze wszystkich… żal na to patrzeć jaką krzywdę im wyrządza, całe życie będą próbowały dorównać wygórowanym niespełnionym ambicjom rodzica…
    Kiedyś synek, będący w pierwszej klasie, powiedział że dzieci się z niego śmiały, że coś „brzydko” narysował, a oni sami są „dzidziusie, których mamy pakują, bo sami nie potrafią”. Dla mnie był to komplement, że moja dziecko jest samodzielne, jeśłi nawet czegoś zapomni to karą dla niego jest właśnie to co napisane było wyżęj, po prostu brak danej – potrzebnej – rzeczy.

  • Hiena

    Latwo mowic, jak sie ma bystre dzieci! Pewnie, ze takim nie trzeba w niczym pomagac, bo same sobie swietnie poradza. Moi rodzice ani razu ze mna nie siedzieli. Z moja siostra tez nie. Radzilysmy sobie swietnie. Nie bylo wiec najmniejszej potrzeby, zeby w jakikolwiek sposob nas sprawdzac. Za to z moim bratem trzeba bylo siedziec dzien w dzien. Nie, nie prosil o to. Nie chcial zadnej dodatkowej uwagi rodzicow. Ale on tych lekcji po prostu nie ogarnial! I nie potrafil sie sam nauczyc. Nie rozumial. I jak tu zostawic takie dziecko na pastwe losu? No jak? Zeby sie uczylo na tzw. bledach wlasnych? Jak kazac robic matematyke, jak reguly nie pojal? Jak ma pisac wypracowanie, jesli jest bez cienia planu w glowie? Pewnie, ze najlepiej nazwac rodzicow helikopterami. Latwo powiedziec… jak dzieci sie zdolne ma…

  • http://www.adorosa.pl/ Adorosa

    Po przeczytaniu tego tekstu czuję się rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony, jestem świetnym przykładem tego jak dobrze działa uczenie dziecka samodzielności poprzez niepomaganie mu w lekcjach. Jestem odpowiedzialna, pracowita, obowiązkowa, zorganizowana. W wieku 23 lat studiuję dwa kierunki, utrzymuję się w większości sama finansowo i doskonale sobie radzę z każdym problemem. Między innymi dlatego, że moi rodzice postawili na samodzielność.

    Z drugiej strony, mój brat musiał i dalej musi być, nadzorowany w kwestii szkoły i lekcji przez rodziców. Bez tego nadzoru, zwyczajnie nic by sam z siebie nie zrobił. Wynika to z bardzo silnej postaci dysleksji i deficytu uwagi, ale też z charakteru. Mówiąc krótko – ma w nosie uwagi nauczyciela od zawsze, a jeżeli czegoś do szkoły nie zabierze, to nie wykona zadania i nie widzi w tym problemu. Niby jedni rodzice, a dwie tak różne strategie wychowawcze, dostosowane do dziecka i problemów.

    Z trzeciej strony, jestem zawodowym korepetytorem. Codziennie pracuję z dziećmi, które sobie z danym przedmiotem w szkole po prostu nie radzą. I mają do tego prawo, bo każdy jest inny. Nie każde dziecko jest tak lotne żeby nadążać za programem, czy tak asertywne mentalnie żeby skupić się w szkolnym chaosie. Do tego dochodzą jeszcze liczne czynniki zewnętrzne jak poziom edukacji czy nastawienie nauczyciela.

    Myślę, że sprawa po prostu nie jest taka prosta :) Nie każde dziecko pozostawione samo sobie będzie samodzielne. I niekoniecznie będzie to wynikało z lenistwa czy braku ambicji. Natomiast zgodzę się, że niektórzy rodzice są nadgorliwi 😉

  • Danka

    Aaaaa, Nishka chyba dotarłaś z tym tekstem i do „moich dzieci” :) Dziś przy śniadaniu, jedna z dziewczynek wyjęła pracę domową i odzywa się kolega który siedzi z nią przy stoliku:
    „- proszę pani, bo wie pani co?ja to nie przyniosę na jutro tej pracy. Nie zdążę jej zrobić, bo mi mama nie przypomniała cały tydzień i dziś to ja się na pewno nie wyrobię.
    (nie zdążyłam się odezwać, jednak jego koleżanka już tak)
    – a to mama chodzi do szkoły czy ty? To ty masz pamiętać o pracy domowej, twoja mama nie musi ci chyba ciągle o wszystkim przypominać.”

    Moje kochane dzieciaczki mądrzejsze od niektórych rodziców…;)

  • Lexie

    Masz absolutną rację. Chodziłam do jednej klasy z synem koleżanki mojej mamy. Chłopak był nauczony tego, że nie musi się martwić o lekcje, szkołę, plecak, bo zawsze wszystko robiła za niego mama. Potrafiła w gimnazjum dzwonić do mnie, żeby pytać co mamy zadane, czego trzeba się nauczyć i na kiedy. Jeśli nie była w stanie zrobić jakiegoś zadania z matematyki albo angielskiego, to przychodziła do mnie żebym jej to wytłumaczyła, wracała do domu i dopiero tłumaczyła wszystko synowi. On sam nigdy nie poprosił mnie o pomoc, Chłopak nie miał absolutnie żadnej szansy na nauczenie się samodzielności – efekty widać do dzisiaj. Obecnie jest na studiach i matka uczyła się z nim na poprawkę z 2 przedmiotów! Poza tym nie umie nic sam załatwić, zawsze mama za niego wszystko zrobi. A skoro mama zrobi wszystko najlepiej i starannie, to po co on ma się wysilać? Matka nie zostawia mu żadnego pola do popisu. Uważam, że zrobiła mu tym straszną krzywdę. Ze mną nigdy nikt nie siedział nad lekcjami i uważam, że wyszło mi to na dobre :)

  • http://kropkagalopka.blogspot.com/ KROPKAgalopka

    Nie potrafię krótko napisać komentarza, a ciśnie mi sie on na usta. Moje spostrzeżenia jako matki i nauczycielki zamieściłam na swoim blogu. Zapraszam rodziców do przeczytania i Ciebie Nishko również.

    http://kropkagalopka.blogspot.com/2015/02/odrabianie-lekcji-obowiazek-dziecka.html

  • Kryśka

    Ze mną też nikt nigdy nie odrabiał lekcji. Tak samo było z dwoma starszymi córkami. Niestety z trzecią było zupełnie inaczej. Pomagałam do trzeciej klasy, później stwierdziłam, że dosyć i ma się usamodzielnić. Skończyło się marnie. To chyba zależy od dziecka.

    • Guest

      No właśnie, mądrze powiedziane. Młoda osoba, a tak rozsądnie gada :-)

  • alex

    Ja mam niezłe porównanie – ja i mój brat, tylko trochę młodszy, zdolności porównywalne. Moją edukacją rodzice się interesowali, ale nie przesadnie – nikt mi niczego nie sprawdzał ani nie pomagał szczególnie, w zasadzie od samego początku. Brat byl trochę bardziej oporny, więc ciągle ktoś nad nim wisiał, pomagał, zmuszał. Zgadnijcie, komu wyszło na lepsze. Hint: brat jest na studiach, ale jego egzaminami nadal bardziej przejmuje się mama.

    Ale jednak należy wypośrodkować – czasem, zwłaszcza przy określonych problemach w uczeniu, pomoc rodzica jest niezbędna. Niekoniecznie sprowadzająca się do odrabiania lekcji, raczej pracy nad konkretnymi umiejętnościami.
    PS. W liceum miałam problemy z chemią. Tata miał mi pomagać (był polonistą), ale zawsze zanim wytłumaczyłam mu, o co w ogóle chodzi w zadaniu, dochodziłam sama do rozwiązania. 😀

  • mama

    Gdybym nie odrabiała lekcji z dzieckiem to zapewne miałby same jedynki i uwagi przepraszam ale dla mnie chore chyba że ma się wybitnie uzdolnione dziecko pytanie jak dziecko w pierwszej klasie szkoły podstawowej które ma sześć lat ma samo odrobić zadanie skoro nie jest w stanie przeczytać polecenia bo dopiero poznaje litery i uczy się czytać mój syn przynajmniej wie że może na mnie liczyć i że gdy nie będzie sobie radził to przyjdzie i powie a dziecko które nie będzie sobie wstanie poradzić i wie że nie ma po co iść do mamy bo mama ma to gdzieś poszuka pomocy gdzie indziej alkohol , narkotyki i tym podobne …

  • kaka

    Rany, 25 lat temu, gdy sama bylam w podstawowce nikt nie odrabial lekcji z rodzicami, i trudno posadzac by było ich wszystkich o lenistwo. To raczej byłby dla dzieciaków obciach … A dziś, ludzie dajcie dzieciom zaufanie i samodzielność jako podstawy do startu w dorosłe życie. A jeśli zadania w podstawówce wydają się wam za trudne dla dzieci do samodzielnego odrabiania to porozmawiajcie z nauczycielem, zamiast sami odrabiac lekcje. A jak tesknicie do szkoły to zapiszcie się na studia 😉

  • http://legalnie-nielegalna.blogspot.com olala92

    Byłam jako dziecko uwikłana w taki tandem,a raczej trójkącik. Zarówno babcia jak i mama uważały,że lekcje to tylko moja prywatna sprawa-do czasu gdy dostałam ocenę niższą niż piątka bądź zapomniałam czegoś spakować do szkoły czy też przypomniałam sobie w niedzielę o przeczytaniu jakiejś krótkiej lektury na poniedziałek. nagle juz oceny i szkoła nie były moją sprawą,a sprawą ogólnoświatową wręcz. Nie wspominając o pracach plastycznych,które mi wciąż poprawiano,zabierano itd. co budziło poczucie winy- te piątki czy szóstki były po prostu złe, nie moje.

    To nie jest tak,ze nie ponosiłam konsekwencji. Ponosiłam. Były domowe. Skutkowały złą atmosferą,kłótniami miedzy rodzicami, mama a babcia oczywiście o szkołę, ukrywaniem się z odrabianiem lekcji (bo ja lubiłam szkołę, może dlatego że mogłam tam sama wszystko zrobić)biadoleniem w domu,ciągłym wypytywaniem w domu o oceny moje i innych w klasie, porównywaniem,często wręcz problemami z rówieśnikami gdy przynosiłam nie swoje wypasione prace oceniane najwyżej czy tez gdy kazano mi poprawiać nawet trójkę

    Po prostu takie zaangażowanie się w oceny jest chore. Mi też niby tylko tłumaczono jednak często tłumaczenie narzuca juz gotowe rozwiązanie. Pokazywano jak robic prace plastyczną ale szybciej było zrobić ja dorosłym,bo w pewnym momencie to były ICH oceny,prace konsekwencje. Ich piątki mimo że sprawdzian pisałam ja czy wiersz recytowałam ja. Ich duma i troski. Skutkiem było to,ze ukrywałam zadania,czasami oceny aż się ode mnie nie odczepili w gimbazie gdy po prostu lekcje robiłam w bibliotece lub późnym wieczorem czy wczesnym ranem w czasie gdy Mama byla zajęta,babci nie było itd. Po prostu balam sie potem pytać by ich nie uaktywniać.

    Ach i uraz do rodzicielki taka rysa
    na relacji, obawa przed wtrącaniem się nie tylko w lekcje,unikanie odpowiedzi,lawirowanie, nieopowiadanie o znajomych,zamykanie się w sobie. Drogie panie zastanówcie się nad tym co robicie dzieciom. Bo albo będziecie odrabiać lekcje do matury ba albo i do ostatniej obrony pracy magisterskiej (znam taka osobę) albo w pewnym momencie dużo stracicie wtrącając się,tłumacząc, uważając lekcje za oczywistość.

    Ale co ja sie tam znam. Nie jestem jeszcze matką. Tylko córką i aż córką .

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Olu, dziękuję za ten komentarz, nic lepiej nie ukazuje problemu jak prawdziwa historia.

  • Anna

    Moi rodzice na szczęście też zostawiali sprawę nauki tylko mi i nigdy nie było mowy o jakimś przeglądaniu zeszytów, czy kontroli czy jestem przygotowana. Nie było też nagród za pasek czy szlabanów za jedynkę. Dlatego jako dziecko strasznie się dziwiłam kiedy rodzice koleżanek informowali mnie przez domofon „Aneta wyjdzie na pole jak tylko skończymy lekcje”. Z perspektywy czasu patrząc myślę, że bardzo dobrze na tym wyszłam, bo nauka nie była nigdy dla mnie czymś narzuconym, jakimś nieprzyjemnym obowiązkiem wymyślonym przez rodziców, ale czymś co robiłam z własnej woli – dla swojej własnej satysfakcji a nie dla pochwały od rodziców.
    No dobra, z jednym małym wyjątkiem- zdarzyło się dosłownie kilka razy, że prace plastyczne robił mi tata, ale ciii! (chyba po prostu w końcu robiło mu się mnie żal, jak widział kompletne beztalencie płaczące nad kartką papieru 😉 )

  • anna

    Nie odrabiam „Z” dzieckiem lekcji, czy miało być w tytule : nie odrabiam „ZA” dziecko lekcji – bo to jest zdecydowana różnica. Wydaje się, że tytuł jest po to, by sprowokować do czytania. W komentarzach autorka wyjaśnia, że tak do końca nie jest jej to obojętne i jednak udziela pomocy swoim dzieciom, gdy tego potrzebują. Czy właśnie nie o to chodzi w odrabianiu z dzieckiem lekcji? Dziecko siedzi sobie, odrabia i co jakiś czas pyta o coś, czy to nie jest odrabianie lekcji z dzieckiem?

  • anna

    Nauka samodzielności? Moja mama nigdy nie pytała czy mam zadane lekcje, nie sprawdzała mi zeszytów, nie pytała co w szkole. Było mi z tym bardzo na rękę, nie czułam się ograniczana, kontrolowana. Tak, byłam wtedy bardzo samodzielną dziewczynką – od początku szkoły. Miałam dobre oceny, uczyłam się dla siebie. Nikt mnie nie chwalił w domu za oceny. Przynosiłam świadectwa z paskiem i nawet nie usłyszałam pochwały, tak jakby to było całkiem normalne. Czy moja mama się mną nie interesowała? Byliśmy przecież normalną rodziną. Jadaliśmy obiady, miałam się w co ubrać.. itd. I wiecie jakie mam teraz przemyślenia? Owszem, jestem samodzielna, nie mam jednak dobrego kontaktu z mamą. Nie jesteśmy przyjaciółkami, nie powierzamy sobie sekretów, nie rozmawiamy o kłopotach, problemach. Jestem samodzielna, mam teraz własną rodzinę i wiem, że nie chcę być taka jak moja mama, ani też w drugą stronę – nadopiekuńcza. To wszystko trzeba wyważyć. Chciałabym mieć dobry kontakt z moimi dziećmi, a samodzielności, owszem, trzeba uczyć, ale nie bądźmy cyniczni, czy nie bądźmy na pokaz na przekór temu, co teraz utarło się za „standard”. Mówi się wiele o nadopiekuńczości matek, ale dlaczego od razu mówić: ja taka nie jestem. Czyli jaka jesteś? Lepsza od tych pozostałych? Co to właściwie znaczy?

  • Kinga E.

    Nigdy nie myślałam w ten sposób o odrabianiu lekcji (może dlatego, że nie mam dzieci). Wydaje się to dość rozsądne podejście, jednak myślę, że jest to dla Ciebie możliwe, właśnie ze względu na to, jakie Twoje córki są (nie roztrząsam już tutaj, czy to zasługa Twoja, czy wrodzonych cech, mniejsza o to). Jako wolontariusz często pomagam dzieciom w nauce na etapie wczesnoszkolnym i dlatego śmiem twierdzić, że nie każdemu dziecku wyjdzie na dobre taka lekcja odpowiedzialności. Niektórzy naprawdę sobie nie radzą – zdaję sobie sprawę z tego, że często jest to wynik wcześniejszego zaniedbania. Niemniej moim zdaniem wybór – odrabiać z dzieckiem lekcje czy nie – zawsze powinien być dostosowany do potrzeb dziecka, a nie do poglądów własnych rodzica.

  • evanka

    Miałam właśnie takich rodziców, którzy uwarzali, że nauka, to moja sprawa i bardzo dobrze na tym wyszłam. Jasne, czasem zdarzało się, że nie umiałam uporać się z lekcjami z matmy, a wiedziałam, że tata się na tym zna, wtedy zawsze służył mi pomocą, tłumaczył, ale też chciał, żebym później, zrozumiawszy o co chodzi rozwiązała zadanie sama. I to faktycznie bardzo dobrze uczy odpowiedzialności. Nigdy nie bałam się, że mama da mi karę z powodu jedynki w szkole, że będzie zawiedziona. W pierwszej linii to JA byłam zawiedziona złą oceną. Nie łapałam jedynek, bo sama źle się z tym czułam.

  • Wera

    Mnie mama, w odróżnieniu do mojej siostry, nigdy nie pilnowała z lekcjami. Zawsze radziłam sobie ze wszystkim sama, a jak miałam z czymś kłopot, załatwiałam sama sobie korepetycje u znajomego/sąsiada/korepetytora. I tak też ukończyłam szkołę podstawową z wyróżnieniem, gimnazjum także, bez problemu dostałam się do jednego z lepszych liceów w Polsce i zdałam maturę, studiuję. Dla porównania moja rok młodsza siostra, wiecznie absorbująca uwagę mamy, prawie codziennie odrabiała z nią lekcje, bo jak twierdziła, sama sobie nie poradzi. Tym sposobem już dawno ukończyła szkołę, przestała się kształcić i żyje na koszt rodziców. Mogłabym powiedzieć, że moja mama mnie po prostu olała ale patrząc na to z perspektywy czasu jestem jej wdzięczna, że pozwoliła mi od początku ponosić konsekwencje własnych czynów oraz nauczyła samodzielności. Dzięki mamo! :)

  • Adam

    Obawiam się, że zawęża Pani rolę rodzica do roli kontrolera. Rodzic jest najważniejszym nauczycielem w życiu dziecka (a przynajmniej powinien być) a ról nauczyciela jest więcej. Myślę, że rodzice chcą również dzieci inspirować, motywować ale również wiedzieć czego w szkole ich dzieci się uczą i ew. dorzucić coś od siebie. Rodzic musi mieć kontakt z dzieckiem również na tej płaszczyźnie i być krytycznym w stosunku do tego co oferuje dziecku szkoła w aspekcie rozwoju intelektualnego, kompetencji i umiejętności. Jeśli tak się nie dzieje, istnieje ryzyko, że dziecka umiejętność sprowadzi się do samodzielności w „kombinatoryce” i bynajmniej nie mam na myśli dziedziny matematyki. Proponuję przemyśleć postawę rodzicielską jaką Pani próbuje promować.

    Nauczyciel

  • pieceofsimplicity

    Ja sama jestem zagorzałą zwolenniczką nauczania domowego i mam nadzieję, że uda mi się to zastosować wobec moich (jeszcze nieistniejących;) ) dzieci. Oczywiście liczę się z tym, iż razem z tatą na początku będziemy jedynym źródłem wiedzy i nauczania.
    _________________
    Natalia, http://www.pieceofsimplicity.blogspot.com

  • Agakot

    Po rzuceniu okiem na komentarze, dostrzegłam tyle negatywnych, że przestałam czytać :) Zgadzam się z Tobą, Nishko, całkowicie. I wydaje mi się, że wiele tych komentarzy wynika z nieumiejętności postrzegania dziecka w dorosłych kategoriach, jako osobę, która potrafi myśleć, podejmować decyzje, brać za siebie odpowiedzialność. I mówię tu jak najbardziej również o dzieciach trzy- czteroletnich. Bo dla takiego malucha podjęcie decyzji, czy założyć żółte, czy czerwone rajstopki, samodzielne zjedzenie obiadu, a w późniejszym wieku samodzielne odrobienie lekcji, wzmaga poczucie pewności siebie, odpowiedzialności i wiary we własne możliwości (o czym zresztą pisałaś).

    To w rodzicach tkwi ogromny strach lub chęć przejęcia kontroli nad tym małym nierozumnym dziecięciem, co to nie wie, że ma się uczyć, żeby dostać za 15 lat dobrą pracę. Może i nie wie, ale jeśli rodzice przekażą mu, że lepiej jest wiedzieć, że nauka jest fascynująca, oszczędzą sobie słów – niestety nadal często powtarzanych – „pójdziesz do szkoły, to zobaczysz”, „szkoła to nie przelewki”, „tam to już cię wychowają” itd., to na pewno pierwszą reakcją dziecka nie będzie unikanie lekcji i podstępne planowanie, jak by tu nie zdać do kolejnej klasy :)

  • sylami

    Mam wrażenie, ze mylisz tu pojecia odrabianie lekcji z dzieckiem i za dziecko. Takie przypadki ktore opisujesz sa skrajne i sie tyczą typowo „helikopterow” i rodzice ktorzy „normalnie” pomagają dzieciom w lekcjach moga byc urazeni. Ja w podstawowce bylam bardzo zapominalska i jak czegos nie mialam to sie wstydzilam i zamykalam w sobie a mysl ze nauczyciel mi zwroci uwagę albo wstawi 1 to byl kobiec swiata i jestem wdzieczna mamie ze pytala co wieczor czy sie spkowalam czy sprawdzic zeszyt itd i nie wiem co zlego jest w tym ze rodzic spedza czas z odrabiajacym zadania dzieckiem… przeciez to jest pretekst do rozmowy i bycia razem i nie ma co do tego jakich strasznyh ideologii dopisywac, wiadomo ze mozna inaczej apedzac razem czas – tak jak ty wolisz – ale niektorym to odpowiada i wcale nie jest to takie straszne jak to opisujesz.

  • Ola

    Zgadzam się w 100% . MOja mama nigdy ze mną nie odrabiała lekcji, nawet nie wiedziała co mam zadane…Jeśli nie potrafiłam początkowo zrobić jakiegoś zadania,to siedziałam tak długo aż je w końcu zrobiłam. Zawsze miałam dobre wyniki w nauce, dobrze pisałam testy końcowe i śietnie zdałam maturę dzieki czemu mogę teraz studiowac wymarzony kierunek-medycynę.
    A moi rówieśnicy, z którymi rodzice odrabiali lekcje, no cóż… Większość z nich ( nie wszyscy) na etapie gimnazjum/liceum odpuszczała sobie naukę na rzecz innych rozrywek.

  • Danusia

    Witam, z ciekawością przeczytałam powyższy tekst i stwierdzam, że nie ma jednakowej zasady w sprawie wychowywania dzieci. Mam dwie córki – u jednej powyższe działa – na prawdę jest super. U drugiej też stosowałam, a i owszem. I zdała naprawdę niby wszystko ok, ale jest właśnie to „ale” – jeżeli nie załapie materiału na samym początku, nie zrozumie zastosowania wzoru itd, to później są tylko zaległości, których nauczyciel w natrętnych klasach nie wytłumaczy. Bo on musi przejść dalej i na pewno nie ma indywidualnego podejścia do dzieci w naszych szkołach to nie te czasy.

  • Effie

    Nishko! Ja miałam akurat te szczęście, że moi rodzice (a raczej głównie mama) zadbali od samego początku o rozwijanie różnych umiejętności u swojego jedynego dziecka- były wspólne gry i zabawy edukacyjne, wczesna nauka czytania i pisania i inne podobne, więc do „zerówki” poszłam już nieźle wyedukowana i później już przez cały okres szkolny nie miałam problemów z nauką. A że szkoła mała, wiejska to i zawsze byłam najlepszą uczennicą w szkole. Moja mama od początku mojej edukacji w szkole nie pomagała mi w odrabianiu lekcji, bo po pierwsze wychodziła z założenia, że sama jestem sobie w stanie poradzić, a po drugie i chyba co ważniejsze- nie bardzo mogła sobie na to pozwolić. Tak się trafiło, że w tzw. nauczaniu zintegrowanym mamusia trafiła mi się jako moja nauczycielka i zawsze słyszałam, że to byłoby nieetyczne, jeśli pomagałaby mi w lekcjach. Tak więc byłam pozostawiona samej sobie i nigdy z tego powodu nie cierpiałam. Tzn. owszem cierpiałam, ale to z powodu wrednych komentarzy uczniów i ich rodziców, jakoby mam dobre oceny, bo „mamusia nauczycielka i na pewno robi wszystko za mnie”. Mnie i moim rodzicom było wtedy przykro, bo wiedzieliśmy, że nie ma w tym żadnej zasługi mojej mamy. Wręcz przeciwnie, traktowała mnie o wiele surowiej niż resztę uczniów, czasem było mi przykro, że obrywałam za złe zachowanie całej klasy. Teraz wspominamy to ze śmiechem, ale czasem nie było mi wesoło. Nic nie pomogło, że w późniejszych klasach miałam już zupełnie innych nauczycieli a oceny nadal miałam dobre- złośliwcy dalej upierali się, że to moja mama wpływa na moje oceny (na przykład podpytuje innych nauczycieli o pytania na sprawdziany wrrr). A jedyne co robiła, to sprawdzała moje wypracowania pod kątem stylistyki i ortografii i to też dopiero jak przestała mnie uczyć. Pamiętam jak przyszedł sprawdzian szóstoklasisty- poszedł mi bardzo dobrze, chociaż jedna koleżanka z mojej klasy napisała go na kilka punktów więcej. Dla mnie nie było w tym żadnego problemu, i tak byłam dumna ze swojego wyniku, szkoda tylko, że zarówno koleżanka, jej mama jak i jeszcze kilka innych osób zaczęło tą moją dumę podkopywać komentarzami typu: „Wreszcie się wydało, jaka to mądra jest córka nauczycielki, napisała gorzej niż Ktosiowa”… To było naprawdę nieprzyjemne dla mnie i dla moich rodziców. Dodam tylko, że ta sama koleżanka zawsze przynosiła na wszelkie konkursy plastyczne prace zrobione przez swoją mamę, bo oczywiste było, że siedmio – ośmioletnie dziecko nie potrafi tak malować. Sama z resztą przyparta do muru bąkała, że mama jej pomagała. Z tego samego względu, mimo, że uważam się za osobę utalentowaną artystycznie, nie miałam ochoty brać udziału w żadnych konkursach, bo wynik i tak był z góry przesądzony, oczywiście na korzyść koleżanki i jej utalentowanej mamy. Przyjaźniłam się z tą dziewczyną, ale czasem miałam wrażenie, że jej mama nastawią ją negatywnie do mnie. Ach, nawet nie wiesz jak się cieszyłam, gdy przyszło do napisania „testu gimnazjalisty” i na 100 punktów łącznie z części humanistycznej i matematycznej uzyskałam ich aż 98. (Najwyższy wynik w historii szkoły, łaaaa, cóż za duma mnie rozpierała!) Nagle skończyły się nieprzyjemne komentarze, bo nikt nie był już na tyle butny by oskarżać moją mamę o kolaborację z okręgową komisją edukacyjną 😀 Później poszłam do szkoły średniej z internatem i tam już w ogóle byłam pozostawiona sama sobie. Nie powiem, trochę się rozszalałam- często opuszczałam lekcje, ale muszę powiedzieć, że nauczyciele przymykali na to oko, bo mimo absencji miałam dobre oceny. Nie czepiali się do mnie tak jak do tych, którzy nie chodzili i robili sobie tym samym poważne zaległości. Wtedy wychodziłam z założenia, że sama już kontroluję swoje życie i wiedziałam, dokąd mogę się posunąć. Czasami ocierałam się o niebezpieczną granicę, ale nigdy jej nie przekraczałam, bo zdawałam sobie sprawę, że później sama będę musiała radzić sobie z problemami, których sobie narobię. Nikogo absolutnie nie namawiam do wagarowania, to jest ZŁE! :) Może gdybym chodziła wtedy częściej na lekcje, to nie miałabym średniej 4,5 a na przykład 5! Dla usprawiedliwienia moich niecnych występków powiem, że nie zajmowałam się wtedy głupotami tylko namiętnie rozwijałam swoje pasje :) Teraz jestem już na magisterce, niewielkim wysiłkiem zdobywam dobre oceny i tak się zastanawiam ile w tym zasługi moich rodziców, ile wrodzonej inteligencji a ile własnych starań i ambicji. Wybacz, że tak się rozpisałam i to jeszcze niekoniecznie na temat; na Twoim miejscu nie chciałoby mi się czytać takich dywagacji, ale takie już moje spaczenie, że gdy piszę w internetach, to albo jest to prześmiewczy lakoniczny komentarz, albo wypracowanie na dwie strony. Jakoś nie mogę się wypośrodkować 😛 Pozdrawiam Cię serdecznie i Twoje córki, które nawiasem mówiąc są chyba o wiele fajniejsze niż ja, gdy byłam w ich wieku:) Bardzo podoba mi się poczucie humoru tej starszej, czuję, że mamy podobne :) Ja też coś miałam z tymi męskimi imionami, na wypracowaniach w szkole przeznaczonych dla mojej mamy podpisywałam się dla żartu jako Paweł i za każdym razem zacierałam ręce chichocząc w oczekiwaniu na jej reakcję 😛 Dobra, teraz naprawdę kończę!

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dzięki za Twoje historie :) Miło się czytało :)

  • http://improwizuj.pl/ Bazyli

    Zamiast odrabiać z dzieckiem lekcje, lub co gorsza dzieciom lekcje, mamom i ojcom z wyższym wykształceniem lub silnymi zainteresowaniami proponuję przygotować „konkurencyjny” program naukowy, czy artystyczny dla swoich dzieci z dziedzin w których my jesteśmy świetni (i którymi sami się pasjonujemy). Oczywiście trzeba wyczuć w czym dziecko jest dobre, co lubi i to ciągnąć, a nie na siłę uczyć rzeczy tylko dlatego, że jest to naszą pasją ;). Gwarantowana dobra zabawa, oraz świetnie spędzony, jakościowy czas z dzieckiem, który na dodatek zaprocentuje potem w specjalistycznych umiejętnościach z pewnych przedmiotów/dziedzin – a dziecko samo siebie zaskoczy swoim obyciem z wiedzą i umiejętnościami wtedy, kiedy stanie się ona przydatna w szkole. Kluczem jest jednak, żeby przekazywać tę wiedzę w sposób „cool”, atrakcyjny dla dziecka.

    Warto też uczyć tych rzeczy, których w naszym systemie edukacyjnym jeszcze nie ma – obserwowania siebie z punktu widzenia innych, nazywania własnych i cudzych emocji, zabawy w adwokata (najpierw jednej, a potem przeciwnej strony tego samego konfliktu), analizowania sytuacji społecznych – wszystko to poprawia inteligencję emocjonalną i empatię dziecka, a to znaczy, że lepiej sobie ono poradzi z ludźmi i w grupach. W naszym systemie nie ma też nauki systematyzacji, planowania przyszłości, nauki przywództwa grupie (tak zwany „management”) oraz współpracy, sposobów organizowania czasu (bardzo ważna umiejętność), zapisywania ważnych informacji (i dlaczego to jest istotne!), ciekawości, umiejętności zadawania właściwych pytań i poznania siebie – swoich mocnych i słabych stron, a o tym wszystkim można w bardzo interesujących debatach z dzieckiem porozmawiać.

    Warto też dziecku dać dobry powód na to dlaczego tak naprawdę chodzi do szkoły i dlaczego ma tam konkretne przedmioty, bo tylko gdy samo będzie widziało w tym sens – będzie chcieć to robić. Takiego powodu jednak nauczyciele (i często rodzice) nigdy nie dają, albo jest on bardzo słaby – bo odpowiedzią na „Po co mi się to uczyć?” najczęściej jest „bo Ci się to przyda kiedyś w przyszłości”, albo „Dla nas, rodziców, oraz po to, żebyś dostał dobrą ocenę. A jak dostaniesz 5 to kupię Ci (coś)” – czyli metoda marchewki na kiju. Ani ja, ani moi rodzice nigdy nie widzieli większego sensu m. in. we wkuwaniu rzeczy na pamięć (np. nazw państw i ich stolic, albo nazw roślinek), więc nawet jeśli przychodziłem z oceną: 2 lub 3 z pamięciówek – nic się nie stało i żadnych kar za to nie miałem (no może poza skrzywionym uśmiechem mamy). Na szczęście teraz miałbym dobry powód dla siebie z przeszłości – jest to ćwiczenie dla mózgu, które pozwoli Ci być sprytniejszym człowiekiem [a tu znowu można wytłumaczyć dlaczego i co to znaczy „sprytniejszym” – może np. spodobasz się dziewczyne/chłopakowi, bo sobie coś przypomnisz w odpowiednim momencie 😉 – ale do tego trzeba wiedzieć co się na prawdę liczy w teraźniejszej sytuacji dla naszych dzieci].

    Nauczyciel nigdy takiego powodu nie poda (przynajmniej mi się nie zdarzyło). Wg mnie pierwsza lekcja z każdego przedmiotu powinna być poświęcona odpowiadaniem na pytanie „dlaczego?” zamiast ciągłym odpowiadaniem na pytania „co” i „jak”. Zapytanym, nauczyciele najczęściej mówią: „musisz nazwy stolic znać, bo to wypada wiedzieć i kropka”. Co jest argumentem bezsensu dla dzieci, zwłaszcza gdy w dzisiejszych czasach każdy 7-letni uczeń jest w stanie wyciągnąć swojego smartphone’a i w 2 sekundy przebić „suchą” wiedzą swojego nauczyciela za pomocą Wikipedii. I o ile pewne rzeczy które są w aktualnym programie nie mają miejsca bytu w dzisiejszych czasach, zawsze da się znaleźć jakieś optymistyczne argumenty motywujące.
    Podobnie jest z matematyką – większość z nas stosuje może 5% z tego czego się uczyliśmy na matematyce w szkole, w życiu – ale prawdziwym powodem jej nauki wcale nie musi być to „że kiedyś Ci się to przyda” (żaden uczeń w to nie uwierzy, bo widzi po swoich rodzicach, że z tego nie korzystają), ale fakt, że przez matematykę uczymy się myślenia o abstrakcyjnych koncepcjach, że uczymy się logicznego rozumowania, że, znowu, ćwiczymy i rozwijamy mózg, poprawiamy koncentrację i ogólny „spryt”, który daje bardzo wiele przy okazji innych wydarzeń życiowych zupełnie nie związanych z matematyką. Prawdą jest, że w naszym programie edukacyjnym na matematyce niestety zbyt dużo jest bezmyślnego liczenia i liczenia i liczenia, a zbyt mało zadawania pytań i rozwiązywania prawdziwych problemów życiowych. Ale może się to zmieni z czasem. :) O rozwiązaniu tego ostatniego problemu w szkole jest z resztą fajna prezentacja Conrada Wolframa: http://www.ted.com/talks/conrad_wolfram_teaching_kids_real_math_with_computers?language=pl

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dzięki, bardzo wartościowy komentarz!

      • http://improwizuj.pl/ Bazyli

        No to cieszę się, że coś wniosłem do dyskusji :)

  • Ann

    bardzo mnie zaciekawił blog i będę podczytywać :) ale mam pytanie z innej beczki – co to są za słuchawki na zdjęciu? czy może je gdzieś dostać?

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      To nie moje, zdjęcie pochodzi z flickra (link jest na stronie pod zdjęciem, może autor Ci podpowie :)

  • Bożena Jędral

    Na mnie również patrzą, jak na kosmitkę, gdy ktoś spyta o lekcje dla chorego dziecka, a ja mówię, że nie wiem, co dziś mieli w szkole. Gaba wraca, odrabia lekcje, czasem spyta, jeśli coś sprawia jej kłopot, ale pytam, co było w wsszkole, jak poszła klasówka, co na angielskim itd.

  • http://instagram.com/aloiwl Wiola Łysiak-Bundzylak

    Jej, Natalia, to co piszesz ma sens! Muszę przeczytać jeszcze raz i wydrukować, na czas kiedy będę miała dzieci. Dziękuję!

  • Natia

    Więcej jest rodziców, którzy pomagają przy lekcjach, bo wiedzą, że nie raz to konieczność.Pani z artylułu idealizuje wszystkich, może jej dziecko radzi sobie bez takiej pomocy, może uczy się dobrze,choć nie sądzę…ale są dzieci, którym trzeba poświęcać czas i właśnie zrezygnować wtedy z laptopa,tv i innych mniej ważnych rzeczy w tym momencie.To jest właśnie rodzicielstwo i miłość do drugiego człowieka,. by być zawsze do dyspoycji i mieć czas dla tej osoby.Oczywiście obowiązki typu pakowanie plecaka to należy już tylko do dziecka, ale nawetpani dyrektor na kazdym spotkaniu rodziców mowi o sprawdzeniu zeszytów nawet gdy dziecko mowi ze nie ma zadania, o sprawdzeniu czy ma rzeczy np na zajęcia plastyczne zeby potem nie nudzilo się całą godzinę gdy nie przyniesie nic.Uczy to odpowiedzialności ale myślę że bardziej gdy dziecko przylozy się do zapakowania tych rzeczy jesli nie samo to z rodzicem żeby jednak wszystko mialo,uczylo się sumienności.Dziecku w gimnazjum bądź starszemu można powiedzieć że to wszystko w jego interesie, a nie mlodszemu w podstawówce, nad ktorym wlaśnie mamy sprawować piecze i pokazywać że zawsze moze na nas liczyć.Trudno,taka rola rodzica dzieci w mlodszych klasach podstawowki,zawsze jest przy nich więcej zajęć.Lenistwem i ignorancją jest postawa jak u tej pani,nie pomaganie dziecku powiedzenie jeszcze w taki sposob że to jego sprawa…to zaniedbywanie dziecka.Wymyślanie zalet takiego postępowania to tylko miła wymówka nijak się mająca do rzeczywistości.Nauczy się samodzielności i odpowiedzialności myslać i pamiętając o roznych rzeczach także odrabianiu lekcji,z ktorymi sobie radzi, a nie pozostawiając go samemu sobie z tym z czym ma trudność lub nie przepytać nawet tabliczki mnożenia czy innego materiału kiedy to łatwiej się go przyswaja.To dyrekcja prosi rodziców dzieci do 3 klas i klas 4 kiedy jest nagle więcej materiału zeby co dzien z dzieckiem usiąść, ale właśnie niektórzy rodzice są mądrzejsi i nie robią dalej nic, a kazdą formę pomocy dziecku czy pomoc w lekcji nazywają nadopiekuńczością co akurat jest obowiązkiem każdego rodzica ale nie każdy jak widać z niego się wywiązuje.Moje dziecko zawsze może na mnie liczyć, bo wiadomo nie we wszystkich przedmiotach może być orłem…i po to jestem żeby pomóc i nijak się to ma do tego że wyrośnie na kogoś kto sobie nie radzi bo to bzdura.

  • taka zwykłą mama :)

    Z tego tekstu i jeszcze kilku innych które zdarzyło mi się przeczytać wynika że jestem najgorszą mamą na świecie, jakąś patologiczną która nie pozwala rozwijać się swojemu dziecku. Moje dziecko będzie w przyszłości niesamodzielne, egoistyczne, wredne i wszystko co najgorsze! Idę się załamać…. A tak bardzo kocham swoje dziecko!

  • rudabolek

    Autorka ma farta bo ma dwie córy – dziewczynki przynajmniej tam mi się wydaje z moich obserwacji – mam młodszego Brata, moje dzieci jeszcze za małe na szkołę, ale córka tez ma młodszego brata. Wydaje mi się, że chłopcy jakby mają mniejszą potrzebę trzymania porządku w swoim życiu i inne priorytety i wiem, że zależy to od wychowania, ale myślę, że nie tylko. Ja i mój brat wychowywani tak samo. Ja miałam poczucie obowiązku, On ma mniejsze i prawie zafundował sobie powtórkę klasy, a ma łatwiej niż ja bo wystarczy Mu, że chodzi na lekcje, no ale niestety od gimnazjum dużo nie chodził. A co wtedy gdyby się okazało, że córka ma nie zaliczyć klasy. Czasem niektóre przedmioty sprawiają trudności zwłaszcza fizyka, czy chemia, zwłaszcza gdy są źle prowadzone, a to u nas w szkołach się dość często zdarza. Uważam, że doraźna pomoc jest wskazana, ale tylko wtedy kiedy dziecko ma naprawdę problem.

  • Donnie

    Żałuję że tak nie miałam. Do czwartej klasy podst.był kontrolowany plecak, a do końca gimnazjum zwracanie uwagi na to jak odrabiam lekcje (przez jakiś czas uczyłam się leżąc na podłodze, ale jak to tak poza biurkiem), kiedy je odrabiam (miałam matmę codziennie oprócz wtorku, ale zadanie musiałam koniecznie zrobić już w poniedziałek a nie dzień przed terminem bo draka), w jaki sposób robię notatki, jedna jedynka i już kara na wszystko co możliwe itp. Przez długi czas (jeśli nawet nie nadal) uczyłam się tylko po to by mieć od rodziny święty spokój pod względem szkoły, nie dla siebie.

  • bubu

    Tak wygląda wychowanie nieudaczników i ludzi którzy będą później oczekiwać ze wszystko samo się zrobi lub inni to zrobią !!!

  • http://www.dziewczynazobrazka.pl/ Magdalena Suska

    Dziękuję Ci za ten tekst. Moje dziecko w przyszłym roku idzie do szkoły, a mnie od dłuższego czasu prześladuje myśl o wspólnym odrabianiu lekcji. Zimno mi sie robi na sama myśl. Twój tekst przekonał mnie, że odrabianie przeze mnie lekcji skończyło się wraz z końcem mojej edukacji. Cóż za ulga, że wcale nie muszę się w to bawić. Moje życie od razu stało sie lepsze i szczęśliwsze.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Haha :)
      Ale oczywiscie pamiętaj, żeby pomóc dziecku wykształcić nawyk odrabiania lekcji i uczenia się :) I wtedy już oże zostawić je „samo” 😉

      • http://www.dziewczynazobrazka.pl/ Magdalena Suska

        No właśnie, jak Ty wykształciłaś ten nawyk? Jestem bardzo ciekawa, bo nie ukrywam, że sama nie bardzo wiem jak sie za to zabrać, by nie wpaść w pułapke wspólnego odrabiania lekcji, a naprawde nie mam ochoty liczyć truskaweczek.

  • Dfedi

    Dla mnie autorka ma jakies problemy emocjonalne cyt; „Pamiętam, że również prosiłam o to moją mamę, wyolbrzymiając zwykle szkolny problem, z którym zmagałam się. Pamiętam, że tak naprawdę była to sztuczka, żeby przyciągnąć mamę do siebie. Dzieci chcą po prostu spędzić z rodzicem czas.”
    Kiedykolwiek moje dziecko bedzie mnie potrzebowac bede tam (bede mama helikopterem). Nigdy nie odrabiam lekcji za dziecko ale jestem jak mnie potrzebuje 😉

  • ed

    Ze mną też nikt nie odrabiał lekcji i… cóż, skutek wcale nie jest taki, jak wyżej opisany. Nie sprawiło to, że wypracowałam wewnętrzna motywację, najczęściej zadań nie miałam i kombinowałam jak uniknąć kary (oceny niedostatecznej), a w późniejszych klasach odrabiałam „na kolanie” przed lekcją. Trochę tego żałuję, taka prokrastynacja trzyma mnie do dzisiaj. Ile dzieci tyle sposobów na ich wychowanie. Dla jednych to świetna nauka samodzielności dla innych niekoniecznie.

  • http://www.kosmetomama.pl/ Adriana Krynicka

    Myślę, że wiele też zależy od charakteru dziecka, wiem po własnym przykładzie. Moja mama non stop odrabiała z nami lekcje a wręcz czasami za nas je robiła i pisała w zeszycie. Ja tego nie lubiłam i chciałam sama odrabiać lekcje i poczuć się odpowiedzialna za nie. Moja siostra należała jednak do osób leniwych i robienie za nią wszystkiego było jej na rękę, ale nie pomagało jej w nauce a wręcz szkodziło. Po jakimś czasie tak się rozleniwiła że miała problemy w nauce i w pisaniu. Teraz jak jesteśmy dorosłe do tej pory siostra nie czuje się odpowiedzialna za wiele rzeczy czy sytuacji. Nie winie za wszystko odrabianie za nią lekcji, ale na pewno się do tego przyczyniło. Wydaje mi się że wyręczanie dziecka w jego obowiązkach skutkuje nieumiejętnością i brakiem poczucia odpowiedzialności za własne czyny i decyzje w przyszłości.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dzięki za ten komentarz, Aga. Nic tak nie przemawia do wyobraźni jak prawdziwa historia.

  • dziwny rodzic

    „Nigdy nie przeglądałam ich książek ani zeszytów. Chyba, że muszę: np. przeczytać uwagę lub informację od nauczycielki.”
    Gdybyś robiła swoje to byś nie musiała cztać uwag. Czyli gdzieś to wychowanie kuleje.

  • http://antyterrorystka.blogspot.com/ Matka Antyterrorystka

    Jako dziecko nie lubiłam jak mi rodzice przez ramię zaglądali podczas odrabiania lekcji. Jeśli miałam problem zgłaszałam się do nich i pomoc otrzymywałam. Nie uważam, że jest to coś złego jeżeli dziecko samo zajmuje się pracami domowymi. Pamiętam jaką dumę odczuwała kiedy dostałam dobrą ocenę i wiedziałam, ze sama na nią zapracowałam. Jak będzie w przypadku mojego dziecka ( nie wiem) mam nadzieję, że nie zgłupieję nagle i nie zacznę za nią odrabiać lekcji. Przypadek kolegi- same 5 z polskiego, wypracowania cud, miód malina a matury nie zdał. Co się okazało mama pisała wszystkie jego prace…

  • aqpunktura

    Świetny tekst. Świetne podejście. Tym co uważają, że to lenistwo to może warto powiedzieć, że nie chodzi tu o popadanie w skrajności i zupełny brak zainteresowania. Mój mąż był wychowywany tak, jak opisałaś. Na świetnego człowieka wyrósł, uczył się też świetnie. I ma (i przez większość życia miał) świetny kontakt z rodzicami. Ja też się dobrze uczyłam, też wyrosłam na ludzi. Nade mną mama siedziała codziennie. Zeszyty kazała przepisywać. Całe. Żeby było ładnie. Żeby dyscypliny nauczyć. Nie nauczyło. Frustrowało. Powodowało, że czułam, że mimo średniej 5.5 jestem niewystarczająco dobra. Że nie ufa mi się, że nie ważne jak bardzo się staram – zawsze coś i tak będzie źle. I odbija mi się to taką czkawką do dziś. Także Nishka, amen. Dobrze prawisz.

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Dzięki :)

  • kuba

    jak pokazują wcześniejsze komentarze, nie ma jednego rozwiązania, proszę zwrócić uwagę, że obecny model szkolnictwa bardzo ale to bardzo sprzyja dziewczynkom, to one są ambitne rozmawiają z mama np o „grenlandii” opowiadaniach z polskiego itp. W przypadku chłopców taki model wychowawczy jest raczej kiepskim pomysłem z nikłą szansą powodzenia. Skończyłem dobre studia ale jak żywo pamiętam, że ze szkoły chciałem zawsze jak najszybciej wyjść!!!!, liczyła się aktywność; piłka, rower z czasem motocykle. Interpretacja wierszy, opowiadania, plastyka traktowałem jako średnio ciekawy obowiązek. W tym momencie pragnę podziękować mojemu tacie, nie nie odrabiał ze mna zadań!! to było moja sprawa! Zawsze służył radą, wyznaczał cele do realizacji, pokazał proste sztuczki mnemotechniczne, dzięki którym mogłem szybciej wyjść na podwórko! myśle, że oto w tym wszystkim chodzi….trzeba być wskazywać, radzić ale nie wyręczać…

    autorce gratuluje bystrych córek! szkoda, że nie będzie miała okazji potrenować swoich metod na 2 aktywnych, zdrowych chłopaczkach….

    • http://www.nishka.pl/ Nishka

      Też żałuję, że nie mam jeszcze syna, żeby to sprawdzić 😉

  • Małgorzata Monika Derkacz

    A ja nie bede owijac w bawelne.Nie wiem ile autorka ma lat,ale sadze ze to pokolenie bezstresowego wychowania.Walnij sie glupia mamusiu w glowe!!!!!!

  • Monika

    Nishka, uwielbiam Twój blog i z chęcią śledzę , ale tym razem mam wątpliwości……..uważam, że takie podejście jest możliwe tylko i wyłącznie jeśli od początku dziecko nie ma problemów z nauką…. mój mały bardzo późno osiągnął tzw. dojrzałość szkolną, przez co przez całą pierwszą o połowę drukiej klasy – szkoła wcale ale to wcale nie przeszkadzała mu w zabawie… tzn. nie rozumiał po co to wszystko co się w tej szkole dzieje – przecież ja tu tylko się bawię….. bezmyślnie przepisywał z tablicy nigdy nie pamiętał co jest zadane itd….. nie wiem jak by się to skończyło gdybym ni starała się mu w tym pomóc. już jest lepiej, więc pomału odstawię go „od cyca”.
    odrabianie lekcji z dzieckiem jest bardzo czasochłonne i mam w planach aby w 3 klasie już tego nie robić. wiem, wiem czeka mnie okres przejściowy tzw odwyk ale mam nadzieję, że dam radę
    pozdrawiam
    Monika :-)

  • korba

    zgadzam się z agamą. Nie wyobrażam sobie by dziecko od pierwszej klasy samodzielnie robiło zadania i żeby rodzic nie sprawdził czy dobrze, chyba , że sam nie umie, to mogę zrozumieć. Dziecko trzeba też nauczyć jak się uczyć z podręcznika, że ważna jest nie tylko notatka, ale i obrazek i podpis pod nim i boczne odnośniki. Przepytanie dziecka z lekcji to nic innego jak dowartościowanie i upewnienie jego ,że umie. Nie jestem za przepisywaniem dziecku lekcji, uzupelnianiem ćwiczeń itp. Ale rodzic powinien kontrolować dziecka zeszyty, zadania i na bierząco w razie czego tłumaczyć. Mam dwóch synów licealistę i piątoklasistę. od szóstej klasy nie pomagam już starszemu i nie kontroluję go, bo wiem, że wpoiłam mu coś takiego jak systematyczność i ambicje. Z młodszym jeszcze pracuję. Sprawdzam zeszyty, zadania i odpytuje, by mógł się czuć pewien. Dzięki temu jest najlepszy w klasie! Rodzic powinien niestety ale poświęcać czas dzieciom. w szkole widać, które dzieci są pewne siebie i zdecydowane a ktore niepewne i widać kiedy rodzic pomaga dziecku ( nie wyręcza), a kiedy dziecko calkowicie olewa.

  • korba

    Znam osobiście wielu rodziców, którzy nie pomagają dzieciom, bo nie potrafią, a potem proszą mnie o pomoc, a dziecko już ma takie zaległości, że hoho. Myślę, że samodzielne dzieci rodzą się w obliczu niemocy rodzica (malej wiedzy) niektóre sobie radzą , a niektóre niestety ale powtarzają klasy.

  • Gosia8

    Drogie Panie/Panowie. Problem poruszony jest wg mnie śmieszny. Każdy ma rację. Ci którzy uważają, że nieuczestniczenie w edukacji dziecka jest drogą do wyrabiania w nich odpowiedzialności i Ci którzy uważają że pomaganie w nauce dzieciom zaznaczam MAŁYM jest dla nich dobre i przynosi dużo dobrego . Skrzywieniem społecznym natomiast jest już odrabianie lekcji z młodzieżą tzw gimnazjalną czy licealną. Ale nie chodzi o samo Iodrabianie lekcji czy wręczenie go w nich. Chodzi tu o kontakt matka/ojciec a dziecko. I to właśnie przysłowie ” czym skorupka za młodu nasiąknie taki w przyszłości wyda owoc”. Mam przykład na wielu rodzinach z różnych sfer społecznych. We wszystkich przypadkach jest identyczna sytuacja. Te dzieci, którym rodzice poświęcili czas i tu nie chodzi wcale o zabawę, tylko właśnie o wyuczenie prawidłowych nawyków i zaufania w sferze dziecko-rodzic, dzieci te już jako dorosłe osoby mają większy szacunek i potrafią rozmawiać o wszystkim i niczym z rodzicami będąc wykształconymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Natomiast te dzieci które same musiały dochodzić do tzw wg autora tekstu odpowiedzialności wyfruwały daleko z gniazd i niestety prawda jest taka że rodzice potracili te dzieci. Dla nich obecnie ważne jest to kim są co osiągną, nie patrzą wstecz tylko do przodu, Raz w roku w święta jeśli znajdą czas przyjadą, zadzwonią pare razy. Faktycznie takiego traktowania chce każdy rodzic. Nas w domu było 4, każdemu mama poświęcała czas przy odrabianiu lekcji, była z nami w każdych trudnych chwilach pomagała do czasu kiedy o to prosiliśmy. Wychowała 4 dorosłych odpowiedzialnych i wykształconych ludzi szanujący siebie innych ale przede wszystkim tych dka których jesteśmy najważniejsi -RODZICÓW. Sytuacja jest analogiczna wśród moich bliższych i dalszych znajomych i wśród rodziny. WIĘC DRODZY RODZICE!!!! !POSWIECAJCIE SWOIM DZIECIOM TYLE CZASU I UWAGI ILE POTRZEBUJA, PRZYJDZIE CZAS ŻE WY BEDZIECIE POTRZRBOWAC ICH ALE WTEDY MOŻE BYĆ ZA PÓŹNO NA WYCHOWYWANIE! !!!

  • ida21

    Dzień dobry wszystkim komentator[k]om.

    Mam dzieci zastępcze. Tzn. jesteśmy rodziną zastępczą. Dzieci mają problemy z nauką dość duże [opinia z poradni elegancko określa je na pograniczu normy i upośledzenia]. Po kilku latach prowadzenia za rękę [i rzygania ułamkami, charakterystyką bohatera i pilnowania elegancji literek w zeszycie – niestety było to konieczne] też wpadłam wreszcie na to, że dzieci powinny stać się odpowiedzialne za swoją naukę i zaczęłam postępować jak szanowna autorka. Efekty są dwojakie:
    1. Najmłodszy synek, klasa IV, puszczony rok wcześniej, zawsze twierdzi, że nic nie ma zadane. Po pierwszym semestrze okazało się np., że wypełnił 20 % ćwiczeń z matematyki [on jeden jest całkiem bystry i nie ma opinii z poradni], dostał jedną jedynkę i wcale się tym nie przejął. Zastanawiam się, czy ja się mam przejąć…[???]. Nie wiem, czego go to nauczyło, chyba niczego, poza tym, że lenistwo jest ok.

    2. Średnia córka, klasa V, z przerośniętą ambicją [i opinią z poradni] siedzi nad lekcjami i ryczy wniebogłosy, gdyż sama nie jest w stanie zrozumieć polecenia. Albo próbuje zrobić ćwiczenia, nie przeczytawszy tematu z podręcznika [wie, że trzeba]. Wścieka się, że nie umie, ale nie potrafi odpuścić. Ma pretensje, że inne koleżanki w ogóle się nie uczą i dostają lepsze stopnie, a ona tak się stara i nic [według mnie super, bo ma tróje i czwóry, ale dla niej to za mało]. I też się zastanawiam, czy siedzieć razem z nią nad lekcjami i wspierać duchowo, czy uczyć samodzielności…[???]
    3. Syn najstarszy, I gimnazjum. Fajna szkoła, nic nie zadaje, niewiele wymaga. Synek więc nie robi nic [mimo ww. opinii z poradni] poza siedzeniem na fejsie. Nawet dyplom dostał za wolontariat, na którym nie był. Na ocenach mu nie zależy. Kapnął się, że i tak jakoś zda, więc wszystko mu generalnie wisi. Zadziałał dopiero niepedagogiczny system płacenia za dobre oceny i karania [zabraniem tableta z fejsem] za pały. System działa od niedawna, więc nie wiem jeszcze, jakie przyniesie efekty, ale dziecko jest zachwycone, codziennie składa mi relacje z ocen otrzymanych w szkole i nawet sprzątnęło raz pokój…

    Ciekawią mnie wasze opinie.

    Ja doszłam do wniosku, że wszystkie zasady i metody książkowe możemy sobie wsadzić… do kosza. Dzieci i tak je zweryfikują. Pisać karteczki, pilnować, sprawdzać – jak ma nie działać, to nie będzie… Ja sobie wywiesiłam kartkę przy drzwiach, że zanim wyjdę z domu, mam wziąć okulary, klucze i komórkę. Jeszcze nigdy nie udało mi się nie wrócić tuż po wyjściu [nie mam ADHD, Alzheimera chyba też jeszcze nie].

    Pozdrawiam
    IwonaD.

  • http://epidermidis.blogspot.com/ Marta Ś.

    Szkoda, że nie uwzględniłaś dzieci z dysfunkcjami, a me je co czwarte dziecko 😛 Dla mnie to wyidealizowana paplanina 😛

    • Małgosia

      co czwarte dziecko? A niby dlaczego? Ja chodząc do szkół każdego typu dysleksji dyzgrafii i innych dysfunkcji jak to nazwałaś na palcach jednej ręki z całej szkoły można by było wyliczyć. Dziś każdemu dziecku załatwia się papiery na wszystko byle by łatwiej było. A tu głównie chodzi o lenistwo właśnie rodziców którzy nie patrzą co i jak ich dzieci piszą. Moja siostra była dyslektykiem, tyle że znała zasady wiedział jak pisać wyrywkowo pytana odpowiadała prawidłowo ale gdy przyszło do napisania potrafiła napisać „jósz”.Dzieki mamie i poświęconym jej czasie, którego w szkole od nauczyciela nie dostała w zamian została wyzwana od tluków i skończonych debili, dziś błędów nie robi bo skupia się nad tym co pisze. Jak to dyzgrafia? Poprostu dzisiejsza młodzież pisać długopisem nie umie. Czyste lenistwo, brak tzw bata nad nimi. Mój zeszyt w koszu lądował jak było nabazgrane i musiałam z powodu jednej kartki cały przypisywać. To mnie nauczyło ładnie pisać. Mówi się że chłopcy brzydko piszą bo tak już jest. Nie prawda mój mąż pisze pięknym wyraźnym pismem ponieważ ojciec z nim siedział i kazał mu pisać jak należy. Dla mnie dzieci z dysfunkcjami to dzieci niepełnosprawne intelektualnie bądź fizycznie.To jest dysfunkcja bo są ograniczone z przymusu nie wyboru.

  • obserwator

    30 lat temu zazwyczaj rodzice nie siedzieli z dzieckiem przy odrabianiu lekcji, efektem jest dorosły MYŚLĄCY człowiek, który analizuje, wnioskuje a nie jak masa dzisiejszych studentów którzy bezmyślnie wypełniają program – Artykuł wart polecenia

  • http://www.hania.es Hania Sywula

    Natalia, to bardzo dobry tekst :) Moi rodzice nie wcinali się w moje lekcje – sami nigdy, ale umiałam nimi nieźle manipulować i wymusić, żeby ktoś za mnie zrobił wyszywanki i inne pisma techniczne, bo mi się nie chciało. Co ciekawe, od samego początku wiedziałam, że to bardzo niewychowawcze i że popełniają błąd dając mi się przekonywać, ale było mi wygodnie, więc to wykorzystywałam. Ale straszny ze mnie był dzieciak! 😉

  • Eliza

    A może patologii szkolnej? Przepraszam, ale czego mieliśmy się my nauczyć i nadal mamy się uczyć skoro patologia szkolna jest częstsza niż niektórym się wydaje. Wysyłasz własne dziecko i patrzysz z przerażeniem nic nie mogą zrobić… Z własnego doświadczenia pamiętam, że zawsze było coś nie tak w szkole co roku… – w podstawówce: 1 klasa chłopak, który popisywał się na zajęciach i utrudniał prowadzenie zajęć – nauczycielka nic w związku z tym nie robiła tylko siedziała i patrzyła w dziennik, klasa 4 – praca nad którą siedziałam cały wieczór z wujkiem —> obniżona ocena, bo nie było głupich ziarenek przyklejonych do plasteliny, gimnazjum – całkiem patologia: prześladowanie, wyśmiewanie, mobbing ze strony koleżanek, szantaż. Z całego gimnazjum też pamiętam jak kolega z klasy bombę jakąś śmierdzącą rozpylił w szkole i cała szkoła odpracowywała zajęcia w sobotę. Poza tym jedno co pamiętam to patologiczną, schizofreniczkę z polskiego, która tak potrafiła namieszać w głowie, że nie wiedziałam w końcu czy tą książkę przeczytałam czy też nie. Stawiała pod tablicą i pytała z takich rzeczy, których nigdy nie mieliśmy i się wyśmiewała. Była mściwa przeraźliwie i nigdy u niej nic się nie nauczyła tylko trzęsłam się jak osika. Fizyka w gimnazjum po raz pierwszy miałam zagrożenie w życiu. I co presja ze strony rodziców i nauczycieli, wstyd, bo chodziłam do szkoły i miałam po 100% frekwencji. Technikum było w miarę chociaż i tutaj znajdowały się osoby o dziwnych psychozach np. pani od niemieckiego, która non stop opowiadała o swoim życiu, że zostawi nas mężczyzna z kilkoma dziećmi, że pochodzimy z rodzin patologicznych (co mnie denerwowało, bo nigdy tak nie uważałam), mściła się i wydzierała na nas. Gdzie mogliśmy iść zgłosić? Moja mama z młodszą siostrą miała problem taki, że siostra ma kamice nerkową i moja sis musiała dużo pić, chodzić do toalety. Pomimo zaświadczenia była walka, że nie wolno jej itp i rozmowy z dyrekcją nie pomagały! Wracając do mnie w technikum wyzywano nas, że jesteśmy matoły i że matury nie zdamy i nikt nawet się nie podejmie przygotowywać nas do niej. Jak się okazało te matoły zdały najlepiej z całej szkoły. Teraz studia, czy coś się zmieniło? Nie nic się nie zmieniło tylko tutaj weszła gruba kasa, byleby jak najwięcej ze studenta zedrzeć im więcej nie zda to więcej kasy logiczne. Ot taka jest prawda, że w większości dzisiaj młodzież wie od innych, z internetu niż od nauczycieli. No chyba że o ich życiu prywatnym, jak to w życiu ciężko, ale nigdy mnie nie obchodziły problemy pani nauczycielek, a one mnie bombardowały swoimi opowieściami to jak ja mam umieć cokolwiek ze szkoły?

  • asi

    Muszę przyznać Ci rację, bo sama się w to wkręciłam, może nie koniecznie odrabiałam z nim lekcje ale trwałam, pilnowałam…Odcięłam pępowinę- raz wyjdzie, innym razem wcale ale nie tonie
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/

  • Eliza

    zemsty pani nauczycielki, nieuczciwe oceny, bo niby wystawiając spojrzała w złą rubrykę mojej koleżanki… jak ojciec powiedział no to komis, to nagle się okazało, że pomyłka… a ojciec mój matma, dziadek (ś.p) dyrektor matematyka i fizyka… potem zemsta do klasy 5, żeby udowodnić, że nie umiem

  • Eliza

    Poza tym chciałam coś jeszcze dodać… zawsze lubiłam jak ktoś mi pomagał w pracy domowej, więc tutaj jestem wyjątkiem. Mama tylko niestety nie lubiła moich wypracowań po pierwsze moje pismo, którego nie mogła rozczytać, po drugie nie zawsze rozumiała, co chciałam napisać. Ojciec w pewnym momencie już nie wiedział jak zadania rozwiązywać.
    Niestety mam złożoną osobowość więc akurat mnie trudno zamknąć w ryzach. Jakoś tak całe życie obiecywałam sobie, że odpowiem na każde pytanie mojego dziecka… jeżeli nie – sięgnę po pomoc, ale nigdy jak u mnie w domu „boli mnie głowa”, „głupie pytania” – te odpowiedzi mogą wzbudzić zainteresowanie mimo to (jak u mnie), ale mogą także zniechęcić i taki mały człowiek zostaje sam ze swoimi problemami – frustracja i te sprawy.
    Wracając do mnie bardzo ciężko mi się uczy samej, a wiele osób dzisiaj jest tak nauczonych – cichuteńko, przed lustrem. Ja muszę w autobusie, w hałasie, muzyka na full…

  • http://TuzPrzyUchu.pl/ Katarzyna Bieleniewicz

    Natalio od kiedy nie odrabiasz lekcji z dziećmi? Masz już duże córki, pewnie przy 6 latkach sprawa wyglądała by nieco inaczej? Jak to było u Ciebie?

  • Aleksandra

    Rodzicom coś się w głowach poprzestawiało w ostatnich latach. Najchętniej przeżyliby życie za swoje pociechy. Latem nie wypuszczają ich na dwór bo za gorąco, zimą bo za zimno. Zapewniają im rozrywkę przed TV albo troskliwe nianie, które wycierają dzieciakom tyłki do 6 roku życia i spacerują z nimi za rączkę po betonowych alejkach. (łąki i lasy są niebezpieczne, za dużo owadów). Mamusie nie spuszczają z oka i chronią, jak stare kwoki, żeby przypadkiem nie skaleczyły kolanka biegając za piłką (o upadku z drzewa albo trzepaka nie wspomnę). Pociechy wszystko mają podsuwane pod nos, gdyby zostały same, umarłyby z głodu bo nikt nie wymagał od nich, żeby zrobiły sobie kanapkę albo zalały płatki mlekiem. Za to perfekcyjnie potrafią obsługiwać sprzęty audio-video i komputery. Potem dzieciaki idą do szkoły, odprowadzane do szatni, gdzie mamusie zmieniają im buciki. Tornisterków też dzieciaki same nie noszą bo za ciężkie. No i te lekcje do odrabiania! Zgroza. Jak można tak męczyć te małe, biedne istotki i zmuszać rodziców do ślęczenia nad książkami !? Przecież przy takim szkolnym pogromie nie starczy czasu na dodatkowy angielski, pianino, tenisa, jazdę konną, balet i karate. A może wystarczyłoby wrócić do modelu wychowania sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, gdy rodzice pracowali na dwie albo trzy zmiany i mieli inne sprawy na głowie, niż nadgorliwość, starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym, nikt nie bał się pór roku ani psów a dzieciństwo było dzieciństwem, mimo, że nie było bajeranckich ciuchów czy zabawek a wychowywanie nie było bezstresowe i motywacja pozytywna nie była nadużywana? To nie dzieci wina, że sobie nie radzą. To wina rodziców bo chcą mieć w domu ideał a tworzą znerwicowane kaleki.

  • GosiaM

    niestety, nie zgadzam sie z tym postem. ABSOLUTNIE! Mam dzieci w wieku „zaawansowanym” w nauce. Zaczynałam z nimi, sprawdzałam i uczyłam systematyczności. Sprawdzałam i chwaliłam. Mniej więcej w piątej klasie powoli odsuwałam się od pomocy. Pomagałam tylko przy prośbie dzieci. One same dojrzały do tego by pracować same. Ale systematyczności wyuczyły się tylko z mojej konsekwencji. Efekt? Doskonałe wyniki, doskonałe samopoczucie, wysoka ocena własna, poczucie samodzielności, wysoki opróg społeczny i ,.. wiele tych „wysokich” Godzin spędzonych z dziećmi przy lekcjach NIGDY nie uważałam za stracony czas. Uważałam za mój obowiązek oraz przyjemność przebywania z dziećmi nawet podczas tak trudnych chwil jak odrabianie zadań domowych.

  • Pingback: Pielęgnuj ciekawość świata | Nishka()

  • mika

    Odnosząc się do ostatniego akapitu, osobiście byłoby wstyd, gdyby moje dziecko zapytało mnie o coś z zakresu wiedzy podstawowej a ja na to pytanie nie znałabym odpowiedzi ; ) Cały autorytet poszedłby w las bo „mama tego nie wie” ; )

    • eee-tammm

      Trzeba sie pogodzic z tym ze nigdy nikt nie bedzie wiedzial absolutnie wszystkiego w zakresie podstawowym chociaz. Chodzilem na zajecia i co zapamietalem to moje jednak czesto na zaliczenie bylo nie wystarczajaco. Po 3 niedostatecznych przysiadlem dzien lub dwa i bardzo dobrze. Zawsze krazylo kolomnie zdolny ale len. Dzis rozwiazuje problemy techniczne w najprostrzy sposob i bez dodatkowych komplikacji jak tylko sie da. Kazdy przypadek jest jednak indywidualny i nigdy nie nalezy generalizowac w zadym temacie wiec co czlowiek to inny poglad ktory tez trzeba uszanowac choc moze sie myli to i tak musi sobie uswiadomic – czesto po czasie ale…. zycie….

  • JaRoD vel Sebastian

    Założenie jest poprawne gdy mamy pedagogów a nie nauczycieli.
    A jeżeli u mnie dziecka na poziome pierwszej klasy podstawowej, nauczycielka dobrze zrobione ćwiczenie, karze dziecku skreślić i rozwiązać wg jej wersji, która jest ZŁA.

    Swego czasu udzielałem dość intensywnie korepetycji na poziomie gimnazjum i liceum i niestety, metody nauczania w szkołach są z dupy.
    Nauczyciele nie umieją trafiać do uczniów, do niektórych trzeba inaczej pewne kwestie tłumaczyć.
    A dodatkowo często popełniają błędy w rozwiązywaniu podręcznikowych zadań.

    I jak zostawimy takie dziecko SAMOPAS to niestety ale będzie to edukacyjna porażka.

  • mAGNESik.eu

    Zgadzam się w 100% :) pamiętam, że moi rodzice również nie pomagali mi w odrabianiu lekcji, a mimo to zawsze miałam średnią powyżej 5. Pamiętam też, że nie miałam ochoty prosić ich o pomoc, ponieważ zanim wdrożyliby się w temat, ja już dawno znalazłabym rozwiązanie :) ja również nie planuję ingerować w lekcje swoich dzieci :) Pozdrawiam

  • wabiesiebaba

    wabiesiebaba z tej strony, kłaniam się nisko 😉 od dziecka nie odrabiałam prac domowych, nikt mnie nie rozliczał, nie zaglądał do plecaka. po tych wszystkich latach, będąc na studiach mam ogromny żal do rodziców, że od zawsze moje wyniki mogły być lepsze, że mogłam mieć mniej problemów, lecz nie miałam, bo nie wykazywali zainteresowania, a gdy raz przyniosłam tak ciężko zdobytą piątkę z matematyki do domu usłyszałam tylko: i co się chwalisz? gdybyś zawsze miała takie oceny było by dobrze. Ale jak tu mieć nagle systematyczność, skoro do tej pory się nie miało?
    Dzieci uczą się dla siebie, to prawda. Ale gdy są doceniane chcą wyciągnąć z siebie więcej, czują się lepiej, mają więcej zapału, jakiego było mi brak bo i tak nikogo nie obchodziły moje oceny. Oby Twoje dzieci nie powiedziały Ci takich słów kiedyś.

  • http://roberthover.pl/ Robert Hover

    Mama siedziała ze mną przy lekcjach. Dziękuję jej za to codziennie. Aczkolwiek, takie zaufanie dla dziecka – cudowna sprawa. Tylko, że mnie zawsze wszystko interesowało poza szkołą i nie skończyłbym pewnie, gdyby nie jej opór, podstawówki :-)

  • Pingback: Panda Overseas » Monthly recap #1()

  • http://dziecinneproblemytaty.blogspot.com/ Tomtom

    Droga Nishko, masz dużo racji w tym, co piszesz. Jednak czasami odnosiłem wrażenie, że piętnując jedną skrajność popadałaś w drugą. Otóż pomagać i kontrolować – tak, wykonywać za dziecko – zdecydowanie nie! Tylko to i aż to. Poza tym ważna rzecz. Proces uczenia sumienności, samodzielności i odpowiedzialności nie zaczyna się, jak mniemam, w momencie pójścia do szkoły, lecz znacznie wcześniej. Jeśli go prześpimy, nie dziwmy się, że w szkole dziecko próbuje wyręczać się nami. Pozdrowionka

  • antinetka

    Ma Pani dużo szczęścia, bo Pani dzieci pozwalają Pani na takie podejście. Moi rodzice mieli takie szczęście zewiedzielie wtrącali się w moje sprawy szkolne a ja i tak mimo wzlotów i upadków kończyłam każdy rok ze średnią powyżej pięciu. I też im się wydawało, że ich podejście jest jedynym słusznym a inni rodzice robią krzywdę sobie i swoim dzieciom siedząc z nimi nad lekcjami. Aż któregoś dnia edukację rozpoczęła moja młodsza siostra i okazało się, że wspólne siedzenie nadksiążkami musiało stać się ich codziennością na długie lata.

    Obecnie sama jestem nauczycielką i wśród swoich uczniów w szkole podstawowej mam sporo takich, którzy wymagajądodatkowego wsparcia w domu, bez którego sobie nie radzą. Nie odkryję Ameryki jak powiem, że dzieci są naprawdę różne. Nawoływanie do zostawienia ich samych sobie jest nie w porządku. Łatwo o to, by narobiły sobie zaległości, które zaważą na całyprocesie edukacji.

    Mam sporo uczniów, którzy regularnie zapominają pracy domowej. U tych zdolnych w ogóle to nie ma konsekwencji ale tym słabszym odbija się potem czkawką. Nie mam możliwości przećwiczyć każdej rzeczy na lekcji tyle razy i w takim tempie, żeby absolutnie każdy się nauczył.

    Niedopilnowanie tego, czy dziecko wzięło piórnik, kredki i książki rzutuje natomiast na pracę całej grupy. Konsekwencje ponosi w tym przypadku nauczyciel i inne dzieci. I to też jest nie w porządku. Jak dziecko nie ma książek i zgłosi mi to przed lekcją, staję na głowie, żeby mu odpowiednie strony pokserować. Nie zawsze mam taką możliwość. I wtedy dziecko siedzi i się nudzi podczas gdy inni pracują. A gdy się nudzi, zabiera się za przeszkadzanie i rozpraszanie innych. Samo nie korzysta z lekcji w takim stopniu, w jakim by mogło i utrudnia to pozostałym uczniom.

    Brak kredek to również zmora. Wędrówki po klasie, by pożyczyć dany kolor dezorganizują pracę calej grupy i muszę wielokrotnie powtarzać instrukcje, przez co zadanie zajmuje więcej czasu, niż to warte. Na sprawdzianach natomiast jużt już katastrofą, bowiem oprócz dekoncentrowania uczniów, pożyczanie kredek tworzy idealną okazję do niesamodzielnej pracy. Poważnie uważa Pani, że to Pani dziecko ponosi tego konsekwencje?

    Oczywiście mówię teraz o uczniach szkoły podstawowej, tych najmłodszych, bo już na tym etapieobserwujeę takie właśnie podejście rodziców. Starsze dzieci to zupełnie inna para kaloszy.

    • antinetka

      Przepraszam za literówki, zapanowanie nad klawiaturą telefonu, która żyje własnym życiem, przy pisaniu nieco dłużej wypowiedzi nie należy do najłatwiejszych zadan.

  • Iwona

    Jak dla mnie temat bez sensu. Każde dziecko jest inne – dla jednego będzie dobrze jak rodzic z nim będzie odrabiał lekcje (bo np. potrzebuje uwagi i wsparcia w tym akurat temacie a nie przy graniu w chińczyka) a drugi znacznie lepiej będzie sobie radził sam, bo zbuduje to jego samodzielność i zaradność. Rolą rodzica jest znać swoje dziecko i reagować adekwatnie do jego charakteru i rozwoju.
    Włos mi się jeży na całym ciele, jak czytam rady innych mam, jak należy postępować z dzieckiem. Czymże taka rada odnośnie wspólnego czy tez raczej samodzielnego odrabiania lekcji różni się od pouczania jakiejś babuni w piaskownicy, że dziecko powinno nosić czapkę? Rozumiem … blog… autorka chce wyrazić swoje zdanie … ale może tak słowem podsumowania jednak pozostawić decyzję każdemu indywidualnie? :)
    PS. Moi rodzice ze mną nie odrabiali lekcji, jestem w miarę inteligentna ale okropnie leniwa i niecierpliwa. Samodzielna? Zależy. Także nie generalizujmy.

  • magorzatagrajdek

    A ja całkowicie popieram. Mam tak samo i to działa.
    Pamiętam moje zaskoczenie na pierwszym zebraniu w szkole, gdy okazało się, że niektóre matki codziennie siadają z dziećmi i robią razem zadania. Był to początek pierwszej klasy, zadania domowe zazwyczaj nie były dłuższe niż 1-2 linijki i sprowadzały się do napisania kilku literek lub pokolorowania czegoś. Najpierw poczułam się jak wyrodna matka, ale szybko mi to przeszło :) Mój syn zazwyczaj robił lekcje po lekcjach w świetlicy, często nawet nie wiedziałam, że cokolwiek było zadane.
    I te matki nadal tak robią, odnoszę wrażenie, że chyba bardziej tego potrzebują dla siebie, niż rzeczywiście dziecko. Ale już się tak przyzwyczaiły, jeśli nie siądą razem, to dzieci w ogóle zadań nie zrobią.
    Być może duża zasługa tego sukcesu to to, że moje dziecko nie ma problemów w nauce. Owszem, czasami ukradkiem zajrzę do zeszytu, odpowiem na pytanie, wytłumaczę niejasne polecenie, ale tylko wtedy, gdy sam o to zapyta.
    Pytam, czy odrobił zadania, czy się spakował, czy ma naostrzone ołówki, ale tego nie kontroluję. Jego tornister – jego sprawa. Prace plastyczne robimy razem tylko takie, które z założenia mają być robione przez dzieci i rodziców.

  • Inna_odInnych

    Z tym „przyciąganiem rodzica do siebie” masz pewnie rację. Z mojego dzieciństwa pamiętam, że rodzice nie odrabiali ze mną zadań domowych. Nie było takiej potrzeby. Wiedziałam, że to jest moim obowiązkiem, a zazwyczaj pomocy nie potrzebowałam. Przychodziłam do rodziców (albo starszego brata), tylko wtedy kiedy miałam problem z trudniejszym zadaniem i nie wiedziałam, jak się za nie zabrać, albo żeby sprawdzić zadanie, którego nie byłam pewna. Z całą resztą potrafiłam sobie poradzić. Spakować też potrafiłam się sama. Ba, w podstawówce sama robiłam sobie śniadanie do szkoły (nie pamiętam od której klasy), co mnie nauczyło, że jeśli nie zabrałam śniadania, to byłam głodna. Dlatego patrząc na moje dzieciństwo uważam, że wielu rodziców postępuje bez sensu, siedząc z dziećmi nad lekcjami, same sobie poradzą.
    I wracając do pierwszego zdania: nigdy nie czułam potrzeby, by rodzice odrabiali ze mną zadania, ponieważ spędzali ze mną bardzo dużo wolnego czasu. Z mamą szyłam i uczyłam się robić na drutach (czego ostatecznie nie opanowałam z braku cierpliwości). Graliśmy całą rodziną w różne gry, m.in. planszówki i w karty. Chodziliśmy razem na działkę, czy na basen czy gdzieś indziej. Spędzałam z nimi tak dużo czasu, że nie musiałam ich „przyciągać” czymkolwiek, byleby posiedzieli ze mną godzinę czy dwie 😉
    Jedyny bład z moją edukacją, jaki robili moi rodzice, to sprawdzanie ocen. Tzn. niezadowolenie że miałam niższe wyniki niż się spodziewali. Ciągle porównywali moje oceny z ocenami mojego brata, który w podstawówce i gimnazjum miał zawsze świadectwo z paskiem (co mnie tylko raz udało się dokonać) czy, co gorsze, z moją najlepszą koleżanką z tamtych lat. Pewnie w ich ocenie miało mnie to motywować, a sprawiało, że włączało mi się myślenie „I tak jej nie dorównam, to po co mam się uczyć i starać?” Dziś wiem, że mogłabym to osiagnąć i chociaż wstydzę się niektórych braków wiedzy, nie żałuję, że zamiast ślęczeć całe popołudnia nad książkami, spędziłam wiele lat na podwórku i byłam szczęśliwym dzieckiem. A ostatecznie średnia powyżej 4,0 to przecież nie jest złą średnią :)

  • Dona

    Moja mama nigdy stricte nie odrabiała za mnie lekcji, ale często po prostu ze mną przy nich siedziała. Ona prasowała, gotowała, czytała książkę – a ja siedziałam obok niej i sobie coś dziobałam, czasem zapytałam, poprosiłam o podpowiedź czy pomoc. Jako osoba dość roztrzepana i ruchliwa, łatwo rozpraszająca się, bardzo pomocne było mi samo to, że gdzieś mama przy mnie była – bo i ja wtedy skupiałam się na tym, co musiałam i miałam zrobić, bo ktoś mnie ” pilnował ” . Ciężko mi to wytłumaczyć, ale jak wiedziałam że na mnie zerka to po prostu motywowałam się do pracy. Teraz mam 22 lata, jestem samodzielna, na fajnych studiach, radzę sobie, uczę się i dobrze i sama , czasem trudnych matematycznych rzeczy.I nikt mi nie pomaga, bo nie musi. Już nie musi. Ale gdyby nie moja mama i jej pomoc wtedy , to pewnie bym teraz taka nie była. Siedziała przy mnie, czasem wytłumaczyła mi jakieś zadanie, nauczyła jak co ma wyglądąc by miało ręce i nogi (pokazała np jak wygląda estetyczna praca, dobry rysunek). Sama jest nauczycielką więc uniknęłam wszelkich korepetycji, np. z matmy lub chemii, bo tego nigdy nie potrzebowałam z racji tego że była Ona i wiele ogarniała :). I lubię do niej zadzwonić i powiedzieć że znowu zaliczyłam egzamin jako jedna z niewielu, albo że dostałam jakąś dobrą ocene. I ciesze się , że ją/ albo moich obojga rodziców też to cieszy i interesuje. I w drugą stronę> jak zdarzyło się że czegoś nie zaliczyłam to też mnie pocieszyła i powiedziała że na spokojnie sobie to naprawię i ” to są studia” . Czasem o tym zapominam przez własne ambicje i POTRZEBUJĘ to usłyszeć: Nie od koleżanki która nie zdała, albo od kolegi który dostał piątkę. Tylko właśnie od mamy. Bo wiem że ją to interesuje i też cieszy sie moimi sukcesami/ pomaga słowem przy niepowodzeniach. Zawsze dobrze znała moje oceny, nigdy nic przed nią nie ukrywałam bo nawet nie musiałam. Nigdy nie zrozumiem dzieci które chomikowały oceny ” bo co powiedzą rodzice”.. żenua . Uczyłam się dla siebie, ale że przy okazji ją to cieszyło, to nie widziałam nic złego w informowaniu ją o wszstkim. . Są dzieci,z którymi siedzieć nie trzeba, bo są ogarnięte, inteligentne, szybko kumają czaczę, same chcą- i fajnie, że są. Może to kwestia wychowania, może genów, charakteru, może czegoś innego – nie wiem. Ale są dzieci, którym trzeba poświęcić uwagę. Które też mogą i też umieją, i tak samo mogą być ZDOLNE i zaradne – ale trzeba w nich to obudzić. I tak sobie pomyslałam, gdyby moja mama mi wtedy, w podstawóce powiedziała ” twoje lekcje, twoja sprawa, radź sobie sama” to bym na pewno nie skonczyła na studiach. bo co się z tym wiąże ->Jestem osobą którą nakręcają tylko i wyłącznie pozytywne rzeczy. Tak już mam. Wewnętrzne roztrzepanie i milion mysli na minute mi pozostały do dziś. Właśnie dlatego niekiedy potrzebuje, by ktoś mnie postawił do pionu. Co nie oznacza , że mama teraz ze mną przy czymś siedzi – no bo nie :). Radzę sobie i nie uważam, że to, że mi ktoś kiedyś pomagał-nauczył to jakaś ujma. Jeśli twoje córeczki są na tyle , żeby same pracować, same odrabiać lekcje i same się sobą zajmować- to dobrze, gratuluję Kochana. Jeśli im nie pomagasz – twoja sprawa. Ale nie postuluj tego innym rodzicom, bo każde dziecko jest inne i wymaga uwagi różnego stopnia w sprawach szkolnych czyli BARDZO indywidualnych :). Z tego miejsca dziękuje Mamie za poświęcony czas :). Pozdrawiam.

  • Pingback: Share week 2015‏ – Venila Kostis, Stay Fly i Nishka | Momentum()

  • A

    Nie jestem za nadopiekuńczością i nie pozwalaniem dziecku na samodzielne odrabianie lekcji, nie jestem też za robieniem dorosłego z 7 latka i zostawieniem go bez pomocy. Wiem czego i z jakich książek uczy się moje dziecko. Tyle. Pozdrawiam

  • Leeni

    Tak bardzo się z Tobą nie zgadzam, a jednocześnie się zgadzam. Uważam, że oczywiście dziecko musi uczyć się na własnych błędach, ale każde dziecko jest inne i niektóre potrzebują w szkole podstawowej pomocy rodzica. Nie wyręczania, ale czasem wytłumaczenia, sprawdzenia, czasem zachęty. A gdyby Twoje dziecko miało trudności w nauczaniu? Dysleksję, dyskalkulię? Ja mogłam liczyć na pomoc rodziców i Bogu dzięki, bo inaczej chyba na zawsze zraziłabym się do nauki. Płakałam przy lekcjach, kiedy wiedziałam, jak się pisze krzesło, a po raz setny popełniałam błąd. Gdyby mi nie pomagali, raczej nie wyrosłabym na kogoś, kto wariuje po godzinie bez czytania i uwielbia robić korekty.
    Wszystko zależy od dziecka.

  • kvlka

    Mała niespójność w tekście..

    „Serio, myślicie że nie poradzą sobie bez Was? :) Że materiał szkolny jest tak trudny, że bez matczynej pomocy nie uda się go ogarnąć? ”

    i

    „Nie wyobrażam sobie, żeby codziennie siedzieć po dwie godziny z dziećmi przy lekcjach. Brr!! Ile pytań, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć! Ile zagwozdek matematycznych i biologicznych, z którymi nie potrafiłabym się uporać! ;)”

  • Beata Lewicka

    To nie prawda .Być może mądra mamusia ,mądrych dziewczynek nie wie co to znaczy „nie chcę ,nie będę i nic mnie to nie obchodzi „w wykonaniu pierwszoklasisty .Dziewczynki na ogół chętniej uczą się niż chłopcy i łatwiej,choć tez nie wszystkim,to przychodzi.Ciekawa jestem jak postąpiłaby z chłopcem ,który w ogóle nie przejawiał zainteresowania szkołą ,nauką -szczególnie pisaniem . Po prawie dwóch latach pracy ,po kilka godzin dziennie,przy odrabianiu lekcji ,przerabianiu materiału,powtarzaniu i nieustannych walkach w szkole by dziecko motywować ,a nie gnębić -są 5 i 4 czasem 6 ,która przynosi chłopcu radość ,dumę i świadomość wynagrodzonej ciężkiej pracy.Znam matki ,które chciałyby pomagać dzieciom w lekcjach ,ale nie mogą (praca ciągły brak czasu ,zmęczenie ) nie w każdym przypadku ,ale sami wiecie jak to się często kończy.Zła ocena ,uwaga ,przekonanie dziecka ,że jest beznadziejne i do niczego się nie nadaje ,potem już bardzo blisko do…. wiecie ,co chce napisać?.Czasami na sukces dziecka tez trzeba popracować .Ciekawa jestem co Pani genialna zrobi ,gdy zaczną się poważniejsze kłopoty ,może nie koniecznie w szkole .tez powie Twoja sprawa?Może te dziewczynki nic nie powiedzą swojej matce ,którą i tak przecież nic nie obchodzi.Apeluję do rodziców ,nie zostawiajcie dzieci bez wsparcia ,szczególnie w czasach kiedy edukacja jest zaprzeczeniem tego czym naprawdę powinna być .Pomagajcie im i przekazujcie swoją wiedzę,pokazujcie jak poznawać .W szkole ich tego nie nauczą.szkoła ma za zadanie wyprodukować durne ,łatwe do rządzenia pokolenia.Sprawdzając zeszyty i pomagając nie tylko w trudniejszych zadaniach ,ale czasem i w problemach związanych ze szkoła macie przynajmniej kontrolę nad tym jak ogłupiane jest wasze dziecko i możecie temu przeciwdziałać .Jesteście nie tylko rodzicami .Jesteście przyjaciółmi i całym światem waszych dzieci ,najfajniejszymi i najlepszymi ludźmi ,nie zostawiajcie ich.Praca z dzieckiem od najmłodszych lat rodzi więź ,sympatię i zaufanie ,poza tym czy wszyscy macie sklerozę .Przypomnijcie sobie jak to było z wami -przecież nie tak dawno.

  • Pingback: Wzruszający list mojej córki | Nishka()

  • Iwona

    Hm…nie wiem czy jest to kwestia zgodzenia się czy nie, ale tego JAKIE jest nasze dziecko. Mi też nikt w lekcjach nie pomagał, rodzice pełnili tylko funkcje „nadzorców” i pilnowali żebym lekcje miała odrobione i spędziła czas na naukę przed klasówką. Nie wyszło mi to na dobre, w cale a w ogóle. Byłam bardzo niechętna do nauki w szkole, w liceum dużo wagarowałam…jeżeli w swoim dziecku kiedy pójdzie już do szkoły będę widziała podobną niechęć to bądźcie tego pewni, że usiądę z nim i pomogę mu te lekcje zrobić. Jeżeli będzie robił to sam, sumiennie, bez oporów – proszę bardzo, niech będzie samodzielny ile tylko chce.

  • Evana Schmidt

    Boze! Absolutnie takiego podejscia nie mozna miec do kazdego dziecka. W moim przypadku np. i z dokladnie takim nastawieniem moich rodzicow skodki byly oplakane. Bylam bardzo nieodpowiedzialna, bardzo dlugo…Nie odrabialam lekcji bo mnie do tego nikt nie zmuszal, nikt nie przypominal i nikt nie zachecal. To nie jest nauka odpowiedzialnosci to jest nieodpowiedzialne zachowanie w stosunku do dziecka. Jeszcze moze przytocze moje doswiadczenie …ukonczylam szkole zawodowa do ktorej zreszta ledwo sie od niej dostalam bo mialam dwoje. Rodzice wciaz wrzeszczeli ze jestem maloambitna a nigdy nie nauczyli mnie jak systematycznie siadac do nauki. Wyjechalam za granice i tam skonczylam studia dosc wymagajace a po nich mialam/mam duze osiagniecia w pracy jako osoba uwazana za bardzo uzdolniona! Jak moje losy by sie potoczyly gdyby ktos zechcial sie mna chociaz troche zajac? Co moglabym robic gdyby w Polsce dobrze mi szlo? Tego nigdy sie nie dowiem…Odpowiedzialnosci, systematycznosci, obowiazkowosci tez sie dziecko uczy z czasem – jedno szybciej drugie wolniej ale rodzice powinni trzymac reke na pulsie, zachecac, przypominac, sprawdzac i niekiedy nawet pomagac w zrozumieniu nie w wykonaniu…

  • mama

    Ta mamuska, ktora pisala ten artykoł nie ma doswiadczenia i pojecia jakie sa inne dzieci, oprocz jej corek!!! Kazdy uczen, to zupelnie inna jednostka, o roznym charakterze, mozliwosciach intelektualnych, zainteresowaniach, predyspozycjach, itp..
    Gdy bylam w wieku szkolnym, rodzice nie interesowali sie moimi lekcjami domowymi, problemami. W szkole moje kolezanki opowiadaly, jak to rozmawiaja z mamami o problemach szkolnych. Bylo mi baaardzo z tego powadu przykro, ze jestem sama. Pamietam, ze uczylam sie niesystematycznie. Nie zalezalo mi na zdobywaniu wiedzy.
    Z kolei moja corka ma niesamowite problemy z nauka w szkole, jak i w domu. Bardzo wolno przyswaja wiedze. Codziennie siedzi od 15.00godz. do polnocy z lekcjami. Czesto musze jej pomagac w opanowaniu materialu. Jesli tego nie robie, wowczas przynosi jedynki. Nie wiem, co mam z tym problemem poczac :((

  • magda

    Moja córka ma 12 lat klasa 6 szkoły podstawowej
    Ponoć zdolna ale leniwa,każdy dzień wojna o lekcje.Mamo nic nie mam zadane!!! po kilku godzinach starć w jakiś cudny sposób udaje mi się dotrzeć do zeszytów .polski zadanie ,mat.zadanie ,przyroda kartkówka itd itd w kółko od lat.OK sprawdzam czy zrobiła ,no tak zrobiła częściowo bo TO już nie trzeba.OK może i tak ,może ma racje.mija dzień brak zadania zrobiła nie pełne….lub np,zeszyt leży na biurku w domu nie wzięła zapomniała.Dobrze, uczymy konsekwencji
    niech ponosi je. Kilka jedynek nie robi na niej wrażenia ,próbuję pomóc znowu sprawdzając.Wścieka się ,że jej rozkazuje .i tak mijają lata .ponoć okres buntu ale przed czym??Brak zaangażowanie ze strony rodzica w tym przypadku wiąże się z totalną katastrofą.Pozdrawiam Magda

  • Pingback: „Mamo, dlaczego urodziłaś mnie tak późno?!” – spytała mnie moja 15-letnia córka, która dziś ma urodziny. Urodziłam ją jak miałam 19 lat :) | Nishka()

  • Dot

    „Nie wyobrażam sobie, żeby codziennie siedzieć po dwie godziny z dziećmi przy lekcjach. Brr!! Ile pytań, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć! Ile zagwozdek matematycznych i biologicznych, z którymi nie potrafiłabym się uporać!” Myślę, że to jest właśnie główny powód, dla którego nie chcesz uczestniczyć w zadaniach domowych dzieci. A mogłabyś poradzić im, o czym mogłyby napisać wypracowanie z polskiego, wytłumaczyć jak rozwiązać zadanie z matematyki czy jak sprawić, aby rzeżucha rosła.
    Wychodzisz z założenia, że dziecko chce spędzić z Tobą czas i dlatego prosi Cię o pomoc przy zadaniu, a myślę, że wcale tak nie jest. Może nie potrafi czegoś zrozumieć i ma nadzieję, że mu pomożesz?
    Nie czujesz potrzeby być na bieżąco z tym, co dzieci akurat omawiają, uczą się. Co więcej, uważasz, że spędzenie z dzieckiem czasu przy zadaniu czy uczeniu się do sprawdzianu, byłoby stratą czasu, bo nie mogłabyś oglądać telewizji, rozmawiać przez telefon itd. Dla mnie to dziwne myślenie – skoro ma się dziecko, powinno być się gotowym na poświęcenie mu takiej ilości czasu jakiej potrzebuje.

  • Slawek Sawicki

    Pozniej rosnie pokolenie dziadkow ktorzy laduja w przytulkach – dzieci sie nimi nie chca zajmowac bo sa przekonane ze (Beze mnie sobie poradzisz…. czytaj artykul)

  • edek

    Trzeba dzieciom poświęcać czas, podstawa to nauczyć je uczyć i dopilnować czy dziecko przynosi dobre stopnie a jak nie to trzeba mu w tym pomóc i to w porę żeby nie miało zaległości. I bardzo ważną kwestią jest to że najpierw obowiązki a później przyjemność. Nie każde dziecko potrafi nadążyć za materiałem w szkole. Także trzeba zwrócić uwagę z kim dziecko spędza czas na dworze, oby trzymało się jak najdalej od złych rozpieszczony dzieciaków przez które dzieci mogą popaść w problemy.

  • Pingback: Share Week – które blogi szczerze polecam i dlaczego? | Żudit.pl()